Felieton

770 stron

Fot. Dariusz Sankowski z Pixabay

Olaf Swolkień

Nr 45 (2020)

Ostatnio zauważyłem, że liczba lajkujących felietony bywa mniejsza niż je czytających, no bo jak przeczytać nie wchodząc na stronę? Nie piszę tego z pretensją – sam często lajkuję w ciemno – czy to według tytułu, czy to według autora i już „przeglądam” coś nowego. Czasem zdarzają się nawet dłuższe dyskusje, w czasie których okazuje się, że część lub wszyscy dyskutanci nie przeczytali przedmiotowego artykułu.

Czytanie dłuższego tekstu zaczyna od coraz większej części z nas wymagać wysiłku woli i umysłu, którego nie jesteśmy w stanie podjąć, ba, nawet oglądanie filmu w całości robi się denerwujące, gdy nie można go przewinąć i szybciej zobaczyć, co będzie dalej. Tak zabawiamy się na śmierć spektaklem, jakim jest świat i życie.

Neil Postman w jednej ze swoich genialnych i proroczych książek opisywał debaty w amerykańskich kampaniach wyborczych trwające po wiele godzin. Najpierw wystąpienia po 3 godziny, potem repliki po 2, a wszystko to w niewielkich miastach, gdzie widzami i słuchaczami byli lokalni rzemieślnicy, farmerzy czy nawet kowboje. To było w XIX wieku, kiedy w szkołach uczono otaczaną obecnie pogardą metodą „pruską”, która charakteryzowała się dyscypliną, szacunkiem wobec nauczycieli, koniecznością uczenia się na pamięć długich tekstów w językach starożytnych twórców naszej kultury. Europa panowała wtedy nad światem, genialni wynalazcy co chwila dokonywali przełomowych odkryć, które rozwiązywały istotne problemy, choć słowa twórczość i kreatywność nie były jeszcze odmieniane przez wszystkie przypadki. I właśnie o tamtym świecie jest książka, którą chcę polecić.

Napisał te wspomnienia książę, a dokładnie kniaź, potomek starożytnego rodu wywodzącego się od Ruryka – Mieczysław Jałowiecki, a tytuł brzmi „Na skraju Imperium”.

Autor miał szczęście urodzić się jeszcze w owej Belle epoque, gdy przedmioty i stroje były bardziej piękne niż praktyczne, potrawy bardziej smakowite niż zdrowe, a ludzie w niczym nie przypominali wpatrzonych w ekraniki podobnych jedna do drugiej otępiałych istot, jakie dzisiaj widzimy na naszych ulicach.

Toczyły się też, jak pisał inny epigon tamtejszej epoki Józef Mackiewicz, zażarte dyskusje nie o tym, która drużyna wygrała w futbolu, ale czy Bóg jest, czy Go nie ma. Z tych dyskusji nie wynikło niestety dla tamtego świata wiele dobrego, bo świat XIX wiecznej Rosji, w której ojciec autora po konfiskacie majątku za udział w Powstaniu Styczniowym był w stanie dorobić się w czasach legendarnego „carskiego ucisku” fortuny i stanowisk, które pozwoliły na odzyskanie społecznej pozycji i odkupienie posiadłości, rozwiał się jak dobry sen. Autor należący do ówczesnej elity pokazuje też, czym różniła się ona od obecnych. Znał biegle kilka języków, ukończył wymagające uczelnie (na jednej z nich zapisał się do stowarzyszenia Arkonia – dzisiaj jego członkiem jest …były minister zdrowia Szumowski) i odbył europejskie praktyki, które miały przygotować go do dobrego prowadzenia przedsiębiorstwa, jakim był majątek ziemski. Gospodarność to jedno ze słów, jakie cisną się na usta, gdy czytamy o jego wizytach w majątkach, gdzie pobierał nauki, a potem o gospodarowaniu w rodowych Syłgudyszkach na Litwie. Sąsiadów i właścicieli oceniał zawsze przede wszystkim po tym, jak prowadzili majątki, co przypomina zapomnianą nieco prawdę, że ziemiaństwo było warstwą nie tylko utrzymującą na kresach polską czy szerzej łacińską kulturę, ale, że przede wszystkim byli to przedsiębiorcy zmuszeni twardo zmagać się z gospodarczymi realiami, choć dobre prowadzenie majątku było traktowane nie tylko w kategoriach ekonomii czy etosu pracy, ale także honoru i patriotyzmu. Pierwszą wojnę światową Jałowiecki spędził, podobnie jak mój własny dziadek i także poddany Mikołaja II, w carskiej Rosji, gdzie wycofał się przed nacierającą nawałą niemiecką. W czasie rewolucji bolszewickiej był natomiast w Petersburgu i jego świadectwo z tamtych czasów czyta się jak powieść z elementami intrygi szpiegowskiej i powieści przygodowej (współpracował wtedy z wywiadem brytyjskim). Widział w akcji Lenina i resztę komunistycznej wierchuszki.

Po wydostaniu się z ogarniętej pożogą Rosji wrócił do Polski, gdzie z kolei odegrał ważną rolę w czasie wojny z 1920 roku, będąc odpowiedzialnym za transporty pomocy płynącej do Polski przez port gdański. Po wojnie jego majątek (znowu podobnie jak mojego dziadka) znalazł się na terenie państwa litewskiego, a Jałowiecki osiadł w majątku drugiej żony w kaliskim, gdzie uprawiał buraki cukrowe. Tak jak wszyscy Polacy z wielkiego Księstwa Litewskiego pamiętający czasy sprzed wielkiej wojny z wyraźną niechęcią obserwował demokrację w odrodzonej Polsce. Nadal miał kontakty w najwyższych sferach, jednak do czynnej polityki czuł już wyraźny dystans. Dał natomiast znakomite portrety najważniejszych polityków międzywojnia, podobnie jak przenikliwe są jego oceny poszczególnych nacji – Niemców, Żydów, Amerykanów czy Anglików.

W II Rzeczpospolitej podobnie jak Józefa Mackiewicza raziła go postępująca biurokratyzacja, a opis jego bojów jako gospodarującego ziemianina z urzędami skarbowymi pokazuje, że to co przeżywamy w tej sferze dzisiaj, nie jest w Polsce niczym nowym.

Raził go brak rozmachu, schamienie. Kiedy przekroczył 60 – tkę zawalił się i ten świat. Znowu widzimy obraz rozpadającej się armii, a Jałowiecki uciekając przed Niemcami i Sowietami przekracza granicę z Litwą. Na granicy żołnierz litewski rozpoznaje w nim Pana z Syłgudyszek i ten daleki oddźwięk dawnych czasów kończy tę fascynującą epopeję. Ktoś kto tyle przeżył z pewnością zawsze miałby coś ciekawego do powiedzenia, ale w tym miejscu zaznaczyć trzeba, że „Na skraju Imperium” jest wspaniale napisane – prostota, wspominane rozmowy, portrety ludzi i miejsc, opisy uczt, polowań czyta się jak najlepszą powieść. No i był Jałowiecki -dżentelmenem w starym stylu, który umiał władać zarówno piórem jak i ramieniem, o czym świadczy np. taka scena: „Przed samym odejściem pociągu wwalił się do naszego przedziału jakiś sołdat z czapką nasuniętą na tył głowy i w rozpiętym płaszczu. Powiało smrodem niemytego ciała, machorką i wódką. Bez ceremonii rozparł się w rogu ławki, a gdy pociąg ruszył, przeciągnął się raz i drugi, wydając odgłosy, o których należy zamilczeć. Tak przeszło kilkanaście minut. W pewnej chwili nasz współpasażer zaczął zzuwać buty, klnąc, że go „mozoli boljat”. Przeciągnął się, bez ceremonii wystawił swoje nogi obwinięte w śmierdzące onuce i położył je na kolanach siedzących pań. Tego był za wiele. (…) Ubieri swoi griaznyje nogi – krzyknąłem ze złością. – Isz ty, a ty kto takoj? – grubańsko odparł sołdat. – Nu na, poniuchaj – zawołał, podsuwając nogę to pod mój nos, to pod nos majora. Jakby jakimś wspólnym odruchem wiedzeni, wstaliśmy obydwaj z miejsca i walnęliśmy pięściami sołdata w łeb tak, że od razu stracił przytomność. Nie było czasu na czekanie. Nie było bynajmniej w naszym interesie, aby dojechał do Carskiego Sioła. Wyjrzałem na korytarz, był pusty. Wzięliśmy to ludzkie bydlę jeden za nogi, drugi pod pachę. Wyciągnęliśmy go przez korytarz na platformę wagonową i nie bez trudu rzuciliśmy pod koła pociągu. Coś zagruchotało.”.

Wspomnienia liczą 770 stron, ale nie nudzą ani chwili, pozwalają za to zapomnieć o otaczającym nas obecnie morzu grozy, szpetoty i fałszu.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 45 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.