fbpx

Analiza , Książka

Biała księga pandemii koronawirusa – podsumowanie chorych czasów

Koronawirus Covid-19
fot. Syaibatul Hamdi z Pixabay

Weronika Kursa

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 156 / (52) 2022

Powiedział kiedyś cesarz reportażu: „Jest taki rodzaj samotności, wynikający z poczucia niezrozumienia, gdy wie się rzeczy, o których inni nie wiedzą, i nie bardzo jest to komu przekazać, bo w gruncie rzeczy nie bardzo to innych interesuje”.
I tenże cytat świetnie współgra z książką, którą chciałabym tutaj przedstawić. Tym razem chodzi o „Białą księgę pandemii koronawirusa” pod redakcją dr. Mariusza Błochowiaka, jednak zdaje się, że bez skrupułów możemy tym cytatem skomentować całą literaturę krytykującą pandemiczne (demoniczne?) działania z dwóch ostatnich lat.  

Dlaczego? Niestety, wygląda na to, że ta (poważna i poparta dowodami naukowymi) literatura, będąc sprzeczną z popularną narracją mass mediów i polityków, nadal budzi nieufność, spisywana jest wręcz na straty w zmowie milczenia. A poza tym, teraz przecież już nie ma wirusa, są inne problemy, po co w ogóle do tego wracać?… Dlaczego warto do tego wracać, postaram się wyjaśnić w niniejszym artykule.

Biała księga pandemii koronawirusa – dane naukowe ukrywane przed opinią publiczną

Na szczęście w Tygodniu Spraw Obywatelskich nie boimy się niewygodnych tematów, dlatego po raz kolejny prezentujemy „niechcianą” książkę. Tym razem jest to kompendium wszystkich błędnych decyzji podejmowanych od 2020 r. celem „zwalczania pandemii Covid-19”. I tak zatem w kilku rozdziałach napisanych przystępnym językiem, autorzy „rozprawiają się” z mitem dobroczynności noszenia masek, szczepienia się eksperymentalnymi preparatami, wątpliwą diagnostyką (w szczególności więc testami RT-PCR), lockdownami, funkcjonowaniem ochrony zdrowia w okresie pandemii, wiarygodnością oficjalnych statystyk dla przypadków „z covid” i „na covid” i wreszcie skutkami działań prawnych podjętych przez państwowe, prywatne osoby prawne i jednostki organizacyjne w celu zapobiegania Covid-19.

Kim są autorzy?

W znakomitej większości „niepokornymi” lekarzami, odważnymi na tyle, by pod groźbą utraty wykonywania zawodu, zgodnie z własnym sumieniem działać w imię zasady „mit primum non nocere”. Są to: lekarz Paweł Basiukiewicz, specjalista chorób wewnętrznych, kardiolog, kierownik oddziału COVID od października 2020 do czerwca 2021; doktor nauk medycznych Dorota Sienkiewicz, specjalista chorób dzieci i rehabilitacji medycznej, pracownik naukowy i dydaktyczny Uniwersytety Medycznego w Białymstoku; doktor nauk medycznych Piotr Witczak, biolog medyczny (specjalność: immunologia), autor wielu publikacji naukowych z dziedziny immunologii komórkowej; doktor Marek Sobolewski, pracownik Zakładu Metod Ilościowych na Wydziale Zarządzania Politechniki Rzeszowskiej; oraz radca prawny, Katarzyna Tarnawa – Gwóźdź, zajmująca się sprawami z zakresu prawa cywilnego i gospodarczego.

Podstawy naukowe

„Biała księga…” oparta jest na solidnych podstawach – bibliografia jest praktycznie tej samej objętości co główny tekst. Ktoś zapyta – czy nie tak samo jest z artykułami w mass mediach, opierających się na opiniach licznych „ekspertów”? Cóż, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że obecnie mamy do czynienia z lawiną publikacji naukowych, niestety, różnej jakości, a ich rezultaty są nierzadko sprzeczne ze sobą. Autorzy podkreślają, że należy umieć rozróżniać, które są bardziej, a które mniej wiarygodne, a które w ogóle sprzeczne z badaniami wyższej jakości, nadające się tym samym do odrzucenia. Medycyna oparta na naukowych dowodach (Evidence Based Medicine – EBM) opiera się na szczególnym rodzaju badań – chodzi o randomizowane kontrolowane badanie kliniczne (radomised controlled trial – RCT). Są to badania najwyższej jakości, najbardziej obiektywne i wiarygodne spośród wszystkich znanych nauce.

„Jeśli coś jest „najbardziej wiarygodne”, to niejako automatycznie nasuwa się konkluzja, że muszą też istnieć inne, mniej godne zaufania badania. Wbrew pozorom i powszechnemu mniemaniu najmniej przekonywające w tzw. hierarchii wiarygodności dowodów naukowych są opinie ekspertów (też rządowych). Mniej wiarygodne od nich są już tylko opinie polityków i laików, których w zasadzie nie powinno się w ogóle brać pod uwagę”.

Wszechobecne macki BigPharmy

Autorzy zwracają uwagę również na pewnego rodzaju iluzję medycyny opartej na dowodach – w szczególności „dotyczącej badań i publikacji naukowych, które są kreowane i fałszowane przez koncerny farmaceutyczne”. W końcu gra toczy się o miliardy dolarów, „które BigPharma zarabia na pozytywnie ocenionych produktach w recenzowanych czasopismach naukowych”. Oznacza to, że niestety nie możemy ufać każdemu artykułowi, choćby był opublikowany w renomowanym czasopiśmie.

„(…) przemysł farmaceutyczny tworzy wszystkie te artykuły medyczne pozakulisowo w celach marketingowych. Byłem tym zdumiony, gdyż miałem wielkie zaufanie do prasy medycznej i publikowanych tam informacji (…).

Obecnie jestem głęboko przekonany, że większość czasopism medycznych nie powinna być uznawanych za naukowe” – twierdzi Leemon McHenry, współautor książki „The Illusion of Evidence Based Medicine” oraz profesor filozofii i bioetyki na Kalifornijskim Uniwersytecie Stanowym.

Jak zatem zapobiec temu skorumpowanemu sposobowi przeprowadzania badań produktów leczniczych? McHenry nie pozostawia złudzeń: „przede wszystkim musimy całkowicie wyeliminować koncerny farmaceutyczne z procesu badania przez nie ich własnych produktów. Jakim cudem doprowadziliśmy do tego, że ufamy producentom, którzy przeprowadzają badania swoich własnych leków?”

Piękne to, choć zdaje się już niemożliwe, co dobitnie pokazały ostatnie dwa lata. Mimo wszystko jednego możemy być pewni – „Biała księga pandemii…” nie jest żadną miarą sponsorowana przez BigPharmę…

Wykreowane pandemie

Piszę „wykreowane”, bo gdybym ośmieliła się użyć słowa „fałszywe” to zapewne pozbawiłabym się znakomitego procenta czytelników w zasadzie od samego początku. Fałszywe brzmi dosadnie. Zbyt dosadnie. „Fałszywe” oznacza, że zostaliśmy oszukani. A nikt nie lubi czuć się oszukanym.

A jednak „być wolnym to móc nie kłamać”, a tam, „gdzie rozprzestrzenia się kłamstwo, pojawia się bądź umacnia się tyrania”, jak mawiał Albert Camus. Dlatego otwarcie spójrzmy tej prawdzie w oczy, a nawet jeśli daliśmy się oszukać, spróbujmy powrócić na jej ścieżkę  (zabrzmiało patetycznie, a ktoś mógłby zapytać znów „czymże jest prawda?” albo „czyja jest prawda?”). Powróćmy zatem na ścieżkę faktów, by nie pozwolić tyranii doszczętnie zawładnąć naszym życiem.

„11 marca 2020 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), finansowana w ok. 75% z prywatnych funduszy, ogłosiła, co dzisiaj już nie ulega wątpliwości, patrząc z naukowego punktu widzenia, fałszywą pandemię koronawirusa. Nie po raz pierwszy zresztą, jak się potem okazało, albowiem już w maju 2009 roku WHO zadeklarowało, co podważyły późniejsze prace naukowe, fałszywą pandemię świńskiej grypy. Obie te „pandemie” charakteryzują się współczynnikiem śmiertelności (tzw. IFR) na poziomie sezonowej grypy, a zatem w ich przypadku nie może być mowy o jakiejkolwiek pandemii w sensie jej klasycznej definicji, czyli zwiększonej (w porównaniu do poprzednich lat) liczby ciężkich zachorowań czy zgonów”.

Już w lipcu 2020 roku, prof. med. John Ioannidis, epidemiolog i biostatystyk, jeden z najczęściej cytowanych naukowców świata, stwierdził, że Covid-19 odznacza się śmiertelnością mieszczącą się w granicach sezonowej grypy. Z jego ustaleń wynikało, że uśredniona globalna śmiertelność z powodu SARS-CoV-2 „sięgała tylko 0,23%”. Nawet tak optymistyczny rezultat badań nie spowodował odwołania pandemii. Z kolei w marcu 2021 roku ukazał się kolejny artykuł prof. Ioannidisa, w którym wskazał, że wskaźnik wyniósł jeszcze mniej, bo 0,15%.  

„Gdyby tylko chciano kierować się rzetelnymi badaniami, to musiano by odwołać fałszywy alarm i uspokoić społeczeństwa całego świata”. Jak pamiętamy, nic podobnego nie miało miejsca. Ktoś znów zapyta, skąd zatem te 200 tysięcy nadmiarowych zgonów w Polsce? No właśnie: jeśli uświadomimy sobie, że wskaźnik śmiertelności jest na poziomie sezonowej grypy, to koronawirus nie mógł doprowadzić do tylu nadmiarowych zgonów. Zostało to zresztą potwierdzone przez analizy statystyczne dr. Marka Sobolewskiego, który wykazał, że „zgony ponadnormatywne silnie korelują z redukcją hospitalizacji, natomiast nie zachodzi taki związek między nimi a tzw. zgonami covidowymi”. Poza tym były przecież kraje, w których nadmiarowych zgonów nie było w ogóle, bądź były wręcz ujemne… Polska niestety jest krajem, który przoduje w ilości nadmiarowych zgonów, co uwidacznia wybór najgorszej z możliwych strategii.

Podobnie sprawy miały się ze świńską grypą (o czym zresztą od razu w marcu 2020 sobie przypomniałam). „Świńska grypa była jedną z najłagodniejszych fal grypy w historii, a pomimo tego została ogłoszona pandemią przez WHO. Czy potrzeba więcej dowodów na to, że nie możemy ufać tej organizacji? Skoro WHO wszczęło fałszywy alarm w maju 2009 roku, to czy nie mogło uczynić tego po raz kolejny w marcu 2020? Korupcja WHO jest faktem”.

Autorzy artykułu „Dlaczego korupcja w Światowej Organizacji Zdrowia jest największym zagrożeniem dla zdrowia publicznego w naszych czasach?” wskazują, że zalecenia WHO są sprzeczne z medycyną opartą na dowodach.

Co ciekawe, w 2010 roku „Spiegel International” opublikował artykuł dotyczący „pandemii świńskiej grypy” o znamiennym tytule „Rekonstrukcja masowej histerii”, zakończony pytaniem: „Te organizacje utraciły cenne zaufanie. Kiedy nadejdzie następna pandemia, kto uwierzy w ich diagnozy?”. Witajmy w roku 2020, kiedy w podobne diagnozy uwierzyła zdecydowana większość ludzi… Ale po co wybiegać tak daleko w przyszłość, w końcu jeszcze w grudniu 2010 roku „The Independent” niejako odpowiedział na to pytanie artykułem zatytułowanym „Świńska grypa. Zabójczy wirus, który w rzeczywistości ratował życie” (sic!) Świńską grypę zatem zrehabilitowano, przedstawiając jako coś, co w istocie „ratowało życie” albowiem… „wyparło zwykłą grypę”. Jak widać, każde wytłumaczenie jest dobre. Tak… Zdecydowanie „łatwiej jest oszukać ludzi, niż przekonać ich, że zostali oszukani”…

Zmiana definicji pandemii

Dosyć często używany argument (oczywiście po stronie „koronasceptyków” lub, jak kto woli, foliarzy), który słynna strona demagog.pl określiła mianem manipulacji – w końcu WHO nigdy nie przyjęło sztywnej definicji, a jedynie charakterystykę, w dodatku zmieniono to wiele lat temu, a więc nie w związku z pandemią Covid-19. Żeby zatem nie manipulować ani nie narazić się portalowi decydującemu o tym, co jest prawdą a co nie, przyjrzyjmy się co mają do powiedzenia na ten temat autorzy omawianej tu książki.

„(…) w 2003 roku WHO zdefiniowało pandemię grypy w następujący sposób: „Pandemia grypy występuje wtedy, gdy pojawia się nowy wirus grypy, na który ludzkość nie ma odporności, skutkujący wybuchem kilku jednoczesnych epidemii na całym świecie, którym towarzyszy ogromna liczba zgonów i zachorowań”. Jednak w maju 2009 roku definicja ta została zmieniona na inną, w myśl której pandemia grypy może wystąpić wtedy, gdy pojawi się nowy wirus grypy, na który ludzkość nie jest uodporniona.

Innymi słowy, z wcześniejszej definicji usunięto fragment mówiący o równoczesnym wybuchu epidemii w różnych regionach świata, wysokiej zachorowalności, tj. bardzo dużej liczbie ostrych przypadków, oraz o ogromnej śmiertelności. Obowiązująca dziś definicja pandemii bardzo dobrze pasuje do opisu sezonowej grypy”.

Zmieniona definicja (przepraszam, charakterystyka) to jednak za mało, by przekonać świat o wielkim zagrożeniu. Kluczem do sukcesu były (w mojej opinii) testy, tak fenomenalne, że potrafiły wykrywać nawet bezobjawowego wirusa.

Fałszywe testy

Już ze wstępu rozdziału traktującego o wątpliwej diagnostyce dowiadujemy się, że „warunkiem koniecznym zakażenia jest proces namnażania się. Testy PCR mogą jedynie stwierdzić OBECNOŚĆ materiału genetycznego w wymazie z nosogardzieli (…), który może, ale nie musi należeć do SARS-Cov-2”. Oznacza to, że „wykrycie wirusowego RNA za pośrednictwem metody RT-PCR może nie wskazywać na zakaźność zainfekowanej osoby lub dowodzić, że wirus jest czynnikiem wywołującym objawy kliniczne”.

Powyższa informacja prowadzi rzecz jasna do konkluzji, że testy mogły być fałszywie dodatnie… Nie tyle mogły, bo według autorów nawet były, skoro „odsetek fałszywie dodatnich wyników wśród bezobjawowych pacjentów sięga 70%”.

Ktoś sceptyczny odpowiedziałby z pewnością, że testy mogłyby być również fałszywie ujemne… Odpowiadając wyimaginowanemu oponentowi: skoro są po prostu fałszywe (fałszywie dodatnie czy ujemne), to nadają się jedynie do wyrzucenia.

Niezależna krytyczna recenzja publikacji, na podstawie której test RT-qPCR został wprowadzony do powszechnego stosowania w diagnostyce SARS-CoV-2 wykazała 10 błędów naukowych na poziomie molekularnym i metodologicznym. Błędy te czynią test PCR bezużytecznym. Dodajmy tylko, że recenzja została opracowana przez 22 badaczy z International Consortium of Scientists in Life Sciences.

Czy to nadal za mało, by zrozumieć jak bardzo manipulowano ludźmi przez ten chory czas terroru? Czy to nadal za mało, by zauważyć, jak bardzo niezasadna była polityka masowego przesiewowego testowania populacji na C-19? Nie dość, że niezasadna, to wręcz destrukcyjna: „duża liczba przypadków i zgonów covidowych w okresie „pandemii COVID-19” w Polsce była głównie skutkiem masowej, przesiewowej i wadliwej diagnostyki, ograniczonego i opóźnionego dostępu do opieki medycznej, braku promocji postaw prozdrowotnych i właściwego leczenia objawów „COVID-19” / chorób współistniejących oraz masowej histerii”.

„Zostań w domu”

Tyleż słynny, co nieskuteczny lockdown, będący połączeniem interwencji niefarmaceutycznych (w tym administracyjnego nakazu „zostań w domu”) prawdopodobnie zostanie uznany za „jedną z największych porażek polityki czasu pokoju we współczesnej historii”. W analizie przeprowadzonej dla Kanady wykazano, że „na każdy uratowany dzięki lockdownowi rok życia musimy poświęcić 141 lat życia z powodu skutków ubocznych tej polityki”.

Mądrość po szkodzie? Niekoniecznie, bowiem już w lipcu 2020 dane naukowe wskazywały na niewielką lub żadną skuteczność lockdownów.

To wtedy „The Lancet” publikuje analizę, z której wynika, że nie ma korelacji między natychmiastowym, pełnym lockdownem i powszechną rutynową diagnostyką a śmiertelnością związaną z COVID-19.

Trzeba też podkreślić, że lockdowny na całym świecie w okresie „pandemii C-19” wdrażano na podstawie teoretycznych analiz i modeli predykcyjnych… Tymczasem okazuje się, że nawet w najbardziej katastrofalnym scenariuszu wzrostu zakażeń oraz kosztów lockdownu, kalkulacja kosztów do korzyści jest niekorzystna.

Według autorów, należałoby „ocenić istniejące struktury, które doprowadziły do działań przynoszących efekt przeciwny do zamierzonego i poszukać sposobów optymalizacji podejmowania decyzji, takich jak przeciwdziałanie myśleniu grupowemu i zwiększenie poziomu refleksyjności”.

Szczypta statystyk ze świata: „do 31 grudnia 2021 r. na całym świecie w związku z pandemią COVID-19 zmarło 18,2 mln osób, z czego 5,94 mln zgonów zostało przypisanych do COVID-19. Znacząca większość zgonów ponadnormatywnych to zgony niebezpośrednio związane z pandemią. Najwyższe współczynniki nadumieralności zarejestrowane w południowej Azji, północnej Afryce, w krajach Bliskiego Wschodu oraz w Europie Środkowej”.

Szczypta statystyk z Polski: „W latach 2017-2018 liczba przypadkow grypy przekroczyła 5 mln/rok. W roku 2020 stwierdzono zaledwie 3,15 mln przypadków grypy. Zakażenia SARS-CoV-2 stanowiły 1,28 mln. Suma przypadków grypy w 2020 r. oraz zakazeń SARS-CoV-2 wynosiła 4,43 mln i była niemalże identyczna ze średnią wieloletnią zachorowań na grypę”.

Zamykanie szkół – moralna katastrofa

Ze słynną jakże „altruistyczną” maksymą „zostań w domu” wiązało się również zamykanie szkół, które, w artykule Dasgupta 2022, zostało uznane za „moralną katastrofę”. I w tym wypadku polityka izolacji była chybiona, tym bardziej, że „COVID-19 nie stanowi istotnego zagrożenia dla dzieci” i nie są one „transmiterem”, zaś „ryzyko transmisji w placówkach edukacyjnych jest ogólnie niskie”.

O tym jak bardzo negatywnie zamykanie szkół wpłynęło na system edukacji oraz uczniów chyba wiele mówić nie trzeba. O ile z otyłości można wyjść (często z trudem), o tyle konsekwencje psychiczne mogą być znacznie bardziej długotrwałe i trudniejsze do pokonania…

Maski

Zdajmy sobie sprawę z tego, że zanim najsłynniejszy wirus opanował nasze życie, maski nie były wcale zalecanym środkiem ochrony przed infekcjami górnych dróg oddechowych. Rekomendacje w tym zakresie zmieniły się dopiero w pierwszych miesiącach „pandemii C-19”, przy, uwaga: „braku przełomowych badań wysokiej jakości” zaś „motywem dla nowych zaleceń były przesłanki polityczne i psychologiczne, a nie medycyna oparta na dowodach”.

Według prof. med. Inges Kappstein, specjalistki w zakresie mikrobiologii, wirusologii i epidemiologii zakażeń oraz higieny i medycyny środowiskowej, konieczność noszenia masek oparto wyłącznie na „tzw. przekonujących przemyśleniach”, a w istocie nikt (ani WHO, ani CDC) „nie przedstawił danych naukowych na temat pozytywnych efektów skuteczności maseczek (…) ponieważ takie dane nie istnieją”.

Ktoś może odpowiedzieć – przecież w Azji maski były popularne od zawsze. Owszem, taką tam mają kulturę, lecz warto wiedzieć, że mimo tej kultury noszenia masek, Japonia, w 2019 r. „doświadczyła najgorszej w historii epidemii grypy, która dotknęła miliony ludzi, a wielu pacjentów było hospitalizowanych lub w stanie krytycznym”.

Przed ogłoszeniem przez WHO pandemii koronawirusa, powszechnie wiadomym było, że „maski nie chronią przed wirusami układu oddechowego”, a ponadto nie ma znaczenia, czy „używamy masek własnej roboty (…), chirurgicznych, czy typu N95 (odpowiednik FFP2)”. Ta sama WHO jeszcze w 2020 r. w grudniu stwierdziła, że istnieją „ograniczone i niespójne dowody na poparcie skuteczności powszechnego noszenia masek”.

Nie trzeba chyba przypominać, co mówili nasi rodzimi specjaliści o maskach, jak np. minister zdrowia Łukasz Szumowski: „Maseczki nie pomagają. Nie wiem, czemu ludzie je noszą”; doktor habilitowany nauk medycznych Jarosław Pinkas: „Maseczki nie chronią przed zarażeniem koronawirusem! Noszenie ich przez osoby zdrowe jest kompletnie bezsensowne!”; czy doktor Maciej Niwiński: „Źle użyta maseczka staje się bombą biologiczną. Szkodzi, zamiast pomagać!”. To się zdecydowanie samo komentuje.

Jednak znów ktoś mógłby użyć argumentu, że lekarze noszą maseczki (np. podczas operacji), czyli jakiś sens to jednak ma. Przy operacji – owszem, co potwierdza dr med. Jim Meehan: „chirurdzy rzeczywiście noszą maski, aby zapobiec zakażeniu pola operacyjnego oraz odsłoniętych tkanek wewnętrznych pacjenta tym, co może wydostać się na zewnątrz z ich dróg oddechowych. (…)

Jeśli chirurg byłby chory, a zwłaszcza na infekcję wirusową, nie przeprowadzałby operacji, bo wie, że jego maska chirurgiczna NIE powstrzyma wirusa”.

Ktoś inny znów powie – na wszelki wypadek lepiej nosić, co to szkodzi. No cóż… I na taki hipotetyczny argument mojego wyimaginowanego oponenta nauka odpowiada: „najbardziej wiarygodne dostępne dane zgodnie z medycyną opartą na dowodach naukowych nie wykazują jednoznacznej korzyści z powszechnego noszenia masek w zapobieganiu infeksji wirusowych”. Oznacza to brak, bądź niewielką skuteczność masek. Jeśli zestawimy ten wniosek z ich szkodliwością dla zdrowia to wygląda na to, że ze stosunku korzyści do strat znów wychodzimy „potłuczeni”. Mówiąc dosadniej, po raz kolejny zostaliśmy oszukani.

Potencjalne długoterminowe skutki, a także wzrost bezpośrednich krótkoterminowych skutków noszenia masek przez dłuższy czas to chociażby: zatrzymanie dwutlenku węgla, senność, ból głowy, uczucie wyczerpania, podrażenienie skóry, zanieczyszczenie mikrobiologiczne (tj. kolonizacja zarazków).

Jeśli kogoś nie przekonuje jednak ten argument (bądź co bądź nie taki znów byle jaki – chodzi w końcu o gloryfikowane w ostatnim czasie zdrowie), to może warto chociaż wyobrazić sobie biedne meduzy, których niedługo będzie w oceanach mniej niż tych masek? A to dlatego, że w ubiegłym roku do mórz i oceanów trafiło ich 1,5 miliarda.

A, i zapomniałabym. Porównanie noszenia masek do zapinania pasów bezpieczeństwa naprawdę ani trafne ani nawet dowcipne nie jest, gdyż „dane sugerują niskie ryzyka zarażenia się wirusami układu oddechowego w przelotnym kontakcie w przestrzeni publicznej, od osoby bezobjawowej oraz w otwartej przestrzeni”.

Eksperymentalne szczepionki

Zanim przejdę do „gwoździa programu”, czyli najbardziej kontrowersyjnego punktu tej dwuletniej histerii, będę musiała niejako wytłumaczyć się z tego śródtytułu. Dlaczego eksperymentalne? Znowu jakaś teoria spiskowa, kolejna parszywa prowokacja?

„Badanie fazy III nad skutecznością i bezpieczeństwem szczepionki przeciw Covid-19 jeszcze się nie skończyło (…) Faza III próby klinicznej jest w toku, a skuteczność i bezpieczeństwo nie zostało potwierdzone w dłuższych okresach obserwacji. Bez tej wiedzy udział w programie szczepień należy uznać za eksperymentalny, zwłaszcza, że większość dotychczas przeprowadzonych badań fazy III dla szczepionek innych niż przeciwko COVID-19 obejmowała dużą liczbę pacjentów i trwała od 1 do 2 lat. W momencie przyznania szczepionce Pfizer/Biontech zezwolenia na zastosowanie warunkowe u dzieci w przypadku większości uczestników badania klinicznego agencje regulatorowe dysponowały danymi dotyczącymi bezpieczeństwa i skuteczności z okresu obserwacji wynoszącego zaledwie 1-2 miesiące. (…)

Czas potrzebny na ocenę skuteczności i bezpieczeństwa szczepionek trwa zwykle 12-15 lat i obejmuje dokładne testy in vitro, badania przedkliniczne (na zwierzętach), a następnie sekwencyjne próby kliniczne (na ludziach; fazy 1, 2 i 3. Natomiast szczepionki przeciw COVID-19 zostały opracowane i ocenione pod kątem bezpieczeństwa i skuteczności w czasie krótszym niż jeden rok. Oznacza to, że analizowano tylko krótkoterminowe scenariusze”.

Istotne jest również to, że szczepionki te testowano na stosunkowo zdrowych ludziach, a przecież później szczepi się wszystkich, w tym osoby w podeszłym wieku bądź z różnymi chorobami współistniejącymi. „Do prób klinicznych [firmy Pfizer] nie rekrutowano kobiet w ciąży lub karmiących piersią, osób z alergiami, z zaburzeniami psychicznymi, z obniżoną odpornością, z zaburzeniami krzepnięcia oraz osób, które wcześniej miały pozytywny wynik testu na COVID-19 lub którym przepisano sterydy itp.”

Rażąca dezinformacja dotknęła właśnie kobiety w ciąży, bowiem w formularzu zgody rodzica dziecka w badaniach klinicznych nad szczepionką przeciw C-19 Pfizera z 15 grudnia 2021 widnieje zapis: „Wpływ szczepionki C19 na plemniki, ciążę, płód lub karmione dziecko nie jest znany”. Jak więc wytłumaczyć fakt, że na stronie Państwowego Zakładu Higieny widnieje informacja, że „wyniki dostępnych badań potwierdzają, że szczepionki przeciw COVID-19 są wyjątkowo bezpieczne dla kobiet w okresie ciąży”?

Wątpliwa skuteczność preparatów przeciw COVID-19

Mało tego, że są to preparaty eksperymentalne, ale i nieskuteczne. „Dostępne szczepionki przeciw COVID-19 nie wpływają istotnie na redukcję transmisji wirusa (…) masowe szczepienia wydają się nieproporcjonalne do zagrożenia, ponieważ wskaźnik śmiertelności infekcji SARS-CoV-2 dla ogółu populacji wynosi tylko 0,15-0,16%”. Z kolei „odporność poinfekcyjna jest lepsza od poszczepiennej”, a niektóre dane sugerują, że szczepienie może osłabić odporność.

Jeśli założymy, że szczepienia mogłyby osłabić odporność (efekt odwrotny od zamierzonego), to tym łatwiej byłoby zrozumieć fakt, że „pomimo wdrożenia masowych programów szczepień przeciw COVID-19 w 2021 roku w Europie odnotowuje się podobną nadmiarową śmiertelność w stosunku do roku 2020, a dla niektórych grup wiekowych (np. 0-14 i 45-64 lat) nawet większą (obserwacje te są tym bardziej zaskakujące z uwagi na znacznie niższą śmiertelność nowego dominującego wariantu SARS-CoV-2 – omikronu)”.

Co ciekawe, oficjalne dane opublikowane przez rząd brytyjski wykazały, że „od 20 grudnia 2021 roku skuteczność trzech dawek szczepionki przeciw COVID-19 była ujemna przy znacznie zwiększonym odsetku przypadków hospitalizacji i zgonów wśród zaszczepionych i zmniejszonym odsetku przypadków, hospitalizacji i zgonów wśród niezaszczepionych”. Te dane mogą służyć za najlepszy kontrargument do słynnego sloganu „zaszczep się dla innych”… Co więcej, w Wielkiej Brytanii „zapadalność na COVID-19 była wyższa w podgrupie zaszczepionych w porównaniu z podgrupą nieszczepionych we wszystkich grupach wiekowych od 30 r.ż. wzwyż”.

Konieczność szczepienia się przeciwko wirusowi-celebrycie często argumentuje się niskim poziomem przeciwciał SARS-CoV-2 lub ich brakiem, uznaje się wręcz, że ich wysoki poziom jest pożądany i bezpieczny. Tymczasem „wysoki poziom przeciwciał związany jest z cięższym przebiegiem infekcji (…) a mniejsza ich liczba i silniejsza odpowiedź komórkowa z lepszą tolerancją choroby”.

Niepożądane odczyny poszczepienne (NOPy)

W nowomowie podobno są „pożądane”, a ja mimo wszystko wątpię, że ktokolwiek pożądałby śmierci czy ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, dlatego zmianę i tego określenia uważam za kolejny niesmaczny żart.

„Dane z okresu 6 miesięcy obserwacji osób zaszczepionych szczepionką firmy Pfizer wskazały na 300-procentowy wzrost liczby zdarzeń niepożądanych związanych z podaniem szczepionki przeciw COVID-19 w grupie badanej (5241) w porównaniu z placebo (1311), 75-procentowy wzrost liczby ciężkich zdarzeń niepożądanych (…), 10-procentowy wzrost poważnych skutków ubocznych (wizyta na SOR lub hospitalizacja) (…) 43-procentowy wzrost zgonów w grupie badanej (20) w porównaniu z placebo (14)”.

Zarejestrowanych NOPów jest bardzo wiele, tylko amerykański system rejestracji NOPów VAERS podaje, że w dniu 1 lutego 2022 było już „około 22,6 tys. zgonów, 121,6 tys. hospitalizacji, 30 tys. zapaleń mięśnia sercowego/osierdzia (…) 40 tys. trwałych niepełnosprawności, 3,8 tys. poronień (…) 25,8 tys. zdarzeń zagrażających życiu”… Wymieniać można długo. Na uwagę zasługuje także fakt, że te rejestry często nie są transparentne, a „mylące” dane bywają usuwane… Możemy zatem wyobrazić sobie, że skala problemu jest znacznie większa. A jest na pewno, skoro na podstawie analizy bazy VAERS wykazano „istotny wzrost zgłoszeń przypadków raka (…) po szczepionkach przeciw COVID-19 w porównaniu ze wszystkimi innymi szczepionkami w 31-letniej historii istnienia rejestru”!

Również 1 lutego 2022 r., senator USA Ron Johnson wysłał list do sekretarza obrony Lloyda Austina, w którym czytamy, że w 2021 r. „odnotowano znaczny wzrost diagnoz zarejestrowanych w DMED (Defense Medical Epidemiology Database) dotyczących poronień, raka i wielu innych schorzeń w porównaniu ze średnią z pięciu ostatnich lat (…). W 2021 r. odnotowano również wzrost zarejestrowanych diagnoz dla następujących schorzeń: nadciśnienie – wzrost o 2181%, choroby układu nerwowego – wzrost o 1048%, nowotwory złośliwe przełyku – wzrost o 894%, stwardnienie rozsiane – wzrost o 680%, nowotwory złośliwe narządów trawiennych – wzrost o 624%”…

Równie mocno przerażają wyniki badań histopatologicznych z autopsji kilkunastu osób zmarłych po szczepieniach przeciw COVID-19, przeprowadzonych przez światowej sławy patologa, Arne Burkhardta, które wykazały „wywołane szczepionką patologie o podłożu autoimmunologicznym w wielu narządach”.

Analiza profesora R. Steyera i doktora G. Kapplera wykazała korelację między nadmierną śmiertelnością w krajach federalnych a ich wskaźnikiem zaszczepienia na poziomie 0,31. „Liczba ta jest zaskakująco wysoka i byłaby ujemna, gdyby szczepienia miały zmniejszyć śmiertelność. W rozpatrywanym okresie (od 36 tygodnia do 40 tygodnia 2021 r.) obowiązuje następująca reguła: im wyższy wskaźnik szczepień, tym większa nadmierna śmiertelność”.

W innej pracy (Oller 2022) autorzy doszli do wniosku, że nie dość, że te szczepionki są nieskuteczne, to „zgony ze wszystkich przyczyn w ciągu 60 dni od pozytywnego testu na COVID-19, w różnych grupach wiekowych były niemal doskonale skorelowane ze zgonami osób otrzymujących od jednej do trzech dawek szczepionki przeciw COVID-19, co sugeruje, że te preparaty są bardziej śmiercionośne niż cokolwiek innego obserwowanego w populacji Wielkiej Brytanii przez Narodowy System Zarządzania Szczepieniami”.

Warto zwrócić także uwagę na wyjątkową bezczelność firm takich jak Pfizer, która w dokumencie FDA przyznaje, że ich szczepienia „spowodują zapalenie mięśnia sercowego w populacji od 5 do 11 lat, ale optymistycznie stwierdza, że nie będzie zgonów z powodu tej choroby w żadnym z prognozowanych scenariuszy (spekulacja, niska jakoś dowodów)”.

Wniosek z tego płynie prosty: trzeba szczepić dzieci, mimo że są najmniej narażone na zakażenie najsłynniejszym wirusem, po tym szczepieniu mogą wprawdzie dostać zapalenia mięśnia sercowego, ale i tak wszystko jest w porządku, bo nie umrą… Wspaniałe wieści, a logika jaka ujmująca! W tym miejscu dodajmy jeszcze, że w badaniu opublikowanym przez „Nature” wykazano „ponad 25% wzrost ostrego zespołu wieńcowego/zatrzymania akcji serca u osób w wieku 16-39 lat w okresie szczepień przeciw COVID-19”. No, ale jeśli to przeżyli, to i tak było warto się szczepić, prawda? Zatrzymanie akcji serca w tym wieku to chyba norma, prowadzimy przecież wszyscy taki stresujący tryb życia…

Obecność grafenu w szczepionkach przeciwko C-19

„W listopadzie 2021 roku profesor Pablo Campra (…) potwierdził obecność cząsteczki grafenu w szczepionkach przeciw COVID-19”. Informację tę potwierdziło również niezależne anonimowe laboratorium w Wielkiej Brytanii, stwierdzając, że „wszystkie cztery próbki szczepionek (Moderna 1, Modern 2, AstraZeneca i Pfizer) zawierają znaczne ilości kompozytów węglowych, związków grafenu i tlenku żelaza. Składniki te nie zostały zadeklarowane przez producentów i nie ma ich na liście składników szczepionek”.

Dlaczego to takie istotne? Przede wszystkim dlatego, że nawet niewielka obecność nanocząstek grafenu w organizmie „może prowadzić do poważnych chorób przewlekłych takich jak rak”.

Gorące partie szczepionek

Jeśli zadajemy sobie pytanie, dlaczego niektórzy po przyjęciu tych szczepionek czują się dobrze, praktycznie nie uświadczając niepożądanych odczynów, podczas gdy u innych nastąpiła śmierć lub trwałe uszkodzenie ciała, musimy zdać sobie sprawę z istnienia tzw. gorących partii szczepionek. Są to śmiertelnie niebezpieczne partie, które nie zostały usunięte przez producenta. Wręcz przeciwnie – producent mógł nakazać swojej firmie rozprowadzić je po całym kraju, tak aby władze nie zauważyły oczywistego śmiertelnego efektu.

„Wszystkie partie szczepionki na COVID-19 są numerowane – na przykład Moderna oznacza je takimi kodami: 013M20A. Zauważono, że numery partii kończyły się na 20A albo na 21A. Partie kończące się na 20A były znacznie bardziej toksyczne i powiązano je z około 1700 zdarzeń niepożądanych, podczas gdy dla partii 21A zidentyfikowano od kilkudziesięciu do kilkuset takich zdarzeń”. Czy były to celowe zmiany w produkcji poprzez wprowadzenie do szczepionki śmiertelnie niebezpiecznych partii?

Zmiana definicji szczepionki

Także definicja tego słowa została zmieniona, w dodatku całkiem niedawno, bo 2 września 2021 r. przez CDC. Latami obowiązująca definicja brzmiała: „produkt, który stymuluje układ odpornościowy człowieka do wytworzenia odporności na określoną chorobę, chroniąc osobę przed tą chorobą”, obecnie zaś brzmi: „preparat, który służy do stymulowania odpowiedzi immunologicznej organizmu na choroby”.

Korzyści versus straty

Wnioski płynące z analizy badań naukowych zaprezentowanych w tej książce są bardzo smutne.

W ocenie stosunku korzyści do strat praktycznie zawsze przeważają straty. W kwestii szczepień jest to o tyle bardziej przerażające, że nie możemy się przecież „odszczepić”, a autorzy podkreślają, że niektóre skutki uboczne mogą wystąpić nawet wiele lat później.

„Nawet przy najbardziej korzystnych założeniach ludzie w grupie demograficznej 65+ są pięć razy bardziej narażeni na śmierć z powodu szczepienia niż z powodu COVID-19”, z kolei według oficjalnego raportu CDC „ryzyko ciężkiego NOP-u u nastolatków (…) jest 2,5-krotnie wyższe niż ryzyko ciężkiego przebiegu COVID-19 u dzieci”.

 Czytając choćby taki ustęp nie można nie zadać sobie pytania, po co to wszystko? Straszenie ludzi, wyolbrzymianie problemu, a właściwie wręcz tworzenie problemu, którego nie było, tylko po to, by znaleźć na niego magiczne rozwiązanie powodujące o wiele większe i tym razem już prawdziwe problemy. Czy to wszystko naprawdę „tylko” dla zysku? Autorzy tej książki nie odpowiadają na to pytanie. „Biała księga pandemii koronawirusa” to wnikliwe kompendium (z naukowego punktu widzenia) wszystkich absurdów, jakie nam zafundowano w ciągu ostatnich dwóch lat. Tyle tylko, że za niektóre z nich niektórzy z nas zapłacili najwyższą cenę. I to właśnie dlatego warto ciągle o tym przypominać. Żeby za kilka lat znowu nie doprowadzono do podobnej tragedii. Żeby nie zapomniano.

Ten artykuł otworzyłam niezwykle smutnym cytatem, jednakże chciałabym wierzyć w to, że mimo wszystko znajdą się zainteresowani tą książką oraz analizami, wnioskami, które przedstawia. Nie dlatego, że czuję w sobie jakąkolwiek misję przekonywania kogokolwiek do czegokolwiek, ale dlatego, by nigdy więcej nie odebrano nam naszej wolności, naszego zdrowia i naszego życia. „Kogo obchodzi, gdy czyjś czas się skończy? Jeśli wszystko czym jesteśmy to chwila… Albo nawet krócej. Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło? Cóż, mnie tak, i wierzę, że Ciebie także”. Mnie również. I to właśnie moja motywacja.

Pamiętajmy również o tym, że „współcześnie władza ucieka się do bardziej subtelnych i wyrafinowanych metod oddziaływania na zachowanie człowieka. Oznacza to, że jednostki uwewnętrzniają (…) modele określonych zachowań promowane przez media jako naukowe i akceptują, najczęściej nie do końca świadomie, odgórnie narzucone normy. Nowoczesne społeczeństwo jest administrowane przez profesjonalistów, którzy definiują określone standardy. Podobnie na podstawie administracyjnej decyzji zapada wyrok: „zdrowy”, „chory”, „szalony”, „kryminalista”, „dewiant”. Wiedza (…) traktowana jest jako narzędzie sprawowania władzy. Obecnie jedna z jej dziedzin, tj. medycyna służy do regulacji i kontrolowania ludzkich zachowań”.

praca zbiorowa,

Biała księga pandemii koronawirusa. Fakty i dane ukrywane przed opinią publiczną, Fundacja Ordo Medicus, 2022


Źródła:

Biała księga pandemii koronawirusa (pod redakcją dr. Mariusza Błochowiaka), Fundacja Ordo Medicus, 2022;

Cytaty:

Ryszard Kapuściński: „Jest taki rodzaj samotności, wynikający z poczucia niezrozumienia, gdy wie się rzeczy, o których inni nie wiedzą, i nie bardzo jest to komu przekazać, bo w gruncie rzeczy nie bardzo to innych interesuje.”

Mark Twain: „Łatwiej jest oszukać ludzi, niż przekonać ich, że zostali oszukani.”

Monika Dejk – Ćwikła „Kogo obchodzi, gdy czyjś czas się skończy? Jeśli wszystko czym jesteśmy to chwila… Albo nawet krócej. Kogo obchodzi jeśli zgaśnie kolejne światło? Cóż, mnie tak, i wierzę, że Ciebie także.”

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 156 / (52) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Zdrowie

Być może zainteresują Cię również: