fbpx
Jesteś społecznikiem? Wykorzystaj prawo. Bezpłatne szkolenie

Rozmowa

Elektrosmog nasz powszedni

dead
rys. Paweł Kuczyński

Max Fojtuch

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 81 / (29) 2021

Z Pawłem Wypychowskim rozmawiamy o tym, jak chronić się przed elektrosmogiem, o fikcji rządowego systemu monitoringu promieniowania elektromagnetycznego SI2PEM oraz dlaczego nasze smartfony nie są eko.

Maksymilian Fojtuch: 93 procent Polaków korzysta z telefonu komórkowego. Czy technologia bezprzewodowa 1G, wdrażana na początku lat 90. XX wieku przy użyciu nadajników Centertela, była pod względem bezpieczeństwa dla zdrowia gorsza czy lepsza od sieci 3G, 4G i 5G, z których dziś korzystamy w smartfonach?

Paweł Wypychowski: Odpowiedź na to pytanie nie jest taka jednoznaczna. Była bardziej bezpieczna z punktu widzenia samej technologii, ale głównie dlatego, że obejmowała zaledwie ułamek populacji. Niewiele było stacji bazowych, niewielu użytkowników z mobilnymi terminalami. Stąd oddziaływanie sieci komórkowej 1G na zdrowie Polaków było szczątkowe.

Co do samej technologii, był to sygnał analogowy, co w wielkim uproszczeniu oznaczało, że bardziej przypominał sygnały nadawane przez analogowe nadajniki radiowe i telewizyjne. Dzisiaj wiemy, że takie sygnały są dużo mniej aktywne biologicznie. Jako że transmisja dotyczyła wyłącznie połączeń głosowych (telefonicznych), nie były wymagane ani szerokie pasma częstotliwości, ani zaawansowane cyfrowe sposoby modulacji sygnału, ani duże moce nadajników. Ten pierwszy system można więc porównać do starych analogowych radiotelefonów czy łączności CB radio. Z obecnej wiedzy na temat oddziaływań biologicznych wiemy, że pola elektromagnetyczne od analogowego nadajnika radiowego czy telewizyjnego, przy tej samej mocy sygnału, są setki czy nawet tysiące razy mniej aktywne biologicznie od promieniowania routera Wi-Fi, czy stacji bazowej 3/4/5G.

Technologia 1G jest więc kompletnie nieporównywalna z obecną, zarówno co do wielkości, jak i charakteru oddziaływań, a także wielkości populacji, jaką obejmuje. Nasycenie środowiska polami elektromagnetycznymi u początków telekomunikacji komórkowej było niemal zerowe, w porównaniu do tego, z czym mamy do czynienia dzisiaj.

Warto jednak mieć świadomość, że pierwsze G, czyli pomysł, że „najwygodniej” i „najnowocześniej” jest wszystko połączyć drogą bezprzewodową, nieuchronnie prowadził do następnych G i dramatycznego zwiększenia ekspozycji całej ludności na promieniowanie elektromagnetyczne. I dalej prowadzi.

Co do samych efektów biologicznych promieniowania, jeśli ktoś jeszcze podejmuje wysiłek studiowania wiedzy naukowej, to musi wiedzieć, że jest wiele czynników, które decydują o biologicznej aktywności promieniowania. Nie jest to tylko uśrednione w czasie natężenie pola czy gęstość mocy, jak przyjmuje się w obowiązujących obecnie standardach tzw. ochrony.

O aktywności biologicznej sygnału decydują również w istotny sposób m.in.: modulacja, szerokość pasma oraz polaryzacja sygnału. Naturalne pola elektromagnetyczne w zdecydowanej większości nie są spolaryzowane, a sztuczne – emitowane przez człowieka – tak. To jak się okazuje, czyni kolosalną różnicę dla ludzkiego organizmu.

Wielki biznes jest po to, by zarabiać wielkie pieniądze, a te zarabia się wtedy, kiedy coraz większe grono użytkowników sieci bezprzewodowych korzysta i płaci za coraz to nowsze urządzenia i coraz większy i szybszy transfer danych. Ta konsumpcyjna bezprzewodowa „wygoda”, nieuchronnie wymaga emisji do środowiska coraz większej ilości pól elektromagnetycznych o coraz bardziej nienaturalnym dla naszej biologii charakterze.

Tymczasem, już w czasach 1G, można było przesyłać dane o wiele szybciej niż w obecnych technologiach komórkowych. Czyniąc to w neutralny środowiskowo i biologicznie sposób przy pomocy światłowodów.

Czemu w Polsce odchodzi się od światłowodów?

Nie odchodzi się, bo nigdy do nich w skali kraju nie doszliśmy. W tej chwili zaś marketingowy nacisk położony jest na tzw. wygodę użytkownika – konsumenta, który chce mieć terminal mobilny przy sobie i korzystać z niego wszędzie, jak najwięcej, bez zrozumienia konsekwencji.

Czy może Pan coś powiedzieć o nakładach energetycznych przy transmisji danych drogą bezprzewodową?

Transmisja bezprzewodowa w powietrzu jest technologią generalnie niewyobrażalnie energochłonną. Otaczająca nas atmosfera nigdy nie była i nie będzie efektywnym medium do transmisji sygnałów.

Różnica pomiędzy nakładem energetycznym koniecznym do szybkiego przesyłania danych światłowodem i drogą radiową na większe odległości wynosi setki miliardów razy. W uproszczeniu oznacza to, że w powietrze (nasze środowisko życia) musi zostać wyemitowana energia setki miliardy razy większa, niż byłaby potrzebna w przypadku transmisji światłowodowej.

Fizyka jest tu nieubłagana. Moc sygnału nadanego drogą radiową spada wraz z kwadratem odległości od nadajnika. Przy wyższych częstotliwościach tłumienie w powietrzu jest jeszcze znacząco większe. Dla zapewnienia większych szybkości transmisji danych musimy zwiększać moce albo zagęścić sieć stacji bazowych (zmniejszyć odległość między stacją a użytkownikiem mobilnego terminala).

Czy to przekłada się na spadek zużycia energii, jeśli stacje nadawcze są stawiane gęściej?

Mogłoby, gdyby to było celem. Obecnie celem operatorów jest zapewnienie możliwie dużych prędkości przesyłu danych dla możliwie dużej ilości użytkowników. Panuje przekonanie, że promowana namiętnie technologia 5G będzie energetycznie bardziej wydajna od poprzednich. Teoretycznie może być, ekonomicznie jednak to kosztuje. Potrzebna jest większa liczba bardziej zaawansowanych i droższych urządzeń. A to już w rachunku biznesowym operatorów się nie mieści, bo póki co, taniej jest im płacić za prąd i lobbować za pompowaniem limitów ekspozycji ludności.

Doniesienia z Chin pokazują, że po uruchomieniu stacji 5G w małych miasteczkach nastąpiło przeciążenie tamtejszych systemów zasilania w energię elektryczną[1]. Zmusiło to władze i operatorów do częściowego wyłączania sieci 5G na noc, niejako w tryb uśpienia. Dane na temat energooszczędności 5G podawane przez polski rząd i operatorów są przekazem propagandowym dla społeczeństwa pokornych i niepotrafiących tych danych zweryfikować konsumentów. Z rzeczywistością nie mają wiele wspólnego.

Należy sobie zdawać sprawę, że realnych wydatków energetycznych na nowe technologie obywatele nie umieją ocenić. No bo jak ocenić, czy choćby oszacować koszty czegoś, co wyłącznie się konsumuje, a czego zasady działania się nie rozumie? Konsumenci technologii bezwolnie poddają się „zielonym” marketingowym sloganom producentów, a służą one wyłącznie temu, by nakręcać konsumpcję, a więc zużycie zasobów i energii. Dziś większość osób używających smartfona jest w ten sposób „przekonana”, że jest super „eko”, bo nie zużywa papieru do notatek. Tymczasem, korzysta z mnóstwa aplikacji mobilnych w tzw. chmurze, nie mając pojęcia i nie rozumiejąc tego, ile energii wymaga serwerownia taką chmurę obsługująca (często tyle, ile kilkudziesięciotysięczne miasto). O tym, że do produkcji zaawansowanej elektroniki są potrzebne pierwiastki ziem rzadkich, których na planecie Ziemia zaczyna brakować, nie wspominając.

Przemieszczamy się ze smartfonami w rękach, a usługi i rozrywka, z jakich korzystamy przy użyciu tych urządzeń, mają gigantyczne koszty energetyczne i ekologiczne. Nikt się tym zagadnieniem nie interesuje, a już na pewno realnie nikt nie jest zainteresowany ograniczeniem czy minimalizacją konsumpcji.

Miejmy świadomość, że wzrost gospodarczy oznacza wzrost konsumpcji. Nie chodzi więc w tym świecie o jej ograniczanie, ale maksymalizację. Marketing i PR mają zaś za zadanie dorobić biznesowi zieloną maskę „eko”.   

A czy w Polsce ktoś podnosił zagadnienia kosztów energetycznych w ujęciu komunikacji bezprzewodowej?

O ile mi wiadomo, realnie, to znaczy dokonując pomiarów, nikt się tym nie zajmuje. Działy marketingu i PR-u operatorów wespół z rządem owszem, zajmują się, roztaczając obywatelo-konsumentom wizję tego, jak bardzo nowe technologie są „eko”. Próbowałem na to zwracać uwagę już w 2014 roku, między innymi w prezentacji na forum połączonych Komisji Zdrowia i Środowiska Rady Miasta Krakowa[2]. Pokazywałem między innymi, jak różni się energetycznie technologia światłowodowa i transmisja bezprzewodowa. W tej prezentacji mówiłem również o tym, że operatorzy lobbują, by ponieść 100-krotnie limity ekspozycji ludności na pola elektromagnetyczne. To był rok 2014. W roku 2020, podpierając się bajką o 5G, udało im się to przeprowadzić.

Wracając do światłowodów – w Polsce użycie technologii światłowodowej jest szczątkowe. W nasyceniu technologią FTTH (światłowód do domu) plasujemy się chyba ciągle dalej niż Azerbejdżan. Te historyczne zaniedbania są w dużej mierze konsekwencją decyzji z okresu transformacji ustrojowej, kiedy to zdecydowano o sprzedaży jedynego krajowego operatora telekomunikacyjnego, jakim była Telekomunikacja Polska, jednemu operatorowi zagranicznemu (Orange).

Telekomunikacja Polska miała we władaniu w zasadzie całość infrastruktury – wszystkie studzienki, którymi biegną kable i światłowody. Monopolistę państwowego przekształcono w monopolistę prywatnego. A ten jak tylko mógł, blokował dostęp jakiejkolwiek konkurencji do swej infrastruktury.

Sam w owym czasie tego pośrednio doświadczyłem. Współtworzyłem firmę – jednego z pierwszych w kraju komercyjnych dostawców Internetu. Uzyskanie łącza stałego od TP S.A. graniczyło z cudem, dlatego zdecydowaliśmy się na sieć TELBANK, tworzoną w owym czasie niezależnie przez polskie banki.

Polska sieć światłowodowa powstawała bez jakiegokolwiek centralnego planu czy strategii. Dzisiaj z punktu widzenia użytkownika z pewnością jest lepiej, ale strategicznie, na poziomie państwa wygląda to bardzo słabo. Liczy się na to, co wybudują prywatni operatorzy, a oni oczywiście wybudują tylko to i tylko tam, co im się będzie bezpośrednio i krótkoterminowo opłacać. Sieć światłowodowa nadal jest bardzo słabo rozwinięta, a do wielu miejsc po prostu nie dociera. Orange i inni operatorzy w ostatnich latach rozpoczęli co prawda akcję podłączania światłowodów do gospodarstw domowych, ale tylko tam, gdzie im się to bezpośrednio opłaca.

Ciągle brakuje jakiegokolwiek państwowego programu i wymuszenia na operatorach krajowych rozwoju sieci światłowodowych.

Oznacza to, że w bardzo wielu miejscach kraju światłowód jeszcze na długo pozostanie niedostępny. W jakimś stopniu, szczególnie na południu Polski, tę lukę starają się zapełnić niewielcy operatorzy lokalni, oferujący światłowody prowadzone na liniach energetycznych. Barierą okazuje się też być (nie)świadomość samych obywateli – skoro bowiem mają Internet z sieci komórkowej, to po co im jakiś światłowód. Myślę, że takie podejście może być nawet celowe. Z punktu widzenia operatorów pozwala bowiem sprzedać więcej usług mobilnych.

Przeszłość wpływa na naszą teraźniejszość?

Nie ma innej możliwości. W podejściu zwanym myśleniem systemowym, opartym o Teorię systemów[3], mówi się wręcz o zasadzie, wedle której dzisiejsze problemy są skutkiem wczorajszych rozwiązań. Teoria systemów jest dobrze ugruntowaną interdyscyplinarną nauką. Pozostaje tylko zapytać, kto o niej wie, rozumie ją i z niej korzysta?

Od początków sieci komórkowych w Polsce większość stacji bazowych była ze sobą połączona drogą radiową – tzw. radioliniami. Nie wymagało to ani dostępu do studzienek, ani ponoszenia kosztów tworzenia nowej infrastruktury kablowej czy światłowodowej. I tak pozostało do dzisiaj. Przy braku wymuszenia na operatorach przez państwo budowy sieci światłowodowej, operatorzy robią to, co dyktuje rachunek ekonomiczny – podłączają drogą radiową i lobbują na rzecz zmian przepisów pozwalających im emitować do środowiska wielokrotnie więcej pól elektromagnetycznych. Jak widać ze zmian w prawie w ciągu ostatnich lat, lobbują z sukcesem.

Światłowód to inwestycja infrastrukturalna, która powinna być na celowniku państwa polskiego od przynajmniej lat 90. XX wieku.

Gdyby ministerstwo infrastruktury miało o tym pojęcie, to dawno temu ten temat byłby priorytetem. Infrastruktura w Polsce to nie tylko linie kolejowe, energetyczne, to nie tylko drogi, porty morskie, lotniska, ale też właśnie infrastruktura telekomunikacyjna i informatyczna – i to ta stała, światłowodowa, o bardzo dużej przepustowości, neutralna środowiskowo i wielokrotnie bezpieczniejsza od podatnej na ataki infrastruktury sieci komórkowych.

Może sytuacja wynika z „drzwi obrotowych”? Czyli przechodzenia ludzi z korporacji do administracji publicznej i odwrotnie. Przykład Witolda Tomaszewskiego, aktualnego rzecznika Urzędu Kontroli Elektronicznej, który w korporacji Play, zajmował się działaniami public affairs.

Nie mam pojęcia, dlaczego te strategiczne dla rozwoju i bezpieczeństwa kraju kwestie teleinformatyczne zostały przekazane prywatnemu biznesowi, bez kierunku, strategii i kontroli państwa polskiego. Wygląda na to, że w naszym państwie nikt nie ma, bądź nie chce mieć pojęcia, że należy troszczyć się o infrastrukturę teleinformatyczną co najmniej tak samo, jak o inne instalacje o znaczeniu strategicznym.

Jakie państwa w Europie mają rozwiniętą sieć światłowodową?

Z tego, co pamiętam to kraje bałtyckie zwłaszcza Estonia, Łotwa, Litwa, Szwecja. Te kraje wydają się zdecydowanie bardziej roztropne i przewidujące niż my i ekipy rządzące, jakie do tej pory byliśmy w stanie sobie demokratycznie wybrać.

Jeszcze w 2019 r. Ministerstwo Cyfryzacji RP twierdziło, że rozbudowa światłowodów jest kluczowa dla wdrożenia technologii 5G, gdyż same radiolinie nie są w stanie zapewnić wymaganej dla 5G przepustowości. Niby więc wszyscy o tym wiedzą, że światłowody są konieczne, również dla 5G. Ale przysłowiowy diabeł tkwi w tym, kto ma ponieść koszty budowy tej infrastruktury?

Operatorzy nie chcą, bo to oznacza spore nakłady, które bezpośrednio nie przełożą się na zyski. Państwo chce od operatorów pieniędzy z aukcji częstotliwości dla usług mobilnych, ale już niekoniecznie ma w swoich politycznych planach przeznaczenie tych środków na rozwój infrastruktury światłowodowej. Nie mówiąc już o wyasygnowaniu z budżetu dodatkowych istotnych środków na ten cel. Widać przez dziesięciolecia dominowały i dominują inne cele, daleko istotniejsze politycznie i wyborczo.

Dlatego zamiast realnego działania, tworzy się wydmuszkę w postaci Funduszu Szerokopasmowego, w której niewielki procent pieniędzy, które wpłacą operatorzy na aukcji częstotliwości 5G ma, być skierowany na budowę sieci światłowodowej. Oznacza to, że w Polsce krytyczna infrastruktura światłowodowa ma być „dynamicznie” rozwijana z kilku procent wpłat, jakie operatorzy zapłacą za częstotliwości dla ich biznesu telefonii mobilnej. To jest jakieś chore kuriozum. Infrastruktura światłowodowa powinna była istnieć od kilku dekad, a jej dalsza rozbudowa powinna być wymagana od operatorów przy okazji każdej inwestycji typu stacja bazowa. Podobnie jak fragmenty dróg, parkingi i dojazdy muszą być budowane wokół sklepów dużych sieci handlowych.

Ta cała sytuacja jest wynikiem ignorancji oraz braku perspektywicznego myślenia nie tylko rządzących, ale samych obywateli. Stare porzekadło mówi, że „myślenie interesom szkodzi”, trudno więc oczekiwać odpowiedzialności i perspektywicznego myślenia, kiedy jedynym celem jest wzrost gospodarczy i maksymalizacja zysków.

Nie wiem – mogę tylko spekulować – być może w rządzie są ludzie, którzy wiedzą, że powinny istnieć przepisy nakładające na krajowego operatora telekomunikacyjnego obowiązek budowy fragmentów infrastruktury światłowodowej. Ale gdyby nawet tacy ludzie w rządzie istnieli, to nie mają przełożenia na rzeczywistość. No bo co w tej rzeczywistości mamy? Mamy prawo, które 100-krotnie podwyższa normy ekspozycji ludności na promieniowanie elektromagnetyczne i żadnego strategicznego planu ani budżetu rozbudowy sieci światłowodowej. Takie „rozwiązanie” jest z punktu widzenia interesu operatorów tańsze i prostsze. Za to dla budowy krajowej sieci światłowodowej, jak i dla zachowania zdrowia obywateli i środowiska naturalnego jest krokiem wstecz.

A czy prawdą jest, że poprzednio obowiązujące przepisy w sprawie maksymalnych poziomów ekspozycji ludności na promieniowanie elektromagnetyczne były lepsze z punktu widzenia ochrony zdrowia obywateli?

Według mnie, jeśli już porównywać złe do gorszego, to poprzednie prawo było w tym względzie mniej szkodliwe dla obywateli od tego, które obowiązuje obecnie. I to nie tylko ze względu na same limity, ale całą gamę innych zmian do przepisów, która sprawiła, że obywatele i samorządy w zasadzie utraciły jakąkolwiek kontrolę nad środowiskiem elektromagnetycznym i budową stacji bazowych przez operatorów. Pełnią jedynie rolę poddańczo-służebną.

Przykładowo, przepisy wprowadzone rozporządzeniem Ministra Klimatu mówią o tym, że w postępowaniu o ustalenie lokalizacji inwestycji celu publicznego (stacji bazowej), moce promieniowane do środowiska przyjmuje się nie na podstawie charakterystyk technicznych instalowanych urządzeń nadawczych, ale na podstawie deklaracji operatora. Operator deklaruje, a obywatel czy samorząd może sobie skoczyć, jeśli chce to zweryfikować. Takie demokratycznie uchwalone prawo.

Co do samych limitów, już poprzednio różnica między poziomami biologicznie bezpiecznymi (określonymi na podstawie badań naukowych prowadzonych niezależnie od branży telekomunikacyjnej), a limitami prawnie obowiązującymi była ogromna – rzędu 100 tysięcy razy[4]. Oznaczało to, że dopuszczalne poziomy ekspozycji ludności były 100 tysięcy razy większe niż poziomy bezpieczne biologicznie. Podniesienie limitów i zwiększenie tej przepaści 100-krotnie w roku 2020 sytuacji obywateli z pewnością nie poprawiło i nie poprawi.

Istotnym jest okoliczność dokonania tych zmian w prawie. Od lat mamy na świecie kontrowersje wobec faktów związanych z oddziaływaniami biologicznymi promieniowania elektromagnetycznego. Naukowcy na całym świecie zebrali jak dotąd w badaniach bardzo wiele dowodów na to, że pola elektromagnetyczne poniżej poziomu limitów prawnych wywołują istotne efekty biologiczne o bardzo poważnych długoterminowych konsekwencjach w postaci: uszkodzeń DNA, promocji chorób nowotworowych, zaburzeń płodności, chorób autoimmunologicznych, czy przyspieszonych zmian neurodegeneracyjnych. Pomimo to, ignorując zasadę ostrożności i protesty społeczne, limity podnosi się 100-krotnie, uzasadniając w zasadzie jawnie[5], że ich zmiana jest konieczna dlatego, że wdrożenie kolejnego G, czyli 5G, w ramach uprzednich limitów operatorom nie uda się, a mówiąc precyzyjniej, nie opłaci.

Trudno w tej sytuacji oprzeć się wrażeniu, że działania ustawodawcze są podporządkowane jednemu celowi – by operatorzy i producenci sprzętu telekomunikacyjnego mogli łatwiej i swobodniej zarabiać pieniądze na terenie Polski. Zdrowie i bezpieczeństwo obywateli, a także dbałość o środowisko naturalne kraju są, jak widać dla rządu, posłów i senatorów, zdecydowanie mniej ważne.

Skąd Pan czerpie dane dotyczące zachorowań związanych z promieniowaniem elektromagnetycznym (PEM)?

Takich danych nie ma, bo rząd, a za nim tzw. służba zdrowia zakładają, że nikt nie choruje z powodu ekspozycji na pola elektromagnetyczne w granicach normy. Nie ma więc co rejestrować. Ten czynnik chorobotwórczy jest więc pomijany, a choroby i dysfunkcje przypisywane są innym czynnikom, bądź kwalifikowane jako tzw. idiopatyczne. Pozostaje analiza badań naukowych i własne studia. Mało kogo jednak na to stać. Generalnie jako tzw. obywatele, czyli ci, którzy demokratycznie wybierają sobie władze, podchodzimy do zagadnień promieniowania elektromagnetycznego w sposób, który można nazwać jedynie dumną ignorancją, graniczącą z idiotyzmem.

Pan mnie pyta o dane, a ja się pytam, jak te dane zbierać i kto powinien je zbierać? By stwierdzić epidemiologiczny wzrost zachorowalności wśród osób bardziej narażonych na promieniowanie elektromagnetyczne, trzeba by to promieniowanie w otoczeniu tych osób jakoś sensownie mierzyć i monitorować, prawda?

Drugi warunek jest taki, by istniały grupy o znacznie odmiennej ekspozycji, to jest grupa osób, która jest wystawiona stale na działanie promieniowania elektromagnetycznego choćby w granicach obecnej normy, oraz grupa, która nie znajduje się w zasięgu promieniowania albo jego poziomy są zdecydowanie niższe, poniżej limitów biologicznych. Następnie należałoby porównać zapadalność np. na schorzenia przewlekłe w grupie eksponowanej wysoko, do ilości osób chorych w grupie o niskiej ekspozycji.

Powyższe warunki są konieczne, by dysponować danymi do jakiegokolwiek sensownego porównania. Wszystkie one jak widać, nie są spełnione. Nie ma ani systemu monitoringu, ani możliwości utworzenia stref o niskim promieniowaniu. Limity krajowe obowiązują wszędzie, a więc co i na podstawie czego porównywać?  

Można powiedzieć, że obecnie kierunek działań politycznych i biznesowych jest zgoła odwrotny. Nasze światłe elity uznały, że należy wdrożyć normę ekspozycji na PEM o bardzo wysokich wartościach, zakładając, bez jakiejkolwiek kontroli i weryfikacji, że jest ona bezpieczna. I nigdy więcej już się temu nie przyglądać. Co więcej, wykluczyć jakiekolwiek mechanizmy badania tego wpływu. Z punktu widzenia odpowiedzialności politycznej i biznesowej (jeśli coś takiego w ogóle istnieje) jest to właściwie rozwiązanie doskonałe.

Jeśli ktoś myśli, że to ma coś wspólnego z nauką, to ma tyle, że jest to podejście skrajnie antynaukowe. Jego konstrukcja uniemożliwia realne zbadanie wpływów biologicznych nowych technologii. Wystawienie całej populacji – wszystkich obywateli – na wysokie sztuczne promieniowanie elektromagnetyczne przez lata czy dziesięciolecia uniemożliwia skutecznie dowiedzenie się teraz i kiedykolwiek w przyszłości czegokolwiek na temat realnych wpływów tego promieniowania na zdrowie i środowisko. Innymi słowy, nie dowiemy się już nigdy, jak wyglądałoby nasze życie, zdrowie i środowisko bez emitowanego przez technologie bezprzewodowe promieniowania elektromagnetycznego. W zamian będziemy mieli jednak „wygodę” kolejnego G i „rozwój” mierzony coraz większą konsumpcją.

Czyli w Polsce nie przeprowadza się systemowych pomiarów promieniowania elektromagnetycznego?

Oczywiście, że się przeprowadza! Do tej pory istniał System Monitoringu Środowiska Elektromagnetycznego, który polegał na tym, że Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska, a raczej ich komórki, które były przeszkolone z obsługi miernika, raz do roku szły w wybrane przez siebie miejsca, gdzieś tam w mieście, i dokonywały pomiaru. Na podstawie tej czynności sporządzały „Raport z monitoringu środowiska elektromagnetycznego”. Proszę poszperać – te raporty są wciąż dostępne. Pytam, jak użyć takich danych w skorelowaniu z danymi medycznymi obywateli, by ocenić realny przewlekły wpływ promieniowania? Nie da się i wygląda na to, że właśnie to było celem tego „monitoringu” – pokazać, że promieniowanie jest w „normie”, a jak jest w normie, to wiadomo – jest bezpieczne. Bo przecież taką „bezpieczną” normę ustaliliśmy.

Publiczne pieniądze są wykorzystywane na działania organów, których celem jest potwierdzanie, że wszystko jest „w normie”. Nie są pozyskiwane żadne wiarygodne i realne dane przydatne do jakiejkolwiek rozumnej weryfikacji i poprawy wcześniejszych założeń i norm.

Ministerstwo Cyfryzacji, gdy promowało zmiany w ustawodawstwie dotyczące 5G, obiecywało, że wyliczy poziomy promieniowania w dowolnym miejscu w kraju na podstawie „zaawansowanych modeli matematycznych”. Z naukowego i inżynierskiego punktu widzenia jest to totalna bzdura. Większość ludzi nie rozumie, że nie da się tego dobrze wyliczyć, w szczególności zaś nie da się wyliczyć na podstawie danych, jakimi dysponuje ministerstwo.

Zbyt wielka jest dziś ilość urządzeń emitujących promieniowanie elektromagnetyczne w środowisku. I nie są to tylko stacje bazowe, ale routery Wi-Fi, laptopy, smartfony, tablety, urządzenia Bluetooth, radary cywilne, wojskowe, nadajniki radiowe i telewizyjne – wymieniać by można długo. Promieniowanie od tych wszystkich źródeł w sposób oczywisty nie będzie uwzględnione w wyliczeniach modelu.

Dla samych stacji bazowych urzędnicy deklarowali, że dokonają wyliczeń na podstawie danych stacji bazowych i pomiarów dopuszczających te stacje do eksploatacji. Po pierwsze dane na temat ustawień emisji stacji bazowych w naszym kraju mają się nijak do rzeczywistości, co pokazywały choćby raporty Najwyższej Izby Kontroli. Po drugie, na gruncie obecnego prawa, są to wartości deklarowane przez operatorów, a nie rzeczywiste. Po trzecie w końcu, nie istnieje żaden model matematyczny, który w przestrzeni miejskiej jest w stanie na podstawie danych stacji bazowych wyliczyć z sensowną dokładnością poziom natężenia pola dla dowolnego punktu. W przestrzeni zabudowanej wiązki odbijają się, nakładają, interferują ze sobą. Następują lokalne wzmocnienia i wygaszania. Natężenie zależy między innymi od współczynników pochłaniania i odbicia różnych materiałów elewacji budynków, szyb okien, dachów, ogrodzeń, roślinności i wielu, bardzo wielu innych czynników.

Gdyby chcieć sensownie uwzględnić wszystkie te czynniki, to model matematyczny musiałby być niezwykle złożony. I to jednak by nie wystarczyło. Jeśli chcemy uwzględnić choćby współczynnik odbicia i pochłaniania elewacji budynków, potrzebujemy dane o materiałach elewacji dla każdego budynku wprowadzić do modelu. Pytanie na podstawie czego? Kto takie dane zbierze? Kto i kiedy je wprowadzi? Kto je zweryfikuje?

Dla zobrazowania podam jeszcze przykład. W niemieckich testach promieniowania w zakresie milimetrowym o częstotliwości 60 GHz (np. Wi-Gig), okazało się, że zasięg tego promieniowania w przestrzeni miejskiej jest 5-krotnie większy niż wyliczano. Zamiast maksymalnie 200 metrów, których oczekiwano, uzyskiwano wzdłuż zabudowanej z obu stron ulicy o asfaltowej nawierzchni zasięgi rzędu kilometra. To były testy prowadzone przez samych producentów sprzętu i operatorów.

Prawda jest taka, że każdy, nawet najbardziej zaawansowany model matematyczny potrzebuje zasilenia właściwymi danymi. Kiedy ich brak, albo ich jakość i wiarygodność są słabe, obliczenia potwierdzą jedynie znane informatyczne prawo GIGO[6] – „Śmieci na wejściu = Śmieci na wyjściu.

To co zwykły człowiek ma zrobić, by zmniejszyć negatywne oddziaływanie promieniowania elektromagnetycznego na niego i jego rodzinę?

Dziś każdy obywatel, oczywiście po opłaceniu należnych podatków i danin państwu, może z własnych zarobionych pieniędzy starać się ochronić przed promieniowaniem już tylko swój dom czy mieszkanie. Dostępne rozwiązania ekranujące są w stanie zapewnić ochronę i zredukować promieniowanie elektromagnetyczne wewnątrz naszego domu czy mieszkania 100 do 1000 razy[7] (99% – 99,9%).  Można też wyposażyć się w przystępny sprzęt pomiarowy, który pozwoli poznać wartość promieniowania w otoczeniu, zidentyfikować ich źródła oraz zweryfikować skuteczność rozwiązań ekranujących.

Ale przecież obywatel nie może przeprowadzać pomiarów we własnym zakresie, które byłyby wiążące dla instytucji państwowych!

Pomiary stacji bazowej telefonii komórkowej, która ma zostać dopuszczona do działania, musi wykonać firma z akredytacją Polskiego Centrum Akredytacji. Nikt jednak nie zakazuje dokonywania pomiarów pól elektromagnetycznych w środowisku dla własnych potrzeb. Jeśli chcemy mierzyć poziomy promieniowania dla celów ochrony własnego zdrowia i porównania ze standardami biologicznymi, to jest to zdecydowanie zasadne. Możemy w ten sposób obiektywnie stwierdzić, jak duża jest nasza ekspozycja, a także, przy zastosowaniu odpowiedniego sprzętu, zidentyfikować, z jakich źródeł promieniowanie pochodzi. Możemy też odnieść wyniki pomiarów do limitów biologicznych[8].

Jeśli jednak będziemy chcieli naszymi pomiarami udowodnić przekroczenie poziomów prawnych przez operatora, to należy sobie zdawać sprawę, że w sytuacji 100-krotnie podniesionych limitów będzie to bardzo mało prawdopodobne. Limity zostały podniesione właśnie po to, by stacje bazowe mogły 100-krotnie bardziej niż przed rokiem 2020, promieniować. Ponadto nasz własny pomiar będzie musiał zostać potwierdzony przez firmę lub instytucję z akredytacją PCA. No i na koniec, jak by się nam takie przekroczenie udowodnić udało, poproszono by operatora, by zmniejszył emisję do normy. Każdy może sobie odpowiedzieć, czy warto.

Kto w takim razie odpowiada za bezpieczeństwo obywateli?

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że ustalenie tzw. bezpiecznych państwowych limitów promieniowania elektromagnetycznego oznacza przeniesienie odpowiedzialności za skutki zdrowotne z tego, kto emituje (operatorów i producentów sprzętu) na Rzeczpospolitą Polską. Dlatego lobbing jest tak skutecznym narzędziem pozbywania się odpowiedzialności.

Operator czy producent jako podmiot gospodarczy jest zobowiązany tylko do przestrzegania przepisów prawa. W tym wypadku prawa, które sam dla siebie wylobbował. Odpowiedzialność państwa oznacza zaś brak realnej odpowiedzialności – niech ktoś bowiem wskaże choćby jeden wygrany przez obywatela proces przeciwko Państwu Polskiemu za błędne ustalenie limitów ekspozycji na czynniki szkodliwe dla zdrowia. Nawet w kwestii zanieczyszczenia powietrza, o ile mi wiadomo, to się nie zdarzyło. Może jednak wszystko przed nami i znajdą się tacy, którzy spróbują slogan propagandowy „odpowiedzialne państwo”, zweryfikować?

Kiedy mówimy o odpowiedzialności, to warto zauważyć, że światowe firmy reasekuracyjne jak Lloyds czy Swiss Re już na początku lat 2000. oceniły ryzyko przyszłych pozwów o narażenie zdrowia od promieniowania telefonii komórkowej jako wysokie i kosztowne. Co za tym idzie, uznały takie ubezpieczenia za nieopłacalne i odmawiają ich branży telekomunikacyjnej.

Co w tej sytuacji zrobili operatorzy i producenci na całym świecie? Sięgnęli po Święty Graal unikania odpowiedzialności, czyli lobbing. Przecież kiedy uda się „przekonać” władze, by podniosły krajowe limity bezpieczeństwa, to już nie trzeba będzie za skutki napromieniowania ludności nigdy odpowiadać. Jeśli już, to państwo, z pieniędzy jego obywateli, wypłaci tym obywatelom odszkodowania za skutki nieodpowiedzialnego, ale zgodnego z prawem postępowania. Nawet więc jeśli za 3, 5, 10 lat ustalimy, że podniesienie limitów promieniowania stukrotnie było nieuzasadnione i szkodliwe, to żaden operator czy producent sprzętu nie poniesie odpowiedzialności za to, że emitował szkodliwe promieniowanie. Prawda, że lobbing to Święty Graal biznesu, a „odpowiedzialne państwo” to raj dla lobbystów?

A czego powinien wymagać rząd od korporacji telekomunikacyjnych typu Play, Orange, Plus, T-Mobile?

Gdyby w działaniach rządu była jakakolwiek troska o zdrowie i dobrostan obywateli, to jednym z warunków aukcji na częstotliwości 2/3/4 czy 5G powinno być przedłożenie przez operatora ubezpieczenia zawartego z jednym z dużych światowych towarzystw ubezpieczeniowych. Ubezpieczenia, z którego wypłacane będą ewentualne odszkodowania obywatelom, którzy udowodnią, że ich stan zdrowia pogorszył się w wyniku emisji sztucznych pól elektromagnetycznych do środowiska. Taki krok wydaje się racjonalny i odpowiedzialny, prawda?

I chyba właśnie dlatego, żadne ministerstwo ani rząd takiego ubezpieczenia nie wymagał i nie wymaga. Nikt nawet o tym nie wspomina.

Widać więc jasno jak na ekranie smartfona, że tracimy, a właściwie już straciliśmy szansę na życie w naturalnym środowisku elektromagnetycznym, albo przynajmniej takim, jakiego byśmy sobie życzyli.

Tracimy też szansę, by w przyszłości być w stanie cokolwiek udowodnić. Odpowiedzialne państwo, rząd i operatorzy zapewne będą rozmywać argumenty, twierdząc, że skoro wszyscy byli promieniowaniu poddani, a nie wszyscy chorują, to nie ma bezsprzecznych dowodów, że promieniowanie elektromagnetyczne się do zachorowania przyczyniło…

Co mogą robić obywatele, którym nie jest wszystko jedno?

To co mogą robić to jedno, a to, co robią i robić będą, to jednak całkiem co innego. Przykro mi to mówić, ale po trzynastu latach własnych studiów i działalności, także społecznej, w dziedzinie wpływów biologicznych pól elektromagnetycznych, po większości społeczeństwa nie spodziewam się już zbyt wiele. Mało kto ma dzisiaj ochotę poświęcić czas i podjąć wysiłek zrozumienia oraz własnej oceny informacji, badań, prawa. Kiedy edukuję społeczeństwo w swoich wystąpieniach, to podstawowy zarzut, jaki mi się stawia, jest taki, że trwają one zbyt długo. Nikt nie chce oglądać czegoś, co ma więcej niż 20-40 minut, no, chyba że jest to mecz, koncert albo serial na Netflixie. A ja się pytam, jak mam wytłumaczyć obywatelowi w 40 minut, na przykład to, dlaczego polaryzacja i modulacja pól elektromagnetycznych sprawia, że oddziałują szkodliwie na organizm, nawet przy poziomach tysiące czy miliony razy niższych od efektów termicznych, na których oparte są dzisiejsze normy?

Dlatego na pytanie, co obywatele mogą robić, mógłbym odpowiedzieć, że należy dążyć na poziomie społecznym, by jak najwięcej ludzi uświadomiło sobie i zrozumiało stan obecny – stan wiedzy naukowej i otaczającą elektromagnetyczną rzeczywistość. Że należy postawić sobie tak naprawdę tylko dwa kluczowe cele: (1) przywrócenia realnego wpływu obywateli i samorządów na kształtowanie swojego środowiska elektromagnetycznego oraz (2) stworzenia publicznego systemu monitoringu promieniowania elektromagnetycznego rejestrującego i udostępniającego dane w czasie rzeczywistym z terenu całego kraju. Osiągnięcie tych dwóch celów jest wystarczające do tego, by sytuacja zaczęła się zmieniać. Łatwo można by zaobserwować i przekonać się, czy poziomy ekspozycji są związane ze stanem zdrowia i samopoczuciem obywateli. Jeśli zaś samorządy byłyby władne ustalać własne limity ekspozycji na swoim terenie, to obywatel mógłby decydować, czy chce w takim miejscu i z takimi limitami żyć, pracować i wychowywać dzieci, czy przenieść się w inne, bardziej przyjazne miejsce.

Mógłbym więc tak odpowiedzieć, ale setki razy już to mówiłem i niczego to, przynajmniej w ujęciu demokratycznym, czyli większościowym, nie zmieniło.  

Coś jeszcze można zrobić?

Nie tyle chodzi o to, by robić coś jeszcze, ile o to, by robić rzeczy istotne. Więc jeszcze raz podkreślę te dwa wskazane cele. Jeśli wdrożenie zmian prawnych przywracających wpływ obywateli i samorządów na środowisko elektromagnetyczne jest na dziś mało prawdopodobne, to trzeba skupić się na systemie monitoringu. Jeśli rząd rzeczywistego systemu monitoringu nie wspiera, oferując żałosną wydmuszkę w postaci aplikacji pokazującej wartości wyliczone na podstawie szczątkowych, nieaktualnych i niewiarygodnych danych, to można i należy działać na rzecz stworzenia właściwego, wiarygodnego systemu monitoringu społecznie.

Rząd zapowiedział, że 20 lipca startuje system SI2PEM, dzięki któremu każdy obywatel będzie mógł sprawdzić poziom pola elektromagnetycznego wytwarzanego przez stacje bazowe w okolicy. Jak czytamy w informacji prasowej, genezą systemu była chęć zapewnienia sprawnego, powszechnego i darmowego dostępu do wiarygodnych danych dotyczących pola elektromagnetycznego (PEM), dostępu pozwalającego w jasny i przystępny sposób zweryfikować dotrzymanie poziomów dopuszczalnych PEM w środowisku. Co Pan na to?

W swojej ekspertyzie „MEGAUSTAWA 5G – Czy ta Księga rzeczywiście jest Biała?”, w rozdziale zatytułowanym „Monitoring czy cyfrowa ułuda” opisałem dokładnie, dlaczego proponowany przez rząd system SI2PEM nie może i nie będzie dawał realnej informacji o ekspozycji obywateli na promieniowanie elektromagnetyczne. Przedstawiłem też tam szczegółowe założenia, jakie musi spełniać system monitoringu pomiarowego z prawdziwego zdarzania. Proszę przeczytać.

System SI2PEM i związaną z nim aplikację należy rozpatrywać jako narzędzie propagandowe rządu, które ma za cel przekonać obywateli, że wszystko jest w „normie”. No bo skoro rząd wyliczy i pokaże obywatelom na ekranie smartfona jakąś wartość ekspozycji, do tego małą w odniesieniu do 100-krotnie rozdymanego lobbingiem „limitu bezpieczeństwa”, to jest bezpiecznie, czyż nie?

Na marginesie, ciekawe czy Polskie Centrum Akredytacji zatwierdzi również oficjalnie metodykę wyliczeniową rządu użytą w aplikacji SI2PEM jako metodyką równoważną pomiarom wykonywanym przez akredytowane jednostki z certyfikacją PCA? Bo właściwie, czemu nie? Skoro w aplikacji używa się „zaawansowanych modeli matematycznych” do wyliczenia poziomów, to po co robić rzeczywiste pomiary? Można stacje bazowe dopuszczać do użycia na podstawie wyników z tej aplikacji. Będzie i taniej, i szybciej. A i rozbieżności pomiędzy rzeczywistymi pomiarami, a wynikami z aplikacji nie będą niepotrzebnie zakłócać jedynego słusznego kierunku propagandy.

A jak Pan jako inżynier elektroniki i telekomunikacji ocenia postawę swoich kolegów po fachu?

Jest to złożony problem, ma kilka wymiarów. Żyjemy w systemie, gdzie dominującym czynnikiem oceny jakości postaw jest element kapitałowy, finansowy. Wzrost gospodarczy jest bogiem religii, którą wyznaje większość zachodniego świata. Żyjąc w tym świecie, musimy się, chcąc nie chcąc, do niego dostosować. Wierzymy w to, że wyprodukowanie i skonsumowanie z każdym kolejnym rokiem więcej jest czymś, co nie tylko da się wiecznie utrzymać, ale że jest wykładnią wszystkich innych ludzkich wartości. Tych wartości, o których wielkie korporacje mówią, że się troszczą w reklamie i w PR, ale jak przychodzi do istotnych decyzji, odsuwane są one na daleki plan.

Ta psychologika przeniknęła każdy aspekt naszego życia zawodowego, rodzinnego, społecznego. Jest obecna w kulturze i w sztuce. Nie myślimy o szerszych konsekwencjach naszych działań. Jeśli jako inżynier elektronik szukam pracy, to wybieram taką, która jest zgodna z moimi oczekiwaniami. Trafiam do działu rozwoju – powiedzmy Samsunga i pracuję nad jakimiś aplikacjami. Jeśli mam w sobie ciekawość i determinację, by poza codziennymi obowiązkami i przyjemnościami zacząć grzebać głębiej i nie daj Boże, coś poza korporacyjną doktryną odkryję, to włączy się dobrze wytrenowana świadomość konsumencka, która każe mi myśleć, że przecież nie zostawię mojej dobrze płatnej pracy, nie mogę sobie pozwolić na kwestionowanie obowiązującej dogmy, muszę pracować w branży, mam kredyt do spłacenia, dzieci na wychowaniu. Zdecydowana większość świadomych inżynierów przymyka oczy na sprawy, o których tutaj rozmawiamy.

Drugim istotnym czynnikiem w tym kontekście jest coraz węższy zakres specjalizacji. Nikt nie płaci inżynierowi projektującemu urządzenia bezprzewodowe, by studiował badania z zakresu biofizyki i oddziaływania pól elektromagnetycznych na organizmy żywe. A jak nie płaci, to przecież nie będę frajerem i nie będę na to tracił czasu. Przecież nie za czas stracony na zrozumienie kupuje się nową ekologiczną Teslę od Elona Muska.

A jaką rolę odgrywają media i rząd?

Sytuacja jest podobna. Media głównego nurtu prowadzą w kwestii technologii bezprzewodowych narrację taką, jaką nakazuje im rozsądek biznesowy. Nikogo z nich nie stać na utratę wpływów z reklam branży telekomunikacyjnej. Jak już mówiłem, myślenie interesom szkodzi, szczególnie myślenie niezależne. W mediach wydaje się to być zasadą nieomal pierwszoplanową.

To samo czyni rząd, tylko na nieco innym poziomie. Liczy wpływy do budżetu z aukcji częstotliwości, wspiera biznes, stara się utrzymać wzrost gospodarczy i buduje tzw. kapitał wyborczy.

Nie powinniśmy zresztą być zbytnio krytyczni wobec działań rządu. Po pierwsze sami w demokratycznych wyborach go wybraliśmy. Po drugie, jeśli większa, czyli demokratyczna część społeczeństwa daje sobie bez wazeliny wcisnąć coś takiego jak „Biała księga 5G” i w to uwierzyć, to sama jest sobie winna. Tę odpowiedzialność za uczenie się i rozumienie, jak również za zaniechania w tym zakresie powinniśmy sobie w końcu uświadomić. Tymczasem większość wybiera rozrywkę, a nie ulega wątpliwości, że rząd wespół z operatorami jak najbardziej chcą nam jej dostarczyć. I to nowocześnie, bezprzewodowo. Większość społeczeństwa nie dostrzega, a może już nawet nie chce dostrzec faktu, że bez choćby elementarnej wiedzy w danej dziedzinie nie jest w stanie ocenić podawanych informacji czy wygłaszanych opinii. Co za tym idzie, nie jest w stanie zdecydować, któremu z ekspertów należy zaufać i dlaczego. Z tego poziomu nieuświadomionej czy też ukrywanej ignorancji bardzo trudno o dobre decyzje, czy działania. I w tym właśnie miejscu demokratycznie, czyli w większości, jesteśmy.

Jak z Pańskiej perspektywy zawodowej ocenia Pan kierunek i formę zmian, jakie zachodzą w społeczeństwie w kwestii elektrosmogu?

Według mnie przez ostatnie 13 lat, od kiedy obserwuję to bacznie, świadomość (zrozumienie) Polaków w kwestii elektrosmogu wzrosła tylko nieznacznie. Ruch przeciw 5G miał od początku bardzo słabe fundamenty merytoryczne. Bez zrozumienia technologii bezprzewodowych atakował 5G, sugerując jednocześnie, że inne, wcześniejsze i obecne technologie bezprzewodowe, czy to 3G, czy 4G, albo Wi-Fi czy Wi-Gig są bezpieczne.

Świadczy to o kompletnym braku zrozumienia zarówno technologii, jak i nauki. Nie da się tego nadrobić, krzycząc o „śmiercionośnej technologii 5G” w mediach społecznościowych. Usiłowałem to tłumaczyć aktywistom w kraju i za granicą. Niestety, u większości aktywistów przymus działania góruje nad potrzebą zrozumienia. W efekcie cały ruch udało się machinie propagandowej rządu i lobbystom branży łatwo zdyskredytować. Dostrzegam niewielkie zmiany na lepsze, ale nie na tyle duże, by były istotne dla funkcjonowania w demokratycznym kraju, a więc w takim, w którym decyduje większość, nieważne jak (nie)świadoma.

To co w takiej sytuacji robić?

Powiedziałbym, że przede wszystkim podejmować wysiłek ludzkiego myślenia. Z naciskiem na myślenie niezależne od tych, którzy chcą nas stale ustawiać w wygodnej dla ich celów pozycji bezrozumnego konsumenta. Odnoszę wrażenie, że większości społeczeństwa się marketing i PR biznesu z własną wiedzą i zrozumieniem kompletnie pomieszał i pokręcił.

Technologia naukowa służąca poznaniu tym różni się od technologii konsumenckich, że naukowiec wie, do czego i jak została stworzona, jak działa i jakie są konsekwencje jej używania. Konsument zaś tego nie rozumie, jedynie używa i nadużywa. Bez świadomości konsekwencji. Czy technologia jest więc winna? Czy my sami wybraliśmy stanie się jedynie konsumentami, akceptującymi bezrefleksyjnie papką marketingowego przekazu?

Czy podoba się nam, że tak jesteśmy traktowani? Jeśli tak, nie mam nic do dodania. Jeśli nie, to uczmy się i starajmy zrozumieć otaczający nas świat i nas samych, w tym nowe technologie. Wybierajmy i decydujmy, na ile to możliwe, świadomie. Tak, to jest wyzwanie i wysiłek, ale jaka jest alternatywa? Stanie się zombie, płacącym swoim życiem i pracą coraz więcej za kolejne działki narkotyku konsumenckiej technologii?

(Jeśli chciałbyś pomóc w dystrybucji gazety w swoim otoczeniu, napisz do nas: ilona.sobul@kuzniakampanierow.pl – w treści maila podaj swój adres i liczbę zamawianych egzemplarzy. Wyślemy pocztą.)


Przypisy:

[1] https://kr-asia.com/5g-towers-are-consuming-a-lot-of-energy-so-china-unicom-is-putting-some-of-them-to-sleep-overnight

[2] Slajdy z prezentacji: https://emfbusters.pl/pola_elektromagnetyczne_wplyw_na_mieszkancow_prezentacja_na_forum_RM_Krakowa_2014 [dostęp: 20.08.2021]

[3] https://pl.wikipedia.org/wiki/Teoria_system%C3%B3w [dostęp: 20.08.2021]

[4] W odniesieniu do standardów Instytutu Biologii Budowlanej oraz Europejskiej Akademii Medycyny Środowiskowej EUROPAEM 2016 przy uwzględnieniu różnicy między wartościami średnimi i szczytowymi.

[5] https://www.itu.int/rec/dologin_pub.asp?lang=e&id=T-REC-K.Sup14-201909-I!!PDF-E&type=items [dostęp: 20.08.2021]

[6] Garbage In Garbage Out

[7] W odniesieniu do gęstości mocy promieniowania

[8] https://emfbusters.pl/jak-mierzyc-i-oceniac-promieniowanie-elektromagnetyczne-poradnik-swiadomego-obywatela [dostęp: 20.08.2021]

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 81 / (29) 2021

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Nowe technologie # Polityka # Zdrowie Kuźnia kampanierów

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.