fbpx

Felieton

„Chleb jak za dawnych lat”? Chodzi o coś więcej!

fot. fancycrave1 z Pixabay

I o tym można by robić pasty: mój stary jest fanatykiem lokalnej żywności. Pół mieszkania zawalone dokumentacją i szpargałami, ile niegdyś w okolicy było zakładów przetwórczych, po których nie zostało ani śladu. Spółdzielnie mleczarskie, zakłady przetwórstwa owoców i warzyw, przedsiębiorstwa produkcji wód mineralnych – stary o wszystkim pamięta. Nie ma takiej imprezy rodzinnej, na której ze swoim najlepszym przyjacielem, wujem Stachem, nie popłaczą się na wspomnienie ojczystych soków, napojów, kompotów, mrożonek, suszonych owoców i warzyw, konfitur i dżemów. Będą gadać o smaku masła z lat 60. i świniobiciu z pamiętnego 1989 roku. Wpadniesz na starego z butelką Coca-Coli, najgorzej. Na rowerach pokażesz jakieś stare, wypatroszone gmachy z cegły: zaraz się dowiesz, jaką tam pyszną robili śmietanę. Raz stary śmiertelnie pokłócił się ze Stachem, bo ten mu zwinął album z opakowaniami po serkach topionych z epoki średniego Gierka.

Przekoloryzowane? Zapewne. Niedorzeczne? Bynajmniej. Przynajmniej na laiku lektura założeń przyjętej rok temu przez Komisję Europejską Strategii „Od pola do stołu” sprawia wrażenie powrotu do rzeczy dawno już znanych, ale cynicznie lub naiwnie zarzuconych w czasach budowy nadwiślańskiego kapitalizmu.

Transformacyjny wielki reset polegał wszak i na tym, by likwidować jak najwięcej z lokalnego przetwórstwa żywności.

A procesy nowej akumulacji kapitału prowadziły do zjawiska dobrze znanego z dziejów kapitalizmu: przejmowania drobnego przetwórstwa, resztek infrastrukturalnej schedy po czasach PRL, przez dużych producentów żywności, którzy nadzór właścicielski i prawdę o transferach zysków zwykle bardzo drobnym drukiem ukrywają na opakowaniach za swojskimi, starymi nazwami.

Pół biedy, gdy realna produkcja wciąż pozostawała na miejscu. Ale wielu z nas byłoby jednak zaskoczonych, gdyby przeniosło się do czasów swojego dzieciństwa i odkryło, że lokalni producenci przeważali na rynku żywności. Nawet jeśli weźmiemy poprawkę na kryzys lat 80., który wizerunkowo mocno na wyrost przełożył się na epokę PRL jako „czasy octu na półkach”. I jeszcze jedno: nostalgiczne opowieści starszego pokolenia o smaku potraw z „tamtych czasów” wcale nie są od czapy. Realny socjalizm miał swoje buble, planowe niedobory i liczne kanty. Anegdotyczna mysz w piwie także się zdarzała. Tyle że to w realnym kapitalizmie żywność bardzo szybko podzieliła się na bardzo tanią i bardzo drogą. I ta pierwsza, najprawdopodobniej znacznie częściej niż w czasach słusznie minionych, jest dziś o wiele częściej fałszowana.

Nikogo to właściwie nie dziwi. Kapitalizmowi jesteśmy w stanie wybaczyć znacznie więcej, choć nikt tak jak globalni i lokalni kapitaliści nie potrafi robić z nas w durnia. I jeszcze za to słono na różne sposoby płacić.

Jeszcze w latach 90. mówiliśmy z wyższością o polskim pieczywie, zwykłym bochenku chleba z lokalnej piekarni, dostępnym wszędzie po normalnej cenie. Dziś chleb na kieszeń przeciętnego konsumenta to coś, czym naprawdę trudno się delektować. A opakowania? Pozwolę sobie na odrobinę boomerstwa: szklane i papierowe opakowania, które w oczach wielkomiejskich klientów dyskontów uchodzą za ostatni krzyk mody, miły eko dodatek do hiperkonsumpcji dla mnie są wspomnieniem z dzieciństwa i lat nastoletnich.

Powitałem szklane i papierowe opakowania jak stare kapcie, które ktoś głupio i złośliwie, na długie lata przede mną schował. Rynkowe mody i trendy są śmieszne w swojej krótkotrwałości, udającej uniwersalne normy.

Unia Europejska chce „sprawiedliwego, zdrowego i przyjaznego dla środowiska systemu żywnościowego”. Gorący przeciwnicy unijnej biurokracji nastroszą się w tym momencie. Nie bez powodu – coraz częściej słychać, że Zielony Ład ma być nową terapią szokową, która – jak zwykle – kosztowniejsza będzie dla mniej zamożnych społeczeństw wschodniej i środkowej Europy. O obawach zawsze warto mówić. Z drugiej jednak strony to dobrze, że ktoś jeszcze mówi o sprawach, które powinny być oczywiste: „Należy pilnie zmniejszyć zależność od pestycydów i środków przeciwdrobnoustrojowych, ograniczyć nadmierne nawożenie, wzmocnić rolnictwo ekologiczne, poprawić dobrostan zwierząt oraz odwrócić proces utraty różnorodności biologicznej”.

Działamy bez cenzury. Nie puszczamy reklam, nie pobieramy opłat za teksty. Potrzebujemy Twojego wsparcia. Dorzuć się do mediów obywatelskich.

I jeszcze jeden fragment, napisany naprawdę ludzkim językiem, z komunikatu Komisji Europejskiej, poświęconego strategii „Od pola do stołu”: „Chociaż około 20 proc. produkowanej żywności jest marnotrawione, wzrasta również otyłość. Obecnie ponad połowa dorosłych cierpi na nadwagę, co przyczynia się do dużej częstości występowania chorób dietozależnych (w tym różnych rodzajów nowotworów) i związanych z tym kosztów opieki zdrowotnej. Ogólnie rzecz biorąc, europejskie diety nie są zgodne z krajowymi zaleceniami żywieniowymi, a »środowisko żywnościowe« nie gwarantuje tego, by zdrowy wariant był zawsze najłatwiejszym wariantem. Gdyby europejskie diety były zgodne z zaleceniami żywieniowymi, znacznie zmniejszyłby się ślad środowiskowy systemów żywnościowych”.

Bystre spostrzeżenie: rosnące koszta opieki zdrowotnej, o to w tym wszystkim chodzi! Starzejąca się Europa chce oszczędzać na wydatkach! Ale co w tym złego? To jest właśnie realistyczne myślenie o wyzwaniach przyszłości. I choć największą groteską epoki masowej produkcji żywności jest to, że zaczęliśmy rozróżniać między żywnością zdrową a niezdrową, to nie ma sensu kaprysić i obrażać się na rzeczywistość. Tak, żyjemy w świecie, gdy niemała część produkowanej żywności nie jest tak zdrowa, jakby być mogła. Tak, jemy i w jakiejś mierze szkodzimy tym samym sobie – tym bardziej, że niewielka tylko część populacji może sobie pozwolić na bycie bardzo świadomymi i bardzo wybrednymi konsumentami. Tak, często nie w smak nam unijne pomysły, ale także dlatego, że jesteśmy mocno zamerykanizowanym mentalnie społeczeństwem – również jeśli chodzi o nawyki żywnościowe i o podejście do oferty żywnościowych hegemonów. Dlatego zastanawiam się, czy w polskich warunkach nawet najlepsze pomysły dotyczące zrównoważonej produkcji i konsumpcji żywności nie ugrzęzną gdzieś na poboczu, nie będą po cichu korumpowane albo sprowadzane do marketingowych akcji, który przyniesie co najwyżej doraźny zysk ich wykonawcom i podwykonawcom.

Chciałbym się jednak mylić. Nie ze względu na sentymenty  z dawnych lat. Lokalne przetwórstwo, regionalne produkty po normalnych cenach – to jest przecież możliwe w cywilizowanym kapitalizmie. W takich realiach społeczno-gospodarczych, które nie sprowadzają filozofii produkcji i dystrybucji wyłącznie do zysku potentatów żywnościowego przemysłu.

To jest również pytanie, czy pomysły takie jak „Od pola do stołu” umożliwiają odbicie choć części rynku z rąk globalnych producentów i przetwórców na rzecz lokalnych firm.

To jest wreszcie pytanie o model rodzimego rolnictwa, które coraz częściej jest niestety na usługach wielkiego przemysłu żywnościowego. Coraz trudniej mieć złudzenia, że mniejsze, rodzinne gospodarstwa rolne mają szansę przetrwać bez mocnego wsparcia ze strony państwa. Niestety, polska debata publiczna i w tej sprawie sprowadza się do okolicznościowego pytania: komu w danym momencie opłacają się rolnicze protesty?

Trudno podchodzić do unijnych pomysłów bez ostrożnego namysłu. Z drugiej strony: jaką mamy alternatywę? W Polsce, niestety, naiwno-cyniczne myślenie o przewagach wolnego rynku, także w sprawach żywności, skazałoby nas niechybnie na dyktaturę i najgorsze, pozbawione jakiejkolwiek instytucjonalnej i społecznej kontroli, praktyki międzynarodowych specjalistów od mocno niezdrowej żywności. I my jesteśmy jednym ze starzejących się społeczeństw Europy. A przecież nawet starzeć się warto jedząc zdrowiej.

Narodowy Instytut Wolności – logo Fundusz Inicjatyw Obywatelskich – logo

Przygotowano w ramach projektu „Glifosat. Dialog obywatelski” realizowanego przez Fundację Ecorower. Projekt dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021–2030.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 100 / (48) 2021

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Zdrowie Chcę wiedzieć

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.