fbpx

Felieton

Denialiści konsensusu czyli petitio principii polskiej polityki energetycznej

Niedokończona budowa głównego budynku Elektrowni Jądrowej Żarnowiec
Niedokończona budowa głównego budynku Elektrowni Jądrowej Żarnowiec, fot. Michał Kotas / Wikimedia CC

Olaf Swolkień

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 158 / (2) 2023

„Stan jednomyślności w sprawach zasadniczych, czy, jeżeli kto woli: ilość spraw narodowych nie podlegających dyskusji, która nas wyróżnia od innych społeczeństw wolnego świata, nawet w obecnej atmosferze kolektywnego ich sposobu myślenia – datuje się nie od dziś. Tradycyjnie narzekamy na polskie »warcholstwo« i »polską niezgodę«. W rzeczywistości, w porównaniu do innych narodów, staliśmy się nie od wczoraj jednym z najbardziej zdyscyplinowanych narodów na świecie” Józef Mackiewicz „Zwycięstwo prowokacji”.

Trzydzieści dwa lata temu polski ruch ekologiczny odniósł chyba największy jak dotąd realny sukces i za sprawą skutecznej kampanii edukacyjno-propagandowej ponad 86% biorących udział (frekwencja wynosiła 44,3%) w referendum mieszkańców ówczesnego województwa gdańskiego opowiedziało się przeciw kontynuowaniu budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Protestowali wtedy mieszkańcy, obrońcy przyrody, jak również członkowie ruchu Wolność i Pokój. Negatywnie budowę oceniali także uczeni z Państwowej Agencji Atomistyki – Andrzej Wierusz i Mirosław Dakowski, którzy dokonali fachowej i krytycznej analizy warunków bezpieczeństwa powstania elektrowni.

Jak zlikwidowano Żarnowiec

Referendum nie było prawnie wiążące, jednak siedem miesięcy potem rząd T. Mazowieckiego zadecydował o likwidacji elektrowni w budowie. Na taką decyzję decydujący wpływ miała wcześniejsza o cztery lata katastrofa w Czarnobylu, a także dokonywana celowo likwidacja ogromnej części polskiego przemysłu, co w konsekwencji doprowadziło do spadku zapotrzebowania na energię.

Warto jednak dodać, że reaktory, jakie miały być użyte w Żarnowcu, były co prawda radzieckie, ale innego – nowszego typu niż te istniejące w Czarnobylu. Oba po zamknięciu Żarnowca zostały sprzedane i funkcjonują do dzisiaj – jeden na Węgrzech, drugi w Finlandii, choć używane są jedynie do celów badawczych. Przeczy to popularnej dzisiaj linii argumentacji zwolenników budowy elektrowni atomowej w Polsce, jakoby energia atomowa była bezpieczna, a zawiniła jedynie radziecka – co dzisiaj utożsamia się ze „złą” Rosją – technologia naszego wschodniego sąsiada.

Energetyka jądrowa i katastrofy

Profesor Mirosław Dakowski w niedawnym wywiadzie przypomniał, że prawdopodobieństwo stopienia rdzenia reaktora eksperci oceniali w czasach powstawania pierwszych elektrowni jądrowych na jedno na sto tysięcy lat. Tymczasem w ciągu niecałych 70 lat od uruchomienia pierwszego cywilnego reaktora w radzieckim Obnińsku w 1954 r. takich wypadków miało już miejsce co najmniej pięć lub sześć – o niektórych prawdopodobnie nie wiemy, gdyż, jak podaje w tym samym wywiadzie polski uczony, wypadki mające miejsce w siłowniach pracujących dla celów wojskowych są skrzętnie ukrywane – w Wielkiej Brytanii zmieniono nawet nazwę miejscowości, w której taka katastrofa miała miejsce.

O Czarnobylu mówi się dzisiaj sporo, wpisując ten przypadek w falę rusofobii i tezę, że tylko rosyjskie technologie są zawodne, z tych samych powodów o Fukushimie wspomina się znacznie mniej, o awarii w Three Mile Island prawie w ogóle, o utajnionej katastrofie w brytyjskim Windscale sam dowiedziałem się dopiero teraz.

Ale mniejszych lub większych awarii i katastrof było według skromnego przeglądu co najmniej kilkanaście, zdarzały się w elektrowniach pracujących według różnych technologii i w państwach o różnych ustrojach, zawsze jednak władze starały się je utajnić lub przynajmniej umniejszyć ich znaczenie.

Przy czym, jak stwierdził Profesor Dakowski, katastrofy w elektrowniach jądrowych z natury tego typu energii są nieprzewidywalne i mogą mieć rozmiar apokaliptyczny, co różni je zasadniczo od awarii w elektrowniach konwencjonalnych lub działających w oparciu o słońce, czy wiatr.

Okazuje się więc, że z zapowiadanych stu tysięcy lat, które zdaniem ekspertów miały dzielić kolejne poważne awarie, zrobiło się tych lat dziesięć lub kilkanaście. To skala błędu podobna do kompromitacji ekspertów, jacy decydowali o naszym życiu i śmierci w czasie tak zwanej pandemii – różnica polega tylko na tym, że tamci straszyli, a lobbyści z kompleksu energetyki jądrowej uspokajają.

Błędy jednych i drugich doprowadziły do śmierci setek tysięcy, a nawet milionów ludzi. Podobny wysyp absurdalnych, skompromitowanych po miesiącu prognoz i analiz obserwujemy także w ocenach konfliktu na Ukrainie, tym razem do profesorów medycyny i inżynierów dołączyli politycy i generałowie. Wszystkim niezawodnie przyklaskują zmonopolizowane przez wielkie korporacje masowe media.

Brak logiki, przewaga emocji

Jest ponurym i groźnym paradoksem naszych czasów, że w dobie coraz bardziej zaawansowanych technologii mamy jednocześnie do czynienia z potężnym kryzysem cywilizacyjnym, a w konsekwencji z upadkiem etyki i niszczeniem jakichkolwiek budzących zaufanie autorytetów we wszystkich obszarach życia: od moralności po fizykę jądrową. Opinie większości na wszelkie tematy tworzone są przez media, które stosują wyrafinowane techniki psychomanipulacji odwołujące się jedynie do emocji, nigdy do myślenia.

Z drugiej strony ich odbiorcy pozbawieni są podstawowych narzędzi weryfikacji wraz z zaniechaniem klasycznej edukacji i wychowania, czy choćby solidnego egzaminu z logiki, który jeszcze za moich uczelnianych czasów był zmorą większości studentów. Sami władcy marionetek tego świata też wydają się przypominać owego wieśniaka z filmu „Dzień, w którym wypłynęła ryba”, tamten rozbijał młotem bryłę metalu z niebezpiecznym ładunkiem w nadziei na szybkie wzbogacenie, ci z równym zapałem eksperymentują z naturą i ludźmi na skalę globalną, by, jak twierdzą, ratować planetę, a w rzeczywistości realizować szalone wizje o totalnej władzy i nieograniczonym bogactwie. Jednak w obu wypadkach kierują aktorami dramatu te same emocjonalne rezydua, inna jest tylko skala i coraz doskonalsze są uzasadniające je derywacje.

Lubiatowo. Nowa elektrownia atomowa w Polsce?

Koszty planowanej w okolicach Lubiatowa elektrowni jądrowej oficjalnie szacuje się obecnie na 110 miliardów złotych, dla porównania koszty elektrowni w Ostrołęce szacowano na podobnym etapie prac na 6 miliardów. Jednak, jak słusznie przypomniał, podając liczne przykłady w bardzo ciekawym materiale Marek Czarkowski z tygodnika „Przegląd”, koszty tego rodzaju wielkich inwestycji niemal zawsze rosną w czasie realizacji i to nie o kilka lub kilkanaście procent, ale o kilkadziesiąt, a często o kilkaset.

Jak dobrze pójdzie, to zapłacimy za jedną elektrownię jądrową połowę rocznego budżetu państwa i tyle, co za 20 supernowoczesnych bloków, jakie miano zbudować w Ostrołęce.

Sprawność bloku wytwarzającego energię z węgla kamiennego, jaki miał tam zostać postawiony, wynosić miała ponad 46% w porównaniu do niecałych 30%, jakie miały elektrownie z ubiegłego wieku. Oznacza to, że z tej samej ilości węgla możemy dzisiaj wyprodukować o ponad połowę więcej energii. Jednocześnie zredukowano niemal do zera emisję tlenków siarki i pyłów.

Polskie elektrownie węglowe dzięki takim nowoczesnym rozwiązaniom miały po raz pierwszy w dziejach pod względem wydajności dorównać niemieckim. W wypadku elektrowni węglowych Polska mogłaby być całkowicie samodzielna nie tylko, gdy chodzi o paliwo, ale przede wszystkim o technologie i wysoko kwalifikowaną kadrę. Elektrownia w Ostrołęce miała zajmować 57 hektarów ziemi piątej lub szóstej klasy. Dodatkowym atutem miała być duża regulowalność pozwalająca w ciągu krótkiego czasu zmniejszać lub zwiększać moc w zależności od potrzeb – podwojenie lub zmniejszenie o połowę mogłoby nastąpić w ciągu niecałej godziny, o czym w audycjach na kanale T. Sommera opowiadał inżynier Marek Zadrożniak autor raportu poświęconego temu zagadnieniu.

Kto straci, kto zyska?

Elektrownia atomowa oparta o technologie koncernu Westinghouse ma dać zatrudnienie czterem tysiącom Polaków i stu tysiącom pracowników w USA, uzależnić Polskę od licencji i know how borykającego się z permanentnymi kłopotami finansowymi zagranicznego koncernu, który z uwagi na uwarunkowania polityczne będzie w pozycji nadrzędnej wobec polskiego rządu, a więc poza jakąkolwiek realną kontrolą społeczną.

Znowu przychodzi na myśl analogia do afery z zakupem milionów niepotrzebnych czy wręcz szkodliwych preparatów, mających chronić przed „groźnym wirusem”. Paliwo do reaktora będzie pochodzić z innego kraju, nie wiemy również, co ma stać się z odpadami i gdzie mają być składowane. Walcząca o utrzymanie resztek suwerenności Polska będzie więc narażona na dodatkowe naciski polityczne i to znacznie trudniejsze do ominięcia niż te związane z importem tradycyjnych paliw kopalnych.

Nie ulega wątpliwości, że koszty tej inwestycji mierzone w złotówkach będą ogromne i z grubsza rzecz ujmując, można by za podobne sumy radykalnie unowocześnić całą polską energetykę węglową wraz z liniami przesyłowymi. Poniesiemy je w podatkach już istniejących lub w opłatach za prąd, narzuconych przez państwowo-korporacyjny monopol, jaki w tej dziedzinie ma miejsce i który poprzez wybór atomu, jako filaru krajowej energetyki, jeszcze bardziej się zacieśni.

Bałtyk, plaże i przyroda. Czy przetrwają?

Oprócz kosztów mierzonych w złotówkach są także inne. Lubiatowo leży na być może najpiękniejszym fragmencie polskiego wybrzeża Bałtyku – jest oddalone od plaży o kilka kilometrów, co sprawia, że brzeg morski zachował tam swój dziewiczy charakter z pasem wydm i lasów przylegającym bezpośrednio do plaży. Turyści gromadzą się na ogół przy dosyć rzadko rozmieszczonych wejściach, a spore odcinki plaży są od nich wolne, co sprawia, że w czasie niektórych lat gniazdują tam rzadkie ptaki, składające jaja bezpośrednio na piasku.

W nadleśnictwie Choczewo są też wspaniałe lasy, tereny do jazdy konnej, a okolica jest bogata w runo leśne. Przy lokalnych szosach pomimo zakusów drwali i posła Horały (chciał je wyciąć w trosce o bezpieczeństwo kierowców) zachowały się jeszcze poniemieckie aleje starych drzew. Okolica sprzyja turystyce małej skali i jest pozbawiona wielkich hotelowych kombinatów.

Wszystko to ma zostać zniszczone poprzez gigantyczną budowę wymagającą nowych dróg, budynków, dowiezienia setek tysięcy ton betonu, stali i całej dodatkowej infrastruktury. Wójt tamtejszej gminy kwituje to powiedzeniem: jesteśmy piękni, ale ubodzy, a będziemy brzydcy, ale bogaci.

Oprócz brzydoty, która wydaje się o wiele bardziej pewna niż bogactwo, warto dodać, że reaktory mają być chłodzone wodą z Bałtyku, co oznacza, że woda będzie z niego pobierana, a następnie na nowo wpompowywana, co musi mieć duży wpływ na faunę i florę co najmniej na całym odcinku pomiędzy Władysławowem i Łebą.

Odnawialne Źródła Energii

Trzecia obok atomu i węgla alternatywa dla polityki energetycznej to energia ze źródeł odnawialnych (OZE). Jednak przy obecnie znanych i opłacalnych technologiach z uwagi na warunki pogodowe i klimatyczne nie widać żadnych realnych przesłanek do tego, by mogła ona w Polsce zaspokoić zapotrzebowanie na energię w skali kraju i w ciągu całego roku. W tej chwili jest to kilkanaście procent ogółu energii, jaką pozyskujemy, ale z tych kilkunastu zdecydowana większość pochodzi ze spalania biomasy, którego na fali wszechogarniającej obsesji na punkcie czystości powietrza i tak zwanej bezemisyjności państwo i gorliwi samorządowcy w każdej chwili mogą zakazać.

O ile energia z OZE w skali kraju nie stanowi realnej alternatywy, o tyle dla wielu gospodarstw w domach jednorodzinnych i na wsi mogłaby być znaczącym źródłem jej pozyskiwania.

Tym bardziej że polscy obywatele wyjątkowo chętnie instalują urządzenia do wytwarzania własnej energii uniezależniające ich od państwa, któremu z zasady nie ufają. Jednak w dziedzinie produkcji np. paneli fotowoltaicznych zadowalamy się importem, a z uwagi na problemy z przesyłaniem i odsyłaniem energii z OZE rząd pogarsza warunki dla prosumentów. Zamiast inwestować np. w modernizację sieci czy technologie magazynowania energii, woli wydać gigantyczne sumy na energetykę jądrową. Tych środków zabraknie na rozwój OZE.

Polska polityka energetyczna „na miarę XXI wieku” w kleszczach tabu

Decyzje podejmowane odnośnie do wyboru polityki energetycznej odbywają się w kleszczach co najmniej dwóch tabu, przy których te, jakie istniały wśród plemion dalekiej Polinezji, opisywanych przez raporty kapitana Cooka i powieści J. Verne’a wydają się niewinne.

Pierwszym z nich jest klimatyzm. Dla jego wdrożenia władcy świata stosują pojęcia klasycznej erystyki, posługując się podstawowym chwytem o nazwie petitio principii czyli podawaniem za udowodnioną i oczywistą podstawę wnioskowania czegoś, co ani oczywiste, ani udowodnione nie jest. T

akim właśnie petitio principii jest teza, że to spalanie paliw kopalnych i powstający w jego wyniku dwutlenek węgla ma znaczący wpływ na zmiany klimatu, a dokładnie na jego ocieplenie. Przeciwnikom zamyka się usta słowami i zwrotami-cepami, wśród których prym wiodą dwa: „konsensus naukowy” i „denializm” (czasem zamiast „denializmu” występuje ostrzejsza forma – „negacjonizm”). Bardzo dobrze opisuje te kwestie dostępny na YouTube film The Great Global Warming Swindle.

Już samo odwoływanie się do takich zabiegów retorycznych powinno u każdego humanisty uruchomić dzwonki alarmowe, że coś tu jest nie tak. Jednak znających retorykę humanistów o klasycznym wykształceniu i wychowaniu zastąpili dzisiaj osobnicy z dyplomami wyższych uczelni uczących wszystkiego, ale nie logiki, samodzielnego myślenia i kultury dyskusji.

„Konsensus naukowy” ma ponoć dotyczyć tego, że to pochodzący ze spalania paliw kopalnych dwutlenek węgla decyduje o ociepleniu klimatu. Problem w tym, że taki konsensus po pierwsze faktycznie nie istnieje, a po drugie ową większość ponad 90% uzyskuje się w bardzo podobny sposób do tego, w jaki uzyskano skompromitowany po dwóch latach konsensus dotyczący istnienia pandemii, sensowności tak zwanych niefarmaceutycznych środków profilaktycznych (lockdowny, kwarantanny, maseczki itp.), a także bezpieczeństwa i skuteczności eksperymentalnych preparatów genetycznych mających uchronić ludzkość przed „groźnym wirusem”, jaki sprowadził na nią według popularnych wersji a to nietoperz, a to bardziej tajemniczy łuskowiec. Niegodzących się z konsensusem poddawano w tym okresie cenzurze, ostracyzmowi, pozbawiano środków na badania, pozbawiano prawa wykonywania zawodu, grożono utratą pracy, wyszydzano i obrzucano epitetami, a nawet obelgami.

Sam kult zbitki słownej, jaką stanowi „konsensus naukowy”, jest co najmniej od czasu ukazania się klasycznej pracy T. Kuhna o strukturze rewolucji naukowych przekonująco skompromitowany, ale oprócz tego istnieje ogromna lista powszechnie znanych faktów i publikacji z zakresu historii i socjologii nauki, pokazująca, że naukowcy jako grupa zawodowa podlegają wszystkim patologiom opisanym przez nauki społeczne zajmujące się funkcjonowaniem grup ludzkich. Są uwikłani w interesy finansowe i mechanizmy władzy oraz grupowego konformizmu znane od starożytności poprzez tragiczne doświadczenie doktora Semmelweisa aż do prześladowań doktorów Bodnara czy Martyki, jakie obserwujemy w 3. RP.

Na straży mitycznego konsensusu stoi drugie wspomniane i ulubione przez klimatystów słowo-cep, jest nim tak zwany denializm, czyli negowanie owego „konsensusu naukowego”.

Określenie oponenta denialistą konsensusu naukowego pozwala przejść do porządku dziennego nad wszelkimi faktami i argumentami niepasującymi do obowiązujących quasi religijnych dogmatów, a przy okazji negatywnie naznaczyć, niczym „element antysocjalistyczny” w czasach wydawałoby się minionych.

Gdyby zamiast tego powiedzieć, że jest to ekspert, który nie zgadza się z częścią czy większością swoich kolegów, albo podaje w wątpliwość dominujący paradygmat, wtedy cały propagandowy ładunek, jakim uderza się w denialistę konsensusu, prysnąłby jak bańka mydlana, a przecież desygnat tych dwóch zdań jest identyczny.

Taka metoda pozwala uniknąć zawsze męczącego myślenia i prób wgłębiania się w zawiłości techniczne. Umożliwia to piszącym o energetyce absolwentom lingwistyki, kulturoznawstwa itp. kierunków oraz tak zwanym aktywistom wypowiadać się śmiało i jednoznacznie na najbardziej zawiłe technicznie tematy, a ich zwolennikom oddalić przykre uczucie poznawczego dysonansu. Rodacy Bolesława Prusa, pomimo że „Faraona” niestety nie ma na liście lektur szkolnych, powinni to wszystko wiedzieć, ale ponieważ większość z nich nie czyta nigdy nie tylko książek, ale i jakichkolwiek dłuższych tekstów, to opinia publiczna skazana na tak zwane środki masowego przekazu znajduje się dzisiaj w sytuacji egipskich fellachów, którym zaćmienie Słońca przedstawia się jako dowód gniewu bożego, który uśmierzyć może tylko złożenie ofiar i posłuszeństwo rozkazom powiązanej z władzą kasty kapłanów, których rolę przejęli dzisiaj wszelkiej maści mniej lub bardziej skorumpowani eksperci.

W wypadku religii klimatyzmu rolę zaćmienia Słońca opisanego przez Prusa pełnią znane od zarania dziejów i często o wiele bardziej od dzisiejszych dramatyczne zmiany klimatu, natomiast ofiarą mają być prawa i wolności obywatelskie oraz poziom życia nadmiernie zdaniem rządzących rozmnożonej populacji. Kiedy poziom życia się obniży, a w głowach zapanuje strach i chaos, wtedy łatwiej będzie wprowadzić totalną i opartą na nowoczesnych technologiach kontrolę. Uzależnienie tak elementarnej w naszej strefie klimatycznej potrzeby, jaką jest ogrzanie domu od produkowanej centralnie energii elektrycznej, jest kolejnym znakomitym sposobem na uzyskanie posłuszeństwa i pożądanych przez władzę zachowań już nie obywateli, ale poddanych.

W celu umocnienia wiernych w wierze sięgnięto nawet do starodawnego archetypu upośledzonego umysłowo dziecka, które ma ponoć wizje, wędruje po świecie, głosząc zapowiedź apokalipsy i wzywa do nawrócenia poprzez zmniejszenie emisji CO2, co jest odpowiednikiem działań sekt biczowników, jakie pojawiły się w Europie u schyłku Średniowiecza w religijnej reakcji na prawdziwe epidemie.

Drugim tabu, które sprawia, że dyskusja o polskiej energetyce przypomina próbę rozwiązywania problemu braku piasku na pustyni, jest sposób traktowania w niej Rosji i Białorusi oraz ich znaczenia dla naszej polityki energetycznej. Oba te państwa mogłyby sprzedawać Polsce najtańsze surowce energetyczne i gotową energię z elektrowni, gdyby tylko Polska godziła się utrzymywać z nimi normalne stosunki.

Rosjanie proponowali nawet budowę elektrowni jądrowej w obwodzie kaliningradzkim pod warunkiem, że Polska będzie kupować część produkowanej tam w taki sposób energii. W Rosji moglibyśmy także kupować węgiel, którego niska cena mogłaby stanowić silny bodziec do modernizacji polskiego górnictwa, a nawet rozważenia czy nie opłaca się nam dopłacać do utrzymania w gotowości chwilowo nieczynnych kopalń do czasu wdrożenia technologii pozwalających gazyfikować węgiel czy efektywniej magazynować energię z OZE.

Ale taką z ekonomicznego punktu widzenia oczywistą politykę neguje się przy pomocy identycznych środków, jakich używa się w krzewieniu religii klimatycznej. Petitio principii są zastępujące „konsensus naukowy” tezy o Rosji jako „odwiecznym wrogu”, „racji stanu”, konieczności „mówienia jednym głosem”, czyli przekładając na ludzki język o zadekretowanym patriotycznie braku dyskusji na temat kwestii najważniejszych. Termin denializm jako środek piętnowania heretyków zastąpiony został oskarżeniami o agenturalność czy obelgami w rodzaju ruskiej onucy itp.

Jak rozwijać polską energetykę?

Ogromne koszty, zależność od obcych surowców, technologii, zniszczenie sporej części wybrzeża Bałtyku, które tak szczęśliwie zyskaliśmy po II Wojnie Światowej, ryzyko potencjalnej katastrofy na apokaliptyczną skalę, kryzys moralny i instytucjonalny świata nauki oraz wszystkich jak dotąd sprawdzonych w sytuacjach kryzysowych instytucji i grup zawodowych, to tylko niektóre z czynników, które powinny skłonić do zastanowienia przed podjęciem tak radykalnego, nieodwołalnego i bardzo ryzykownego kroku, jakim jest przestawienie polskiej energetyki na elektrownie jądrowe. Niepewna sytuacja geopolityczna w świecie, który przeżywa w tej dziedzinie wstrząsy tektoniczne, także powinna stanowić argument na rzecz znacznie bardziej ostrożnej polityki w tak ważnej dla bezpieczeństwa kraju i dobrobytu obywateli dziedzinie, jaką jest zaopatrzenie w energię.

Technologie zawsze wiązały się z kształtem struktury społecznej i ustrojem politycznym. Mądra władza zawsze zdawała sobie z tego sprawę i wpływała na ich wybór, patrząc nie tylko na interes obywateli czy środowiska, ale także na wygodę rządzenia, stronę ekonomiczną, interesy grupowe itp. Jak pisał klasyk, strzemię stworzyło feudalizm, a maszyna parowa kapitalizm. Jedno z wytłumaczeń obserwowanej w całym świecie zachodnim polityki zwiększania kosztów energii mówi, że nie jest ona wynikiem głupoty i wiary elit w zabobon klimatyzmu, ale że chodzi o celowe napędzanie inflacji, która pozbawia oszczędności, a więc i niezależności klasę średnią.

Także scentralizowane wytwarzanie energii i mnożone w szybkim tempie wszelkiego rodzaju zakazy samodzielnego jej wytwarzania, choćby dla celów ogrzewania własnego domu, wpisują się wyraźnie w dążenie do totalnej kontroli korporacji i państwa nad jednostką, której za karę za niewłaściwe zachowanie nie trzeba będzie wysyłać na zimną Syberię czy wrzucać do ciemnego lochu.

Ponieważ wszystko co dobre ma być dzisiaj „elektryczne”, to wystarczy takiemu nieprzystosowanemu osobnikowi odłączyć prąd, a wtedy skazany będzie na chłód, ciemność, a przede wszystkim na brak dostępu do elektronicznego pieniądza i niczym w Apokalipsie spełni się przepowiednia o niemożności kupna oraz sprzedaży czegokolwiek przez „denialistów konsensusu”, którzy nie chcąc „mówić jednym głosem”, podają w wątpliwość to, w co wierzą „wszyscy normalni ludzie”.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 158 / (2) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura Rewolucja energetyczna

Przejdź na podstronę inicjatywy:

Co robimy / Rewolucja energetyczna”

Być może zainteresują Cię również: