fbpx

Dwa kraje, dwa światy!

osłona twarzy_maseczka
fot. Myriams-Fotos z Pixabay

O moich perypetiach zdrowotnych w polskim i szwedzkim szpitalu.

To był kwiecień 2021 roku. Zbliżały się Święta Wielkanocne, które mieliśmy spędzić razem z mężem w szwedzkim mieszkaniu. Kartki świąteczne z życzeniami do rodziny i przyjaciół już zostały wysłane. Stół pięknie udekorowany. Czując już powiew wiosny, zakupiłam też kilka roślinek balkonowych, które za kilka dni miałam posadzić.

Choroba przyszła nagle. Pierwszy zachorował mąż. Wyglądało to niewinnie jak zwykłe przeziębienie. Wrócił pewnego dnia z pracy i czuł się rozbity, miał dreszcze i jak się okazało również temperaturę.

Ratowałam go domowymi sposobami: dużymi dawkami witaminy C i D3, cynkiem i paracetamolem. Później doszły antybiotyki, ale objawy nie mijały, a temperatury nie można było niczym zbić. W pewnym momencie nie wiedzieć czemu, woda źródlana, którą tak lubiliśmy, przestała nam smakować, miała jakiś dziwny, metaliczny posmak. Po tygodniu i ja zaczęłam się źle czuć. Targały mną potworne dreszcze jak w malarii oraz wysoka temperatura. Mieliśmy również kaszel. Opadaliśmy z sił. Straciliśmy całkiem apetyt i pragnienie. Znajomy zrobił nam zakupy, w tym syrop na kaszel i tabletki przeciw odwodnieniu organizmu.

Po około dziesięciu dniach mój stan był już mocno niepokojący i mąż wezwał pogotowie. Dlaczego tak długo czekaliśmy? Baliśmy się, że żywi ze szpitala nie wyjdziemy. Dochodziły do nas przerażające opowieści rodzin naszych rodaków o covidowych oddziałach w Polsce, a i Szwecja na początku tej „pandemii” ma na swoim koncie wysoką śmiertelność swoich staruszków w domach opieki.

Gdy sytuacja wymknęła się nam już całkiem spod kontroli, nie mieliśmy już nic do stracenia. Mąż próbował wezwać karetkę, ale go zbywano i odsyłano gdzie indziej. Zadzwonił więc ponownie, mówiąc, że mamy kłopoty z oddychaniem. Wówczas karetka przyjechała w niespełna pół godziny.

Przyjechały dwie młode pielęgniarki. Zrobiły wywiad i zabrały nas do szpitala. I tu muszę przyznać, że część informacji, które podam, pochodzą z opisu męża, a także z bardzo obszernego wypisu ze szpitala, a to dlatego, że nastąpiła u mnie bardzo silna mgła umysłowa i częściowa utrata pamięci, jakiś rodzaj maligny.

Jak przez mgłę pamiętam, że wieziono mnie na wózku do sali szpitalnej. Tam już leżał mój mąż, podłączony pod tlen. (Tak, tak! Szwedzi byli tak mili, że położyli nas na wspólnej dwuosobowej sali). Podobno trzęsłam się jak osika na silnym wietrze i okryto mnie kocami. Nikt z personelu nie przypominał polskich, szpitalnych kosmitów. Personel medyczny był dodatkowo wyposażony jedynie w maski. Podłączono mnie pod tlen, podano sterydy, środki przeciwzakrzepowe (później) i ułożono na brzuchu, co bardzo poprawia saturację. Niestety, kontakt ze mną już był mocno ograniczony i po około dziesięciu minutach z powrotem leżałam na plecach. Nie reagowałam na prośby męża ani pielęgniarek. Dobrze pamiętam jednak, jak lekarz pobierał mi z nadgarstka krew, by dokładnie zbadać poziom saturacji. Było to potwornie bolesne, zwłaszcza gdy lekarz nie mógł znaleźć właściwej żyły i szukał jej „po omacku”.

Saturacja u męża była mniej więcej na tym samym poziomie i była do opanowania poprzez podłączenie tlenu. Natomiast u mnie galopująco spadała. Mąż z przerażeniem patrzył, jak podkręcano i podkręcano poziom tlenu. Tego samego dnia stanęła nade mną pani doktor – anestezjolog i zabrano mnie na oddział intensywnej terapii. Tam podłączano mnie dwa razy pod respirator. Do dzisiaj nie wiem, które wspomnienia przeplatane potwornymi halucynacjami miały miejsce przed a które po podłączeniu, a które zaistniały jedynie w mojej głowie. Za pierwszym razem podłączono mnie na kilka dni, po których upływie sądzono, że można mnie już odłączyć. Jak przez mgłę przypominam sobie, że lekarz po polsku (na oddziale pracował jeden Polak) mówił do mnie, że być może podłączą mnie jeszcze raz, że może zajdzie taka konieczność.

Nie pamiętałam pierwszego razu. Może to było wtedy, gdy miałam niebywale piękny, kojący sen, w którym czułam się tak cudownie, jadąc dorożką przez ukwiecone majem sady jabłoniowe? Z ledwością wymamrotałam jedynie, że respirator zabija (Czyż niemal wszyscy podłączeni w Polsce pacjenci nie umierają pod respiratorem? Mówi się, że tylko 10% przeżywa. Sam dr Hałat mówi: sedacja, respiracja, kremacja). A lekarz odpowiedział: „Jakoś udało się nam panią wybudzić”, więcej z tego dnia nie pamiętam. W nocy sytuacja stała się bardzo groźna i jeden z lekarzy zadzwonił do męża, który po tygodniowym pobycie w szpitalu przebywał już na rekonwalescencji w domu, że muszą podłączyć mnie jeszcze raz, że sytuacja z saturacją jest bardzo zła. Już później, z karty wypisu szpitalnego mąż odczytał także, że podłączanie odbywało się z jakimiś komplikacjami i wezwano ordynatora, który sobie z tym poradził. Jak już wspomniałam, miałam koszmarne halucynacje i do dziś nie potrafię rozróżnić, co działo się na jawie, a co było tylko wytworem niedotlenionej głowy. Do dziś nie wiem na przykład czy rzeczywiście pielęgniarka mierzyła metrem krawieckim długość mojego ciała, czy też nie. Tak czy siak, byłam wówczas przekonana, że robi to, żeby wiedzieć, jaką długość trumny dla mnie przyszykować.

Urojenia były potworne, czułam dziwne, trudne do wytrzymania zapachy, zapadałam się w dziwną otchłań, krzyczałam, a nawet w wyniku tych halucynacji uciekłabym ze szpitala, gdybym tylko miała siły.

Jednak na szczęście nie miałam nawet siły podnieść się z łóżka, którego boki zresztą były zabezpieczone. Lekarze i pielęgniarze dzwonili do męża i wielokrotnie przykładali mi swoje telefony do ucha (mój gdzieś zabezpieczony był z innymi rzeczami osobistymi), by mąż mógł mnie uspokoić. On z kolei przerażony moim stanem, prosił ich, by dali mi środki uspakajające, co też robili, ale bali się chyba dać większe dawki. Muszę przyznać, że gdyby nie rozmowy z moim mężem, to moje ciało przeświadczone, że w szpitalu chcą mnie odesłać na łono Abrahama, mogło się poddać i wtedy rzeczywiście żywa bym z tego szpitala nie wyszła. Modliłam się, ale nie bałam się śmierci, tylko żal mi było, że już nie zobaczę się z mężem. Szokowała mnie myśl, że w tym szpitalnym „przedstawieniu”, kiedy lekarze „aktorzy” przestaną grać i opadną im maski, śmierć zajrzy mi w oczy nie z powodu choroby, ale z powodu ich cynizmu i odczłowieczenia. Nie wiem dlaczego, ale w tych halucynacjach bardzo mi zależało, żeby mąż dowiedział się, że moja śmierć nie będzie przypadkowa. Zanim powiedziałam mu to przez telefon (całe szczęście, że Szwedzi tego nie rozumieli), próbowałam rozpaczliwie dać mu znaki, np. podając podpielęgniarce moje drugie imię zamiast pierwszego, co rzeczywiście zrobiło pewne zamieszanie, bo przez jakiś czas personel mówił mężowi o Urszuli, a nie o Aleksandrze).

Dzięki zapewnieniom męża, że mam bardzo dobrą opiekę i nie jest tak, jak mówię i myślę, że to tylko omamy, udało mu się również namówić mnie, bym spokojnie poddała się zabiegowi podłączenia do pewnego urządzenia, co miało pomóc moim płucom. Pamiętam bardzo dobrze prośby męża, że bardzo trudno mi się oddychało, natomiast kompletnie nie mogę sobie przypomnieć tej maszyny. Mąż był jedyną osobą, której ufałam i która na tym etapie zwidów i omamów miała wpływ na mnie.

Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego stanu, ale też nigdy wcześniej aż tak bardzo nie ocierałam się o śmierć. Ja, która zawsze bardzo spokojnie i cierpliwie, ze zrozumieniem poddawałam się wcześniej procedurom medycznym, po raz pierwszy stałam się trudnym pacjentem.

Muszę tu wyjaśnić, że w swoim życiu wielokrotnie przebywałam w polskim szpitalu, ostatnio w sierpniu 2020 roku z powodu pilnej operacji. Wówczas to zniosłam nawet gwałt na swoim ciele, jakim było dwukrotne wepchnięcie długiego i cienkiego wyciora do mojego nosa – pod sam mózg, bo jak mi oznajmiono, nie ma mowy, bym była przyjęta na oddział bez tej nieludzkiej procedury. Prośby na nic się zdały, a że sprawa była pilna, to chcąc przeżyć, raczej nie miałam wyjścia. Po tym brutalnym incydencie umieszczono mnie w izolatce, gdzie nawet nie mogłam pójść do toalety, która była na wprost drzwi mojej izolatki. Tam miałam oczekiwać na wynik testu. W którymś momencie do sali weszła zjawa w kosmicznym kombinezonie. Uwięziona w nim była pielęgniarka, z którą podjęłam rozmowę i pożaliłam się, jak bardzo boli mnie głowa i cała twarz po tym z piekła rodem testowaniu i powiedziałam jej, że bardzo jej współczuję, że musi się tak męczyć w tym szczelnym jak termos przebraniu. Zapytałam ją również, czy wie, w jakim celu zmuszono ją do tego. Prawdę mówiąc, nie musiała odpowiadać, bo zrobiłam to za nią i powiedziałam: Pani w tym kosmicznym stroju ma za zadanie tak mnie przerazić, bym umierała ze strachu przed niewidzialnym wirusem.

Ku mojemu zaskoczeniu nawiązała się między nami nić porozumienia, dzięki której mogłam normalnie skorzystać z toalety. To była myśląca logicznie osoba.

Dowiedziałam się, że jej koleżanki pielęgniarki też źle się czują po tym testowaniu, że podupadają na zdrowiu z powodu utrudnionego oddychania. Opowiedziała mi też, jaki ostracyzm spotyka ją ze strony innych ludzi, sąsiadów, którzy wiedząc, że pracuje w szpitalu, panicznie boją się, że wirus, być może przywleczony ze szpitala, jak wygłodniały lew rzuci się na nich i ich pożre.

Dlaczego wcześniej nie reagowali tak panicznie na inne choroby? To była bardzo smutna opowieść, bo rzeczywiście ze strachu wykreowanego przez polityków i media, ludzie przestali myśleć, a wręcz zatracili swoje człowieczeństwo. Sala, w której mnie umieszczono, była bardzo nieprzyjemna. W takim otoczeniu można było się wręcz jeszcze bardziej rozchorować.

Wynik testu był dopiero po południu następnego dnia i dopiero wtedy przeniesiono mnie na właściwy oddział. Jeśli chodzi o lekarzy, to w zasadzie nie mam zastrzeżeń, natomiast salowa wkraczając z miotłą na salę, już w progu krzykiem zmuszała pacjentki do nakładania maski.

(Takie zachowanie jest nie do pomyślenia w Szwecji, poza tym nie zmusza się tam nikogo do noszenia masek, chyba tylko oprócz personelu medycznego, ale to też raczej od niedawna i nie wiem, czy aby zamętu nie udało się tu jednak zrobić pewnej zwariowanej polskiej pulmunolog, która wywierała presję na lekarzy i pielęgniarki, by tak jak ona nosili nie tylko maskę, ale i przyłbicę. W każdym razie Szwedzi wówczas uznali, że nikt im niczego nie będzie narzucał, zwłaszcza osoba, która nie potrafi współpracować, wręczyli jej więc wilczy bilet i tyle jej było w tym kraju).

Ale była też salowa „do rany przyłóż”, więc tu nie mogę uogólniać. To samo dotyczyło pielęgniarek, choć te zachowywały się mniej nerwowo. Jednak całkowicie nie zdały egzaminu w związku z umierającą pacjentką, która leżała na mojej sali. Najwyraźniej czuła, że nadchodzi kres i chciała, by zmienić jej pampersa. Dzwoniłam wiele razy, by ktoś przyszedł, bez rezultatu jednak. Nawet wołanie nie pomogło. Później leżała martwa na swoim łóżku pośród przygnębionych tą sytuacją pacjentek. Nie jest to dobre wspomnienie, niestety.

Wracając jednakże do szwedzkiego szpitala. Personel, nawet na covidowym oddziale nie straszy kosmicznym strojem. Personel nosi maski, niektórzy bardziej „wypasione” z filtrem i jednorazowe foliowe – przezroczyste fartuchy.

Do respiratora początkowo nie chciano mnie podłączyć, próbowano użyć specjalnej maski, ale podobno ją zrywałam. W przebłyskach świadomości przypominam sobie, że miałam potworne problemy z oddychaniem. Miałam także zapalenie płuc i podawano mi antybiotyki.

Na tymże oddziale, kiedy odzyskałam świadomość i minęły halucynacje, uspokoiłam się i wówczas zaopiekowała się mną bardzo troskliwie pielęgniarka rehabilitantka i zaczęła próby spionizowania mnie. Było to bardzo trudne i ledwo co mnie posadziła, to za chwilę przewracałam się na boki. Przyniosła więc piankowe siedzisko i podnóżek do ćwiczenia mięśni, którego nazywała „trampem”. (Mój umysł nie osiągnął jeszcze w pełni swojej równowagi i ta nazwa skojarzyła mi się z prezydentem Trumpem, zamiast np. z butem trampkiem i w głowę zachodziłam, dlaczego mam po Trumpie deptać, czyżby Szwedzi go tak nienawidzili? Dopiero później mąż wyjaśnił mi, że szwedzkie słowo „trampa” oznacza deptać).

Nadal jednak, będąc na tym oddziale, nie byłam w stanie stanąć na nogi. Kiedy poczułam się lepiej, przyszła pani doktor kierująca oddziałem i stwierdziła, że już lepiej wyglądam i można mnie przenieść na zwykły oddział covidowy. Na pożegnanie rehabilitantka zrobiła mi album pamiątkowy ze zdjęciami na oddziale i krótkim opisem, co się ze mną działo. Wspomnę jeszcze, że na OIOM-ie leżałam sama w środkowej sali, na którą bezpośredni wgląd mieli lekarze, którzy gdy nie podchodzili do pacjentów, przebywali w oszklonym pomieszczeniu. Po obu stronach tej sali były dwie małe salki, w każdej po jednym mocno kaszlącym pacjencie.

Nieco nieprzyjemnym momentem, ale nie aż tak bardzo, przed opuszczeniem oddziału, było drugie testowanie. Muszę tu napomknąć, że stosowano tam inne patyki, przypominające nieco dłuższe patyczki do uszu – nie były tak długie i cienkie, jak te stosowane w Polsce. Robiono to delikatnie i nie tak głęboko, jak u nas w kraju, pobierając wymaz tylko z jednej dziurki nosa.

Ciekawe, że w polskim szpitalu „musieli” mi dłubać w obu dziurkach nosa. Warto tu wspomnieć, że w tym czasie Szwedzi chcieli odejść od testów PCR i opracowali własną metodę, którą testowali już w szpitalu w czasie naszego tam pobytu. Nie wiedzielibyśmy o tym, gdyby nie poproszono męża o wzięcie udziału w tym badaniu, które polegało na dmuchaniu do specjalnego gwizdka.

Przeniesiono mnie więc na kolejny oddział, do pojedynczej sali, gdzie nadal podłączano mnie pod tlen. Tu była załoga wielonarodowa, z różnych stron świata. Salą troskliwie dowodził Irakijczyk, któremu Polska bardzo dobrze się kojarzyła (czyżby pamiętał polskich inżynierów budowlanych?). Tytułowałam go doktorem, z czego był bardzo dumny. Z kolei młody, smagły podpielęgniarz z Tanzanii, jeśli dobrze pamiętam, stawał dwa razy dziennie przy drzwiach i się we mnie wpatrywał, czego nie bardzo mogłam zrozumieć i…, jak się później dowiedziałam od męża, liczył moje oddechy. Następnie zapisywał je na szybie od drzwi razem z pomiarem temperatury i ciśnienia. Zachęcał mnie też do tego, bym jadła, mówiąc, że bardzo tego potrzebuję.

Co ciekawe zawód pielęgniarza jest w Szwecji bardzo popularny i w szpitalu, w którym przebywałam, zetknęłam się ze zdecydowanie większą liczbą pielęgniarzy niż pielęgniarek.

Dla mnie, jako Polki, przyzwyczajonej do żeńskiej obsady pielęgniarskiej, było to szokujące, a nawet krępujące i widziałam, że podpielęgniarzowi z Tanzanii robię pewną przykrość, gdy chcąc skorzystać z toalety, prosiłam o wezwanie pielęgniarek, gdy to on mógł przecież udzielić mi pomocy. Dopiero gdy zorientował się, że nie chcę tej pomocy nawet od własnego męża, twarz mu się wygładziła i zrozumiał, że nie chodzi o niego samego, że nie chodzi o to, że podważam jego kompetencje, tylko o to, że mnie to krępuje.

Temperaturę miałam tam jeszcze podwyższoną, ciśnienie również – dostawałam więc stosowne lekarstwa. Nadal miałam założoną sondę i nadal nie miałam apetytu, czym personel bardzo się martwił. W końcu pielęgniarka zdecydowała, że będzie karmić mnie przez sondę. Wlewano więc we mnie specjalne preparaty białkowe w ilościach, które mnie przerażały. Dbano też o moją higienę osobistą, myto, codziennie (a nawet klika razy dziennie, jeśli coś wyciekło z wężyka do sondy) zmieniano koszulę. Kiedy pielęgniarka zauważyła, że w dolnej części pleców, na skórze coś się dzieje (początki odleżyn?), przyniosła specjalnie robioną maść i miejsce to smarowała (maść mogłam zabrać do domu). Zalecano mi też spanie raz na jednym, raz na drugim boku. Któregoś dnia przyszły rehabilitantki i próbowały mnie postawić na nogi za pomocą specjalnego chodzika, co było bardzo trudne, bo nie miałam siły ustać na nogach nawet na chwilę.

Na prośbę moją i męża wyrażono zgodę, by mąż mógł mnie odwiedzać (I proszę, popatrzcie, jednak można i jak się to ma do sytuacji w Polsce, gdzie zabrania się odwiedzin, nawet oddziela matki od noworodków, co jest tak nieludzkie, że w głowie się nie mieści).

I kochany mój mąż, sam bardzo osłabiony chorobą, codziennie przychodził i wspierał mnie, pomagał karmić (ale nie dlatego, że nikt by tego nie zrobił, bo opiekę miałam bardzo dobrą i autentycznie wszyscy byli bardzo życzliwi i pomocni) i pełnił funkcję tłumacza. Był w stałym kontakcie z lekarzami. Szwedzi wykazali się dużym zrozumieniem, empatią, nawet w tej szalonej covidowej polityce. A kiedy słyszy się od rodzin chorych te przerażające, bezduszne traktowanie Polaków w Polsce na covidowych oddziałach, to ma się wrażenie, że to są dwa różne światy: niebo i piekło.

Kiedy uznano, że można mnie odłączyć od tlenu, przeniesiono mnie na kolejny oddział, gdzie przebywałam jeszcze trzy dni. Tu zaczęłam się poruszać za pomocą specjalnego rollatora, który przydzielono mi na covidowym oddziale. Nadal miałam jednak trudności z jedzeniem, męczyłam się strasznie podczas każdego kęsa. Przynoszono mi nadal preparaty białkowe i skrzętnie notowano ile i co zjadłam. Pewnego wieczoru, kiedy już zasypiałam, wszedł pielęgniarz – jasnowłosy, wysoki wiking, włączył w smartfonie tłumacza google, że martwi się, bo jego zdaniem za mało zjadłam i prosi, bym jeszcze jeden preparat spróbowała zjeść i czy może to być smak waniliowy. Poprosiłam o czekoladowy, bo taki mi najbardziej smakował, i taki dostałam.

Ulgę i powrót apetytu przyniosło dopiero wyjęcie sondy. Na odział przyszła też rehabilitantka, pod której okiem miałam wykonać pewne ćwiczenia, badała też saturację za pomocą aparatu napalcowego. Odwiedzała mnie też pielęgniarka z innego oddziału, która jest Polką i zaraz po przywiezieniu na ten oddział omówiła co i jak, wypisując też na tablicy słówka szwedzkie, które mogły mi się przydać. A mój bardzo skromny angielski w prostych sytuacjach też dawał radę. Tutaj również mógł odwiedzać mnie mój mąż.

Jeśli chodzi o posiłki w szwedzkich szpitalach, to każdy pacjent dostaje kartę z menu i każdego dnia ma możliwość wyboru kilku posiłków, składających się z dwóch dań i deseru. Potrawy są pyszne i estetyczne.

Dostawałam też jogurty, których wspaniały smak mogłam docenić, dopiero gdy odzyskiwałam apetyt. Szukałam ich później w sklepach, ale niestety nie były osiągalne. Wygląda na to, że szpitale zaopatrują się w specjalnych firmach.

W Szwecji opieka medyczna jest częściowo płatna i do pewnej kwoty za usługi medyczne oraz leki trzeba płacić. Nie jest to jednak kwota rujnująca kieszeń osoby pracującej.

Ze szpitala wypisano mnie, gdy lekarz upewnił się, że będę miała dobrą opiekę w domu, gdyż nadal byłam bardzo słaba i dostałam „zakaz” wykonywania jakichkolwiek czynności domowych. Wypisano mi receptę na leki przeciwzakrzepowe (na miesiąc, z tego co pamiętam, to chyba był w szpitalu pewien problem z zakrzepicą, miałam czerwone i rozognione nogi, zwłaszcza lewą), dając na początek kilka sztuk tych zastrzyków.

Po kilku dniach do domu przyszła rehabilitantka – niezwykle miła i pomocna starsza pani ze Skanii, (już na emeryturze, ale z powodu braków kadrowych poproszono ją, by jeszcze trochę popracowała), żeby zorientować się, jakiej pomocy można nam jeszcze udzielić, a zwłaszcza mnie, bo szpital powiadomił ją, że żona tu zamieszkałego, czyli ja, była w bardzo ciężkim stanie). Po rekonesansie następnego dnia przywiozła rollator, specjalną deskę z oparciami na muszlę klozetową oraz specjalną deskę na wannę do umycia się.

I to by było na tyle moich doświadczeń w szwedzkim szpitalu m.in. na covidowym oddziale. Mogę szczerze powiedzieć, że otrzymałam tam wzorcową opiekę.

Podsumowując: Opieka szpitalna może być w danym kraju lepsza lub gorsza. Jednak podstawowym problemem w dzisiejszej sytuacji jest złe funkcjonowanie służby zdrowia, zwłaszcza w Polsce, którego efektem jest brak zaufania do niej. Pierwszym i najważniejszym celem służby zdrowia powinno być takie działanie, które nie prowadzi do hospitalizacji, a więc lekarze pierwszego kontaktu powinni mieć takie instrumentarium medyczne (chodzi tu głównie o leki, które „ktoś” zakazał stosować przy tej chorobie), aby byli w stanie pomóc pacjentom w pierwszej fazie choroby.

Należy także leczyć na podstawie symptomów, a nie przy pomocy niewiarygodnych testów, które opóźniają leczenie niecovidowych pacjentów, przyczyniając się często do ich śmierci.

Należy podkreślić też, że niezwykle trudnym do naprawy problemem jest bardzo duża utrata zaufania do środowiska medycznego. Inna sprawa, że postępująca cyfryzacja i wprowadzenie teleporad doprowadzi w niedalekiej przyszłości do wyrugowania tradycyjnych lekarzy, zastępując ich sztuczną inteligencją.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 112 / (8) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Świat # Zdrowie

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.