Deficyt nie taki straszny. O książce Stephanie Kelton
Nowoczesna teoria monetarna (z ang. Modern Monetary TheoryMMT) zmieniła podejście do finansów publicznych. Dowodziła, że państwo nie potrzebuje podatków do wydawania pieniędzy, a zachowując suwerenność wyrażającą się m.in. w kontrolowaniu emisji własnej waluty nie może zbankrutować. Patrząc na jej początki sięgające 1903 roku stała się przestrzenią do krytyki przez przedstawicieli nurtu ekonomii liberalnej, austriackiej szkoły ekonomii oraz nurtu monetarnego. Przez lata była w cieniu innych poglądów na dochody państwa. Stephanie Kelton ekonomistka, wykładowca na Stony Brook University oraz The New School for Social Research w książce „Mit deficytu” przedstawia czytelnikom szczegóły polityki państwa, które będzie mogło ograniczyć ubóstwo, nierówności społeczne, stworzyć nowe miejsca pracy czy rozbudować politykę socjalną. Brzmi jak utopia? Czy istnieje państwo, które ma na wszystko pieniądze? Tego dowiemy się trochę później.
W książce obalonych zostało 6 mitów powtarzanych od dziesięcioleci przez polityków różnych partii politycznych w wielu państwach.
Książka nie jest wolna od krytyki, tak samo jak nowoczesna teoria monetarna stanowi przedmiot dyskusji w środowiskach ekonomistów. Robert Murphy, amerykański ekonomista, adiunkt w Texas Tech University napisał jej krytyczną recenzję. Głównie skupił się na przedstawieniu nowoczesnej teorii monetarnej jako teorii opartej na tautologii rachunkowej, pomijaniu skutków fiskalnych, a co najważniejsze pomijającej inflację. Jednak twierdzenie, że w książce „Mit deficytu” bagatelizowane jest ryzyko inflacji to wprowadzanie w błąd.
Mit 1: Rząd powinien zarządzać budżetem tak samo jak gospodarstwo domowe
Pojmowanie budżetu państwa jako gospodarstwa domowego to jedno z największych kłamstw. Budżet państwa to nie budżet domowy.
Sprowadzenie finansów publicznych do finansów domowych jest jak pójście drogą na skróty – próbą odwołania się do naszych doświadczeń a nie wytłumaczeniem mechanizmu działania pieniądza w gospodarce. Wydatki muszą równać się dochodom, w przeciwnym razie musimy pożyczyć brakujące kwoty, co może doprowadzić nas do bankructwa.
„Istotne jest, aby nie wiązały się obietnicą do wymienialności swojej waluty na coś, czego może im zwyczajnie zabraknąć (jak np. złota albo walut obcych). Równie ważne jest, aby nie pożyczały (tj. nie zaciągały długu) w walutach obcych. Kraj, który emituje swoją własną niewymienną (fiducjarną) walutę i pożycza pieniądze jedynie w tej właśnie walucie, posiada suwerenność monetarną. Kraje mające suwerenność monetarną nie muszą zarządzać swoimi finansami na wzór gospodarstwa domowego”.
Suwerenność walutowa oznacza możliwość emisji własnej waluty, co mają m.in. Japonia, Wielka Brytania, Australia, Kanada czy Polska.
Można ją jednak ograniczyć, np. przechodząc na cudzą walutę (jak to zrobiły Francja czy Grecja) lub poprzez nadmierne zadłużenie w walucie obcej (jak Wenezuela). Krytycy MMT ostrzegają, że traktowanie teorii jako sposobu na nieograniczone finansowanie wydatków ignoruje wskaźniki makroekonomiczne i grozi inflacją.
Kelton pokazuje, jak rząd finansuje zadania publiczne np. wydatki na obronność: Kongres zobowiązuje się do wydania 80 mld dolarów, bez podwyższania podatków. Departament Skarbu przekazuje pieniądze przez Rezerwę Federalną, dodając dolary do gospodarki; ich odejmowanie następuje poprzez pobór podatków.
„Czy możemy wydrukować sobie bogactwo? Absolutnie nie! MMT nie oznacza darmowych obiadów. Istnieją bardzo realne ograniczenia, których ignorowanie może doprowadzić do poważnych problemów. MMT wyraźnie rozróżnia realne ograniczenia od samo narzuconych limitów – te ostatnie zawsze możemy zmienić”.
Realne ograniczenia wynikające z inflacji, poziomu zasobów gospodarczych to jedno, a samo narzucone limity jak reguła PAYGO, reguła Byrda, ocena od Biura Budżetowego Kongresu to coś zupełnie innego – limity, które kongres może zmieniać. Polskę obowiązują kryteria konwergencji, a więc jeśli deficyt budżetowy przekroczy 3% PKB, to Komisja Europejska wszczyna procedurę nadmiernego deficytu. Przygotowuje sprawozdanie, w którym analizuje, czy dane państwo członkowskie wykazuje nadmierny deficyt. Rada Unii Europejskiej wydaje decyzję – uwzględniającą wnioski KE lub odrzucającą je, ta pierwsza powoduje konieczność dostosowania się do programu naprawczego Rady UE. Państwo ma na to 6 miesięcy. Brak podjęcia działań może skutkować grzywną finansową w wysokości do 0,05 PKB z poprzedniego roku.
Mit 2: Deficyt jest oznaką nadmiernych wydatków państwa
Kelton wyjaśnia, że nadwyżka i deficyt budżetowy to nie kategorie moralne, lecz techniczne sygnały pokazujące przepływ pieniędzy w gospodarce. Deficyt zwiększa ilość pieniędzy w obiegu i bywa potrzebny przy bezrobociu – zwiększa ilość pieniądza w obiegu, nadwyżka działa odwrotnie. Rząd powinien więc „równoważyć gospodarkę”, a nie budżet, a prawdziwym wskaźnikiem nadmiernych wydatków jest inflacja – kosztowa (np. wzrost cen energii) lub popytowa (gdy popyt przewyższa możliwości produkcyjne). Kelton przypomina, że keynesizm uznawał stymulację popytu za sposób na obniżenie bezrobocia kosztem inflacji (krzywa Phillipsa), podczas gdy Friedman i monetaryści podkreślali, że inflacja wynika głównie z nadmiernej podaży pieniądza.
Jak obecnie walczy się z inflacją? Polityka monetarna skupia się na utrzymaniu pełnego zatrudnienia oraz stabilnych cen tzw. podwójnego mandatu. Cel inflacyjny określony przez Rezerwę Federalną na podstawie indeksu inflacji PCE (indeks osobistych wydatków konsumpcyjnych) wynosi 2%. „Obecnie praktycznie każdy bank centralny na świecie stosuje inne podejście – kontroluje podstawową stopę procentową, za pośrednictwem której pośrednio wpływa na poziom presji inflacyjnej. Ta strategia sprowadza się do tego, że bank centralny, wpływając na cenę kredytu – czyli koszt pożyczania pieniędzy – może regulować ilość pieniędzy, którą pożyczają i wydają konsumenci oraz przedsiębiorstwa”.
Kelton wskazuje na pewną prawidłowość – bank obniża stopy procentowe, co równa się zmniejszonym kryteriom kredytowym. W gospodarce znajduje się więcej bezrobotnych, konsumenci zaciągają kredyty, wydawanie pożyczonych pieniędzy rozszerza gospodarkę, w ten sposób powstają nowe miejsca zatrudnienia. Nie może dojść do przegrzania rynku pracy, w tym spadku bezrobocia poniżej poziomu naturalnego – spowoduje to przyspieszenie inflacji. „Oznaką znalezienia »naturalnej« wartości bezrobocia jest to, że każdy dalszy spadek bezrobocia spowoduje wzrost inflacji”.
NAIRU to hipotetyczna stopa bezrobocia, przy której inflacja pozostaje stabilna. Gdy bezrobocie jest zbyt wysokie, obniża się stopy procentowe, a gdy zbyt niskie – podwyższa, by utrzymać równowagę. Kelton podkreśla jednak, że NAIRU nie da się dokładnie zmierzyć i jest jedynie modelem. W praktyce System Rezerwy Federalnej (Fed) wielokrotnie podnosił stopy w obawie przed inflacją, która się nie pojawiała, co prowadziło do niepotrzebnych wzrostów bezrobocia i niepełnego zatrudnienia.
Stephanie Kelton odsłania paradoks systemu, w którym banki centralne, z amerykańską Rezerwą Federalną na czele, przedstawiają brak pracy dla milionów ludzi jako konieczność, a nawet cnotę.
Obnaża logikę kryjącą się za doktryną NAIRU – ideą, według której istnieje „naturalny” poziom bezrobocia, poniżej którego gospodarka nie może zejść bez wywoływania inflacji. W praktyce oznacza to, że Fed świadomie godzi się na to, by 8 czy 10 milionów osób pozostawało bez pracy, tłumacząc to ochroną stabilności cen. Kelton przyrównuje tę sytuację do gry w „gorące krzesła”: miejsc pracy jest z definicji za mało, więc część społeczeństwa zawsze zostaje na lodzie – niezależnie od kwalifikacji, motywacji czy wysiłku.
Autorka przywołuje też doświadczenia Wielkiej Recesji z lat 2008–2013. Fed sięgnął wówczas po narzędzia, takie jak luzowanie ilościowe (QE), by podtrzymać gospodarkę.
Oznacza to nabywanie określonej liczby obligacji w celu pobudzenia aktywności gospodarczej. Stopa bezrobocia faktycznie spadła – ale dopiero po siedmiu długich latach. Kelton zauważa, że szybciej i skuteczniej można było osiągnąć to dzięki odważniejszej polityce fiskalnej, czyli większym wydatkom publicznym, zamiast liczyć na zadłużanie się sektora prywatnego. Jej diagnoza jest prosta: polityka monetarna, polegająca na manipulowaniu kosztami kredytu, nie wystarczy, by zapewnić pełne zatrudnienie.
Mit 3: Tak czy inaczej wszyscy będziemy musieli za to zapłacić
Kiedy w przekazie medialnym mowa jest o wzroście długu publicznego, to zaczyna się straszenie bankructwem państwa. „Lepiej nie sprawdzać, gdzie jest sufit dla polskiego długu”, „Dług publiczny przekroczy 100 proc. PKB świata? To nie koniec złych wieści”, „Widmo wielkiego długu. Ekonomista ostrzega: Kolejny szok możliwy w każdej chwili” czy „Polska stoi nad przepaścią. Rząd ujawnił dane, które mrożą krew w żyłach”. To tylko kilka nagłówków z popularnych czasopism piszących o tematyce polityczno-społecznej czy prawno-gospodarczej w Polsce.
Pełne niepokoju słowa to tylko początek całej narracji mediów, polityków oraz „ekspertów”. Obsesję na punkcie długu publicznego najlepiej oddają liczniki, wysokość długu publicznego USA dostępna jest na stronie internetowej oraz przy 43th West Street i Sixth Avenue w Bank of America Tower w Nowym Yorku. Dług publiczny Polski dostępny jest na stronie internetowej oraz w Warszawie przy skrzyżowaniu Al. Jerozolimskich i ul. Marszałkowskiej. Stoi tam od 2010 roku po decyzji przewodniczącego Rady Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju prof. Leszka Balcerowicza. Czy jest to troska o stan zadłużenia państwa a może próba straszenia bankructwem? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Stephanie Kelton podważa jeden z najbardziej utrwalonych mitów ekonomicznych – przekonanie, że dług państwa jest czymś niebezpiecznym, obciążającym przyszłe pokolenia i wymagającym natychmiastowej spłaty.
Posługując się licznymi przykładami historycznymi i analizą funkcjonowania współczesnych finansów publicznych, pokazuje, że w rzeczywistości dług publiczny pełni zupełnie inną rolę, niż zwykło się sądzić. Nie jest on ciężarem, lecz jednym z podstawowych narzędzi zarządzania gospodarką, a jego istnienie świadczy raczej o aktywności państwa niż o jego nieodpowiedzialności.
Kelton przypomina, że w końcówce lat 90., gdy administracja Clintona wypracowała nadwyżkę budżetową i rozważała spłatę całego długu publicznego, w Białym Domu pojawił się niepokój. Zanik długu oznaczałby bowiem zniknięcie rynku obligacji skarbowych – kluczowego narzędzia Fed w prowadzeniu polityki monetarnej. Paradoks polegał na tym, że rząd dążył do spłaty długu, a jednocześnie obawiał się jej skutków, bo obligacje okazały się niezbędne dla stabilności systemu finansowego.
Kelton wyjaśnia następnie, że Fed wykorzystuje obligacje do regulowania krótkoterminowych stóp procentowych: sprzedaje je, by podnieść stopy i skupuje, by je obniżyć. Obligacje nie finansują więc państwa, lecz służą do zarządzania płynnością. Dziś, gdy Fed może sterować stopami, płacąc odsetki od rezerw, całkowita likwidacja długu byłaby nie tylko zbędna, ale wręcz utrudniałaby prowadzenie polityki pieniężnej. W jej interpretacji nadwyżka budżetowa nie jest dowodem gospodarności, lecz sygnałem, że rząd odbiera sektorowi prywatnemu środki, które mogłyby napędzać wzrost gospodarczy. Deficyt, wbrew popularnym przekonaniom, jest więc często zjawiskiem zdrowym – oznacza, że państwo dostarcza gospodarce środki potrzebne do inwestycji i konsumpcji.
Teoretycznie możliwe byłby wykup wszystkich obligacji przez bank centralny albo państwo przestałoby emitować nowe obligacje. Autorka jednak sugeruje trzecie rozwiązanie: zaakceptowanie istnienia długu i nauczenie się z nim żyć. Dług publiczny jest bowiem – jak pisze – śladem naszej historii, zapisem decyzji podejmowanych przez kolejne pokolenia w momentach kryzysów i wojen, inwestycji w infrastrukturę, edukację i zdrowie. To nie rachunek do spłaty, ale dokument naszych wspólnych wyborów.
Mit 4: Deficyty rządu wypierają inwestycje prywatne, czyniąc nas uboższymi
Tradycyjny obraz finansów państwa – według którego rządy muszą pożyczać pieniądze od prywatnych inwestorów i podlegają presji rynków – okazuje się w dużej mierze iluzoryczny. W ujęciu MMT państwa emitujące własną walutę nie potrzebują zewnętrznych pożyczek, aby finansować wydatki. To rynkowe narracje i zachowania inwestorów tworzą wrażenie zależności, podczas gdy w praktyce to bank centralny wyznacza warunki, przede wszystkim poprzez kontrolę stóp procentowych.
Kelton zwraca uwagę, że około jedna trzecia światowych obligacji rządowych sprzedawana jest po ujemnych stopach procentowych, co jest możliwe dzięki polityce takich banków centralnych jak Bank Japonii, Europejski Bank Centralny, szwedzki Riksbank czy Szwajcarski Bank Narodowy, które utrzymują krótkoterminowe stopy poniżej zera. Przykład Japonii jest szczególnie wymowny: Bank Japonii stosuje politykę kontroli krzywej dochodowości, czyli utrzymuje rentowność dziesięcioletnich obligacji rządowych blisko zera, skupując je w dowolnej ilości, aby zapobiec wzrostowi stóp. To pokazuje, że bank centralny może kontrolować stopy procentowe nawet przy dużym zadłużeniu państwa.
Wyobraź sobie rząd jako postać z powieści finansowej – w oczach opinii publicznej wydaje się, że jest całkowicie zależny od kaprysu inwestorów i rynków. Każdy deficyt budżetowy ma wywoływać panikę: wyższe stopy procentowe, droższe kredyty, mniej inwestycji. Stephanie Kelton burzy tę konwencję, pokazując, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, przynajmniej w krajach posiadających własną walutę.
Weźmy przykład Japonii. Bank Japonii nie tylko decyduje o krótkoterminowych stopach procentowych, ale wręcz kontroluje długoterminowe – poprzez politykę kontroli krzywej dochodowości utrzymuje rentowność dziesięcioletnich obligacji na poziomie bliskim zeru. Innymi słowy, gdy japoński rząd wydaje pieniądze i zwiększa deficyt, nikt mu w tym nie przeszkadza, a bank centralny robi wszystko, by stopy procentowe nie wzrosły. To jest krajowy ekwiwalent magii finansowej: rząd może pożyczać tyle, ile chce i płacić od tego tyle, ile bank centralny zdecyduje.
Państwo „pożycza” z tego samego worka pieniędzy, z którego pożyczamy my, więc rzekomo odbiera nam środki. Tymczasem rachunkowość mówi coś odwrotnego: to właśnie deficyt państwa tworzy prywatne aktywa netto. Bez niego sektor prywatny – który handluje sam ze sobą – zawsze wychodzi na zero. Bo każda pożyczka w jego obrębie jest czyimś długiem i czyimś zyskiem – sumarycznie neutralna. Murphy nazywa to „tautologią”, jakby chodziło o sztuczkę logiczną. Ale to nie tautologia, tylko tożsamość księgowa. Tak samo prawdziwa jak to, że suma bilansów musi dawać zero. Nie jest to kwestia ideologii, tylko definicji.
Obala też popularny mit o „efekcie wypierania”, czyli tezę, że deficyty budżetowe zmuszają rząd do podwyższania stóp procentowych, co ogranicza inwestycje prywatne.
Kelton przywołuje przykłady historyczne: w USA w czasie II wojny światowej, kiedy deficyt wzrósł do 25% PKB, Rezerwa Federalna utrzymywała niskie stopy procentowe, zarządzając kosztami pożyczek rządowych. Podobnie w 2008 roku, w obliczu kryzysu finansowego, Fed obniżył stopy do zera i przez siedem lat utrzymywał je na tym poziomie, realizując też programy luzowania ilościowego, które dodatkowo obniżyły długoterminowe stopy.
Kluczowy wniosek jest prosty: wszystko zależy od suwerenności monetarnej i systemu kursu walutowego. Kraje z własną walutą mogą kontrolować stopy procentowe i deficyty budżetowe w sposób, którego nie potrafią państwa w strefie euro czy te z sztywnym kursem walutowym. Tradycyjna opowieść o „efekcie wypierania” jest zatem narracją historyczną, pasującą do czasów Bretton Woods i złotego standardu, ale niemającą zastosowania w świecie nowoczesnej polityki monetarnej.
Mit 5: Deficyt handlowy oznacza, że Ameryka przegrywa
Stephanie Kelton przedstawia obraz globalnej gospodarki, w której kraje rozwijające się pozostają systemowo zależne od decyzji bogatszych państw, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. Autorka w sposób niezwykle przystępny i jednocześnie dogłębny pokazuje, że handel międzynarodowy nie jest prostym wymienianiem dóbr, lecz polem władzy i kontroli, w którym różnice w pozycji ekonomicznej poszczególnych państw mają dramatyczne skutki dla milionów ludzi.
Kelton krytycznie ocenia instytucje międzynarodowe, takie jak MFW, Bank Światowy czy WTO, które wyrosły z systemu Bretton Woods. Choć pierwotnie miały stabilizować handel, dzisiaj promują liberalizację kosztem państw rozwijających się. Autorka pokazuje, że zalecane krajom biedniejszym cięcia wydatków, restrykcyjna polityka monetarna i eksport dóbr o niskiej wartości dodanej pogłębiają nierówności i uniemożliwiają rozwój przemysłu, suwerenność energetyczną i żywnościową. Kelton trafnie podkreśla, że rady te prowadzą do „pułapki przewagi komparatywnej”, w której kraje rozwijające się zostają wiecznie w roli dostawców tanich półproduktów.
Kryzys argentyński z 2001 roku służy jako przykład alternatywnej polityki: kraj zawiesił spłatę długu zagranicznego i zamiast tego zainwestował w obywateli.
Stypendium w wysokości 150 pesos argentyńskich miesięcznie przyznawane było bezrobotnej głowie rodziny w zamian za udział w 4 godzinach pracy w podprojekcie workfare, w zakresie drobnych prac budowlanych w budynkach publicznych. Dzięki temu program Jefes y Jefas zapewnił pracę około dwóm milionom osób, pokazując, że państwa posiadające suwerenność monetarną mogą chronić zatrudnienie i rozwijać własną gospodarkę.
W szerszym ujęciu MMT krytykuje współczesne porozumienia handlowe, które zdaniem Kelton wzmacniają korporacje kosztem pracowników i środowiska.
Mechanizmy Investor–state dispute settlement (ISDS) ograniczają możliwość wprowadzania regulacji, a ochrona patentowa utrudnia dostęp do technologii i leków w krajach rozwijających się. Jednocześnie podkreśla, że Stany Zjednoczone, dzięki pozycji dolara, mogą wspierać globalną stabilność, promować Zielony Nowy Ład i sprzyjać programom zatrudnienia w krajach Południa. Postuluje też reformę systemu handlowego, większą współpracę państw rozwijających się, transfer technologii oraz wzmacnianie suwerenności energetycznej i żywnościowej.
Mit 6: Programy wsparcia społecznego są niezrównoważone finansowo. Nie możemy już sobie na nie pozwolić
Stephanie Kelton podejmuje radykalną próbę przewartościowania debaty o polityce społecznej w Stanach Zjednoczonych. Jej głównym przesłaniem jest odrzucenie utrwalonego mitu deficytu jako ograniczenia dla wydatków państwa. Pokazuje, że rząd emitujący własną walutę nie napotyka na barierę finansową przy wypłacie świadczeń społecznych – pieniądze zawsze są dostępne, jeśli Kongres zobowiąże się do ich wydania. Kluczowym punktem jest rozróżnienie między zdolnością finansową państwa a jego realnymi możliwościami produkcyjnymi, które ograniczają ilość dóbr i usług dostępnych obywatelom.
Autorka opiera swoje tezy na dowodach i analizach zarówno historycznych, jak i współczesnych. Przykładem jest rozmowa Alana Greenspana, doktora nauk ekonomicznych, przewodniczącego Rady Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej z Paulem Ryanem, politykiem z Partii Republikańskiej, w której były prezes Rezerwy Federalnej wyraźnie stwierdza, że program Social Security nie grozi niewypłacalnością, a prawdziwym wyzwaniem jest zapewnienie, by gospodarka mogła wyprodukować realne dobra potrzebne przyszłym beneficjentom. Podobne stanowisko zajmuje Robert Eisner, ekonomista z Northwestern University, który argumentuje, że fundusze powiernicze Social Security są jedynie jednostkami księgowymi, a zapewnienie wypłat zależy od zobowiązania Kongresu, a nie od stanu bilansu funduszy.
Kelton konsekwentnie podkreśla, że ograniczenia fiskalne są często wymysłem politycznym i księgowym, a nie rzeczywistym problemem finansowym.
Wskazuje też, że przy dyskusji o programach społecznych nie można zapominać o ograniczeniach demograficznych i produkcyjnych – starzejące się społeczeństwo i rosnąca liczba emerytów oznaczają większe zapotrzebowanie na opiekę zdrowotną i świadczenia, a zatem potrzebę inwestycji zwiększających wydajność gospodarki.
Kelton przywołuje również przykłady historyczne, takie jak reforma opieki społecznej w 1996 roku w administracji Clintona, która formalnie miała ułatwić powrót na rynek pracy, a w praktyce doprowadziła do wzrostu skrajnego ubóstwa. Dzięki tym analizom autorka ujawnia, że zarówno politycy prawicowi, jak i centrowi podejmowali decyzje w oparciu o błędne przekonania o ograniczeniach finansowych programów społecznych.
Kelton łączy analizę ekonomiczną z argumentem moralnym, wskazując, że cięcia w programach takich jak Social Security czy Medicare są zarówno zbędne, jak i niemoralne, ponieważ zapewniają one bezpieczeństwo i godność najsłabszym.
Proponuje zmianę myślenia: zamiast pytać o źródła finansowania, należy skupić się na tym, czy gospodarka dysponuje zasobami potrzebnymi do realizacji celów społecznych. Podkreśla też znaczenie inwestycji w infrastrukturę, edukację, badania i rozwój oraz automatyzację, które zwiększają wydajność i pozwalają prowadzić politykę społeczną bez ryzyka inflacji. W centrum debaty powinna znaleźć się długoterminowa korzyść publiczna, a nie krótkoterminowa równowaga budżetowa.
Koniec mitów o deficycie
Stephanie Kelton w „Micie deficytu” robi to, czego ekonomiści liberalni i monetarni bali się od dekad obala mity związane z funkcjonowaniem pieniądza w państwie.
W duchu nowoczesnej teorii monetarnej (MMT) pokazuje, że rząd emitujący własną walutę nie musi „zdobywać pieniędzy”, by je wydać – to właśnie wydatki państwa tworzą środki, którymi potem obywatele płacą podatki. Kelton obala mit o konieczności „zaciskania pasa” i pokazuje, że ograniczanie wydatków publicznych w imię księgowej równowagi to często droga do bezrobocia i stagnacji. Deficyt to nie dziura w finansach, lecz narzędzie polityki gospodarczej – sygnał, że państwo pompuje pieniądze do gospodarki, gdy sektor prywatny oszczędza. To inflacja, a nie deficyt, jest prawdziwym ograniczeniem wydatków – i tylko wtedy, gdy gospodarka działa na pełnych obrotach.
Kelton wchodzi też w spór z monetarystami. Przypomina, że po zerwaniu z parytetem złota w 1971 roku USA zyskały pełną suwerenność monetarną. Od tej chwili rząd nie może „zbankrutować” w dolarze – bo sam go tworzy. Kryzysy finansowe wynikają nie z nadmiaru wydatków, lecz z błędnych decyzji politycznych, nierówności i niszczenia realnych zasobów gospodarki. Najostrzejsza jest tam, gdzie pokazuje absurd doktryny NAIRU – idei, że pewien poziom bezrobocia jest „naturalny”. Banki centralne, broniąc stabilności cen, akceptują, że miliony ludzi pozostają bez pracy. To ekonomiczna gra w gorące krzesła – zawsze ktoś musi przegrać.
„Mit deficytu” to manifest w obronie realnej gospodarki i ludzi, nie księgowych tabel. Kelton nie obiecuje cudów – przypomina, że pieniądz nie tworzy bogactwa sam z siebie.
Ale twierdzi, że bieda i bezrobocie w krajach z własną walutą to wybór polityczny, nie ekonomiczna konieczność. To książka, która zmienia tok rozumowania w dyskusji o finansach publicznych i zadaje proste pytanie: skoro możemy finansować wojny, to czemu nie możemy finansować pokoju?