Opinia

Aldous Huxley: czuły wizjoner czy chłodny obserwator?

człowiek na rozstaju dróg
fot. Sujo26 z Pixabay

Weronika Kursa

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 164 / (8) 2023

Ten nieco kontrowersyjny tytuł nie jest zapowiedzią potępienia ani krytyki pisarstwa nieocenionego angielskiego powieściopisarza i eseisty, przeżywającego obecnie „drugą młodość”, ochoczo wspominanego i cytowanego w kontekście ostatnich trzech lat. Sama chętnie powracam do jego (wizjonerskich?) myśli (przestróg?) i uważam, że jest coraz bardziej aktualny. Tym razem chodzi mi o zwrócenie uwagi na opozycję między Huxleyem wizjonerem a Huxleyem obserwatorem albo po prostu tym, który wie. Można by ją także określić jako opozycję między człowiekiem czułym (pochylającym się nad ludzkością ze współczuciem), a chłodnym, a może nawet stronniczym (bez cienia współczucia dla ludzi, których jest być może na tym świecie, według niego, zbyt wielu…).

A wszystko to na tle książki „Brave New World Revisited” przetłumaczonej na polski jako „Nowy wspaniały świat 30 lat później. Raport rozbieżności”. W niniejszym tekście pozwolę sobie na nieco alternatywne odczytanie tego zbioru esejów i na swój autorski „raport rozbieżności” po ponad 60. latach od jego wydania.

Dlaczego Huxley? Kilka słów o propagandzie

Początek lat dwudziestych XXI wieku zachęcił mnie do przyjrzenia się na nowo pojęciu „propagandy”. Słowo to, tak często używane, zdaje się powoli tracić swoje znaczenie. O propagandzie mówi się w wielu kontekstach. W tzw. wolnym zachodnim świecie najczęściej w odniesieniu do państw autorytarnych, bądź totalitarnych – to właśnie tam szaleje najgroźniej, całkiem nieokiełznana. Oczywiście o propagandę mogą oskarżać się wzajemnie wszystkie „wolne” media w demokratycznych państwach – w ten sposób będziemy mieć do czynienia z propagandą lewicową, prawicową czy jakąkolwiek chcemy, do wyboru do koloru.

Można więc odnieść wrażenie, że propagandę zawsze uprawia ktoś inny (podobnie jak winny jest zawsze inny) – jedynie totalitarni przywódcy, jedynie te drugie, obrzydliwie zależne od polityków media. Ich odbiorcy zaś zdają wierzyć się w ten przekaz – jedyna i słuszna narracja jest zawsze gdzieś indziej. My pływamy w strzeżonym basenie pluralizmu, nikt i nic nie może nam zagrozić.

Myślimy samodzielnie i niezależnie, nikt na nas nie wpływa podprogowo, a równie niezależni weryfikatorzy fake newsów dzielnie przesiewają każdą podaną nam informację, by przypadkiem nie dotarło do naszych uszu żadne kłamstwo. Czy to nie piękne?

Tym bardziej interesujące wydało mi się, co na temat propagandy pisał najsłynniejszy dystopijny wizjoner. Otóż w 1958r. Huxley zwraca uwagę na to, że „jeszcze pięćdziesiąt lat temu każde demokratyczne państwo mogło się poszczycić sporą liczbą małych czasopism i lokalnych gazet. Tysiące dziennikarzy wyrażało tysiące niezależnych opinii. (…) W totalitarnym bloku wschodnim działa cenzura polityczna i środki masowego przekazu są kontrolowane przez państwo.

W demokracji zachodniej działa cenzura ekonomiczna, a kontrolę nad mediami sprawują członkowie Elity Władzy. Cenzura w formie podnoszenia kosztów i podporządkowania mediów kilku wielkim koncernom nie budzi takiego sprzeciwu jak nadzór państwa i propaganda rządowa, ale z pewnością jest nie do przyjęcia z punktu widzenia demokracji w wydaniu Jeffersona”.

Fakt, że media zależne są od kilku wielkich koncernów był oczywisty dla Huxleya już w 1958 r. – a jakże często dzisiaj, w roku 2023, można odnieść wrażenie, że ludzie bardzo niechętnie uświadamiają sobie ten banał.

A nawet jeśli, to zapytują „I cóż z tego? Każdy kogoś finansuje”. No cóż, tak jak i wtedy, tak samo dziś, zależność ta nie budzi najwyraźniej sprzeciwu. Podobnie jak to, że wszelkiej maści enigmatyczni „eksperci” zgodni są z opinią koncernów, które im płacą… W czym problem? Jaki w ogóle konflikt interesów?

Huxley zwraca również uwagę na to, jak silna była już hitlerowska propaganda, posiłkująca się jedynie radiem i megafonami, by skutecznie omamić 80 milionów ludzi. A przecież „arsenał środków technicznych, jakimi posługują się dyktatorzy znacznie się powiększył od czasów Hitlera”. Obecnie propagandyści mają naprawdę niezliczone możliwości, a pomaga im w tym nie tylko nowoczesna technologia, ale również „sztuka kontrolowania umysłu przeobrażająca się w naukę”.

Poza tym propagandyści świetnie znają się na swoim fachu i wiedzą dobrze, że wszelkie ich twierdzenia muszą być niepodważalne. W ich obrazie świata nie ma miejsca na szarość – „wszystko jest albo diabolicznie czarne, albo nieskazitelnie białe”. Z kolei z przeciwnikami nie należy w ogóle wdawać się w jakiekolwiek dyskusje, ale „ich atakować i zakrzyczeć, a jeżeli sprawiają zbyt wiele kłopotów, zlikwidować”.

Ta prosta recepta działa po dziś dzień. Lekarze kwestionujący sposoby walki z COVID-19? Prawo do wykonywania zawodu odebrać w trybie natychmiastowym (Martynowska, Martyka, Sienkiewicz). Proste? Proste. Dyskusja? A po co, z „foliarzami” wchodzić w dyskusję? Podobnie sprawy mają się z wszelkimi innymi tematami, z nagła „kontrowersyjnymi”, czegokolwiek by nie dotyczyły. Jest jakaś jedna wersja wydarzeń, podtrzymywana przez wszystkie „niezależne” (albo i pozornie z sobą skłócone) media głównego nurtu, a każde odchylenie od „normy” uznawane jest za przejaw „foliarstwa” albo „agentury”.  

Zresztą, być może niedługo każdy, kto publicznie powie coś niezgodnego z „niezależną” opinią większości (nawet jeśli poprze to poważnymi dowodami, jednakże nie tymi „modnymi” albo po prostu uderzającymi w zyski koncernów) zostanie pozwany do sądu za „sianie dezinformacji”.   

„Niewidzialna” propaganda koncernów a „wolność słowa”

Tu pozwolę sobie na małą dygresję, a konkretnie dwa przykłady totalnego absurdu, tylko z Polski i tylko z początku 2023 r. Pierwszy z nich to afera z Beatą Pawlikowską w roli głównej, która ośmieliła się wypowiedzieć kilka niepochlebnych zdań o antydepresantach. Ależ była wrzawa! Zrobiono zbiórkę na pozew przeciwko dziennikarce, bo przecież „kłamie” i przez nią ludzie masowo odstawią leki (takie rozumowanie swoją drogą ujawnia wielką wiarę „elit” w mądrość ludzi: cokolwiek usłyszą w telewizji czy w sieci, wezmą to za pewnik). W miarę upływu czasu okazywało się, że w gruncie rzeczy nic nieprawdziwego nie powiedziała. Psycholog, doktor nauk społecznych, Radosław Stupak potwierdził to nawet w (o dziwo) mainstreamowej gazecie:

„To, co Pawlikowska powiedziała na temat działania antydepresantów, znajduje potwierdzenie w literaturze naukowej. Nikt dziś nie uważa, że leki leczą przyczyny depresji, bo tych przyczyn nadal nie znaleziono.” Co więcej przyznał, że leki (w psychiatrii dziecięcej) w ogóle powinny być ostatnią deską ratunku. Ponadto „u nas nie można powiedzieć złego słowa o lekach, bo zaraz słychać głosy, że to nieodpowiedzialne i straszenie pacjentów”.

Zasugerował również, że hejt, który wylał się na Pawlikowską, mimo że powiedziała rzeczy, które pokrywają się z tym, co twierdzi wielu naukowców na świecie może mieć związek z tym, że „rynek antydepresantów jest wart prawie 20 mld dol.” To się samo komentuje…   

Na tym nie koniec. Pamiętajmy: absurdalne oskarżenia nie ominą absolutnie nikogo, nawet znanego na świecie naukowca. W tym wypadku chodzi o profesora zwyczajnego nauk medycznych, Andrzeja Frydrychowskiego, którego można było oskarżyć o „podważanie zaufania do lekarzy poprzez wspólne występowanie z panem Jerzym Ziębą” (sic!) oraz o „brak reakcji na nieprawdziwe treści dotyczące postępowania medycznego wypowiadane przez niego”, takie jak: „witamina C jest środkiem ratującym życie”, podczas gdy istotnie stosowanie jej „w sepsie, po każdym zabiegu chirurgicznym” (…) zmniejszyłoby liczbę zgonów, na co jest „tysiące publikacji”.

„Zbyt intensywne” promowanie witaminy C (jak i promowanie naturalnego dbania o odporność) nie mogłoby spodobać się entuzjastom wielkich koncernów (i samym koncernom), podobnie jak stwierdzenie, że „miliony osób umiera na skutek powikłań leków”. W końcu choroba = recepta, żadne tam głębsze szukanie przyczyn. A jeśli jesteś naukowcem i lekarzem, który naprawdę chce pomagać i skutecznie wyleczyć (tzn. raz a dobrze)w tym zdominowanym przez koncerny świecie – nie pozostaje ci nic innego, jak spalić swoje pozwolenie wykonywania zawodu lekarza. W przeciwnym wypadku odpowiednie izby nie dadzą ci żyć… A że bez zabezpieczenia finansowego i tak nie będziesz mieć za co żyć, nie mogąc uczciwie pracować w swoim zawodzie, no to cóż… Taki to piękny świat, „wolności” słowa i sumienia.

Wygląda więc na to, że dla Huxleya kolory całkiem zniknęły z przestrzeni publicznej, w istocie od dawna przeważa tylko czarna czerń i biała biel. I to przy dość powszechnym aplauzie – w tym kontekście twierdzenie Huxleya, że „nawet w krajach, w których panuje tradycja demokratycznej władzy (…) pragnienie wolności, zdaje się zanikać” – nie zdaje się, a nawet jest całkiem prawdziwe.  

Trudno w tym miejscu nie przytaknąć także argentyńskiemu poecie, Robertowi Juarrozowi, który miał powiedzieć, że „przeciwieństwem totalitaryzmu nie jest demokracja, tylko wolność”. Równie trudno się dziwić, że naraziło go to na nieprzyjemności zarówno ze strony prawicy, jak i lewicy. Więcej nawet: „w końcu spowodowało utratę pracy i wygnanie z kraju” [na podst. posłowia tłumaczki „Poezji pionowej”, Marty Eloy Cichockiej – przyp. red.]. Wnioski nasuwają się same. Albo chociaż powinny…

Huxley – czarnowidz czy znawca tematu?

Tymczasem powróćmy do głównego tematu. Już we wstępie „Brave New World Revisited” Huxley otwarcie pisze, że nie wątpił wcale w to, że dożyjemy tego wszystkiego, co opisywał wcześniej w „Nowym wspaniałym świecie”. Nie wiedział jedynie, że nastąpi to tak szybko. „Całkowicie podporządkowane społeczeństwo, technokratyczny system kastowy, metodyczne warunkowanie (…) wszystko to miało nadejść tak czy inaczej, ale nie za moich czasów, ani nawet nie za czasów moich wnuków”. Cóż za bezpieczna pozycja…  

Przyjrzyjmy się uważniej temu szczeremu wyznaniu: „wszystko to miało nadejść” oraz „w 1931 roku, kiedy powstał „Nowy wspaniały świat”, byłem przekonany, że zostało nam jeszcze mnóstwo czasu”. Jednak za te mgliste „mnóstwo czasu” wszystkie przepowiednie miały się ziścić. Zapytajmy więc może, czy aby na pewno były to tylko przepowiednie?

Na te i inne wyznania „wizjonera” wszechczasów proponuję spojrzeć przez pryzmat słów słynnego, kontrowersyjnego francuskiego pisarza. A Michel Houellebecq jak zwykle nie szczędzi krytyki:

„Jako młody człowiek Huxley miał okazję przebywać wśród ekonomistów, prawników i przede wszystkim naukowców, których jego ojciec zapraszał do domu. Niewątpliwie jako jedyny pisarz swojego pokolenia był w stanie przewidzieć, jaki postęp może się dokonać w biologii. Wszystko dokonałoby się o wiele szybciej, gdyby nie nazizm. Ideologia nazistowska ogromnie się przyczyniła do dyskredytacji idei związanych z eugeniką i udoskonaleniem rasy, musiało minąć kilka dziesięcioleci, zanim można było do nich powrócić.Michel wstał, zdjął z półki tom zatytułowany What dare I think. – Napisał go Julien Huxley, starszy brat Aldousa, został wydany w 1931 roku, rok przed publikacją Nowego wspaniałego świata. Mamy tu zarodek wszystkich idei dotyczących kontroli genetycznej i udoskonalenia gatunków, włącznie z gatunkiem ludzkim, które znalazły zastosowanie praktyczne w powieści jego brata. Wszystko jest przedstawione, i to w sposób jednoznaczny, jako właściwy cel, ku któremu należy zmierzać”.

Brzmi gorzko. Z jednej strony sam Huxley w swoim „raporcie” ubolewa nad tym, jak szybko spełniły się jego przewidywania (m.in. ZA SPRAWĄ nazizmu), a z drugiej strony (idąc tokiem myślenia Houellebecqa) kontrola genetyczna i udoskonalanie gatunku ludzkiego poszłyby znacznie szybciej GDYBY NIE nazizm. A co jeśli należałoby również ubolewać nad dyskredytacją idei związanych z eugeniką i doskonaleniem rasy?

Wszystkiemu winne przeludnienie

Z tej perspektywy znacznie bardziej zastanawiająca staje się swego rodzaju fiksacja Huxleya w kwestii przeludnienia. W „Brave New World Revisited” autor poświęcił tematowi cały rozdział (pierwszy zresztą), ale tak naprawdę w całym tym zbiorze przeludnienie jawi się jako największy straszak.  

Wypada zacząć od tego, że według Huxleya, to właśnie przeludnienie (czy, jak mówi, „reprodukcyjne rozpasanie”) niechybnie doprowadzi nas do koszmaru z „Nowego wspaniałego świata”. Przeludnienie (tu na szczęście chociaż w duecie z postępem technologicznym) osłabi demokrację i wywoła niepokoje, co doprowadzi do dyktatury. Wreszcie, przeludnienie, które wynika z rozmnażania się w sposób przypadkowy i niekontrolowany, obniży „jakość biologiczną rosnącej rzeszy mieszkańców Ziemi”.

Na szczególną uwagę zasługuje następujący fragment „W dawnych, okrutnych czasach dzieci obciążone poważnymi, a nawet lekkimi wadami wrodzonymi rzadko przeżywały. Dzisiaj, za sprawą higieny, nowoczesnych środków farmakologicznych i świadomości społecznej takie dzieci dożywają wieku dojrzałego i przekazują dziedziczne ułomności swojemu potomstwu”.

Korciłoby spytać, czy lepsza zatem byłaby regularnie praktykowana eugenika i dysgenika? Czy możemy wywnioskować, że cel naprawdę uświęca środki? Zwłaszcza gdy czytamy dalej, że wprawdzie „dążenie do szczytnych celów nie usprawiedliwia stosowania nikczemnych środków. Ale co począć w sytuacjach zdarzających się obecnie nazbyt często, w których rezultaty szlachetnego postępowania okazują się katastrofalne? (…) Szybka śmierć z powodu malarii już nikomu nie grozi, ale teraz życie stało się udręką wskutek niedożywienia i przeludnienia (…) A co z upośledzonymi od urodzenia osobnikami, których współczesna medycyna i opieka społeczna utrzymują przy życiu, aby mogli wydawać na świat podobnych sobie?”

Jak rozumieć ten tok myślenia, jeśli założymy, że koszmar z „Nowego wspaniałego świata” nie był tylko wizją, lecz skrupulatnie przygotowanym planem dla ludzkości (czy to przez „bezosobowe siły”, o których wspomina Huxley, czy może przez „Wielki Rząd”?), którego pełne wcielenie w życie opóźnili być może „nieroztropni” naziści? Jak interpretować to dosyć nachalne sprowadzanie wszystkich problemów do kwestii przeludnienia, które, dodajmy, w jego czasach właściwie jeszcze nie miało racji bytu? Jak z dzisiejszej perspektywy odczytać następujące słowa: „Roczny przyrost liczebności populacji powinien ulec obniżeniu. Ale w jaki sposób? Mamy do wyboru dwie drogi – klęskę głodu, epidemię i wojnę albo kontrolę narodzin”? Kto będzie wybierał metody? A co jeśli kontrola narodzin nie wystarczy? Jeśli ludzie mimo wszystko nie będą się kontrolować? Jakich środków „należałoby” użyć? Albo jakich środków używa się już?

Idźmy na całość i zapytajmy jeszcze: po której stronie barykady opowiedziałby się Huxley w czasach segregacji sanitarnej [związanej z pandemią Covid-19 – przyp. red.]? Czy, gdyby przyszło mu żyć obecnie, grzmiałby niczym słynny „filantrop”, informatyk i miliarder w jednym, że przeludnienie jest naszą największą bolączką i przewidywałby w natchnieniu przyszłe pandemie? Czy byłby obecny na Evencie 201? Czy byłby współtwórcą symulacji epidemii koronawirusa z 2019 r.? Czy promowałby eksperymentalne preparaty medyczne?

Domyślam się, że tego typu daleko idące aluzje mogą obudzić sprzeciw już absolutnie wszystkich, ale możemy przecież snuć różnorodne domysły, dociekać, zadawać pytania (oczywiście bez oskarżania czy sugerowania „poprawnej” odpowiedzi). Tego typu dociekania jednakże mogą doprowadzić tak do budujących, jak i deprymujących wniosków. Dlatego powstrzymajmy się na razie przed wyciąganiem jakichkolwiek: niniejszy tekst pozostaje nieśmiałą propozycją alternatywnych odczytań bardzo ważnej książki. Przecież nie ośmieliłabym się narzucić nikomu jedynej i słusznej narracji, chociaż, według Huxleya, wszystko jest do zrobienia: „w sprzyjających warunkach praktycznie każdego można przekonać do wszystkiego”…

„Potężne siły bezosobowe”

Zdaję sobie sprawę, że być może gdyby nie inspirujące spojrzenie Houellebecqa, nie uczepiłabym się tak bardzo tego przewijającego się przez cały zbiór esejów Huxleya straszaka – przeludnienia. Być może. Być może moją uwagę bardziej zwróciłyby groźne „siły bezosobowe”, o których również wspomina nasz „wizjoner”. Przyjrzyjmy się więc jeszcze dla odmiany tym demonicznym (globalnym?) siłom:

„W świecie, w którym żyjemy (…) potężne siły bezosobowe przyczyniają się do centralizacji władzy i zaprowadzenia rygoru w życiu społecznym. Standaryzacja genetyczna jednostek jest na razie niemożliwa, ale Wielki Rząd i Wielki Biznes dysponują już, albo niebawem będą dysponować, wszystkimi metodami manipulacji opisanymi w Nowym wspaniałym świecie, a także innymi, o których nawet mi się nie śniło.

Pozbawieni możliwości standaryzacji genetycznej embrionów, przywódcy wszechzorganizowanego i przeludnionego świata przyszłości będą dążyli do społecznego i kulturowego ujednolicenia dorosłych i ich dzieci. W tym celu sięgną (o ile nikt ich nie powstrzyma) po wszystkie dostępne metody manipulacji i nie zawahają się przed zastosowaniem przymusu ekonomicznego i groźby użycia przemocy, aby spotęgować siłę perswazji. Jeżeli chcemy uniknąć tego rodzaju tyranii, musimy niezwłocznie rozpocząć kształcenie samych siebie i naszych dzieci pod kątem wolności i samorządności”.

Pytanie, na ile ta wizja świata „przyszłości”, czyli z perspektywy autora – naszego świata tu i teraz – jest prawdziwa, na ile ta diagnoza trafna – pozostawię otwarte. Każdy sam może odpowiedzieć sobie na pytanie, czy faktycznie obecnie próbuje się nas społecznie i kulturowo ujednolicić? Czy faktycznie manipulacja rozwinęła się tak prężnie od czasów Hitlera, że możemy jej nawet nie zauważać?

Huxley – czuły wizjoner czy chłodny obserwator?

W moim odczuciu raczej chłodny obserwator, który dobrze wiedział „co się święci.” Nie dowiemy się natomiast, jakie tak naprawdę byłyby jego poglądy na współczesne problemy gdyby żył. Nie dowiemy się, na ile w istocie obawiał się swojej „koszmarnej wizji”, a na ile uważał ją za nieuniknioną, czy może i mimo wszystko słuszną. A na ile po prostu był on pogodzony z tym, że stanie się ona faktem…

W gąszczu zwątpienia uczepmy się może tego, co dobre, bez względu na nie zawsze jasne motywacje autora. A zatem uczepmy się zachęty do walki o wolność, jaką Huxley kończy swój „raport”:

„Tymczasem zostało nam jeszcze trochę wolności. Faktem jest, że wielu młodych ludzi nie przywiązuje do niej większej wagi. Ale niektórzy z nas wciąż żywią przekonanie, że bez niej nie możemy w pełni stać się ludźmi i dlatego wolność jest niezwykle cenna. Być może siły, które obecnie zagrażają wolności, są zbyt potężne, abyśmy długo mogli stawiać im opór. Mimo to mamy obowiązek robić wszystko, co w naszej mocy, żeby je powstrzymywać”.


Źródła:

  1. Aldous Huxley, „Nowy wspaniały świat 30 lat później. Raport rozbieżności” (w tłumaczeniu Radosława Madejskiego), Warszawskie Wydawnictwo Literackie, Warszawa, 2022;
  2. Michel Houellebecq, „Cząstki elementarne” (w tłumaczeniu Agnieszki Daniłowicz – Grudzińskiej), Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2006;
  3. Roberto Juarroz, „Poezja pionowa” (w tłumaczeniu Marty Eloy Cichockiej), Wydawnictwo Lokator, Kraków, 2018;
  4. Prof. Andrzej Frydrychowski: izby lekarskie to organizacje przestępcze [dostęp: 13.02.2023]
  5. Apel profesora Frydrychowskiego do polskich lekarzy [dostęp: 14.02.2023]
  6. Nikt nie uważa, że leki leczą przyczyny depresji. Tych przyczyn nadal nie znaleziono, wywiad z dr. n. społecznych i psychologiem Radosławem Stupakiem [dostęp: 31.01.2023]

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 164 / (8) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Instytut Spraw Obywatelskich

Opinia / Respublica o książce „Jak wygrywać kampanie”

Wiosna 2014 to czas, w którym czołowi politycy rozpoczynają batalię o miejsca w Europarlamencie (...).  Podręcznik prowadzenia skutecznej kampanii byłby towarem na wagę złota – książka Chrisa Rose’a „Jak wygrywać kampanie. Komunikacja dla zmian” wydaje się być lekturą obowiązkową dla sztabów wyborczych europejskich polityków.