Czy warto szczepić dzieci? Nauka i mity o szczepionkach, czyli „Żółwie aż do końca”

trzy żółwie pływające w wodzie
fot. Pexels

Weronika Kursa

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 277 / (16) 2025

Tytuł tego artykułu powinien brzmieć raczej „Czy warto podejmować temat szczepień?”, bo przecież wedle współczesnej nowomowy podważanie pewnych utartych przekonań jest przejawem „siania dezinformacji”. Czytaj: niepodejmowanie pewnych tematów w obawie przed rzekomym sianiem dezinformacji jest przejawem zwykłej cenzury. A jednak chcę wierzyć, że w demokratycznym kraju otwarta dyskusja nawet na najbardziej kontrowersyjne tematy jest zawsze na miejscu. Tylko dyskutując i pokazując różne punkty widzenia możemy przybliżyć się do prawdy.

Ktoś mógłby zapytać: „Ale po co podejmować akurat ten temat, już zamknięty? Szczepienia przecież uratowały ludzkość przed zakaźnymi chorobami, nie ma o czym mówić”. Sprawa nie jest jednak tak prosta. Choroby zakaźne zniknęły w dużej mierze dzięki pojawieniu się kanalizacji i sanitariatu, zaś szczepionki, do których przylgnęła etykieta dzielnego rycerza niosącego wybawienie, przyszły później, gdy niebezpieczeństwo minęło, a kurz opadł, zakrywając jednak prawdę.

Ponadto, w czasach postcovidowych, kiedy w walce z najmodniejszym wirusem w latach 2020-2022 całe społeczeństwa próbowano na różne sposoby zmusić do przyjęcia preparatu powstałego w ekspresowym tempie, bo niecały roku od momentu pojawienia się Covid-19, temat obowiązku szczepień powraca jak echo.

Podobnie jak przemilczany temat poważnych skutków ubocznych szczepionek, o których swoją drogą na etykietach informują niekiedy nawet sami producenci.

Co jednak najważniejsze: nauka nie powinna być terenem zamkniętym – ciągle jest o czym mówić, ciągle należy zadawać pytania. A jest ich coraz więcej, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że sami badacze i naukowcy nie są zgodni co do wspaniałości ani w ogóle zasadności wakcynacji. Dlaczego więc my, „zwykli zjadacze chleba”, felietoniści czy inni romaniści powinniśmy być zgodni i osiąść na laurach utartych schematów myślowych, nie zadając pytań?

„Żółwie aż do końca. Czy warto szczepić dzieci? Nauka i mity o szczepieniach”

W powszechnej opinii i mediach głównego nurtu szczepienia jawią się jako coś wyłącznie pozytywnego, niepodważalnego. Są „świętą krową medycyny, której zawsze należy bronić i nigdy w nią nie wątpić”. Dlatego, aby pokazać inny punkt widzenia, zamierzam w niniejszym tekście podjąć się prezentacji książki „Żółwie aż do końca. Czy warto szczepić dzieci? Nauka i mity o szczepieniach”. To publikacja izraelskich autorów oparta na ponad 1200 publikacjach naukowych, co ciekawe, pochodzących prawie w całości z głównego nurtu, takich jak np. wiodące agencje rządowe, Centers for Disease Control and Prevention(CDC) – Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom, Food and Drug Administration (FDA) – Agencja ds. Żywności i Leków, World Health Organization (WHO) – Światowa Organizacja Zdrowia.

Ten pozorny paradoks bardzo mnie uderzył – badacze podjęli trud obiektywnego, naukowego ukazania, jak się okaże – negatywnych aspektów szczepień, w oparciu o oficjalne, „mainstreamowe” dane. Niejednokrotnie w trakcie lektury przerażało mnie to, że w przytaczanych tu artykułach naukowych mówiono wprost np. o braku skuteczności danych szczepień czy braku dostatecznych badań nad bezpieczeństwem szczepionek, jednocześnie przy tym konkludując coś zupełnie przeciwnego, czyli np. „szczepionki są w pełni przebadane, bezpieczne i skuteczne”… Istny majstersztyk, propagandowe zwycięstwo, bo w końcu kto to wszystko sprawdzi?

A nawet jeśli znalazłby się jakiś niezależny badacz, próbujący dochodzić prawdy, łatwo zamknąć mu usta, najlepiej atakami ad hominem, niszcząc mu przy tym karierę. Wie o tym 114 polskich lekarzy, których spotkało wiele problemów za wygłaszanie niepoprawnych politycznie poglądów. Mowa m.in. o dr Dorocie Sienkiewicz, lek. Annie Martynowskiej, dr Katarzynie Bross-Walderdorff, dr Zbigniewie Martyce… Nie wspominając o zapędach rozwiązania Polskiego Stowarzyszenia Niezależnych Lekarzy i Naukowców.

Z establishmentem medycznym i przemysłem farmaceutycznym wygrać niełatwo.

To właśnie z tego powodu autorzy postanowili pozostać anonimowi. Niemniej jednak wszystkie źródła, na których się opierają, są dostępne każdemu, do szybkiej weryfikacji. Sami polecają to zrobić, a najlepiej zacząć od tego, co czytelnikom wyda się najbardziej nieprawdopodobne.

Co więcej, dr Daniel Mishori, starszy wykładowca specjalizujący się w etyce i filozofii na Wydziale Nauk o Środowisku Uniwersytetu w Tel Awiwie, zaniepokojony brakiem dyskusji nad argumentami omawianej tu książki, zaoferował nagrodę pieniężną w wysokości 4000 dolarów przekazanych na dowolny oddział szpitalny każdemu, kto zdoła je obalić – chodziłoby nawet  o obalenie argumentów jedynie pierwszego rozdziału. „Do dziś nikt nie zdołał sprostać jego wyzwaniu”.

O „Żółwiach aż do końca” nie słyszymy również w mediach głównego nurtu. Dlaczego? Bo to „sianie dezinformacji” czy może jednak zwykła cenzura? Może brak odwagi do rzetelnej, otwartej, publicznej debaty? A skąd tyle strachu?

Badania nad bezpieczeństwem szczepionek, czyli wypaczenie koncepcji placebo

Nie sposób szczegółowo omówić tę interesującą, napisaną przystępnym językiem publikację, dlatego postaram się przedstawić krok po kroku, zapewne dosyć pobieżnie, najważniejsze aspekty. Za cel obrałam sobie głównie zachęcenie jak największej liczby ludzi do samodzielnej lektury „Żółwi aż do końca”, dlatego w razie wątpliwości czy niezaspokojonej ciekawości, odsyłam do źródła.

Tymczasem tak samo jak autorzy, zacznę od kwestii bezpieczeństwa szczepionek. A rozpoczyna się dosyć zaskakującym twierdzeniem, jakoby większość lekarzy i badaczy była nieświadoma sposobu, w jaki projektuje się i przeprowadza badania bezpieczeństwa szczepionek oraz „wad metodologicznych nieodłącznie związanych z tym procesem”.

Okazuje się, że badania są tak zaprojektowane i przeprowadzone, aby ukryć prawdziwy zakres odczynów niepożądanych przed opinią publiczną. Jest tak dlatego, że (tu mowa o amerykańskim programie rutynowych szczepień dzieci zalecanym przez CDC), szczepionek „nigdy nie testowano w odniesieniu do placebo”.

Doktor nauk medycznych, Piotr Witczak, który początkowo również był, jak sam powiedział w programie u redaktora Rymanowskiego, zwolennikiem szczepień (jednak po jakimś czasie sam zaczął analizować różne dane naukowe i wyciągać wnioski), obrazowo przyrównał ten proces do badania nad bezpieczeństwem nowego słodkiego napoju, który ma wejść na rynek.

Celem miałoby być sprawdzenie czy ów napój nie powoduje otyłości u dzieci. Problem polega na tym, że grupie kontrolnej nie podajemy wody, ale inny, już istniejący na rynku słodki napój. Gdy porównujemy dwa słodkie napoje, otyłość u dzieci wystąpi rzecz jasna w obydwu grupach, specjalnych różnic więc nie dostrzeżemy. „Tak się bada szczepionki” – konkluduje za autorami „Żółwi”. Brzmi absurdalnie, nieprawdaż?

A jednak grupy kontrolne w badaniach nad bezpieczeństwem szczepień otrzymują już istniejącą szczepionkę.

Takie, zdawać by się mogło, absurdalne działanie, tłumaczy się motywacjami etycznymi: skoro istnieje „już sprawdzony sposób leczenia, uniemożliwienie uczestnikom grupy kontrolnej zastosowania tej metody może być nieetyczne”. Sęk w tym, że ów „już sprawdzony sposób leczenia” to szczepionka zbadana w identyczny sposób. W tym momencie dochodzimy do wyjaśnienia enigmatycznego tytułu książki – piramidy dowodów naukowych prowadzących donikąd. To tak, jakbyśmy zapytali jak zbudowany jest wszechświat, a w odpowiedzi otrzymali wyjaśnienie jakoby wszechświat stał na skorupie żółwia, a ta skorupa na innej skorupie innego żółwia… I tak są sobie żółwie aż do końca. I to jest metafora dowodów klinicznych na temat skuteczności i bezpieczeństwa szczepień, które są porównywane z tymi, które były wcześniej na rynku… Aż dochodzimy do czego był porównany pierwszy preparat na rynku? „Do niczego” – podsumowuje doktor Witczak.

Autorzy podkreślają, że mamy do czynienia ze świadomym wypaczeniem koncepcji placebo: „jeśli związek podawany grupie kontrolnej sam powoduje znaczące działania niepożądane, nie można go uznać za prawdziwe placebo. Kiedy wskaźniki zdarzeń niepożądanych obserwowanych w grupie próbnej i kontrolnej wydają się podobne, to czy dlatego, że eksperymentalna szczepionka jest bezpieczna, czy też dlatego, że związek kontrolny jest tak samo szkodliwy jak szczepionka?”.

Co ciekawe, autorzy przywołują przykład, kiedy to nawet mimo braku alternatywnej, już istniejącej szczepionki (a więc przy braku etycznych przeciwwskazań, na które tak często powołuje się szczepionkowy establishment), grupie kontrolnej i tak nie podano placebo, czyli substancji neutralnej. Zamiast tego grupa kontrolna otrzymała… „testowaną szczepionkę bez jej składnika antygenowego”! Tu akurat mowa o szczepionce przeciwko rotawirusom, kiedy dziesiątkom tysięcy niemowląt podano w czasie badań „całkiem bezużyteczną substancję, której bezpieczeństwo było nieznane. (…) To bezwzględne naruszenie zasad etyki podkreśla fakt, że nie było żadnego naukowego uzasadnienia dla podania grupie kontrolnej szczepionki bez antygenu, poza podstępnym zamiarem ukrycia prawdziwego wskaźnika odczynów niepożądanych eksperymentalnej szczepionki”. Krótko mówiąc, już pierwszy etap, czyli tak istotne badania nad bezpieczeństwem szczepień, powinien wzbudzić wiele wątpliwości.

Ukryte NOPy – wadliwy system zgłaszania niepożądanych odczynów poszczepiennych

Skoro tak szanowana instytucja (bądź co bądź, proszczepienna, jako wieloletni partner rządu i agencji federalnych) jak IOM (Instytut Medycyny, od 2015 r. znany jako Narodowa Akademia Medyczna – NAM) wykazuje brak wiedzy w kwestii niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOPów), to chyba coś jest na rzeczy. Nawet jeśli robi to niezamierzenie.

„W przypadku ponad 85% badanych zdarzeń niepożądanych komisja nie znalazła odpowiednich badań naukowych, które mogłyby potwierdzić lub odrzucić związek przyczynowy ze szczepionką”. Jasne, że brak dowodów nie jest dowodem na brak związków przyczynowo-skutkowych między podaniem szczepionki a wystąpieniem NOPu, jednak sedno tkwi w tym, że póki brakuje w ogóle badań naukowych, znane i często powielane w opinii publicznej twierdzenie, że „skutki uboczne szczepionek są rzadkie”, jest naukowo nieuzasadnione. A już tym bardziej naukowo nieuzasadnione wydaje się być „oczyszczenie szczepionek z zarzutów na podstawie argumentu o braku dowodów”. (!)

„Niedobór stosownych badań naukowych dotyczących zdarzeń niepożądanych, udokumentowany w raporcie komisji IOM, powinien ją skłonić do wszczęcia zdecydowanego i wyraźnego alarmu. Stwierdzenie zawarte w raporcie, że biomedyczne aspekty stanów poszczepiennych są rzadko badane, pozostaje w rażącej sprzeczności z nieustannymi zapewnieniami władz medycznych, że bezpieczeństwo szczepionek jest wnikliwie badane”.

Autorzy książki wskazują również na wiele wad metodologicznych samych systemów zgłaszania NOPów (takich jak amerykański system VAERS). Najistotniejszą kwestią wydaje się być brak obowiązku zgłaszania zdarzeń niepożądanych przez pracowników służby zdrowia. Z kolei operatorzy systemu wcale nie zabiegają o takie raporty… Dla porównania, pracownicy służby zdrowia są zobowiązani do zgłaszania przypadków chorób zakaźnych („podlegających zgłoszeniu”), więc w tym wypadku wskaźnik zgłaszania jest niezwykle wysoki. Na tym nie koniec: gdy CDC otrzymuje zgłoszenie o wystąpieniu ogniska choroby zakaźnej, natychmiast wysyła na dany teren specjalny zespół do zbadania sytuacji. Tego samego nie robi się prawie nigdy w wypadku podejrzenia wystąpienia NOPów – te wymagają „ostrożnej interpretacji danych”.

Sugerować to może tyle, że systemy zgłaszania NOPów zaprojektowano tak, by „mydliły oczy” społeczeństwu, zapewniając jedynie pozory monitorowania bezpieczeństwa szczepionek, a nie prawdziwe działania:

„W praktyce stanowią one kolejne ogniwo w łańcuchu, który rozpoczął się od badań klinicznych, a którego celem jest niedopuszczenie do tego, aby prawda o alarmującym wskaźniku zdarzeń niepożądanych związanych ze szczepionkami znalazła się w centrum uwagi opinii publicznej”.

A może, tu przykład z polskiego podwórka, jest tak dlatego, aby w wypadku jednego przypadku błonicy wszcząć alarm na cały kraj, sugerując, że powrót choroby jest winą „antyszczepionkowców”, natomiast wyciszać pięciokrotny wzrost problemów z krzepliwością utrzymujący się od drugiego kwartału 2021, podobnie jak coraz szybciej postępujące nowotwory „turboraki” (także od 2021 r. – czyli momentu rozpoczęcia stosowania na szeroką skalę szczepień przeciwko Covid-19). Mówili o tym zarówno dr Witczak, jak i dr Martyka. Jak się zapewne domyślamy, wedle oficjalnej narracji, do takich wypowiedzi należy już podchodzić „ostrożnie”, w przeciwieństwie do rewelacji o powrocie błonicy.

Zagadkowy autyzm i spreparowane badania 

Na pewno większość z czytelników słyszała o teorii, że to szczepionki powodują autyzm. Na pewno jeszcze większa część czytelników usłyszała, że teorię tę obalono oraz że jest absurdalna, może nawet trochę „foliarska”. Tak istotnego aspektu nie mogło więc zabraknąć w przytaczanej tu pracy. O co w tym chodzi i od czego się zaczęło?

Pod koniec lat 90 XX w., po dosyć spokojnym okresie liczącym półtorej dekady, w USA ponownie pojawiły się obawy dotyczące bezpieczeństwa szczepionek. Wcześniej, pewne zawirowania wystąpiły w latach 70., kiedy skupiano się na rzekomej szkodliwości DTP, czyli tzw. szczepionki potrójnej. Debatę otworzyła emisja dokumentalnego filmu „DPT: Szczepionkowa ruletka” o dzieciach, u których wystąpiły poważne NOPy poszczepienne.

Burza rozpętała się ponownie w latach 90. po wprowadzeniu kolejnej potrójnej szczepionki MMR oraz „na opartym na rtęci konserwancie, triomersalu, stosowanym w wielu rutynowych szczepionkach dla dzieci”. W tym też okresie dr Andrew Wakefield ze współpracownikami publikuje w The Lancet pracę, w której sugerują, że to szczepionka MMR może wywoływać m.in. autyzm.

Na pewno niektórzy czytelnicy słyszeli, jakoby dr Wakefield fałszował badania i miał być „guru antyszczepionkowców”, warto jednak zgłębić ten temat, gdyż później przeprowadzono badania, gdzie dochodzono do podobnych jak on wniosków. Ponadto próby zdyskredytowania Wakefielda są bardzo niejednoznaczne, co mocno kontrastuje ze zmową milczenia wokół niejasności i konfliktu interesów autorów badań promujących przeciwne wnioski – o czym w dalszej części tekstu, a propos Madsen 2002, Fombonne 2006, czy DeStefano 2013. Nawet laik zauważy po raz kolejny, że świat nauki jest kompletnie podzielony…

„Prawie w tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych FDA po raz pierwszy dokonała obliczeń ilości rtęci, którą niemowlęta otrzymywały w rutynowych szczepieniach, i odkryła, że łączna ilość znacznie przekroczyła próg uznany przez różne rządowe agencje zdrowia za bezpieczny”.

A jednak odpowiedź władz zdrowotnych na rosnącą krytykę szczepień ujęto w ramy „(poważni) naukowcy kontra (targani emocjami) rodzice”. Krótko mówiąc – po jednej stronie mamy Naukę, a po drugiej niewykształcone w kierunku medycznym, rozemocjonowane matki, opierające swe poglądy na osobistych przeżyciach oraz publikacjach lekarzy-szarlatanów.

Jak można się domyślić, establishment medyczny zrobił wszystko, by wykluczyć szczepienia z roli winowajcy jakichkolwiek niepożądanych reakcji.

Opinię publiczną próbowano zatem uspokoić finansując badania nad, rzecz jasna, nieszczepionkowymi przyczynami autyzmu, przede wszystkim nad genetyką. Mimo ogromnych środków zainwestowanych w poszukiwanie „genu autyzmu” wyniki były dość rozczarowujące. „Same geny mogą wyjaśnić jedynie niewielki (jeśli jakikolwiek) ułamek ogromnego wzrostu zachorowań na autyzm”.

Mówi o tym również doktor Witczak: „80% dzieci z diagnozą autyzmu ma prawidłowy genom, pozostałe 20% ma polimorfizmy, które raczej decydują o podatności”. To czynniki środowiskowe takie jak kumulacja toksycznych metali w tkankach mają pełnić główną rolę w patogenezie tej choroby. „Dzieci z autyzmem miały więcej toksycznych metali, w tym rtęci, w mózgu, niż dzieci neurotypowe (badanie post mortem)”.

Mimo to PR-ową walkę wygrywa nadal establishment. Według autorów publikacji jest to możliwe dzięki wykorzystaniu spreparowanych badań (tj. zgodnych z polityką organu finansującego). Pamiętajmy, że badania naukowe pochłaniają ogromne sumy pieniędzy, w większości pochodzące od rządu i przemysłu.

A zatem bez finansowania nie ma mowy o nauce.

Wniosek może i banalny, ale zdaje się, że ciągle niechętnie przyjmowany do wiadomości.

Autorzy nie pozostawiają złudzeń – „jeśli istnieje jakiś obszar, w którym establishment medyczny ma określoną, jasną, zdecydowaną i jednoznaczną agendę, to jest nim promowanie szczepionek”. Oznacza to, że krytykowanie szczepionek jest zwyczajnie niekorzystne. Asekuracyjna tendencja do unikania finansowania takich krytycznych badań nasiliła się pod koniec lat 90. XX wieku, gdy publiczna debata na temat bezpieczeństwa szczepień rozgorzała na nowo. Strategia establishmentu polegała więc na tym, by przekonać opinię publiczną, że „nauka o szczepionkach jest rozstrzygnięta i że laicy powinni zaakceptować naukowy konsensus wypracowany przez szczepionkowych ekspertów. (…) Prawda jest jednak taka, że nauka o szczepionkach nie jest w najmniejszym nawet stopniu obiektywna”. 

Autorzy ukazują tę strategię na przykładzie pięciu, według nich spreparowanych, badań nad szczepionkami. Jednym z nich jest badanie „Madsen 2002: szczepionka MMR i autyzm”, gdzie „surowe dane wyraźnie zaprzeczają wnioskowi zawartemu w badaniu”. Dane z badania „pokazują o 45% wyższe ryzyko autyzmu u dzieci szczepionych MMR w porównaniu do nieszczepionych MMR. Co podejrzane, po tym jak badacze manipulowali danymi, trend uległ odwróceniu i wskazuje o 8% niższe ryzyko autyzmu u dzieci szczepionych MMR. Podkreślmy, podczas gdy surowe dane wskazują na wyższe ryzyko autyzmu wśród dzieci zaszczepionych MMR, ostateczne wyniki badania wskazują na przeciwny wniosek”.

Podobnie wątpliwe jest badanie „DeStefano 2013”, na podstawie którego media radośnie ogłosiły, że obalono związek między zbyt dużą ilością szczepionek a autyzmem, podczas gdy takiego związku nigdy nawet nie badano. Zamiast sprawdzenia czy „zbyt wiele szczepionek” może prowadzić do autyzmu, sprawdzono czy istnienie „wielu antygenów” wpływa na jego rozwój. Badano zatem antygeny, które są tylko jedną z substancji zawartą w szczepionkach, niekoniecznie najbardziej szkodliwą. Tak jak w wypadku nieomal wszystkich przytoczonych przez autorów badań, przemilczano również konflikt interesów głównego autora i agencji finansującej.

W innym badaniu posunięto się jeszcze dalej – całkowicie zignorowano fakt, że porównywano tam wskaźnik autyzmu w okręgu szkolnym w jednym mieście (Montreal) do wskaźnika szczepień MMR w innym mieście (Quebec City) – chodzi o badanie Fombonne 2006. Błąd ten wykrył niezależny badacz szczepionek, F. Edward Yazbak, a oto odpowiedź, jaką otrzymał od redaktora czasopisma medycznego „Pediatrics”, w którym opublikowano badanie: „Uważam, że dowody na brak związku między MMR i autyzmem są wystarczające. Nie warto publikować więcej na ten temat”. To się samo komentuje.

A jednak można zapytać, jak to w ogóle możliwe? Taki wielki spisek? Nie, nie chodzi o żaden spisek. Po prostu „badania nad bezpieczeństwem szczepionek są finansowane prawie wyłącznie przez władze ds. zdrowia i producentów szczepionek”, a kiedy interesy odrębnych stron (w tym pragnących rozwijać swe kariery naukowców) wyraźnie się pokrywają, wszyscy zyskują dzięki połączeniu sił. Nie jest to nic niezwykłego ani nowego, nie potrzeba żadnego spisku.

Co więcej, „jeden na siedmiu badaczy przyznaje, że był świadkiem fałszowania wyników badań przez swoich kolegów, a ponad 70% twierdzi, że ich koledzy prowadzili inne wątpliwe działania badawcze”.

Czysta nauka jest mitem.

Nieprzeprowadzone badanie zaszczepieni-niezaszczepieni

Badanie, które pomogłoby w rozwianiu wątpliwości dotyczących autyzmu (ale również wielu innych chorób przewlekłych) to badanie ZN (zaszczepieni-niezaszczepieni). Nie ma moralnych przeciwwskazań do jego przeprowadzenia, gdyż istnieje na tyle duża grupa dzieci nieszczepionych, że nikogo nie trzeba by było „przymuszać do nieszczepienia”, a mimo to – takich badań nigdy nie opublikowano.

Wobec braku badań ZN badających wpływ szczepionek na ogólny stan zdrowia, nauka nie może określić rzeczywistych efektów (pozytywnych czy negatywnych) wynikających z programu szczepień dziecięcych.

„Niechęć władz zdrowotnych do przeprowadzenia badań ZN jest jeszcze bardziej intrygująca w świetle ciągłego spadku zaufania publicznego do szczepionek”. Tymczasem to jedyne badanie, które mogłoby niepodważalnie udowodnić korzyści płynące z programu szczepień i rozwiać obawy rodziców. W tym miejscu należy dodać, że, gdy w niektórych badaniach mowa o dzieciach „nieszczepionych”, określenie to odnosi się do dzieci nieszczepionych danym preparatem, a nie całkowicie nieszczepionych. „Zatem ani jedno badanie nie porównywało częstotliwości występowania autyzmu u dzieci w pełni zaszczepionych i całkowicie nieszczepionych”, co potwierdza nawet „mainstreamowy” raport IOM 2013.

Wspomniany raport zdradza o wiele więcej, m.in. to, że obecnego harmonogramu szczepień nigdy nie przebadano jako całości pod kątem bezpieczeństwa i skuteczności, podobnie jak nigdy nie przeprowadzono badań sprawdzających długoterminowy i łączny wpływ rutynowych szczepień na zdrowie zaszczepionych. „Biorąc pod uwagę ten brak dowodów naukowych – potwierdzony przez IOM 2013 – każdy kto twierdzi, że obecny program szczepień przebadano i uznano za najlepszy, wprowadza innych w rażący błąd”. 

Mit szczepionek ratujących ludzkość

Nie możemy choćby pokrótce nie wspomnieć o tym ważnym micie, stanowiącym jeden z fundamentów dogmatu szczepień, jakim jest to, że szczepionki uratowały miliony istnień ludzkich, eliminując straszne choroby z przeszłości. Historyczne dowody z drugiej połowy XX w. jednoznacznie przeczą tej teorii – szczepionki odegrały marginalną rolę w zmniejszeniu obciążenia chorobami zakaźnymi we współczesności. Pomimo dobrego ugruntowania tych faktów w środowisku medycznym, władze ds. zdrowia nadal wykorzystują tę fałszywą narrację do wzmacniania wizerunku szczepionek.  

Tymczasem to poprawa warunków życia doprowadziła do znamiennego spadku umieralności i zachorowalności (higiena, sanitariat, kanalizacja, lepsze przechowywanie żywności w domu).

Autorzy wnikliwie badają okoliczności, które doprowadziły do zaniku chorób zakaźnych w XX w., powołując się na badania dr. Thomasa McKeowna, Johna i Sonji McKinlay, a także badaczy z CDC czy raportu IOM. Wszystkie te badania łączy jedno – wykazanie, że rola szczepień jest marginalna, spadek umieralności na wiele z nich odnotowano przed wprowadzeniem szczepień.

„A jednak wbrew konsensusowi naukowemu wniosek, jaki można wyciągnąć, przeglądając strony internetowe rządowych instytucji zdrowotnych, jest taki, że szczepionki i tylko szczepionki były główną przyczyną zmniejszenia umieralności i zachorowalności na choroby zakaźne. (…)

W ten sposób naukowy konsensus dotyczący niewielkiej roli, jaką szczepionki odegrały w zmniejszeniu obciążenia chorobami zakaźnymi, stał się swego rodzaju tajemnicą poliszynela w kręgach naukowych i medycznych. Wszyscy znają prawdę, ale nikt nie dba o to, by podzielić się nią z opinią publiczną”.

Czy żyjemy w teatrze absurdu?

Wzrost zachorowań na choroby przewlekłe u dzieci

Innym powiązanym z wyżej opisanym mitem jest według autorów to, że nasze zdrowie nigdy nie było lepsze niż teraz. Nic bardziej mylnego – w drugiej połowie XX wieku „dzieci z Zachodu doświadczyły konsekwentnego i trwałego wzrostu zachorowań na choroby przewlekłe, który zbiegł się z rosnącym stosowaniem szczepionek”. 

Warto przypomnieć, że, w przeciwieństwie do chorób zakaźnych, które zwykle mijają w ciągu kilku dni lub tygodni, choroba przewlekła utrzymuje się przez dłuższy czas, a nawet przez całe życie pacjenta. Zasadniczo nie ma na nią lekarstwa i samoczynnie nie ustąpi. Wielu z pacjentów regularnie musi zażywać leki, borykając się przy tym ze znacznymi ograniczeniami w codziennym funkcjonowaniu.

Badania dotyczące astmy, autyzmu i ADHD wykazały „stały wzrost tych chorób w latach 2003-2012”.

Wskaźniki wzrosły: o 18% dla astmy, o prawie 400% dla autyzmu i o 44% dla ADHD. Wzrosła nie tylko ilość stosowanych leków, ale i samo nasilenie chorób przewlekłych uległo pogorszeniu. „Ilość hospitalizacji dzieci w wieku do 4 lat cierpiących na złożone schorzenia przewlekłe wzrosła o 24% w latach 1993-2005. Odsetek dzieci hospitalizowanych z dwoma lub więcej współistniejącymi schorzeniami wzrósł w tym samym czasie o 100%”.

Tymczasem urzędnicy służby zdrowia wolą podkreślać zagrożenie, jakie stanowią choroby z przeszłości, ukrywając jednocześnie ogromne szkody wyrządzone przez te obecne.

Dla kontrastu – w kwietniu 2009 CDC i WHO ogłosiły stan globalnego zagrożenia związanego z wykryciem „nowego-starego szczepu grypy (H1N1) u dwójki amerykańskich dzieci”, a w tym samym roku (i w każdym kolejnym) „około miliona amerykańskich dzieci dołączyło do grona konsumentów leków na choroby przewlekłe, a około 350 000 z nich przewlekła choroba ograniczyła codzienną aktywność”. Tutaj CDC nie poczuwało się do tego, by ogłosić stan alarmowy w związku z plagą chorób przewlekłych.

Trwająca od dekad epidemia powoduje niepełnosprawność milionów dzieci w uprzemysłowionym świecie, jednak wydaje się, że nie jest to powód do niepokoju – w tym wypadku nie używa się słów „kryzys” czy „stan zagrożenia”.

„Natomiast zaledwie 84 przypadki odry w Kalifornii na początku 2015 r. okazały się wystarczającym uzasadnieniem dla natychmiastowego zwołania konferencji prasowej, na której CDC wezwało całe amerykańskie społeczeństwo do natychmiastowego zaszczepienia się”.

Od siebie mogę tylko dodać, że priorytety władz ds. zdrowia wydają się być jasno ustawione – na choroby zakaźne można tworzyć coraz nowsze szczepionki, na choroby przewlekłe już nie, ale tu wystarczą leki, zażywane często do końca życia. Wniosek? Biznes się kręci.

Odporność zbiorowa i przymus szczepień

Na koniec zostawiłam kwestię tzw. odporności zbiorowej, argumentu często podnoszonego przez zwolenników szczepień, która również okazuje się być mitem. Autorzy przeanalizowali szczepionki z rutynowego kalendarza szczepień w USA. Okazało się, że „spośród 14 szczepionek tylko w przypadku pięciu (jedna trzecia) można stwierdzić, że z całą pewnością zapewniają dzieciom odpowiednią ochronę zbiorową”. Mowa o szczepionkach na: ospę wietrzną, różyczkę, świnkę, odrę oraz HIB.

„Szczepionki przeciwko tężcowi i błonicy nie działają przeciw samym bakteriom zakaźnym, a jedynie na wydzielane przez nie toksyny, dlatego nie zapobiegają rozprzestrzenianiu się tych chorób. Szczepionki przeciwko krztuścowi i inaktywowana szczepionka przeciwko polio nie zapobiegają zakażeniu tymi patogenami ani transmisji na inne osoby. Wirus grypy nieustannie mutuje, zatem szczepionka nie zapewnia trwałej ochrony przed zakażeniem”…

Autorzy dementują mit o odporności zbiorowej w wypadku wielu innych szczepień, podając konkretne i rzeczowe argumenty (jak np. mówiąc o WZW typu A i B, rotawirusach, pneumokokach).

Nawet jeśli skupimy się na tych pięciu, gdzie ochrona jest zapewniona, czy nieszczepione dziecko stanowi zagrożenie dla szczepionego lub jeszcze nieszczepionego? Czy przymus szczepień jest zasadny? Odpowiedź brzmi – nie.

Szczepionki mają poważne skutki uboczne o nieznanym zakresie, bez wiarygodnych badań jednoznacznie dowodzących przewagę korzyści nad szkodami tych preparatów, nie ma moralnych podstaw by wymagać szczepienia.

Nawet odkładając na bok kwestię nieznanych profili bezpieczeństwa szczepionek i biorąc pod uwagę jedynie ich skuteczność, okazuje się, że tylko 1/3 rutynowych szczepień zapewnia ochronę zbiorową. Ponadto, zaszczepione dzieci będąc rzekomo chronionymi przez swoje szczepienie, nie powinny zachorować. „Jeśli szczepionka nie zapewnia ochrony przed chorobą (lub nawet zakażeniem) w przypadku konkretnego dziecka, mimo że jest zaszczepione, może potencjalnie ulec zakażeniu patogenem i zarazić innych – tak samo jak dziecko nieszczepione. W takim przypadku dzieci zaszczepione i nieszczepione stanowią dla siebie takie samo zagrożenie”.

Podsumowanie

Mimo wszystkich przedstawionych tu (w książce o wiele szerzej) argumentów, podważanie zasadności programu szczepień jest widziane jako obrazoburcze. Teoretycznie chodzi o to, jak wspominałam, by nie siać dezinformacji, ale na zdrowy rozum, jeśli ponad wszelką wątpliwość udowodniono bezpieczeństwo i skuteczność szczepień, to dlaczego nie zaakceptować publicznej debaty, w której można by to było „raz na zawsze” udowodnić? A jednak „debata, podczas której „ekspertom” szczepionkowym zadaje się publicznie niewygodne pytania przedstawione w tej książce” pozostaje w sferze wyobraźni. To daje do myślenia, a przynajmniej powinno.

Poza tym warto podkreślić, że nie ma nauki bez otwartej i nieskrępowanej dyskusji. Bez debaty nauka nie może być nazwana prawdziwą, staje się nauką sfałszowaną.

„Polityka zakazu debaty jest rażąco sprzeczna z samym etosem nauki. Nauka nigdy nie odrzuca danego punktu widzenia tylko dlatego, że jest sprzeczny z aktualnie przyjętym dogmatem – prawdziwa nauka dokonuje obiektywnej oceny jego wartości.

W nauce nie ma znaczenia, «kto» przedstawia argument – liczy się sam argument. Nauka ciągle się rozwija, a wolna dyskusja naukowa gwarantuje jej postęp. Prawdziwi naukowcy nie boją się dyskusji – chętnie ją podejmują. Jednostronna dyskusja naukowa jest cechą mrocznych okresów historycznych i reżimów totalitarnych, a nie wolnych demokratycznych społeczeństw”.


Źródła:
„Żółwie aż do końca. Czy warto szczepić dzieci? Nauka i mity o szczepionkach” (tytuł oryginału: Turtles all the way down: Vaccine Science and Myth) w przekładzie Agaty Stajudy, Fundacja Ordo Medicus, 2023.
Bibliografia „Żółwi aż do końca” w przekładzie Agaty Stajudy [dostęp: 04.04.2025]
Rymanowski, dr Witczak: Kennedy, WHO, mRNA, Matrix [dostęp: 04.04.2025]
Rymanowski, dr Martyka: Maski, testy, Covid-19 [dostęp: 04.04.2025]

Inspiracje:
Zainteresowanym Czytelnikom polecam zagłębienie się w publikacje śp. dr. Jerzego Jaśkowskiego, który również pisał wiele w temacie m.in. szczepień.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 277 / (16) 2025

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura # Zdrowie

Być może zainteresują Cię również: