Felieton

Globalne ocieplenie czyli przebiegunowanie Ziemi? Noworoczne refleksje o „końcu świata”

mężczyzna patrzy na kulę ziemską
fot. Mohamed Hassan z Pixabay

Weronika Kursa

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 209 / (1) 2024

Koniec roku pobudza zwykle do refleksji, jest swego rodzaju czasem podsumowań. Jeśli zastanowić się nad tym, co dzieje się na świecie, to wnioski niestety nigdy nie będą należały do optymistycznych. Z jednej strony nieustannie mamy do czynienia z samounicestwianiem gatunku ludzkiego – jeśli przyjąć za pewnik, że na świecie obecnie toczy się około dwudziestu wojen i częściowych konfliktów zbrojnych. A przecież tylko o niektórych z nich media chętnie informują nas na bieżąco. Z drugiej zaś strony, ciągle straszy się nas skutkami globalnego ocieplenia. Czy to my sami zniszczymy Matkę Ziemię, czy to ona, będąc zmęczona naszymi działaniami, po prostu przestanie normalnie funkcjonować, wszystko wskazuje na to, że zbliżać się może czas resetu. Pytanie, jakiego?

Co, jeśli, bez względu na wszystkie negatywne poczynania człowieka, Matka Ziemia „resetuje się” sama, co jakiś czas? Nie jest bynajmniej zamiarem tego artykułu rozsiewanie jakichkolwiek „teorii spiskowych”, jak również pisanie absurdalnego scenariusza do „2012-cz. 2”. Nie da się jednak ukryć, że klimat zmienia się na naszych oczach. Czy uznamy to za, skądinąd słuszną, „zemstę” Matki Ziemi, którą nieustannie krzywdzimy, czy za efekt „globalnego ocieplenia”, faktem jest, że pogoda staje się nieprzewidywalna. Chciałabym poszukać alternatywnych odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego tak się dzieje.

Przebiegunowanie Ziemi – wersja „oficjalna”

W marcu 2023 roku portal twojapogoda.pl pisał o możliwej zamianie miejsc magnetycznych biegunów Ziemi. Według autorów pole magnetyczne, chroniące nas przed promieniowaniem kosmicznym, słabnie o wiele szybciej, niż to prognozowano. Według Europejskiej Agencji Kosmicznej czeka nas „powtórka sprzed ponad 780 tysięcy lat, gdy miała miejsce ostatnia zamiana biegunów magnetycznych”. Dodajmy, że jest to ważne wydarzenie o tyle, że miałoby „zmieść wszelkie życie z powierzchni naszej planety”.

„Jak wynika z danych, w ciągu ostatniego wieku magnetyczna północ przeniosła się aż o 1,5 tysiąca kilometrów. Obecnie wędruje o około 90 metrów na dobę z Kanady w stronę Syberii. W ciągu ostatnich 150 lat pole magnetyczne Ziemi osłabło o 10 procent. Teraz okazuje się, że prędkość słabnięcia pola przyspiesza i to systematycznie. (…) Istnieje więc znaczne prawdopodobieństwo, że do zamiany biegunów może dojść jeszcze za naszego życia”.

Wydaje się jednak, że autorzy bardziej niż na ewentualnym unicestwieniu wszelkiego życia na Ziemi w wypadku całkowitego zaniku pola magnetycznego, skupiają się na kwestii powrotu współczesnej cywilizacji do epoki kamienia łupanego: zabraknąć miałoby rzecz jasna Internetu, sygnału w telefonie oraz prądu.

W artykule nigdzie nie wybrzmiewa konkluzja, że na nic nam te wszystkie zdobycze zachodniej cywilizacji, jeśli po prostu zabije nas kosmiczne promieniowanie.

Ostatnia rzekoma zamiana biegunów sprzed 768 tysięcy lat miała trwać zaledwie 20 lat. Naukowcy nie wiedzą, co wywołuje ów proces, gdyż „do ziemskiego jądra jeszcze nikt nie dotarł”, a zapewne nie dotrze nigdy.

Co ciekawe, nie wiadomo również, jak pole magnetyczne ma wpływać na nachylenie obrotu osi Ziemi ani czy zamiana biegunów nie spowoduje „zmiany kierunku obrotu naszej planety wokół własnej osi lub jej przewrócenia się”. Podobne zjawisko miało mieć miejsce na Wenus, która „wiruje w przeciwnym kierunku niż Ziemia”. Również na Marsie zjawisko przebiegunowania miało przebiec gwałtownie na tyle, by ukrócić powstawanie tam prymitywnej formy życia ponad 4 miliardy lat temu…

Przebiegunowanie Ziemi – wersja alternatywna

Co, jeśli wspomniana Wenus jest tylko jądrem planety, która została w jakiś sposób zniszczona…? Co, jeśli do zamiany biegunów dochodzi o wiele częściej…?

Do interesujących wniosków doszedł Krzysztof Nowak, z zawodu konstruktor, zajmujący się w swojej pracy mechaniką, elektroniką i wysokimi ciśnieniami. W swoim programie z 2018 r. pt. „Wielkie zmiany małej Ziemi” przedstawił alternatywną teorię dotyczącą przebiegunowania.

Zainspirowany analizami Artura Lalaka i Grzegorza Skwarka, którzy „prześledzili kroniki” i „zauważyli pewną powtarzalność [kataklizmów] na Ziemi”, Nowak doszedł do wniosku, że „jakaś anomalia” powtarza się co ok. 676 lat.

Co więcej, uważa on, że przyczyn wspomnianej anomalii należy doszukiwać się w samej Ziemi (a nie w Słońcu czy innych planetach, choć, jak sam przyznał, to na bazie analizy Wenus – „odmieńca wśród planet” – prześledził, jak wytwarza się pole magnetyczne Ziemi).

Dla Nowaka jedynym wytłumaczeniem powtarzającego się cyklicznie kataklizmu jest zanik pola magnetycznego i skutki, jakie ze sobą niesie.

W swoim programie pokazuje dokładne analizy i badania, w przystępny sposób tłumacząc działanie „ziemskiego mechanizmu” (który całkiem obrazowo porównuje zresztą do działania silnika elektrycznego).

Tym samym nie ucieka również przed tematem ocieplenia klimatu, które jednak z jego punktu widzenia powiązane jest z tymi cyklicznymi, a więc nieuchronnymi zmianami na Ziemi, a nie z działalnością człowieka.

Zmiana pogody, nazwana „globalnym ociepleniem” jest zatem ściśle powiązana z przebiegunowaniem, a ów proces zmian, będący niejako „wstępem” do przebiegunowania ma trwać ok. 60 lat. Temperatura Ziemi wówczas rośnie, a zmiany pogody są częstsze i gwałtowniejsze.

Z kolei samo CO2 wytwarzane przez człowieka według Nowaka zdaje się mieć minimalny wpływ na zmiany pogodowe i ocieplenie: „Mówi się, że przez CO2 wytwarzane przez ludzi topią się lody Arktyki, ale zapomina się dodać, że topią się również lody Antarktydy, ale od spodu! A tam CO2 emitowane przez człowieka nie ma dostępu”.

Nie dziwi zatem, że niszowy program Krzysztofa Nowaka stosunkowo trudno odnaleźć w wyszukiwarce, skoro dyskredytuje on idee, na których bazują propagatorzy różnego rodzaju „podatków klimatycznych” czy „ekologicznej”, a zarazem przeważnie o wiele droższej energii…

Dżuma z XIV w.  – choroba popromienna?

Wróćmy jednak do powtarzalności „jakiejś anomalii”.

Co konkretnie miałoby oznaczać to, że do zaniku pola magnetycznego Ziemi dochodzi co 676 lat? Oznaczałoby to mniej więcej tyle, że ostatni raz zdarzenie to miało miejsce w około 1346-1348 r., czyli w czasie słynnej zarazy – dżumy. 

Według Nowaka ówczesną epidemią było nic innego jak promieniowanie kosmiczne, przed którym nie mógł chronić nas magnetyzm Ziemi, gdyż „na chwilę” wówczas zanikł. Analizując wykresy z Europy z tamtych lat, widać wyraźnie, że „epidemia” zebrała mniejsze żniwo (bądź zebrała je później – ok. 1351-1352) na północnych krańcach kontynentu. Istniały również tereny, które pozostały nietknięte…

Jak tłumaczy, przy olbrzymiej dawce napromieniowania, od choroby popromiennej umiera się w ciągu trzech dni. Przy dużo mniejszej dawce – po trzech, czterech latach. „Stąd taki wynik tej epidemii, która nagle bez powodu pojawiła się i bez powodu zniknęła” [cytat pochodzi z programu „Wielkie zmiany małej Ziemi” – przyp. red.].

Po czasie wszystko jednak znów wróciło na swoje miejsce, a pole magnetyczne z powrotem zadziałało. I taka właśnie „normalna sytuacja” utrzymuje się przez około 600 lat, gdy osie biegunów magnetycznych i geograficznych są mniej więcej w tym samym położeniu.

Przypomina, że gdy już dojdzie do zamiany miejsc biegunów magnetycznych, zmieni się rzecz jasna geopolityczna struktura świata. „Za Piastów mieliśmy winogrona, melony, oliwki, znośny klimat”, a właśnie w 1348 r. „zamarzł Bałtyk” [cytaty pochodzą z programu „Wielkie zmiany małej Ziemi” – przyp. red.].

Jak wszyscy wiemy, obecnie o nieeksportowanych oliwkach i melonach możemy w Polsce tylko pomarzyć, choć nie jest to oczywiście żadną poważną konkluzją niniejszego wywodu.

Działamy bez cenzury. Nie puszczamy reklam, nie pobieramy opłat za teksty. Potrzebujemy Twojego wsparcia. Dorzuć się do mediów obywatelskich.

2024 r. – kolejne przebiegunowanie?

Krzysztof Nowak twierdzi, że od 1990 r. „osie między jądrem planety a osią biegunów magnetycznych zaczęły się rozchodzić”, co uważa za „wstęp do przebiegunowania”. Znad Kanady biegun zaczął „wędrować” w stronę Rosji, co oznacza, że wspomniane osie rozjechały się już „o około 20 stopni” (wypowiedź, przypomnijmy, z roku 2018).

Jeśli założyć, że dżuma z XIV w. była w istocie chorobą popromienną, to patrząc na ten kataklizm z perspektywy chociażby historycznej, szanse na przeżycie są, nie przymierzając, żadne. A jednak, analizując jedynie mapę Europy z tamtego okresu, widzimy, że były miejsca nietknięte chorobą.

Czy to przypadek, czy „cud”, czy może istnieje jakiś ratunek w tym zabójczym „momencie” kompletnego zaniku pola magnetycznego?

Według Nowaka tak, a mają być nim pokłady darniowych rud żelaza, które magazynują magnetyzm Ziemi.

A to oznacza, że zapewniłyby nam jako takie bezpieczeństwo na wysokość kilku metrów od powierzchni ziemi w momencie, gdy będziemy całkowicie wystawieni na kosmiczne promieniowanie.

Bazując na mapie Polski z lat 50. (albowiem, z jednej strony – szczęśliwie dla nas – darniowe rudy żelaza są komercyjnie nieciekawe, zatem się ich nie wydobywa, z drugiej zaś strony przez ich niekomercyjność nie prowadzi się nad nimi żadnych badań), Nowak wykazał, że rudy te występują na większości obszaru naszego kraju (który, dodajmy, był jednym z niewielu „zielonych” punktów, wolnych od dżumy w XIV w., podobnie jak rejony Białorusi i sporadycznie kilku innych miejsc Europy).

Trzeba niestety dopowiedzieć, że określenie „większość obszaru Polski” nie dotyczy Pomorza, gdzie złoża te nie występują i gdzie „epidemia dżumy” wówczas dotarła…

Szanse dla ludzkości

W przeciwieństwie do portalu twojapogoda.pl, Krzysztof Nowak nie kładzie nacisku na fakt, że wszelką elektronikę i łączność, kolokwialnie mówiąc „trafi szlag”, a ludzkość, o ile przeżyje, zwyczajnie cofnie się w czasie.

Najważniejszym pytaniem, jakie wypada sobie zadać, jest to, czy możemy się jakoś do tego kataklizmu przygotować, uchronić się? W 2018 r. Nowak nawoływał, abyśmy w pierwszym odruchu przeszli na sterowanie ręczne. Oznaczałoby to zminimalizowanie uzależnienia się od elektroniki. A jesteśmy od niej uzależnieni na tyle, że jeśli zabrakłoby prądu, nie mielibyśmy nawet wody w kranie.

A przecież złoża darniowych rud żelaza nie załatwią problemu dostępu do nienapromieniowanej żywności, wody… Co z innymi częściami Europy (czy świata w ogóle, choć Nowak odnosił się bardziej do samej Europy z uwagi na to, że tylko do takich źródeł udało mu się dotrzeć)? Czy rozwiązaniem miałyby być „podziemne miasta” na czas tych kilku miesięcy oddziaływania zabójczego promieniowania?

I tu zaczyna się gdybanie czy wręcz przechadzanie się po dziale science-fiction. Jesteśmy na początku roku 2024, a nie wygląda na to, aby ludzkość (a przynajmniej tzw. zwykli ludzie) była specjalnie przygotowana do ochrony życia i zdrowia (zakładając, rzecz jasna, że groźba przebiegunowania jest realna w 2024 r.).  

Wydaje się, że jest wręcz przeciwnie, a do tej smutnej konkluzji dochodzę na podstawie subiektywnej obserwacji przebiegu niedawnych zdarzeń. Takich jak chociażby słynna „zaraza”, ściśle powiązana z promocją wątpliwej, by nie powiedzieć „zabójczej” jakości narzucanych „środków zaradczych”, jak również wzrastająca ilość bezwzględnych konfliktów, przed którymi bynajmniej nie chronią żadne światowe organizacje, a głosów nawołujących do opamiętania i pokoju nie słychać wśród szumu przeliczanych pieniędzy okupionych krwią niewinnych ludzi…

Wygląda na to, że czy z widmem przebiegunowania, czy bez niego, dążymy do samounicestwienia.

Kiedy zrozumiemy, że nasza planeta (odwołując się do słów dr. Aleksandra Woźnego, fizyka nuklearnego, na którego badaniach opierał się również Krzysztof Nowak) jest delikatna jak jajko?

Miejmy nadzieję, że żaden kraj lub naród nie poczuje się „wybrańcem” i nie zrzuci bomby atomowej w imię swoich racji. Na chwilę obecną taka ewentualność zdaje się może nawet bardziej prawdopodobna niż jakiekolwiek przebiegunowanie.

I faktycznie, cytując Miłosza, może okazać się, że „innego końca świata nie będzie”. Patrząc na otaczającą nas rzeczywistość zdaje się, że bliżej nam do samozagłady niż do naturalnych katastrof.

Zamiast więc pytać, czy przebiegunowanie będzie mieć miejsce w 2024 r., może wypadałoby zapytać, czy w ogóle do niego dotrwamy?

Źródła i inspiracje:

Wielkie zmiany małej Ziemi, dostęp: 30.11.2023;

Dr Aleksander Woźny rozmowa cz. 2. Sensacyjne badania Rosjan – struktura Ziemi, dostęp: 30.11.2023;

„Bieguny magnetyczne zamienią się miejscami jeszcze za naszego życia? Wszystko stanie na głowie”, dostęp: 30.11.2023.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 209 / (1) 2024

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również: