fbpx

Felieton

Glifosat i Roundup – czy te nazwy nie brzmią groźnie?

Rynek warzywa
Warzywa na Rynku Bałuckim, fot. Przemysław Stańczak

Wiele osób, które dla wygody, żeby nie powiedzieć z lenistwa, stosuje Roundup w przydomowych ogródkach, nie zadaje sobie trudu, aby dowiedzieć się, czym on właściwie jest. Równie często nie czytamy etykiet, które „bałamucą” nas wszelkimi bio, eco, green, nie czytamy ulotek leków i innych produktów.

Najwięksi ignoranci bezrefleksyjnie mówią, że na coś trzeba umrzeć. Słysząc o normach, które spełnia jakiś produkt żywnościowy czy leczniczy, zapominamy o kumulacji różnych wypełniaczy, poprawiaczy smaku, konsystencji, środkach konserwujących itp. Nawet jeśli gdzieś tam usłyszeliśmy, czy przeczytaliśmy, że to nie jest produkt organiczny, tak jak wyciąg z pokrzywy, czy skrzypu, to myślimy, że przecież nie będzie wielkiej szkody, gdy polejemy nim ścieżkę, podjazd do garażu, czy ziemną część nagrobka. Przecież zastosujemy go tylko w naszym ogródku. Czyżby? Krople cieczy mogą się przemieścić z wiatrem, a przede wszystkim z wodami gruntowymi i nie ulegną całkowitej biodegradacji. Glifosat – czynny składnik Roundupu – nie działa selektywnie tylko na chwasty. Niszczy nadziemne części wszystkich roślin. Jest śmiertelnym zagrożeniem dla zwierząt (w tym naszych domowych psów i kotów) oraz pszczół. Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem uznała glifosat za substancję prawdopodobnie rakotwórczą.

Niestety nasze Ministerstwo Rolnictwa, wzorem wielu krajów, nie zamierza zakazać stosowania glifosatu w uprawach. Czyżby nikt tam nie słyszał o wielomilionowych odszkodowaniach wypłacanych w USA przez Bayer, producenta Roundupu? Ale to za „wielką wodą”, tam społeczeństwo jest bardziej świadome swoich praw.

Założyciel i lider Przebudzonych Konsumentów, Marcin Bustowski, zachęcał do robienia analiz moczu na zawartość glifosatu. Z jego inicjatywy i we współpracy z magistratem przeprowadzono badania wśród dzieci z jeleniogórskich szkół i niestety we wszystkich przebadanych próbkach stwierdzono obecność tej substancji z przekroczoną normą referencyjną. Badania mają być kontynuowane w sąsiednich gminach, a moim zdaniem powinny być wykonane w całym kraju.

Roundup i inne preparaty zawierające glifosat nie należą do tanich produktów, a jednak są kupowane zarówno do użycia na małych powierzchniach, jak i na wielohektarowe areały upraw. A przecież są inne preparaty selektywnie działające, a także zbliżone do naturalnych, na bazie np. oleju rzepakowego.

Dlaczego więc rolnicy upierają się przy Roundupie i jemu podobnych? Gdy próbowałam kolportować na łódzkim targowisku przy ul. Dolnej ulotki pozyskane od pana Marcina, z pigułką wiedzy o glifosacie, spotkałam się z niechętną, a czasami wrogą reakcją sprzedawców, pośredników i samych producentów-rolników. Sądzę, że wynika to z niewiedzy i braku refleksji, a nie z premedytacji. Słyszy się czasami historie, że rolnicy uprawiają warzywa i owoce w skali makro dla odbiorców hurtowych, czyli do punktów skupu, natomiast na potrzeby własnej rodziny prowadzą uprawy ekologiczne.

Nie wiem, czy nadal istnieje profesja agronoma, który mógłby być doradcą rolnika m.in. na temat zrównoważonego rolnictwa. Tak jak w wielu dziedzinach życia, także w produkcji rolniczej istnieje silne lobby producentów nawozów i środków ochrony roślin. Nasze pola kiedyś tętniły życiem, były pełne chabrów, odwiedzały je owady, ptaki… Dziś to w dużej mierze pryskane na potęgę monokultury uprawne.

Niestety po krucjacie na Bałuckim Rynku – targowisku przy ul. Dolnej – przestałam mieć złudzenia, że „od rolnika” to na pewno zdrowe. Nadal tam kupuję, bo mam do tego miejsca sentyment, bo znam i lubię wielu sprzedawców, bo jest taniej niż w sklepach, bo wierzę, że mimo wszystko tej chemii u tzw. małorolnych jest jednak mniej, a przede wszystkim może banalnie, ale patriotycznie, zawsze popieram polskich producentów. Sama pochodzę ze wsi, gdzie mechanizacji było niewiele i z tego powodu praca na roli wymagała bardzo dużo wysiłku fizycznego, a do prac polowych angażowano również dzieci. Pamiętam stosowanie nawozów sztucznych, natomiast nierówna walka z chwastami odbywała się przy pomocy rąk i prostych narzędzi. „Ale to już było i nie wróci więcej”, to co dla współczesnych archaiczne, dla mnie było naturalne, zdrowe, blisko natury.

Nigdy nie miałam w ręku opakowania Roundupu. Bardzo lubię prace w przydomowym ogrodzie. Grzebanie w ziemi mnie uspokaja i choć chwasty odrastają niczym głowa hydry, nie przyszłoby mi do głowy, żeby pójść na łatwiznę. Lektura książki „Świat według Monsanto”, będącej reporterskim śledztwem Marie-Monique Robin, wstrząsnęła mną i otworzyła oczy na niewygodną prawdę dotyczącą m.in. glifosatu i GMO. Wspomniane wyżej ulotki od pana Marcina kolportuję w swoim miejscu pracy, które jest obiektem użyteczności publicznej, z nadzieją, że choć część czytelników nie sięgnie więcej po Roundup i „spółkę”, za to z większą świadomością będzie sięgać po jedzenie ze sklepowych półek i rynkowych straganów.

Tekst pochodzi z gazety „Aktywność Obywatelska” Nr 4(27)/2021

Narodowy Instytut Wolności – logo Fundusz Inicjatyw Obywatelskich – logo

Przygotowano w ramach projektu „Glifosat. Dialog obywatelski” realizowanego przez Fundację Ecorower. Projekt dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021–2030.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 115 / (11) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekologia # Społeczeństwo i kultura Chcę wiedzieć

Być może zainteresują Cię również: