fbpx

Książka

Illich i „Medyczna Nemezis…”. Czy rozwój medycyny zabija naszą autonomię? Analiza książki

dom przy ulicy
fot. Weronika Kursa

Weronika Kursa

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 146 / (42) 2022

„Cywilizacja rośnie, istota ludzka maleje. Wytwory ludzkich rąk pną się w górę i stoją, sam człowiek leży w upadku” – te słowa Antoniego Libery, nie dość, że niezwykle trafnie opisują naszą rzeczywistość, to mogłyby być także mottem przewodnim książki będącej tematem niniejszego artykułu – „Medyczna Nemezis. Wywłaszczenie zdrowia” napisanej przez Ivana Illicha w latach 1974-1976.

Niestety, nie jest to oficjalny tytuł polskiego tłumaczenia, gdyż praca Illicha „Medical Nemesis: The Expropriation of Health” w ogóle się takowego nie doczekała. Dlaczego? Być może dlatego, że (cytując najsłynniejszą internetową encyklopedię) książka ta „została w większości zignorowana przez środowiska medyczne”. To chyba wystarczający powód, żeby błyskotliwą pracę (której objętość niemalże równa się objętości jej bibliografii) zatopić w oceanie zapomnienia.

Esej Illicha

Tymczasem okazuje się, że ten obszerny esej napisany w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku był przestrogą przed tym, co spotkało cywilizację po 2020 r., a zatem przed niepohamowaną ekspansją niszczycielskiej strony medycyny jako nauki, która nie tylko zamieniła klinikę w laboratorium, ale przede wszystkim zabiła wszelkie resztki autonomii ludzi, udaremniając ich zdolność do reagowania na wyzwania i radzenia sobie ze zmianami w ich ciałach i w ich środowisku. (I tym oto jednym nieostrożnym zdaniem „na dzień dobry” pozbawiłam się z pewnością pewnego procenta czytelników…) Może zatem lepiej subiektywne konkluzje zostawić na koniec, a zacząć po prostu od omówienia i zarazem przedstawienia polskiej publiczności tego niedocenionego traktatu.

Trzeba jednak podkreślić, że czytany w dzisiejszym świetle niektórym odbiorcom może wydać się oczywisty, znikomie, jeśli w ogóle, odkrywczy. Wobec powyższego, podczas lektury cały czas pamiętajmy, że jesteśmy w roku 1976.  

Wspomniana już popularna internetowa encyklopedia streszcza „Medyczną Nemezis” następująco: jest to „opracowanie (…) poświęcone krytyce współczesnej medycyny i instytucjonalnej opieki zdrowotnej”, o samym zaś Illichu dowiadujemy się nie tylko, że był austriackim filozofem (1926-2002), ale również krytykiem współczesnego społeczeństwa „z pozycji anarchistycznych”. Trudno oczekiwać szczegółowych streszczeń i objaśnień, natomiast stwierdzenie, że Illich zajmuje się jedynie krytyką współczesnej mu medycyny konwencjonalnej byłoby dużym uogólnieniem, o czym zresztą się przekonamy.

Autor ma równie wiele do zarzucenia uprzemysłowionym społeczeństwom, w których ludzie uwarunkowani są zdecydowanie bardziej na zdobywanie niż tworzenie; chcą być nauczani, kierowani, leczeni lub prowadzeni, a nie uczyć się, uzdrawiać i, po samodzielnych poszukiwaniach, odnajdywać własną drogę.

To społeczeństwa, w których bezosobowym instytucjom przypisuje się osobiste funkcje. Z drugiej zaś strony Illich, w dzisiejszym kontekście, mimo wszystko nie mógłby dostać etykietki wywrotowca, czy (uwaga: słynne, nadużywane i to często w złym kontekście słowo) „antyszczepionkowca”. Doceniał szczepienia przeciwko ospie, lek na malarię – chininę, czy „Ipecac” przeciwko czerwonce. Ponadto, pomimo tak dużej krytyki wobec medycyny i instytucji medycznych, za głównego winowację zdaje się jednak uważać społeczeństwo, a nie sam przemysł farmaceutyczny.

Efektywność lekarzy

Zacznijmy od tego, że Ivan Illich efektywność lekarzy uważa za iluzję, podobnie jak powiązywanie zmian w zakresie zdrowia ludzi z lepszą opieką medyczną. Dowodzi, że 2/3 zgonów związanych jest z chorobami wieku starszego, zaś młodzi ludzie częściej umierają w wyniku wypadków, napadów lub samobójstw. Z kolei szkody wyrządzone przez medycynę dla zdrowia jednostek i populacji uważa za znaczące, co jest według niego faktem tak samo dobrze udokumentowanym, jak tłumionym.

Przykładem na poparcie tych twierdzeń ma być to, że cholera, czerwonka i tyfus osiągnęły swój szczyt jak i spadek poza kontrolą lekarzy, a 90% spadku umieralności między 1860 r. a 1965 r. nastąpiło przed wprowadzeniem antybiotyków i powszechnej immunizacji, co częściowo zawdzięczamy następującym czynnikom: poprawie warunków mieszkaniowych, zmniejszeniu szkodliwości (wirulencji) mikroorganizmów, czy też większej odporności powiązanej z lepszym odżywianiem.

Kontrastuje to z sytuacją w biednych krajach, gdzie biegunka i infekcje górnych dróg oddechowych występują częściej, trwają dłużej i skutkują wysokim wskaźnikiem śmiertelności bez względu na zapewnioną tam opiekę medyczną. Mniejsza liczba zgonów dzieci jest zaś kwestią higieny (powszechne środki antyseptyczne). Znów, w biednych krajach umiera ich znacznie więcej, co tylko świadczy o totalnym braku szacunku wobec śmierci dziecka. Autor zarysowuje również pokrótce „politykę mleczną” w Chile, gdzie rezygnacja z mleka matki zastąpionym mlekiem z butelki wyrządziła więcej szkody niż pożytku (odejście od naturalnych mechanizmów odpornościowych, stres emocjonalny niemowląt). Z jednej więc strony lekarze byli pionierami antyseptyki, szczepień i suplementów diety, lecz z drugiej strony, angażując się w reklamowanie przejścia na butelkę, przyczynili się do „uformowania” nowoczesnego dziecka, zapewniając tym samym przemysłowi pracujące matki – klientki industrialnej formuły. 

To imponująca technologia medyczna w połączeniu z egalitarną retoryką stworzyły wrażenie, że współczesna medycyna jest wysoce skuteczna, jednakże długość życia nie jest zależna od ilości lekarzy, liczby łóżek czy chirurgicznych interwencji. Tymczasem, samo leczenie medyczne według Illicha bywa nie tylko bezużyteczne, ale i szkodliwe.

Dochodzimy tu do kluczowego terminu, jakim jest „jatrogenia” – jatrogenny, tj. będący niekorzystnym dla pacjenta następstwem leczenia – „jatrogenia kliniczna” to innymi słowy mnogość skutków ubocznych prowadzonych terapii. Autor twierdzi, że współcześnie (uwaga, lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku) tylko niedożywienie szkodzi większej liczbie osób niż jatrogenna choroba w jej różnych przejawach.

Medycyna od zawsze była potencjalnie szkodliwa, ale jej niechciane efekty uboczne znacznie się zwiększyły. Illich uważa wręcz, że praktyka medyczna sponsoruje chorobę, wzmacniając chorowitość społeczeństwa, zachęcając ludzi do stania się konsumentami medycyny leczniczej, zapobiegawczej, przemysłowej i środowiskowej.

Jatrogenia czyli co?

Częstotliwość zgłaszanych wypadków w szpitalach jest wyższa niż we wszystkich branżach z wyjątkiem kopalni i budownictwa wysokościowego. Kto więc ponosi za te szkody odpowiedzialność? Okazuje się, że lekarze są narażeni jedynie na zarzut działania wbrew kodeksowi medycznemu, o nieumiejętne wykonanie zaleconego leczenia lub o zaniechanie (spowodowane czy to chciwością, czy lenistwem). Problem polega na tym, że większość szkód wyrządzonych przez współczesnego lekarza nie mieści się w żadnej z tych kategorii. Niepożądane skutki uboczne zatwierdzonych, błędnych, bezdusznych lub sprzecznych z technicznymi przepisami kontaktów z systemem medycznym stanowią jedynie pierwszy poziom medycyny patogennej, chorobotwórczej (jatrogenia kliniczna).

Jatrogenię drugiego stopnia Illich określa mianem jatrogenii społecznej, która przejawia się „hipermedykalizacją” społeczeństwa, będącą tym samym wywłaszczeniem zdrowia. Samą „medykalizację” możemy tłumaczyć jako polityczną transmisję jatrogennej choroby. Dokładniej zaś, medykalizacja (jako termin socjologiczny) opisuje „proces, w wyniku którego pewne rejony życia społecznego stają się domeną medyczną i, są kolonizowane przez przedstawicieli służby zdrowia”.

Ten typ jatrogenii pojawia się, gdy biurokracja medyczna kreuje złe samopoczucie poprzez wzmożenie stresu, pogłębianie upośledzających zależności, generowanie nowych bolesnych potrzeb, obniżając poziom tolerancji na ból, zmniejszając swobodę, którą ludzie są skłonni dać jednostce, gdy ta cierpi, a nawet znosząc prawo do samoopieki. Z jatrogenią społeczną mamy do czynienia w momencie, w którym każde cierpienie musi być „hospitalizowane”, a domy stają się nieodpowiednie do rodzenia, chorowania i do umierania; gdy język, poprzez który ludzie mogą doświadczać obcowania z własnym ciałem zmienia się w biurokratyczny bełkot oraz gdy cierpienie i leczenie się poza szpitalem uznane jest za przejaw szaleństwa.

Podobnie jak jej kliniczny odpowiednik, jatrogenia społeczna może eskalować od przypadkowej cechy w nieodłączną cechę systemu medycznego. Czy jest aż tak źle? Illich chyba nie miał żadnych złudzeń, uważał bowiem, że medycyna w znacznym stopniu jest jatrogenna i utrzymuje społeczeństwo w słabości, zaś kontrola społeczna populacji przez system medyczny przeistacza się w główną ekonomiczną aktywność. Patrząc na to stwierdzenie w roku 2022, trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości… (A niech to, licho znów podpuszcza autorkę do wysnuwania przedwczesnych, okropnie subiektywnych konkluzji…)

Medycyna a moralność

Filozof przyrównuje medycynę do „moralnego przedsiębiorstwa”, które, niczym prawo i religia definiuje, co jest normalne, odpowiednie czy pożądane. Medycyna ma władzę: jednego może mianować niezdolnym do pracy bądź chorym, nawet mimo jego dobrego samopoczucia, a komuś innemu odmówić pomocy, uznając jego ból za „subiektywny”. Lekarz jest więc niczym ksiądz decydujący o tym, co jest przejawem świętości a co grzechu; bądź niczym prawnik, decydujący o tym, co jest legalne, a kto jest winny, bo złamał prawo – decyduje bowiem o tym, co jest symptomem i kto jest chory. Tym samym lekarz wyposażony jest w niemal inkwizycyjną moc, by naprawiać to, co według niego jest złe. Medycyna, jak wszystkie krucjaty, tworzy nową grupę outsiderów za każdym razem, gdy tworzy nową diagnozę.

Paradoksalnie, zachodnia medycyna bezprecedensowo rozszerzyła swoją władzę, przy której zachowaniu ponad prawem i religią upierała się już od dawna. Doszło do tego, że w niektórych przemysłowych społeczeństwach absolutnie każde odchylenie od normy musi mieć swoją nazwę, koniecznie musi zostać uznane za nową „chorobę”.

Krótko mówiąc, rozwód medycyny z moralnością został według Illicha usprawiedliwiony tym, że kategorie medyczne, w przeciwieństwie do kategorii prawnych czy religijnych, opierają się na naukowych fundamentach, zwolnionych z oceny moralnej. (Diabeł znów kusi…: a więc to takie proste, wystarczy zwolnić daną dziedzinę z oceny moralnej i… „hulaj dusza, piekła nie ma”?). Wszystko jednak wskazuje na to, że owszem, hulaj dusza, ale w piekle żyjemy od dawna… Na dowód tego, opiszemy poniżej kilka przejawów jatrogenii społecznej, jakimi są (za Illichem): medykalizacja budżetu, farmaceutyczna inwazja, diagnostyczny imperializm, stygmatyzacja prewencyjna, czy też zrytualizowanie kryzysu – medykalizacja opieki terminalnej.

Jeśli chodzi o medykalizację budżetu, to trzeba zauważyć, że od 1950 r. koszt utrzymania pacjenta w szpitalu przez jeden dzień w USA wzrósł o 500%. (Chodzi rzecz jasna o dane z lat 70.) Koszty administracyjne eksplodowały od 1964 r. siedmiokrotnie, koszty laboratoryjne wzrosły pięciokrotnie. Koszty Medicaidu (państwowego programu pomocy socjalnej w USA dla osób i rodzin, których dochody są niewystarczające, by zapłacić za opiekę zdrowotną) zwiększyły się trzy razy szybciej niż liczba obsługiwanych osób. Nie ma precedensu dla podobnie trwałej ekspansji w żadnym innym z głównych sektorów gospodarki cywilnej. Na ironię zakrawa więc fakt, że podczas tego wyjątkowego boomu w ochronie zdrowia Stany Zjednoczone ustanowiły kolejny „rekord”, gdyż okazuje się, że pomimo eksplozji kosztów przeznaczonych na „ochronę zdrowia” średnia długość życia dorosłych amerykańskich mężczyzn zaczęła się zmniejszać, a obecnie oczekuje się, że będzie się zmniejszać jeszcze bardziej.

Wskaźnik umieralności amerykańskich mężczyzn w wieku od 45 do 54 lat jest stosunkowo wysoki. Z każdych 100 mężczyzn w Stanach Zjednoczonych, którzy kończą 45 lat, tylko 90 doczeka 55 urodzin, podczas gdy w Szwecji 95 przeżyje dekadę. Szwecja, Niemcy, Belgia, Kanada, Francja i Szwajcaria doganiają jednak Stany Zjednoczone: zarówno ich współczynniki umieralności dorosłych mężczyzn w zależności od wieku, jak i globalne koszty leczenia gwałtownie rosną. Można pokusić się o ironiczne stwierdzenie, że im więcej pieniędzy wpompowuje się na pomoc chorym ludziom, tym więcej ludzi umiera… Co ciekawe, propozycja zmniejszenia wydatków na opiekę medyczną w USA z ich obecnego (tj. lata 70.) poziomu ok. 100 miliardów do ich poziomu z 1950 wynoszącego 10 miliardów nigdy nawet nie stanie się kontrowersyjna, ponieważ ci, którzy ją postulują, są szybko dyskredytowani jako bezduszni zwolennicy dzieciobójstwa lub masowej eksterminacji biednych.

Kolejny, tragiczny w skutkach przejaw jatrogenii społecznej to oczywiście (powszechnie znana dziś nawet bardziej niż w czasie pisania tej książki) farmaceutyczna inwazja. Filozof zauważa, że kiedyś niewiele leków przepisywanych w Houston czy Madrycie moglibyśmy nabyć w Meksyku (najwyżej w zona rosa). Dziś znajdziemy tam trzy razy więcej aptek niż w USA, z kolei w Brazylii znajdziemy leki niedopuszczone do użytku gdzie indziej. A przecież „leki zazwyczaj wyrządzają więcej szkody niż korzyści, a ciało jest niczym maszyna napędzana przez mechaniczne przełączniki”…

Na poparcie tej tezy Illich przytacza aferę z lekiem, jakim był Chloramfenikol. „W latach 60. lek ten był pakowany jako Chloromycetin przez Parke-Davis i przynosił około 1/3 ogólnych zysków firmy. Do tego czasu od kilku lat wiadomo było, że ludzie, którzy biorą ten lek, mogą umrzeć na niedokrwistość aplastyczną. Tyfus jest właściwie jedyną chorobą, która mogłaby kwalifikować do przyjmowania tej substancji. Przez późne lata pięćdziesiąte i wczesne sześćdziesiąte, Parke-Davis, nie zważając na silne kliniczne przeciwwskazania, wydał duże sumy na promocję swojego „zwycięskiego” lekarstwa. Lekarze w Stanach Zjednoczonych przepisywali chloramfenikol prawie czterem milionom ludzi rocznie, aby leczyć ich na trądzik, ból gardła, przeziębienie, a nawet takie drobiazgi jak zainfekowany paznokieć u nogi. Jako że tyfus w Stanach Zjednoczonych występuje rzadko, nie więcej niż jedna na 400 osób, którym podano lek, istotnie „potrzebowała” leczenia. W przeciwieństwie do talidomidu, który szpeci, chloramfenikol zabija: usuwa swoje ofiary z pola widzenia, a setki z nich w Stanach Zjednoczonych zmarło bez diagnozy”. (Co ciekawe, obecnie Parke-Davis jest spółką wchodzącą w skład koncernu farmaceutycznego Pfizer…)

Biznes farmaceutyczny

Biznes farmaceutyczny w ogóle ma się bardzo dobrze: tylko w ciągu roku w USA skonsumowano 20 ton aspiryny (około 225 tabletek na osobę). W Wielkiej Brytanii, jedna na dziesięć nocy snu jest wspomagana przez lekarstwo nasenne: 19% kobiet i 9% mężczyzn bierze przepisywane przez lekarza leki nasenne każdego roku. Uzależnienie od przepisywanych na receptę leków nasennych wzrosło o około 290% od 1962 r.

Według Illicha „modne” stało się obwinianie międzynarodowych firm farmaceutycznych za wzrost nadużywania leków przepisywanych przez lekarzy; ich zyski są wysokie, a kontrola nad rynkiem wyjątkowa. Przez piętnaście lat zyski przemysłu farmaceutycznego przewyższały zyski wszystkich innych przemysłów produkcyjnych notowanych na giełdzie. Ceny leków są kontrolowane i manipulowane: ta sama butelka, która sprzedaje się za dwa dolary w Chicago lub Genewie, gdzie jest produkowana, w biednym kraju, gdzie nie ma takiej konkurencji, sprzedaje się za dwanaście dolarów.

„Aby wypromować Valium, Hoffmann-La Roche wydał 200 milionów dolarów w ciągu dziesięciu lat i zlecał około dwustu lekarzom rocznie tworzenie artykułów naukowych na temat jego właściwości”.

Summa summarum, we wszystkich krajach lekarze coraz częściej pracują z dwoma grupami uzależnionych: tymi, którym przepisują leki, i tymi, którzy cierpią z powodu ich konsekwencji. Im bogatsza społeczność, tym większy odsetek pacjentów, którzy należą do obu tych grup.

Pomimo tylu przytoczonych przykładów, Illich zdaje się nie obwiniać przemysłu farmaceutycznego w stu procentach, bowiem za uzależnienie ludzi od leków wini społeczeństwo, czy też może wzorzec nadany społeczeństwu (lecz zapytajmy: nadany przez kogo? – znów diabeł subiektywizmu autorki dał o sobie delikatnie znać) zorientowane na nieograniczone wzbogacanie się. Choć trudno mi jest zgodzić się ze stwierdzeniem autora, że „obwinianie przemysłu farmaceutycznego za uzależnienie od leków na receptę jest tak samo nieistotne jak obwinianie mafii za używanie nielegalnych narkotyków” to i tak wypada je zacytować. Jednak już kilka stron dalej Illich znowu daje przykład właściwie nokautujący przemysł farmacetyczny: wykazuje, że w 1962 roku, kiedy FDA (Agencja Żywności i Leków w USA) zaczęła badać 4300 leków na receptę, które pojawiły się od II wojny światowej, tylko 2 na 5 uznano za skuteczne. Wiele z nowych leków było niebezpiecznych, a wśród tych, które spełniały standardy FDA, niewiele z nich było ewidentnie lepszych od tych, które miały zastąpić.

Kolejnym przejawem tego negatywnego zjawiska jakim jest jatrogenia społeczna, jest, za Illichem, „diagnostyczny imperializm”. W praktyce wygląda to tak, że „medyczni biurokraci dzielą ludzi na tych, którzy mogą prowadzić samochód, tych, którzy mogą nie pracować, tych, którzy muszą być zamknięci, tych, którzy mogą zostać żołnierzami, tych, którzy mogą przekraczać granice, gotować lub uprawiać prostytucję, tych, którzy nie mogą ubiegać się o wiceprezydenturę Stanów Zjednoczonych, tych, którzy nie żyją, tych, którzy są kompetentni do popełnienia przestępstwa i tych, którzy mogą je popełnić. Każdy rodzaj certyfikatu zapewnia jego posiadaczowi specjalny status oparty na opinii medycznej, a nie obywatelskiej”. (Czy wytłuszczone fragmenty tego paragrafu o czymś nam nie przypominają?…)

Używany poza procesem terapeutycznym, ten zmedykalizowany status prowadzi do dwóch oczywistych rzeczy: (1) zwalnia posiadacza z pracy, więzienia, służby wojskowej lub więzi małżeńskiej, oraz (2) daje innym prawo do wkroczenia w wolność posiadacza poprzez umieszczenie go w instytucji lub odmówienia mu pracy. Ponadto, rozprzestrzenianie się certyfikatów medycznych może dać szkole, pracodawcom i politykom szereg nowych funkcji. W społeczeństwie, w którym większość ludzi jest certyfikowana jako dewianci, środowisko dla takich dewiacyjnych większości będzie przypominać szpital. A spędzenie życia w szpitalu jest, rzecz jasna, złe dla zdrowia…

Dopóki nie udowodni się, że obywatel jest zdrowy, zakłada się, że jest chory. W triumfalnie terapeutycznym społeczeństwie, każdy może stać się terapeutą, a ktoś inny jego klientem. Rola lekarza uległa rozmyciu. Zawody medyczne połączyły usługi kliniczne, inżynierię zdrowia publicznego i medycynę naukową. Lekarz ma do czynienia z klientami, którzy podczas każdego kontaktu z placówką zdrowia są jednocześnie obsadzani w kilku rolach. Są oni zamieniani w pacjentów, których medycyna bada i „naprawia”; w administrowanych obywateli, których zdrowe zachowanie jest kierowane przez medyczną biurokrację; i w króliki doświadczalne, na których nauka medyczna nieustannie eksperymentuje. Mamy tu, według filozofa, do czynienia z pretensjami do zapewnienia „totalitarnej opieki medycznej”.

Zdrowie przestało być naturalnym wyposażeniem każdej istoty ludzkiej, które, zakłada się, że posiada ona do czasu udowodnienia jej choroby, a stało się coraz bardziej oddalającym się celem, do którego ma się prawo na mocy sprawiedliwości społecznej.

„W chorobliwym społeczeństwie panuje przekonanie, że zdefiniowane i zdiagnozowane złe samopoczucie jest nieskończenie lepsze od każdej innej formy negatywnej etykiety lub od braku jakiejkolwiek etykiety. Jest lepsze niż dewiacje kryminalne czy polityczne, lepsze niż lenistwo, lepsze niż wybrana przez siebie nieobecność w pracy. Coraz więcej ludzi podświadomie wie, że ma dość swojej pracy, ale chce usłyszeć kłamstwo, że choroba fizyczna zwalnia ich z odpowiedzialności społecznej i politycznej. Oni chcą, aby ich lekarz występował jako prawnik i kapłan. Jako prawnik, lekarz zwalnia pacjenta z jego normalnych obowiązków i umożliwia mu spieniężenie funduszu ubezpieczeniowego, który był zmuszony stworzyć. Jako ksiądz, staje się wspólnikiem pacjenta w tworzeniu mitu, że jest on niewinną ofiarą mechanizmów biologicznych, a nie leniwym, chciwym lub zawistnym dezerterem w społecznej walce o kontrolę nad narzędziami produkcji. Życie społeczne staje się dawaniem i przyjmowaniem terapii: medycznej, psychiatrycznej, pedagogicznej, czy geriatrycznej. Domaganie się dostępu do leczenia staje się politycznym obowiązkiem, a certyfikacja medyczna potężnym narzędziem kontroli społecznej”.

W każdym społeczeństwie klasyfikacja chorób (nozologia) odzwierciedla organizację społeczną. Choroba, którą wytwarza społeczeństwo, jest ochrzczona przez lekarza nazwami, które biurokraci cenią. I tak np. „niezdolność do uczenia się”, „hiperkineza” lub „minimalna dysfunkcja mózgu” wyjaśniają rodzicom, dlaczego ich dzieci nie uczą się, służąc jako alibi dla szkolnej niechęci do nauki lub niekompetencji szkoły; wysokie ciśnienie krwi służy jako alibi dla narastającego stresu, choroba degeneracyjna dla degenerującej się organizacji społecznej.

Im bardziej przekonująca jest diagnoza, tym bardziej wartościowa wydaje się być terapia, tym łatwiej przekonać ludzi, że potrzebują jednego i drugiego; i tym mniej prawdopodobne jest, że będą się buntować przeciwko rozwojowi przemysłu. Związkowcy żądają najdroższej możliwej terapii nie z innego powodu niż dla perwersyjnej przyjemności odzyskania części pieniędzy które włożyli w podatki i ubezpieczenia, łudząc się, że w ten sposób zapanuje większa równość. Zanim choroba zaczęła być postrzegana przede wszystkim jako organiczna lub behawioralna ten, kto zachorował, mógł jeszcze znaleźć w oczach lekarza odbicie jego własnej udręki i uznania wyjątkowości jego cierpienia. Obecnie jego choroba zostaje mu odebrana i zamieniona w surowiec dla instytucjonalnego przedsiębiorstwa. Jego stan jest interpretowany zgodnie z zestawem abstrakcyjnych reguł w języku, którego nie rozumie. Uczy się go o obcych bytach, które lekarz zwalcza, ale tylko na tyle, na ile lekarz uzna to za konieczne, by zyskać współpracę pacjenta. Język zostaje przejęty przez lekarzy: chory zostaje pozbawiony sensownych słów dla swojej udręki, która jest jeszcze bardziej potęgowana przez językową mistyfikację.

„W rzeczywistości, przytłaczająca większość interwencji diagnostycznych i terapeutycznych, które ewidentnie przynoszą więcej dobra niż szkody mają dwie cechy: środki materialne do ich przeprowadzenia są niezwykle tanie, i mogą być opakowane i zaprojektowane do samodzielnego użycia lub zastosowania przez członków rodziny. Na przykład, cena tego, co jest znacząco prozdrowotne w kanadyjskiej medycynie jest tak niska, że te same zasoby mogłyby być dostępne dla całej populacji Indii za sumę pieniędzy, które teraz są tam trwonione na nowoczesną medycynę. Umiejętności potrzebne do zastosowania najbardziej ogólnie używanych pomocy diagnostycznych i terapeutycznych są tak elementarne, że staranne przestrzeganie instrukcji przez osoby, które są osobiście zainteresowane, prawdopodobnie zagwarantowałyby bardziej efektywne i odpowiedzialne stosowanie niż praktyka lekarska kiedykolwiek mogłaby”.

Medykalizacja życia

Medykalizacja poszczególnych etapów życia nie jest ani niczym przypadkowym, ani niczym pozytywnym. Kiedy społeczeństwo jest już tak zorganizowane, że medycyna może przekształcać ludzi w pacjentów, ponieważ są: nienarodzeni, noworodkami, w okresie menopauzy lub w jakimś innym „wieku ryzyka”, populacja nieuchronnie traci część swojej autonomii na rzecz swoich „uzdrowicieli”. Rytualizacja etapów życia nie jest oczywiście niczym nowym, nowością zaś jest intensywna ich medykalizacja.

Krótko mówiąc, życie stało się pielgrzymką do szpitali i na kontrole medyczne… Nadzór medyczny zmienił życie w serię okresów ryzyka, wymagających specjalnej kurateli.

Oznacza to, że życie zostało zredukowane do zjawiska statystycznego (podobnych słów używał ostatnio inny filozof, Giorgio Agamben, w kontekście najsłynniejszego, jak dotąd, wirusa XXI wieku), musi więc być planowane instytucjonalnie. Zaczyna się od badań prenatalnych i decyzji lekarza, czy i jak ma się urodzić dziecko, a kończy się na nakazaniu wstrzymania resuscytacji.

Czy medykalizacja etapów życiowych całkowicie pozbawiona jest sensu? Czy zapewnia jakąś zwiększoną ochronę dla ludzi w tzw. wieku ryzyka? Illich przyznaje, owszem, otacza nas relatywnie więcej ludzi starszych, ale bez względu na to, ile wezmą leków i jaką mają opiekę, żyją do 65 roku życia i jest to niezmienny wynik od przeszło stulecia. Najzwyczajniej w świecie, medycyna może zdziałać bardzo niewiele w kwestii chorób związanych ze starzeniem się, a jeszcze mniej w kwestii samego procesu i doświadczenia starzenia się. Nie może wyleczyć choroby sercowo-naczyniowej, chorób układu krążenia, większości nowotworów, zapalenia stawów, zaawansowanej marskości wątroby, a nawet zwykłego przeziębienia. Na szczęście można zmniejszyć część bólu, jaki odczuwają osoby starsze.

Niestety, większość terapii osób starszych, wymagająca profesjonalnej interwencji, nie tylko potęguje ich ból, ale także, jeśli jest skuteczna, przedłuża go. Autor dowodzi, że w domach dla starszych dochodzi do większej liczby zgonów, niż gdyby te osoby pozostały w swoim środowisku. Śmiertelność w ciągu pierwszego roku po instytucjonalizacji jest znacznie wyższa niż u osób, które pozostają w swoim przyzwyczajonym otoczeniu.

Tym samym, według Illicha, władza lekarza potwierdziła się najpierw w odniesieniu do starości, a następnie wkroczyła na teren wczesnej emerytury i klimakterium; podobnie jak władza nad salą porodową (zapoczątkowana w XIX wieku), rozprzestrzeniła się na żłobek, przedszkole i szkołę – zmedykalizowano niemowlęctwo, dzieciństwo i dojrzewanie. „’Przemysłowi’ rodzice, zmuszeni do prokreacji siły roboczej dla świata, do którego nikt, kto nie został zmiażdżony i uformowany przez 16 lat formalnej edukacji nie pasuje, czują się bezsilni, by osobiście zatroszczyć się o swoje potomstwo i w rozpaczy obsypują je lekami. Inżynieryjne podejście do tworzenia ekonomicznie produktywnych dorosłych uczyniło zgony w okresie dzieciństwa skandalem, upośledzenie przez wczesną chorobę publicznym wstydem, nienaprawione wady wrodzone widokiem nie do zniesienia, a możliwość eugenicznej kontroli urodzeń stała się preferowanym tematem międzynarodowych kongresów w latach 70.”.

Kolejnym przejawem omawianego tu negatywnego zjawiska, jest (zdaje się, że obecnie znana chyba bardziej niż kiedykolwiek przedtem – 2022 r.) stygmatyzacja prewencyjna. Sprawia ona, że ludzie zamieniani są w pacjentów nie będąc chorymi… (Znowu kusi komentarz przyrównujący ten ewenement do czasów współczesnych, ale spróbuję się powstrzymać). Osobista odpowiedzialność za przyszłość jednostki przechodzi w zarządzanie agencji… Illich dowodzi, że szuka się nowych chorób tylko po to, by móc przypisać je konkretnym osobom (a, jak wiadomo, odkrycie nowej choroby jest dumą dla naukowca). Wygląda więc na to, że zamiast szukać zdrowia, szuka się bezpieczeństwa poprzez zdiagnozowanie choroby.

Klasyczną demonstracją swego rodzaju tendencyjności był eksperyment przeprowadzony w 1934 roku. „W badaniu przeprowadzonym wśród 1000 jedenastoletnich dzieci ze szkół publicznych Nowego Jorku, okazało się, że 61% miało usunięte migdałki. Pozostałe 39% poddano badaniu przez grupę lekarzy, którzy wybrali 45% z nich do operacji usunięcia midgałków (tonsillektomii), a resztę odrzucili. Odrzucone uprzednio dzieci zostały ponownie zbadane przez inną grupę lekarzy, którzy zalecili tonsillektomię dla 46% z nich. Kiedy odrzucone dzieci zostały zbadane po raz trzeci, podobny odsetek został wybrany do tonsillektomii, tak że po trzech badaniach pozostało tylko 65 dzieci, którym nie usunięto migdałków”.

Diagnozy według Illicha są nie tylko stygmatyzujące, tendencyjne, ale często i błędne. Medycyna bowiem nie tylko przypisuje wątpliwe kategorie z inkwizytorskim entuzjazmem, ale robi to z taką częstotliwością, że żaden poważny system sądowy nie mógłby tego tolerować. „W jednym przypadku, autopsje wykazały, że ponad połowa pacjentów, którzy zmarli w brytyjskiej klinice uniwersyteckiej z diagnozą specyficznej niewydolności serca, w rzeczywistości zmarła na coś innego”.

Maszyny również nie wydają się być bardziej nieomylne. W konkurencji pomiędzy maszynami diagnostycznymi a ludzkimi diagnostami w 83 przypadkach zalecanych do operacji miednicy, badania patologiczne wykazały, że zarówno człowiek, jak i maszyna miały rację w 22 przypadkach; w 37 przypadkach komputer prawidłowo odrzucił diagnozę lekarza; w 11 przypadkach lekarze udowodnili, że komputer się mylił; a w 10 przypadkach zarówno człowiek jak i maszyna byli w błędzie.

Podsumowując, jednostka zostaje podporządkowana „wyższym potrzebom” całości, co prowadzi do tego, że procedury prewencyjne stają się obowiązkowe, a prawo pacjenta do nie wyrażenia zgody na własne leczenie znika, lekarz bowiem argumentuje, że musi on poddać się diagnozie, ponieważ społeczeństwo nie może sobie pozwolić na obciążenie procedurami leczniczymi, które byłyby jeszcze bardziej kosztowne.

Ostatnim już przejawem jatrogenii społecznej jest rytualizacja kryzysu i idąca z nią w parze medykalizacja opieki terminalnej. Filozof zauważa, że śmierć bez obecności lekarza staje się synonimem romantycznego warcholstwa, przywileju lub katastrofy. W ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat (przypomnijmy, jesteśmy w latach 70. ubiegłego wieku) odsetek Amerykanów, którzy umierają w szpitalu, wzrósł o jedną trzecią. Odsetek zgonów szpitalnych w innych krajach wzrósł jeszcze szybciej. Z drugiej strony, coraz większy odsetek nowo pozyskanych funduszy podatkowych przeznaczany jest na technologię przedłużania życia pacjentów terminalnych. Skomplikowane biurokracje selekcjonują 1 na 6 lub 1 na 3 Amerykanów (którym grozi niewydolność nerek) do utrzymania dializ. W efekcie otrzymujemy pacjenta uwarunkowanego ku rzadkiemu „przywilejowi” umierania w wykwintnych torturach. Ludzie myślą, że hospitalizacja zmniejszy ich ból albo że w szpitalu będą żyli dłużej.

Ani jedno, ani drugie prawdopodobnie nie jest prawdą. „Spośród osób przyjętych ze śmiertelnym stanem do przeciętnej brytyjskiej kliniki, 10% zmarło w dniu przyjazdu, 30% w ciągu tygodnia, 75% w ciągu miesiąca, a 97% w ciągu trzech miesięcy. W domach opieki dla osób w stanie terminalnym 56% umierało w ciągu tygodnia od przyjęcia. W terminalnym raku, nie ma różnicy w długości życia między tymi, którzy kończą w domu, a tymi, którzy umierają w szpitalu”. Według Illicha, niechęć pacjenta do samodzielnej śmierci czyni go tragicznie zależnym. Filozof, zdaje się, że nawet z niejakim smutkiem, konkluduje: „człowiek stracił dziś autonomię, by rozpoznać, kiedy jego czas nadszedł i by wziąć swoją śmierć we własne ręce”.

Dotychczas zajmowaliśmy się dwoma sposobami, poprzez które przewaga zmedykalizowanej opieki zdrowotnej staje się przeszkodą dla zdrowego życia: po pierwsze, jatrogenią kliniczną, która wynika z zastąpienia organicznych zdolności radzenia sobie z chorobą przez heteronomiczne zarządzanie, a po drugie, jatrogenią społeczną, w której środowisko jest pozbawione tych warunków, które dają jednostkom, rodzinom i sąsiedztwu kontrolę nad własnymi stanami wewnętrznymi i nad środowiskiem. Jatrogenia kulturowa stanowi trzeci wymiar medycznego zaprzeczenia zdrowia, kiedy to zawody medyczne wywierają jeszcze większy, zaprzeczający zdrowiu efekt „kulturowy”, ponieważ niszczą one potencjał ludzi do radzenia sobie z własnymi słabościami i niepowtarzalnością, niejako wysysając z nich wolę cierpienia w ich rzeczywstości.

Termin „cierpienie” stał się zresztą prawie bezużyteczny dla określenia realistycznej ludzkiej reakcji, ponieważ przywołuje przesądy, sadomasochizm lub protekcjonalne podejście bogatego człowieka wobec losu biednych. Profesjonalnie zorganizowana medycyna funkcjonuje jako dominujące przedsiębiorstwo moralne, które reklamuje ekspansję przemysłową jako wojnę przeciwko wszelkiemu cierpieniu. W ten sposób podkopuje zdolność jednostek do stawienia czoła rzeczywistości, wyrażania własnych wartości i zaakceptowania nieuniknionego i często nie do naprawienia bólu, upośledzenia, upadku i śmierci.

Być w dobrym zdrowiu to nie tylko odnosić sukcesy w radzeniu sobie z rzeczywistością, ale także cieszyć się z tych sukcesów; to znaczy móc czuć się żywym w przyjemności i w bólu; to znaczy pielęgnować, ale także ryzykować przetrwanie. Zdrowie i cierpienie jako doświadczane doznania są zjawiskami, które odróżniają ludzi od zwierząt. Wszystkie tradycyjne kultury wywodzą swoją funkcję higieniczną z tej zdolności do wyposażania jednostki w środki, które sprawiają, że ból staje się znośny, choroba lub niepełnosprawność zrozumiałe, a cień śmierci – znaczący.

Tam, gdzie kultura jest zmedykalizowana, tradycyjne nawyki świadomego i osobistego praktykowania cnoty higieny, są stopniowo ograniczane przez mechaniczny system. Medykalizacja stanowi rozległy program biurokratyczny oparty na negowaniu potrzeby każdego człowieka do radzenia sobie z bólem, chorobą i śmiercią.

Śmierć również zmieniła swoje znaczenie na przestrzeni wieków. Można to pokrótce podsumować następująco: ile musiało się zmienić od czasów wydania książki „know-how” o tym, jak umierać („Art And Craft to knowe ye well to dye”z 1491 r.), żeby jakoś się do tego ważnego wydarzenia przygotować, do momentu w którym znajdujemy się dziś (czy do momentu, w którym już znajdował się Illich w latach 70.), kiedy to ideałem stało się umieranie na intensywnej terapii… Wspominaliśmy już o tej zmianie przy kwestii rytualizacji kryzysu i medykalizacji śmierci, jednak kulturowa jatrogenia kładzie większy nacisk na całkowicie nowy obraz śmierci – „equal clinical death” (równa śmierć kliniczna), który jest nowym przejawem kontroli społecznej: społeczeństwo jest odtąd odpowiedzialne za zapobieganie śmierci każdego człowieka; leczenie (efektywne bądź nie) stało się obowiązkiem. Śmierć bez udziału lekarza w zasadzie już powinna być badana przez prokuraturę. Pacjenci od urodzenia potrzebują każdego rodzaju leczenia, jeśli chcą wieść życie „we właściwy sposób”.

Spotkanie z lekarzem staje się niemal tak samo nieuchronne jak spotkanie ze śmiercią. Illich przywołuje wyjątkowo okrutny przykład takiego „nieuchronnego” spotkania z lekarzem: „Znam kobietę, która bezskutecznie próbowała się zabić. Przywieziono ją do szpitala w śpiączce, z kulą utkwioną w kręgosłupie. Chirurg, stosując heroiczne środki, utrzymał ją przy życiu. Uważa jej przypadek za sukces: żyje, ale jest całkowicie sparaliżowana; nie musi się już martwić, że kiedykolwiek będzie próbowała popełnić samobójstwo”.

Medycyna jako forma gry

Illich uważa, że, jak wszystkie inne główne rytuały społeczeństwa przemysłowego, medycyna w praktyce przybiera formę gry. „Główną funkcją lekarza staje się funkcja arbitra. On jest agentem lub przedstawicielem „ciała społecznego”, którego obowiązkiem jest upewnienie się, że wszyscy grają zgodnie z zasadami. Reguły zabraniają oczywiście opuszczania gry i umierania w jakikolwiek sposób, który nie został określony przez arbitra. (…) Tylko kultura, która rozwinęła się w wysoko uprzemysłowionych społeczeństwach, mogła prawdopodobnie wywołać komercjalizację obrazu śmierci, który właśnie opisałem. W swojej ekstremalnej formie, „naturalna śmierć” jest teraz tym punktem, w którym ludzki organizm odmawia dalszego leczenia. Ludzie umierają, gdy elektroencefalogram wskazuje, że ich fale mózgowe uległy spłaszczeniu: nie wydają ostatniego oddechu lub umierają z powodu zatrzymania akcji serca. Społecznie akceptowana śmierć następuje wtedy, gdy człowiek staje się bezużyteczny nie tylko jako producent, ale także jako konsument. Jest to punkt, w którym w którym wyszkolony wielkim kosztem konsument musi w końcu zostać spisany na straty. Umieranie stało się ostateczną formą oporu konsumenckiego”.

Nic z tego, co dotąd tu przedstawiłam z „Medycznej Nemezis” austriackiego filozofa nie napawa optymizmem. Co gorsze, prezentowane tutaj myśli mają około 50 lat, więc z tej perspektywy od razu wyraźnie widać, w jakim kierunku poszedł nasz wspaniały świat… Illich owszem, uważał, że jatrogenia może być pod kontrolą, jeśli będzie rozumiana jako jeden z aspektów destrukcyjnej dominacji przemysłu nas społeczeństwem. Autor zauważał, że podobnie jak „ogłupiająca edukacja, autodestrukcyjna obrona militarna, dezorientująca informacja, czy niepokojące projekty mieszkaniowe, patogenna medycyna jest wynikiem przemysłowej nadprodukcji, która paraliżuje autonomiczne działanie”. Jednak dzisiaj możemy ze smutkiem skonstatować, że jego poglądy i jemu podobnych nie były „na topie”, podobnie jak nie są w dzisiejszym, już nie przemysłowym, a „usługowym”, coraz bardziej kapitalistycznym i niezmiennie nastawionym na konsumpcję społeczeństwie.

Dziś, zdaje się, że dokładnie jak wtedy, „towary i usługi zaśmiecają domeny wolności, a dbanie o siebie staje się coraz trudniejsze”. Uzdrowienie przestało być traktowane jako zadanie dla chorych, stało się produktem anonimowej agencji. Filozof przypomina, że do końca XIX wieku większość rodzin, nawet w krajach zachodnich, otrzymywała leczenie w dużej mierze znane. Nauczanie, transport czy leczenie były efektem pracy znajomych, konkretnych ludzi, a narzędzia potrzebne do jej wykonania były produkowane przez kogoś z rodziny lub miasta. Obecnie pewne umiejętności bezpowrotnie zanikają.

Na podobny (w tym wypadku negatywny) aspekt rozwoju cywilizacji zwraca uwagę polski pisarz współczesny, Wiesław Myśliwski, który w swoim eseju „Koniec wsi – przyszłość wsi” pisze tak: „Cywilizacja w coraz większym stopniu zaczęła wyręczać chłopów w wytwarzaniu żywności na własne potrzeby. Stół chłopski zastawiał się z wolna żywnością kupowaną w sklepie. Skończył się przysłowiowy chleb wiejski, a nazwa przeszła na jeden z gatunków chleba przemysłowego, co prawda ani w smaku, ani w jakości nie przypominającego pierwowzoru. Nie tylko chleb, skończyło się wiele przetworów i wytworów, zanikło wiele umiejętności. (…) Wieś kupująca mleko w sklepie – oto wymiar tego cywilizacyjnego dramatu”.

Jak jest dzisiaj?

Okazuje się, że wszystko to, przed czym przestrzegał Illich w 1976 r., nieustannie pogłębia się, pogarsza się sytuacja ludzka, wolność i autonomia jednostki naprawdę zanika. Wróćmy jednak jeszcze do „Medycznej Nemezis” i do aspektów, które już wtedy budziły wiele wątpliwości u filozofa: „15 lat temu niemożliwe byłoby usłyszeć, że sama medycyna może być zagrożeniem dla zdrowia. Na początku lat 60. Brytyjska NHS (National Health Service, co możemy przetłumaczyć jako Narodową Służbę Zdrowia) wciąż cieszyła się światową renomą, zwłaszcza wśród amerykańskich reformatorów. Instytucja ta, stworzona przez Alberta Beveridge’a, opierała się na założeniu, że w każdej populacji istnieje ściśle ograniczona liczba chorych, która, sprawiedliwie leczona, w końcu się zmniejszy.

Beveridge obliczył, że roczny koszt służby zdrowia będzie spadał, w miarę jak terapia będzie zmniejszała liczbę zachorowań. Planiści zdrowia i „ekonomiści dobrobytu” nigdy nie spodziewali się, że ponowne zdefiniowanie zdrowia przez Służbę Zdrowia poszerzy zakres opieki medycznej i że tylko ograniczenia budżetowe powstrzymają ją przed nieograniczonym rozwojem.

Nie przewidywano, że wkrótce w regionalnym badaniu przesiewowym tylko 67 z 1000 osób zostanie uznanych za całkowicie sprawnych, a 50% zostanie skierowanych do lekarza, podczas gdy w innym badaniu jedna na sześć osób nim objętych została określona jako cierpiąca na jedną do dziewięciu poważnych chorób. Nie przewidzieli również, że próg tolerancji dla codziennej rzeczywistości będzie się obniżał tak szybko, jak podważane będą kompetencje do samoopieki i że 1/4 ze wszystkich bezpłatnych wizyt u lekarza spowodowana będzie zwykłym przeziębieniem”. Planiści nie przewidzieli również „potrzeby stworzenia specjalnych szpitali zajmujących się łagodzeniem bólu terminalnego, na który cierpią zazwyczaj ofiary nieuzasadnionych lub nieskutecznych operacji na raka, ani potrzeby stworzenia innych łóżek szpitalnych dla osób dotkniętych chorobami wywołanymi przez leki”.

Opieka medyczna jest niepewna i nieprzewidywalna; wielu konsumentów wcale jej nie pragnie, nie wie nawet, że jej potrzebuje, w dodatku nie może z góry przewidzieć jej kosztów. Pacjenci, czy raczej konsumenci, nie mogą uczyć się na podstawie doświadczeń. Muszą polegać na dostawcy, który powie im, czy zostali dobrze obsłużeni. Nie mogą również „zwrócić” usługi, czy oddać jej do naprawy.

Trzeba zwrócić uwagę na to, że usługi medyczne nie są reklamowane tak jak inne towary, a producent wręcz zniechęca do porównywania. Po dokonaniu zakupu konsument nie może zmienić zdania (w trakcie leczenia). „Poprzez zdefiniowanie tego, co stanowi chorobę, producent medyczny ma prawo wybrać swoich konsumentów i wprowadzić na rynek pewne produkty, które będą wymuszone na konsumencie, w razie potrzeby, przez interwencję policji: producenci mogą nawet zlecać przymusowe areszty dla niepełnosprawnych i azyle dla umysłowo opóźnionych”…

Czy jatrogenii (pod każdą jej postacią) można w ogóle zapobiec? Czy można z nią walczyć? Z perspektywy tych prawie 50 lat zdaje się, że przytłaczająca większość ludzi nawet o tym nie myśli. Illich też chyba za bardzo w taką możliwość nie wierzył, kontrastując konsumentów General Motors z konsumentami opieki zdrowotnej: „Konsumenci, którzy zjednoczyli się, by zmusić General Motors do wyprodukowania dobrego (akceptowalnego) samochodu poczuli się  kompetentni, by zajrzeć pod maskę i opracować kryteria oszacowania kosztów czystszego układu wydechowego. Kiedy zrzeszają się w celu uzyskania lepszej opieki zdrowotnej, nadal wierzą (błędnie), że nie mają kwalifikacji do decydowania o tym, co powinno być zrobione dla ich jelit i nerek i ślepo powierzają lekarzowi prawie każdą naprawę”.

Międzykulturowe porównanie praktyk lekarskich również nie daje żadnych wskazówek, bo dlaczego recepty na witaminy wypisywane są siedem razy częściej w Wielkiej Brytanii niż w Szwecji, a leki na gamma globuliny są osiem razy bardziej powszechne w Szwecji niż w Wielkiej Brytanii? Dlaczego amerykańscy lekarze operują średnio dwa razy częściej niż Brytyjczycy? Wychodzi na to, że mediana pobytu w szpitalu różni się nie w zależności od dolegliwości, ale od lekarza: „w przypadku choroby wrzodowej – od 6 do 26 dni; w przypadku zawału serca, od 10 do 30 dni. Średnia długość pobytu we francuskim szpitalu jest dwa razy dłuższa niż w Stanach Zjednoczonych”.

Niestety, odkąd medycyna stała się produktem, a bezwolny pacjent przedmiotem, próby sprawowania racjonalnej kontroli politycznej nad produkcją medyczną opieki zdrowotnej konsekwentnie kończyły się niepowodzeniem. Przyczyna leży właśnie w naturze produktu nazywanego obecnie „medycyną”, tj. pakietu składającego się z chemikaliów, aparatury, budynków, specjalistów, dostarczonego do klienta. „To raczej dostawca, a nie jego klienci lub polityczny szef decyduje o wielkości opakowania produktu. Pacjent nie jest już podmiotem, któremu pomaga się wyzdrowieć, zostaje on zredukowany do przedmiotu, a jego ciało jest naprawiane. Jeśli pozwala się mu na udział w procesie naprawy, działa jako najniższy w randze uczeń. Często nie można mu nawet zaufać na tyle, by wziął tabletkę bez nadzoru pielęgniarki”.

Wiara w medycynę jako w naukę stosowaną wyrządza wiele szkody. Medycyna jako nauka leży bowiem na pograniczu: metoda naukowa przewiduje eksperymenty przeprowadzane na modelach, medycyna jednak eksperymentuje nie na modelach, lecz na ludziach.

Illich tak oto (dosyć bezwzględnie swoją drogą) definiuje lekarzy – „wyznawców” tej naukowej medycyny: „Lekarz, jako członek medycznej profesji, stanowi nierozerwalną część zespołu naukowego. Eksperyment jest metodą nauki, rezultaty jakie lekarz osiąga, są (czy mu się to podoba, czy nie) częścią danych naukowego przedsiębiorstwa. Każde leczenie jest kolejnym powtórzeniem eksperymentu ze statystycznym prawdopodobieństwem sukcesu. Medyczni technokraci promują interesy, a nie zaś potrzeby społeczeństwa. Lekarze korporacyjnie tworzą biurokrację badawczą. Medyczna nauka stosowana przez medycznych naukowców dostarcza „prawidłowego” leczenia niezależnie od tego, czy kończy się ono wyleczeniem, śmiercią czy  absolutnym brakiem reakcji ze strony pacjenta”.

Cóż, nawet żadne licho nie kusi już autorki artykułu do dodatkowych komentarzy, bo omawiany tu tekst „Medycznej Nemezis” właściwie mówi sam za siebie. Wypadałoby podsumować całość jakimś, choćby minimalnie optymistycznym akcentem. Zobaczmy, czy Illich dał nam w ogóle taką możliwość: „Coraz większe i nieodwracalne szkody towarzyszą obecnej ekspansji przemysłowej we wszystkich sektorach. W medycynie szkody te występują jako jatrogenia.” Przypomnijmy, jatrogenia jest kliniczna, gdy ból, choroba i śmierć wynikają z opieki medycznej; jest społeczna, gdy polityka zdrowotna wzmacnia organizację przemysłową, która generuje złe samopoczucie; jest kulturowa i symboliczna, kiedy sponsorowane przez medycynę zachowania i urojenia ograniczają witalną autonomię ludzi, poprzez podważanie ich kompetencji w dorastaniu, wzajemnej opiece i w starzeniu się; lub gdy interwencja medyczna upośledza osobiste reakcje na ból, niepełnosprawność, udrękę i śmierć. A tymczasem „większość środków zaradczych proponowanych obecnie przez inżynierów społecznych i ekonomistów w celu zmniejszenia jatrogenii obejmuje dalszy wzrost kontroli medycznych. Te tzw. środki zaradcze generują jatrogenne choroby drugiego rzędu na każdym z trzech krytycznych poziomów: czynią kliniczną, społeczną i kulturową jatrogenię samonapędzającą się”.

Świat optymalnego i powszechnego zdrowia to oczywiście świat minimalnych i jedynie sporadycznych interwencji medycznych. Zdrowi ludzie to ci, którzy żyją w zdrowych domach, na zdrowej diecie, w środowisku równie dobrym dla narodzin, wzrostu, pracy i śmierci, leczenia i umierania; to ludzie wspierani przez kulturę, która zwiększa świadomą akceptację ograniczeń populacji, starzenia się, bądź niepełnego wyzdrowienia i nieuchronnej śmierci. Zdrowi ludzie potrzebują minimalnej biurokratycznej ingerencji, by współżyć, rodzić dzieci, dzielić się ludzką kondycją i umierać. Świadomie przeżywana ułomność człowieka, jego indywidualizm i poczucie przynależności sprawiają, że doświadczenie bólu, choroby i śmierci stanowi integralną część jego życia. W miarę jak człowiek staje się uzależniony od zarządzania swoją intymnością, rezygnując z autonomii – jego zdrowie z pewnością się pogorszy.

Prawdziwy cud współczesnej medycyny jest diaboliczny. Polega on na umożliwieniu przetrwania nie tylko jednostkom, ale całym populacjom na nieludzko niskich poziomach zdrowia osobistego. Medyczna Nemezis (innymi słowy: medyczna bogini zemsty – czyżby chodziło o zemstę za bezmyślne stapianie się z konsumenckim trybem życia oraz za odrzucenie niezależności jednostki?) jest „negatywnym sprzężeniem zwrotnym organizacji społecznej”, która postawiła sobie za cel poprawę i wyrównanie szans każdego człowieka do autonomicznego radzenia sobie, a skończyła na całkowitym zniszczeniu tej autonomii.

Ivan Illich, Medical Nemesis: The Expropriation of Health

Źródła:
I. Illich, „Medical Nemesis. The expropriation of health”, Pantheon Books, New York, copyright 1976 by Random House, Inc.;

W. Myśliwski, „Koniec wsi – przyszłość wsi” w zbiorze „W środku jesteśmy baśnią”, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2022;

wikipedia.pl do haseł: „Ivan Illich”, „Medical Nemesis”, „medykalizacja”, dostęp: 07.10.2022

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 146 / (42) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również: