fbpx

Opinia

Biurokracja nie zdała egzaminu

mechanizm
mechanizm fot. Arek Socha z Pixabay

Ronald Lasecki

Nr 19 (2020)

Większość pytanych o następstwa pandemii COVID-19 najmodniejszych dziś na Zachodzie intelektualistów, wskazuje na rozszerzenie biurokratycznej kontroli nad społeczeństwem jako na rzekomo optymalną, czy wręcz konieczną, reakcję na to – zidentyfikowane jako poważne zagrożenie – zjawisko. Ma być to kontrola bądź to ze strony „domykającego się” w kryzysowych warunkach i odchodzącego od liberalizmu państwa narodowego, bądź to ze strony rozbudowywanych i wzmacnianych w związku z pandemią instytucji i mechanizmów globalistycznych.  

W takim duchu zdążyli się już wypowiedzieć między innymi  Roberto Esposito, Noam Chomsky, Alain Badiou, Henry Kissinger, Yuval Noah Harari, Slavoj Žižek, Giorgio Agamben, Aleksandr Dugin, Byung-Chul Han, Patrick Buchanan, Jean-Luc Nancy, Alain de Benoist i Jürgen Habermas, prognozując rozbudowę aparatu (w rozumieniu, jakie pojęciu temu nadali Max Horkheimer i Theodor Adorno) terapeutyczno-kontrolno-opiekuńczego – czy to na poziomie państwa narodowego, czy na poziomie globalnym. Ocena tej tendencji bywa u poszczególnych komentatorów cieniowana tonami bardziej optymistycznymi lub pesymistycznymi; niektórzy widzą w niej wyłącznie szansę, podczas gdy inni dostrzegają też zagrożenia, wszyscy zgodnie jednak uznają racjonalność tego rodzaju kroków.

Tendencje w tym kierunku możemy też obserwować na poziomie krajowej sceny politycznej w Polsce, gdzie z politologicznego punktu widzenia mamy do czynienia z niespotykanym chyba dotychczas fenomenem, gdy – przynajmniej na poziomie narracji przedstawianej w środkach masowego przekazu – podmiotem regulacji życia społecznego i gospodarczego, o których głębokość i szczegółowość kiedy indziej można by co najwyżej pomawiać Koreę Północną, stał się nienależący przecież do najważniejszych podmiotów władzy minister zdrowia.

Kto nami rządzi

W rzeczywistości zapewne słynne podkrążone oczy Łukasza Szumowskiego nie stały się takimi bynajmniej w efekcie przytłoczenia ministra ciężarem niemal totalitarnej władzy. Łukasz Szumowski, cieszący się zresztą uznaniem i poparciem prawicy nie ze względu na swój niewątpliwy dorobek naukowy i doświadczenie zawodowe, lecz z powodu wspólnych zdjęć z Matką Teresą z Kalkuty, jest najpewniej jedynie „twarzą” decyzji podejmowanych przez wyżej uplasowanych na drabinie władzy decydentów jak szef rządu i szef partii rządzącej, którzy jednak wydelegowali popularnego ministra przed kamery telewizyjne, sami bojąc się odpowiedzialności za decyzje i utraty społecznego poparcia – to zresztą charakterystyczny dla polskiej polityki co najmniej od końca XVIII wieku mechanizm, świadczący o niedojrzałości i tchórzostwie elit politycznych; jako taki piętnował go już Roman Dmowski, argumentując za przejrzystością struktur władzy i „męskim” przyjmowaniem odpowiedzialności za decyzje przez rządzących.

Wracając jednak do kwestii zidentyfikowania faktycznego ośrodka decyzyjnego w dzisiejszej Polsce, to zwrócić warto uwagę na również politologicznie interesujący wzrost globalnego znaczenia Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), której decyzje posłusznie wykonuje większość państw narodowych na świecie – w tym również państwo polskie.

Fałszywy blask gwiazdy ministra Szumowskiego

Przyjrzyjmy się tymczasem samym kolejnym decyzjom rządu, firmowanym przez ministra Szumowskiego. Wątpliwości budzi już stopniowe zamykanie granic w miarę nasilania się epidemii wewnątrz kraju. Zamknięcie granic ma sens wówczas, gdy może to zapobiec przeniknięciu przez nie zarazy. Tak postąpiły państwa takie, jak Korea Północna, Turkmenistan czy Kuba, gdzie epidemia nie przeniknęła w ogóle lub gdzie liczba zachorowań jest stosunkowo niska. Podobnie niski wskaźnik zachorowań notują pozostałe państwa, z powodów obiektywnych znajdujące się na peryferiach systemu globalnego kapitalizmu. Krajami, do których najpewniej wirus nie dotarł i nie dotrze, są izolująca się od świata zewnętrznego wyspa Sentinel w archipelagu Andamanów i prywatna wyspa Niʻihau w archipelagu Hawajów, gdzie nie ma wstępu nikt z zewnątrz.

Zamknięcie granic ma więc sens, zanim epidemia do nas dotrze, gdy jednak już „wróg jest w domu”, staje się działaniem wątpliwym. Tym bardziej, gdy, jak w przypadku Polski, zamknięciu granic dla zwykłych obywateli, towarzyszy przyjmowanie kilku tysięcy żołnierzy z USA przybyłych na ćwiczenia NATO.

Nie wiemy też do dziś, czemu tak naprawdę miał służyć rządowy zakaz wstępu do lasów i drakońskie kary finansowe za jego naruszenie. Dałoby się zrozumieć objęcie takim zakazem wybranych kompleksów leśnych w sąsiedztwie największych ośrodków miejskich, gdzie w warunkach ograniczeń w swobodnym poruszaniu się po terenach zabudowanych, mógłby rzeczywiście powstać „tłok” wyjeżdżających masowo „na zieloną trawkę” mieszkańców miast. Zakazem objęto jednak wszystkie kompleksy leśne, a także parki narodowe, zieleńce, bulwary i tereny nadwodne. Dodajmy do tego zakaz uprawiania sportu indywidualnego na świeżym powietrzu, a nawet zakaz wychodzenia z mieszkań w celu innym niż zaopatrzenie się w najbardziej potrzebne produkty. Polakom zakazano przebywać na świeżym powietrzu, spacerować, wędrować i biwakować w terenie, biegać, jeździć na rowerze, pływać i morsować w naturalnych zbiornikach wodnych. Na niemal dwa miesiące zamknięto nas w betonowych klatkach miejskich blokowisk, gdzie mieszka większość obywateli naszego kraju.

Efekty nietrudno przewidzieć; po kilku tygodniach takiego uwięzienia pogorszeniu ulec musi kondycja fizyczna i psychiczna, w warunkach niedoboru witamin i świeżego powietrza osłabieniu ulec odporność organizmu, nasilić się muszą choroby cywilizacyjne z otyłością na czele, a sytuację pogorszyć musi odcięcie, w warunkach epidemii, od regularnego leczenia i rehabilitacji w przypadku przeciągłych schorzeń. Osłabienie odporności oraz ogólne osłabienie organizmu i pogorszenie kondycji fizycznej Polaków nie pozostaną jednak bez konsekwencji i na jesieni, a być może nawet wcześniej, spodziewać się zapewne możemy nowego wzrostu zachorowań i być może tym razem już także kryzysu niewydolności służby zdrowia – zwłaszcza że pojawi się wówczas cyklicznie wracający w tym okresie problem grypy prawdziwej.

Powrót do ścisłej reglamentacji życia codziennego może nie być już wówczas możliwy. Wprowadzeniu kwarantanny towarzyszyła patriotyczna mobilizacja i początkowy entuzjazm. Z czasem, jej warunki będą odbierane jako coraz bardziej uciążliwe i dojmujące. Pojawi się też efekt psychicznego oswojenia epidemii i zmniejszenia czujności – nie sposób przez kilkanaście miesięcy lub być może nawet kilka lat, żyć w stanie permanentnego napięcia i mobilizacji. Proces ten widać już dziś; zadekretowany obowiązek noszenia maseczek nie jest przestrzegany, wiele osób ma je ściągnięte lub przynajmniej odsłania nosy – z nadejściem ciepłych miesięcy, urlopów i wakacji będzie tak coraz częściej. Narasta też społeczna niechęć do policji i służb mundurowych, jeszcze do niedawna zaczepiających na ulicach przechodniów i rowerzystów oraz wlepiających mandaty łowiącym samotnie na odludziu rybakom, obecnie zaś teoretycznie mogących karać za nienoszenie maseczek. Można wątpić, czy to ostatnie będzie zbyt skrupulatnie egzekwowane, nie tylko z uwagi na możliwy opór społeczny, ale również mając na względzie margines zdolności mobilizacyjnych służb mundurowych, które obok patrolowania ulic, czym obarczono je obecnie, spełniać muszą przecież jeszcze swoje standardowe zadania. 

Równie wiele wątpliwości rodzi sam obowiązek noszenia maseczek. Minister Szumowski jeszcze niedawno odradzał noszenie maseczek twierdząc, że nie chronią przed zainfekowaniem. Po kilku dniach zmienił jednak zdanie, ogłaszając obowiązek ich noszenia „do czasu wynalezienia szczepionki lub opracowania leku”. Zauważmy przede wszystkim, że stwierdzenie takie jest wątpliwe z punktu widzenia prawa: „termin” – w tym przypadku termin ustania obowiązku noszenia maseczek, z definicji musi być zdarzeniem przyszłym określonym i pewnym. Nie wiemy, kiedy i czy w ogóle szczepionka na SARS-CoV-2 zostanie wynaleziona, podobnie jak nie wiemy, kiedy i czy w ogóle wynaleziony zostanie lek na COVID-19, a jeśli już zostaną one wynalezione, to jak będzie wyglądała ich dostępność. Obowiązek noszenia maseczek może więc teoretycznie zostać przedłużony choćby i na kolejnych 10 lub więcej lat.

O ile jednak da się argumentować decyzję obowiązku zakrywania ust i nosa w miejscach zatłoczonych jak ulice i sklepy, to już analogiczny obowiązek przy uprawianiu sportu indywidualnego jest podobnym absurdem jak obowiązujący do niedawna zakaz wstępu do lasów. Rowerzysta jadący jezdnią z miasta A do miasta B mijany jest co najwyżej przez przejeżdżające samochody. Osoba biegająca wczesnym rankiem lub po zmroku wybiera zazwyczaj ustronne i odludne miejsca, z uwagi choćby na samą specyfikę takiej aktywności fizycznej. Każdy z nich formalnie zobowiązany jest, pomimo tego, do zakrywania twarzy pod groźbą być może równie wysokiego mandatu, jak do niedawna za wstęp do lasu, jazdę na rowerze lub samotne wędkowanie w odludnym miejscu (nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych).

Dochodzi tu też kolejne zastrzeżenie w postaci funkcjonalności samych maseczek. Dziś już wiemy, że również te bawełniane powodują pocenie się nawet przy standardowej aktywności fizycznej. W przypadku kilkukilometrowego szybkiego marszu, tym bardziej zaś biegania, jazdy na rowerze lub uprawiania jakiejkolwiek innej, wymagającej przyśpieszonego i głębokiego oddychania aktywności fizycznej, maseczka musi powodować duszenie się i nasiąkać wilgocią oraz potem. Wraz ze wzrostem temperatury w miesiącach późnej wiosny i lata stanie się to jeszcze większym problemem. Medycy już na początku epidemii zwracali tymczasem uwagę, że wilgoć gromadząca się pod maseczką stanowi idealne środowisko rozwoju wszelkiego rodzaju drobnoustrojów groźnych dla zdrowia człowieka. Obowiązek noszenia maseczek w sytuacjach i miejscach nieadekwatnych (a obecnie można ich nie nosić jedynie w lasach) może zatem wręcz pogorszyć sytuację zdrowotną w kraju i nasilić epidemię.

Minister Szumowski w kolejnych dniach ogłasza natomiast sprzeczne ze sobą nawzajem prognozy czasu i intensywności trwania epidemii, przed kilku dniami upubliczniając dopiero rozpisany na kolejne etapy plan wychodzenia z reżymu kwarantanny. W związku z opóźniającym się prognozowanym szczytem zachorowań (początkowo miała to być druga połowa kwietnia) oraz szczytem umieralności (początkowo miała to być pierwsza połowa maja) odsuwany jest też harmonogram „odmrażania” gospodarki i ogłaszane kolejne wersje i uzupełnienia do „tarczy antykryzysowej”. Można by wręcz zadać sobie pytanie, czy wobec widma kryzysu gospodarczego, rządowi (wykonującemu polecenia globalnej oligarchii kapitalistycznej) nie byłoby na rękę „przyspieszenie” przebiegu epidemii, choćby kosztem wzrostu śmiertelności, byleby zminimalizować późniejsze reperkusje kwarantanny epidemicznej dla gospodarki? Polityka rządu sprawia wrażenie niesamodzielnej, nieprzejrzystej, chaotycznej, pełnej absurdów i sprzeczności.

Kwarantanna racjonalna

Tymczasem rządy Norwegii i Islandii nie zakazują, a wręcz zachęcają obywateli swoich państw do jak najczęstszego przebywania na zewnątrz, do aktywności fizycznej, do chodzenia do lasów i przytulania się do drzew – z zachowaniem odpowiedniego dla warunków epidemii dystansu społecznego.

Działające podmiotowo i racjonalnie władze polskie powinny przyjąć podobną linię; zachęcać do wyjazdów poza miasto, przebywania na słońcu i świeżym powietrzu, opalania się i morsowania, spacerów i wypoczynku na łonie natury, pieszych wędrówek i biwakowania, sportów indywidualnych jak bieganie i kolarstwo, kąpieli i pływania w naturalnych zbiornikach wodnych, przestawienia się na naturalną żywność i zdrowego odżywiania się, rezygnacji z używek i żywności przetworzonej.

Polityka kwarantanny mogłaby wzmocnić społeczeństwo w obliczu epidemii wirusowej jedynie, gdyby spleść ją z szerszą polityką prozdrowotną. Niestety, aktualny polski „minister zdrowia” realizuje działania o charakterze wybitnie jednostronnym, w ramach których budowaniu dystansu społecznego nie towarzyszy budowanie odporności społeczeństwa.

Zamiast natomiast zamykać parki miejskie i narodowe oraz zieleńce, powinno się zachować ich dostępność dla społeczeństwa, z wyznaczeniem górnego limitu wpuszczanych osób oraz – w przypadku obiektów zieleni miejskiej – wyznaczeniem godzin, gdy byłyby one dostępne jedynie dla seniorów, jak miało formalnie (w praktyce regulacje te niemal od początku nie były przestrzegane) miejsce w odniesieniu do sklepów. Zamiast zachęcać do pozostawania w domach, powinno się zachęcać do przebywania na świeżym powietrzu, zgodnie z wymogami ostrożności właściwymi dla czasu epidemii. Ścieżki rowerowe i spacerowe powinny być dostępne, a uprawiający sport zwolnieni z obowiązku noszenia maseczek; zarówno biegacze, rowerzyści, jak i spacerowicze mogą przecież z powodzeniem zachować należyty dystans od innych. Obowiązek noszenia maseczek poza terenami miejskimi powinien być zupełnie zniesiony – z wyłączeniem miejsc, gdzie dystans społeczny z konieczności jest łamany jak sklepy, przystanki komunikacji publicznej czy świątynie – na wiejskiej drodze lub szosie łączącej różne miejscowości inne osoby mija się bowiem raz na pół godziny i dodatkowa izolacja w postaci maseczki jest po prostu zbędnym dla zdrowia utrudnieniem życiowym.

Podobna racjonalizacja narzuca się też w odniesieniu do gospodarki: zwróćmy uwagę, że pomimo teoretycznie podwyższonego zagrożenia zainfekowaniem, nie słyszy się o przypadkach zwiększonej ilości infekcji i zachorowań wśród kasjerek i ekspedientek w sklepach, będących zazwyczaj osobami młodymi lub w średnim wieku, acz stykającymi się nieustannie z nieprzeliczonymi rzeszami ludzi, wśród których musi nieuchronnie być mnóstwo zakażonych. Grupą podwyższonego ryzyka są za to osoby starsze i schorowane, a większość zmarłych zarażonych COVID-19 umiera na choroby towarzyszące. Wracamy tu więc do znaczenia polityki prozdrowotnej, która powinna ulec nasileniu z okazji stworzonej przez obecną epidemię. Pojawia się też jednak kwestia objęcia kwarantanną przede wszystkim grup podwyższonego ryzyka, zamiast blokować w związku z epidemią cały praktycznie kraj i jego gospodarkę. Władze Białorusi zachęcają do rzetelnej pracy w rolnictwie i na świeżym powietrzu oraz do naturalnych form wypoczynku. Jak dotychczas, zarówno pod względem medycznym, jak i gospodarczym, polityka ta przynosi pozytywne skutki.

Wróżenie z fusów

Pora przejść do wniosków bardziej ogólnych. Nie chcielibyśmy jednak ulec pokusie wróżenia „jaki będzie świat po koronawirusie?”. Wybitni niemieccy ekonomiści jak Werner Sombart czy Max Weber, przestrzegali, by wobec wielkoskalowych zjawisk takich jak epidemia lub klęska naturalna, pozwolić im rozwijać się i dopełnić, zanim zacznie się je studiować, w przeciwnym bowiem razie, badacz odchodzi od standardów naukowości, skazując się na domysły. Jak zauważył Georg Wilhelm Friedrich Hegel, „sowa Minerwy wzlatuje o zmierzchu”; fenomen musi się zrealizować, dopełnić się, dobiec końca – wówczas dopiero poddaje się refleksji filozoficznej i naukowej prognozie skutków. Ludwig Wittgenstein radził milczeć, gdy nie możemy się miarodajnie wypowiedzieć na jakiś temat. Z możliwości tej skorzystał argentyński filozof Alberto Buela, który – gdy poproszono go komentarz na temat koronawirusa – odmówił odpowiedzi tłumacząc, że filozofia nie jest wróżeniem z horoskopu, tylko wiedzą refleksyjną i potrzebuje dystansu. Ku własnej szkodzie nie skorzystał z niej natomiast czołowy dziś „pop-filozof”, wspomniany na początku Slavoj Žižek, który już w kwietniu (!) zdążył opublikować książkę „Pandemic! Covid-19 shakes the world”, ocenianą jednak zgodnie jako intelektualna fuszerka i hochsztaplerstwo.

Nie porywając się jednak na prognozowanie, „jaki będzie świat po koronawirusie”, pokusić się możemy o wskazanie, jakie dysfunkcje świata dzisiejszego ujawnia epidemia koronawirusa.

Bankructwo „państwa terapeutycznego”

Jak pośrednio napomknęliśmy kilka razy w  naszej wypowiedzi, epidemia wydaje się burzyć mit omnipotentnej władzy mogącej suplementować elastyczne i sprężyste społeczeństwo organiczne. Wyznawcy nowoczesnych teorii i doktryn politycznych – socjaldemokracji, etatyzmu, konstruktywizmu, nacjonalizmu, liberalizmu – próbują dziś rozpaczliwie galwanizować ten mit, czy to w odniesieniu do poziomu państwa narodowego, czy podnosząc go na poziom globalny. Widzimy jednak, że wszechwiedzące, sprawujące totalną kontrolę i nadzór, oraz dzięki nim mające zapewnić człowiekowi pełne bezpieczeństwo i komfort „państwo terapeutyczne” po prostu nie działa; wirus przenika swobodnie przez granice państwowe, poszczególne aparaty medyczne i gospodarcze – zarówno państw narodowych jak i instytucji ponadnarodowych (UE, WHO, ONZ) – okazują się niewydolne w warunkach kryzysu i nie potrafią dostarczyć nawet odpowiedniej liczby łóżek szpitalnych, wynalezionych sto lat temu respiratorów i szmacianych maseczek na twarz (które trzeba importować z Chin), dane i prognozy zbierane i opracowywane przez biurokratyczne aparaty analityczne nowoczesnych państw i instytucji okazują się niewiarygodne i nietrafione.

Mit racjonalnej, nowoczesnej biurokracji mającej reglamentować żyjące naturalnym rytmem społeczeństwo, mit mechanizmu mającego zastąpić organizm, okazał się fałszywy, bowiem oparty na zdecydowanym przecenianiu możliwości nowoczesnej biurokracji i racjonalności. Natury nie da się reglamentować, segmentować, dekretować.

Technologia, kapitalizm i państwo opiekuńcze nie uwolnią nas od praw Natury, ani nie zakończą historii w krainie powszechnego bezpieczeństwa i obfitości. Jesteśmy integralnym elementem Kosmosu, podlegamy jak wszystkie pozostałe jego elementy prawom Natury i żadne millenarystyczne rojenia o „końcu czasów”, „uwolnieniu od cierpienia” i „wiecznej szczęśliwości”, tego nie zmienią. Nie zmieni tego nawet globalny projekt neokomunistyczny podnoszony przez autorów takich jak Michael Hardt, Antonio Negri czy wspominany już dwukrotnie Slavoj Žižek. Postpaństwowy, globalny system „terapeutyczno-opiekuńczy” skończyć musiałby się identyczną klęską, jak historyczny komunizm radziecki.

Bankructwo keynesizmu

Po drugie, falsyfikacji uległ, mający swe źródła w teorii gospodarczej Johna Maynarda Keynesa, mit cywilizacji i społeczeństwa konsumpcyjnego, napędzającego wzrost ekonomiczny bez końca. Mnożnik Keynesa działa jedynie w warunkach czysto abstrakcyjnych i teoretycznych: dopóki w światowej gospodarce nie pojawią się dowolne niespodziewane czynniki losowe, które praktycznie zawsze wywołują histerię na tzw. rynkach papierów wartościowych (nieważne, czy w danym momencie może chodzić np. o wzrost lub spadek cen ropy naftowej – jedno i drugie może wywołać zupełnie nieracjonalną panikę „rynków”), co z kolei rodzi dalsze reperkusje gospodarcze – w tym ograniczenie konsumpcyjnej chłonności rzeczywistych rynków konsumenckich, w następstwie czego mnożnik przestaje działać. Z powolnym materializowaniem się takiej sytuacji mamy do czynienia obecnie: obniżenie zdolności konsumpcyjnej zagraża wywróceniem się całej gospodarki, opartej na założeniu nieprzerwanie rosnącej konsumpcji.

Zwolennicy teorii Keynesa odpowiadają zazwyczaj, że winne podatności dzisiejszego kapitalizmu na kryzysy jest… odejście od keynesowskiej ortodoksji przez wkomponowanie w globalny kapitalizm elementów neoliberalnych jak wspomniane rynki tzw. papierów wartościowych, czy zniesienie ograniczeń w handlu i inwestycjach. Prawdą jest jednak, że założenie nieograniczonego i nieprzerwanego wzrostu konsumpcji i wzrostu gospodarczego, mających prowadzić do coraz większego dobrobytu materialnego, jest zwyczajnie fałszywe, zakładając, że to, co w istocie jest zmienną, może mieć charakter funkcji monotonicznej. Na poziomie psychospołecznym teoria Keynesa odwołuje się zaś do tych samych co i inne teorie gospodarki kapitalistycznej popędów chciwości i zachłanności, będąc najważniejszym prawdopodobnie czynnikiem wykształcenia się na Zachodzie ponowoczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego i postaw skrajnie materialistycznych i hedonistycznych (tak dobrze obrazowanych w powieściach Breta Eastona Ellisa).

Aktualność „cnót mieszczańskich”

Ekonomię keynesowską należy odesłać do lamusa, tak samo, jak teorie neoliberalne. „Zamrożenie” gospodarki w warunkach kryzysu epidemicznego i prawdopodobny kryzys światowego kapitalizmu zwraca natomiast uwagę na aktualność tzw. „cnót mieszczańskich” za których symbol uważa się Benjamina Franklina, a których obraz dała nam na gruncie polskim socjolog Maria Ossowska. Te cnoty, zdecydowanie „niemodne” od czasu powojennego triumfu keynesowskiej teorii mnożnika wzrostu i wykształcenia się na jej gruncie tzw. „państw dobrobytu” na Zachodzie, a następnie zachodniego „społeczeństwa konsumpcji”, jawią się dziś jako warte odpomnienia.

W warunkach kwarantanny i ewentualnego kryzysu gospodarczego najlepiej poradzą sobie oszczędni, wytrzymali i surowi, żyjący skromnie i przywykli do wyrzeczeń, zaradni i energiczni, wytrwali i pracowici, przewidujący i ostrożni, racjonalni i myślący samodzielnie, wytrwali i konsekwentni, moralni i ascetyczni, godni wiary i zaufania. Kryzys przetrwają wszyscy myślący „dwa kroki naprzód”, uderzy on zaś we wszystkich konsumpcjonistów żyjących „od pierwszego do pierwszego”.

Gospodarkę i siłę wspólnoty politycznej zawsze budują jednostki twórcze i energiczne, nigdy zaś pławiący się w zbytkach sybaryci. I sytuacje kryzysowe weryfikują w świetle tej prawdy gospodarowanie poszczególnych społeczności – dotyczy to również dzisiejszego Zachodu i dzisiejszego kryzysu.

Bankructwo neoliberalizmu

Niech nas powyższe rozważania nie pchną jednak w kierunku libertariańskiej utopii „uporządkowanej anarchii”, ani też nie odbiją od lewicowego kapitalizmu Keynesa ku prawicowemu kapitalizmowi Friedmana i Hayeka. COVID-19 to choroba globalizacji, której pierwszymi szermierzami byli – wbrew broniącym państwa narodowego keynesistom – neoliberałowie. Najwięcej ofiar koronawirusa jest dziś w będącym epicentrum globalnego kapitalizmu Nowym Jorku. Lekarstwem na chorobę globalizacji nie może zaś być „więcej globalizacji”, tak samo jak lekarstwem na chorobę liberalizmu nie może być „więcej prawdziwego liberalizmu”. W obliczu kryzysu epidemii koronawirusa globalizacja i liberalizm moralnie i intelektualnie dziś zbankrutowały. Rzeczywistość globalizacji i będącego jej promotorem liberalnego Zachodu okazała się niefunkcjonalna i szkodliwa.

„Bardziej być, niż mieć”

Epidemią i jej skutkami gospodarczymi najmniej zagrożone są społeczeństwa – jak na dzisiejsze standardy – stosunkowo nieliczne i żyjące w stosunkowym rozproszeniu oraz względnie samowystarczalne gospodarczo, to znaczy – samodzielnie gospodarujące na swoim. To stan bliski koncepcjom dystrybucjonistów, gdzie podstawowym podmiotem jest organiczne społeczeństwo gospodarczo oparte na tradycyjnie pojmowanej, współdzielonej i obciążonej odpowiedzialnością własności. Społeczeństwo gospodarujące w celu zaspokojenia swoich naturalnych potrzeb, a nie popędów chciwości i pychy, oparte na napędzanej poczuciem zobowiązania współpracy, a nie napędzanej egoizmem rywalizacji. Społeczeństwo stanowiące wspólnotę polityczną organizowaną przez prawowitego władcę, ale nie ubezwłasnowolnione i sparaliżowane przez wciskającą się w każdą domenę życia omnipotentną biurokrację „państwa terapeutycznego”, „państwa-zaopatrzyciela”, czy też „państwa opiekuńczego”.

Jeśli obecny stan epidemii może nas faktycznie czegoś nauczyć, to że tym, czego dziś naprawdę potrzebujemy, jest dobra kondycja fizyczna i psychiczna, zdrowie i odporność organizmu, samoopanowanie i niedopuszczenie do opanowania nas przez hedonistyczne popędy rozbudzane przez system kapitalistyczny, oparcie w bliskich i w naszej społeczności, środki zaspokojenia potrzeb egzystencjalnych, broń i umiejętności obrony siebie i innych.

W przypadku uruchomienia się opisywanej przez Guillaume’a Faye’a „konwergencji katastrof” i kryzysu zglobalizowanej cywilizacji zachodniej jako takiej względnie najłatwiej zamortyzować ich skutki będą mogli ci, którzy posiadają dom na prowincji, względnie samowystarczalne i obrabiane własnymi rękami gospodarstwo rolne lub inne środki reprodukcji zasobów potrzebnych do życia – by wyżywić siebie i rodzinę, są poważanymi członkami zorganizowanej społeczności, w której mają egzystencjalne oparcie, są w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej, są wystarczająco inteligentni, by planować swoje działania i posiadać unikalne i praktyczne umiejętności, są pracowici, oszczędni i potrafią odnaleźć się w warunkach niedostatku komfortu materialnego i bezpieczeństwa.

Nie zdały egzaminu nowoczesne społeczeństwo masowe i będące jego produktem wielkie miasta – środowisko zupełnie nienaturalne dla człowieka, przez Desmonda Morrisa nazywane przez to „ludzkim ZOO”; powodujące stres i choroby cywilizacyjne, pogarszające kondycję fizyczną i psychiczną, rozleniwiające i pogrążające w dekadencji, degradujące zmysły i intelekt człowieka. Wielkie miasta-mrowiska ze swoimi blokami-klatkami stały się dla swoich mieszkańców w warunkach epidemii więzieniem, a w warunkach załamania gospodarczego stać się mogą ośrodkami nędzy, a nawet głodu. Opierająca się na wielkich miastach cywilizacja mas i anonimowości okazała się dużo bardziej podatna na kryzysy biologiczne i gospodarcze niż zakorzenione i związane z ziemią społeczeństwo organiczne. Kraj, którego większość mieszkańców żyłaby na wsi z rolnictwa i w obsługujących lokalne rynki małych i średnich miastach, okazałby się dużo bardziej odporny na dzisiejszy kryzys.

Nie zdały też egzaminu instytucje i mechanizmy nowoczesnego społeczeństwa masowego – zarówno na poziomie państwa narodowego, jak i na poziomie od niego wyższym, zarówno w wersji socjaldemokratycznej, jak i neoliberalnej. Biurokracja nie zastąpi społeczeństwa, mechanizm nie zastąpi organizmu, technologia nie zastąpi Natury, użyteczność nie zastąpi moralności, to co sztuczne nie zastąpi tego, co żywe, konstrukcja nie zastąpi wzrastania. Jako społeczeństwo i jako wspólnota polityczna musimy więc zwrócić się ku temu, co organiczne i harmonijne, co żywotne i prężne, co ponadczasowe i wieczne. Bo Tradycja nie jest czczeniem popiołów, lecz podsycaniem płomieni życia.   

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 19 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Społeczeństwo i kultura # Świat

Być może zainteresują Cię również:

Opinia / Solidarna i sprawiedliwa transformacja – COP24

Podczas COP24 w Katowicach podpisano „Śląską deklarację o solidarnej i sprawiedliwej transformacji”. Sygnatariusze deklaracji (45 państw) potwierdzili, że dla powodzenia działań zmierzających do stworzenia gospodarki…

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.