Książka

Jan Śpiewak: Ukradzione miasto

Ukradzione miasto okładka
Ukradzione miasto okładka

„Ukradzione miasto. Kulisy wybuchu afery reprywatyzacyjnej” to historia wieloletniego śledztwa obywatelskiego, poświęconego aferze reprywatyzacyjnej w Warszawie.

Jan Śpiewak odpowiada na pytanie, jak to możliwe, że w stolicy europejskiego kraju — tuż pod nosem najważniejszych urzędników, dziennikarzy uznanych tytułów prasowych i stacji telewizyjnych — przez lata kwitł nielegalny, niezgodny z Konstytucją i nierespektujący praw człowieka proceder przejmowania nieruchomości wartych fortunę. Czy to prawda, że w stołecznym urzędzie — jak twierdzi prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz — funkcjonowała „grupa przestępcza”? A może to sama prezydent stolicy stworzyła w ratuszu warunki do działania systemowej nieodpowiedzialności? Książka to studium „państwa z kartonu”, w którym wąska elita bogaci się na krzywdzie najsłabszych (z materiałów wydawcy)

Zachęcamy do lektury. Wydawnictwu Arbitror, wydawcy książki Ukradzione miasto…”, dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji.

Ukradzione miasto. Kulisy wybuchu afery reprywatyzacyjnej

[…] W latach 2007-2014 niemal codziennie oddawano w prywatne ręce nieruchomości warte fortunę. Wymagało to stworzenia gigantycznego aparatu administracyjnego służącego tylko zwracaniu kamienic i działek. Nie wywoływało to żadnej reakcji ze strony opinii publicznej i organów kontroli. Nacjonalizacja przeprowadzona w roku 1945 przez komunistyczne władze została zakwestionowana w latach 90. Był to cichy konsensus sądów i władz Warszawy. Skoro przedwojenni właściciele nie doczekali się odszkodowań, to my, żeby się pozbyć problemu, będziemy oddawać nieruchomości w naturze. Po 50 latach dekret Bolesława Bieruta zyskał drugie życie, ale miał odegrać zupełnie rolę niż w roku 1945. W Trzeciej Rzeczpospolitej nie służył do masowego wywłaszczenia właścicieli, ale stał się narzędziem do masowego uwłaszczenia. Oczywiście tylko dla nielicznych. Zaczął się czas dzikiej, koncesjonowanej reprywatyzacji. Zapoczątkowany wtedy stan chaosu w pierwszych dwóch dekadach XXI w. przyjął coraz trudniejsze do zaakceptowania rozmiary.

Mimo że opinia publiczna była informowana o szokujących przypadkach łamania prawa, nikt poza ofiarami reprywatyzacji – jak się zdawało – tego nie dostrzegał. W centrum miasta, na Krakowskim Przedmieściu, w zreprywatyzowanych kamienicach ludzie żyli bez toalet, wody i światła. Tak zwani czyściciele kamienic stosowali brutalne metody, żeby się pozbyć otrzymanych w spadku” lokatorów. Masowe uwłaszczenie na mieniu komunalnym, którego beneficjentem była ledwie garstka osób, stało się pretekstem do powrotu stosunków społecznych znanych z kart starych kronik: „[…] właściciele kamienic […] dzierżą w silnych prawicach stare jak świat […] machiny do wyciskania i obdzierania ze skóry istot ludzkich. Machinami tymi są lokale, a jedyną operacją, jaką na nich wykonywać potrzeba, jest podwyższenie komornego […] Dziś położenie lokatorów jest bez wyjścia […]. Wszelkie odezwy i perswazje w zastosowaniu do gospodarzy są niewłaściwe i do niczego nie prowadzą, ludzie ci bowiem zasmakowali już w mięsie bliźnich swoich i nie odstąpią od tej strawy” [1].

Bolesław Prus opisywał kulturę chciwości i pogardy wobec słabszych, która panowała w Warszawie 150 lat temu. Za rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz słowa pisarza znowu stały się aktualne. W marcu 2011 r. zginęła Jolanta Brzeska. Była działaczką lokatorską, która walczyła z czyścicielami kamienic. Przez lata z mieszkania próbował ją wykurzyć nowy właściciel Marek M. Stało się to przedmiotem wielu spekulacji. W marcu 2013 r. jej spalone ciało znaleziono w Lesie Kabackim. Nawet to nie poruszyło sumień Warszawy.

Prokuratura prowadziła śledztwo pod kątem samobójstwa. Media w większości zignorowały wówczas tę sprawę. O mafii reprywatyzacyjnej mówili wtedy tylko wyrzucani z mieszkań lokatorzy. Nikomu nie mieściło się w głowie, by w biały dzień Bogu ducha winna kobieta mogła zostać porwana i zamordowana w takich okolicznościach.

Jeśli warszawska reprywatyzacja pojawiała się wówczas na łamach prasy, to najczęściej w pozytywnym kontekście. Wydawała się społecznie użyteczna i sprawiedliwa. Popierała ją prawica, która głosiła, że własność prywatna jest święta, poparli ją także liberałowie. Łączono to z antykomunistyczną retoryką i dobrze znanym refrenem: „trzeba oddać to, co ukradli komuniści”, „publiczne znaczy niczyje”, „opuszczone kamienice będą miały wreszcie gospodarza”. Reprywatyzację popierała także klasa średnia. Szczególnie ta, która nie uwłaszczyła się sama na mieniu spółdzielczym czy komunalnym. Ludzie, którzy zmuszeni zostali przez państwo z powodu złej polityki mieszkaniowej, a właściwie jej braku, brać 30-letnie kredyty na mieszkania, argumentowali: „Dlaczego lokatorzy komunalni mają zajmować ogromne lokale w centrum miasta za pół darmo? Niech wezmą kredyt, zmienią pracę i kupią sobie własne albo niech się przeprowadzą na przedmieścia”.

Władze Warszawy przez prawie 30 lat oddawały nieruchomości w prywatne ręce, tłumacząc się złym prawem i brakiem ustawy reprywatyzacyjnej. Dzisiaj wiemy, że był to tylko pretekst. Panujący chaos stanowił zasłonę dymną dla utrzymania przez lata dochodowego biznesu. W stanie chaosu wygrywają najsilniejsi. Gdy nie ma jasnych reguł, nie liczą się prawo i sprawiedliwość, ale kontakty, pieniądze i dostęp do ucha władzy. Interes kręciłby się jeszcze długo, gdyby nie dwa śmiertelne grzechy: niepohamowana chciwość oraz nieprawdopodobna wręcz pewność siebie i bezczelność tych, którzy na nielegalnym przejmowaniu nieruchomości dorobili się milionów złotych.


[1] B. Prus, [Cyt. za:) M. Nowak, Reprywatyzacja. Dziś położenie lokatorów jest bez wyjścia, „Gazeta Wyborcza”, 15 marca 2017.

Serce miasta

W piątek 22 kwietnia 2016 r. „Gazeta Stołeczna” opublikowała na pierwszej stronie artykuł pod tytułem: Kto zarobi na placu Defilad? [1]. Autorki – Iwona Szpala i Małgorzata Zubik – opisały sensacyjne kulisy zwrotu działki przy Pałacu Kultury i Nauki. Zgodnie z koncepcją Hanny Gronkiewicz-Waltz po obu stronach Sali Kongresowej miały powstać dwa wieżowce. Jak wiemy, jeden planował postawić Maciej M. Autorki tekstu ujawniały, że drugi drapacz chmur chciała zbudować nietypowa trójka wspólników: Janusz P. (bliski współpracownik mecenasa Roberta N.), siostra Roberta N., Marzena K., wysoka urzędniczka Ministerstwa Sprawiedliwości, oraz Grzegorz M., prezes Sądu Dyscyplinarnego Okręgowej Rady Adwokackiej. Całą trójkę reprezentował w postępowaniu reprywatyzacyjnym nie kto inny jak mecenas Robert N.

Marzena K. mogła się pochwalić wzorowym CV wysokiego urzędnika ministerialnego. Jak możemy przeczytać na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości: „Doktor psychologii, ukończone studia podyplomowe z zakresu profilaktyki społecznej i resocjalizacji na IPSIR UW, dr nauk prawnych o specjalności kryminologia. Zatrudniona w Ministerstwie Sprawiedliwości od 1992 r., obecnie na stanowisku Zastępcy Dyrektora Departamentu Praw Człowieka. Od 1998 r. mediator w sprawach karnych w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Z dniem 1 października 2001 r. mianowana urzędnikiem służby cywilnej. Wspólnie z prof. Dobrochną Wójcik przeprowadziła badania aktowe na temat funkcjonowania w Polsce mediacji w sprawach karnych. Autorka artykułów m.in. do «Palestry», «Przeglądu Więziennictwa Polskiego», «Archiwum Kryminologii», «Mediatora»” [2].

Decyzję o zwrocie Chmielnej 70 w ręce trójki wspólników podpisał Jakub R. Była to zresztą jedna z ostatnich decyzji, które podjął. Dwa miesiące później zrezygnował z pracy w warszawskim ratuszu. „Gazeta Stołeczna” ujawniła, że Jakuba i Roberta łączyły związki natury biznesowej i towarzyskiej. Podczas gdy decydowała się sprawa reprywatyzacji nieruchomości przy Pałacu Kultury i Nauki, duet ten starał się sprzedać pensjonat Salamandra w Kościelisku, niedaleko Zakopanego. Urzędnik, którego podpis figurował pod setkami decyzji zwrotowych, biegał razem z jednym z czołowych graczy na rynku reprywatyzacyjnym po Zakopanem w poszukiwaniu kupca. Był to rażący konflikt interesów. Jakub R. odszedł z pracy zapewne po to, by nie musiał wpisywać do oświadczenia majątkowego kilku milionów złotych zarobionych na tej operacji. Trudno byłoby mu wytłumaczyć, skąd takie sumy na koncie zwykłego urzędnika. Podejrzenia, że cała sprawa ociera się o korupcję, budził również fakt, że dwie trzecie działki przy Chmielnej 70 początkowo należało do obywatela Danii. W tym momencie właściwie cała historia z jej reprywatyzacją powinna się była zakończyć. Polska bowiem podpisała w 1953 r. umowę odszkodowawczą z państwem duńskim. Z punktu widzenia interesów naszego kraju była ona świetnie wynegocjowana. Na jej podstawie rząd polski wypłacił zryczałtowaną sumę odszkodowania za znacjonalizowane nieruchomości. Roszczenia wszystkich osób, które miały obywatelstwo duńskie, z dniem wejścia w życie układu, zostały zaspokojone. Fakt, że właściciel większościowego udziału w nieruchomości był obywatelem Danii w roku 1953, powinien więc zamknąć sprawę. Tak się jednak nie stało. W maju 2010 r. adwokatowi Robertowi N. udało się w Samorządowym Kolegium Odwoławczym unieważnić decyzję o nacjonalizacji. Urzędnicy kolegium zignorowali informacje o duńskim obywatelstwie właściciela nieruchomości. Chociaż nabywcy roszczeń nie byli stroną w postępowaniu o unieważnienie decyzji nacjonalizacyjnej, kolegium wydało im decyzję pozytywną. W listopadzie 2010 r., na wniosek Hanny Gronkiewicz-Waltz, rada miasta zmieniła plan zagospodarowania działki. Od teraz można na niej było wybudować wieżowiec. W 2012 r. prezydent miasta wydała rozporządzenie o sprzedaży sąsiadujących działek. Jak możemy przeczytać na stronie założonej przez samych inwestorów: „Płatność została podzielona na następujące transze: 5,3 miliona złotych netto (6,6 mln zł brutto) jako pierwsza opłata, a następnie niespełna 800 tysięcy złotych brutto rocznie przez okres 25 lat”. Jeśli podzieli się sumy zgodnie z udziałami w nieruchomości, to Grzegorz M. wydał na nią 3,3 miliona złotych. W sumie adwokat zainwestował w całą operację prawie 5 milionów złotych i co roku powinien uiszczać kolejne 400 tysięcy złotych za dzierżawę działki. Jak mówił przed komisją weryfikacyjną, były to oszczędności jego życia. Trudno uwierzyć, że osoba o takim rozeznaniu inwestuje wszystkie pieniądze, jakie posiada, w tak wątpliwy interes z szemranym biznesmenem i wysoką urzędniczką Ministerstwa Sprawiedliwości.

Na drodze reprywatyzacji nieruchomości nieoczekiwanie stanęli Maciej M. i jego adwokat Andrzej M. W grudniu 2010 r. oni równie kupili roszczenia do dwóch trzecich nieruchomości przy Chmielnej 70. Okazało się, że źle zainwestowali pieniądze. Rodzina, od której Maciej M. kupił roszczenia, sprzedała bowiem kamienicę w czasie wojny rzeczonemu Duńczykowi, potrzebując gotówki na uwolnienie członka rodziny z obozu koncentracyjnego. Andrzej M. złożył jednak do BGN-u wniosek o zwrot większościowego udziału w Chmielnej 70 w imieniu swojego klienta. Argumentował, że umowa zawarta w czasie wojny jest nieważna. Trzy dni później ratusz zwrócił się do Ministerstwa Finansów o listę osób, którym wypłacono odszkodowanie na podstawie umów z Danią, Francją i Holandią. Odpowiedź przyszła jeszcze tego samego dnia. Ministerstwo przekazało listę beneficjentów na płycie CD. Wśród nich było nazwisko Duńczyka z dopiskiem, że 35 tysięcy koron duńskich przeznaczonych na spłatę jego roszczeń znajdowało się w depozycie. Dla kreatywnych urzędników ratusza nie był to jednak żaden kłopot. W drugiej połowie 2011 r. Biuro Gospodarki Nieruchomościami zamówiło dwie ekspertyzy prawne w sprawie układów odszkodowawczych. Pierwszą u profesora Macieja Kalińskiego, drugą kilka miesięcy później u profesora Jana Barcza. Powoływał się na nie pełnomocnik Grzegorza M. i Roberta N. Te dwie ekspertyzy były „podkładką” dla „zwrotów” nieruchomości, za które Polska wypłaciła już odszkodowania w okresie PRL-u. Mecenas Andrzej M. mimo wszystko nie odpuszczał. W lutym 2012 r. wysłał do BGN-u dokumenty z Instytutu Pamięci Narodowej. Potwierdzały one, że Duńczyk miał duńskie obywatelstwo. Zgodnie z umową w sprawie interesów i mienia duńskiego w Polsce z dnia 26 lutego 1953 r. „po całkowitym zapłaceniu sumy 5 700 000 koron duńskich rząd duński będzie uważać za ostatecznie uregulowane wszystkie roszczenia duńskie, wyszczególnione w artykule I. Wynikiem tej regulacji będzie zwolnienie rządu polskiego w stosunku zainteresowanych duńskich i ich następców prawnych”. Urzędnicy BGN-u byli jednak uzbrojeni w ekspertyzy, które twierdziły, że wypłata odszkodowań nie przesądza o wygaszeniu roszczeń do nieruchomości. Zignorowali donos Andrzeja M. i pismo z Ministerstwa Finansów.

Marcin Bajko w połowie 2012 r. rozpoczął starania na rzecz „zwrotu” nieruchomości. Pierwszym krokiem było wydzielenie działki do reprywatyzacji. Początkowo musiało to wzbudzić opór urzędników, bo Bajko osobiście zaangażował się w tę sprawę. Działka była fragmentem trawnika i parkingu przed Pałacem Kultury i Nauki. Sprawę ujawnił dziennikarz portalu Onet, Andrzej Gajcy.

„Szef BGN-u Marcin Bajko w piśmie z 14 czerwca 2012 r. zobowiązał naczelnik Delegatury BGN w Śródmieściu do «bezzwłocznego podejmowania odpowiednich działań w stosunku do wszystkich spraw dotyczących nieruchomości położonych na pl. Defilad pod rygorem wyciągnięcia konsekwencji służbowych»1. Z informacji Onetu wynika, że pismo to przekazał osobiście urzędniczce sam Jakub R., który nakazał wydanie decyzji zatwierdzającej podział Chmielnej 70 w celu wydzielenia nieruchomości hipotecznej bez względu na to, czy cała nieruchomość hipoteczna mieści się w obszarze miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego w rejonie Pałacu Kultury i Nauki. Jak wynika z dokumentów – które widział Onet – decyzja ta została jeszcze tego samego dnia wydana przez naczelniczkę, co przyspieszyło możliwość przejęcia gruntów przez mecenasa Roberta N”. [3]

Onet ujawnił również, że w tym samym czasie Marcin Bajko udzielił prywatnej pożyczki Jakubowi R. w wysokości około… miliona złotych. Skąd Bajko miał do dyspozycji tak dużo wolnej gotówki? Raczej nie z pensji urzędnika. Musiałby nieźle oszczędzać przez kilkanaście lat. Szef BGN-u odmówił komentarza „z racji na grożącą mu odpowiedzialność karną za ujawnienie szczegółów śledztwa”. Przypomnijmy, że Bajko nie musiał przedstawiać swoich oświadczeń majątkowych, a prezydent miasta nie widziała w tym nic złego. We wrześniu 2012 r. trójka wspólników kupiła roszczenia do mniejszościowego udziału w nieruchomości przy Pałacu Kultury i Nauki od polskich spadkobierców. W listopadzie 2012 r. Jakub R. podpisał decyzję o zwrocie działki. W tym samym czasie urzędnik i mecenas Robert N. byli zaangażowani w interes w Kościelisku. ,,Gazeta Stołeczna” ujawnił aferę pod koniec kwietnia 2016 r. Wedle informacji Onetu pieniądze pożyczone przez Bajkę Jakubowi R. mogły pójść właśnie na zakup roszczeń do pensjonatu Salamandra w Kościelisku. Wyłaniał się z tego obraz wielowątkowej historii, która stała za budową wieżowca przy Pałacu Kultury i Nauki.

W lutym 2014 r. na podstawie rozporządzenia Hanny Gronkiewicz-Waltz ratusz oddał w użytkowanie wieczyste sąsiadujące działki inwestorom. Mogli już budować wieżowiec albo sprzedać działkę budowlaną z ogromnym zyskiem. Rzeczoznawcy wycenili sam grunt nawet na 160 milionów złotych.

Czemu inwestorzy tego nie zrobili? Być może wiedzieli o toczącym się dochodzeniu CBA. Śledczy w 2014 r. wiedzieli już o transakcji w Kościelisku. Podejrzewali, że podczas podpisywania aktu notarialnego z kanadyjską spadkobierczynią doszło do oszustwa. Robert N. wprowadził ją w błąd. Myślała, że sprzedaje roszczenie tylko do części spadku, a nie do całości, który obejmował jeszcze wille na Sadybie i działkę w Częstochowie. Robert N. odegrał przed nią teatrzyk. Przedstawił jej rzekomego kupca na nieruchomość na Podhalu. Był to jego znajomy, znany warszawski architekt Mariusz L., który projektował między innymi gmach Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, Kanadyjska spadkobierczyni myślała, że sprzedaje L. tylko roszczenia do pensjonatu w Kościelisku. Robert N. wykorzystał to, że bardzo słabo mówiła po polsku. Akt notarialny sprzedaży praw sporządził Piotr Siciński, stały współpracownik Roberta N., znany nam już z reaktywowania przedwojennych przedsiębiorstw. Mariusz L. tego samego dnia przekazał prawo do kupna roszczenia Alinie D. i Wojciechowi R.

Alina D. to matka Jakuba R., starsza pani adwokat, która broniła między innymi generała Władysława Ciastonia w procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszki. D. ma po generale mieszkanie w alei Szucha. Jej syn Jakub R. umieścił w nim swoją kancelarię po odejściu z ratusza. Mąż Aliny, Wojciech R., całe życie zajmował wysokie stanowiska w administracji publicznej. Przez trzy dni był nawet ministrem zdrowia w rządzie Marka Belki. Zrezygnował, jak oświadczył, z powodów zdrowotnych [4]. Wojciech R. i Alina D. sprzedali połowę praw do spadku synowi, a drugą połowę Robertowi N. Panowie kilka miesięcy szukali kupca na pensjonat w Kościelisku. Wreszcie 29 sierpnia 2012 r. podpisali umowę na sprzedaż nieruchomości z jednym z biznesmenów z Zakopanego.

W tekście „Gazety Stołecznej” [5], który ujawnił sprawę ,,działki Duńczyka” i wspólnego biznesu Jakuba R. i Roberta N. w Zakopanem nie padły wprawdzie nazwiska współwłaścicieli działki, za to wymieniono ich funkcje. Autorki artykułu napisały, że współwłaścicielem był prezes Sądu Dyscyplinarnego Izby Adwokackiej w Warszawie. Każdy członek ORA wiedział, o kogo chodzi – powszechnie szanowanego w środowisku Grzegorza M. Dzień po publikacji odbyły się wybory do władz Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie. Startował w nich właśnie M. Ubiegał się o stanowisko szefa rady. Artykuł, w którym pojawia się jego postać, został opublikowany na pierwszej stronie „Gazety Stołecznej”. Nie było możliwości, by żaden z kilkuset adwokatów biorących udział w głosowaniu nie wiedział o tej sprawie. M. startował pod hasłem „Wspólna Adwokatura #OdNowa”. Był od lat wykładowcą na zajęciach dla aplikantów adwokackich, gdzie prowadził zajęcia z… etyki. W 2014 r. decyzją Naczelnej Rady Adwokackiej otrzymał odznakę Adwokatura Zasłużonym. W swoim programie wyborczym zwracał się do warszawskich adwokatów w ten sposób: „Adwokaturę tworzą adwokaci i aplikanci adwokaccy. 20 lat przyglądania się adwokaturze skłoniło mnie do zdiagnozowania obecnego stanu Adwokatury. I ta diagnoza doprowadziła do smutnych wniosków. Zawód adwokata przestał być jednym z najbardziej szanowanych zawodów. […] Nieprzerwanie od 2004 r. pełnię w naszej izbie funkcję sędziego dyscyplinarnego i codziennie spotykam się z istotnymi problemami adwokatów – niezależnie od ich stażu zawodowego czy pozycji zawodowej. Ta wiedza pozwala rozumieć problemy kolegów, ale przede wszystkim pozwala prawidłowo zdiagnozować źródła tych problemów. […] Powinniśmy wspólnie spojrzeć #odNowa na rolę samorządu zawodowego w nowej rzeczywistości rynkowej. Na czele izby powinni stanąć odpowiedzialni ludzie, którzy dzięki swojemu doświadczeniu, wiedzy i zaangażowaniu są w stanie wspólnie i w sposób odpowiedzialny przeprowadzić zmiany, których celem będzie polepszenie sytuacji warszawskich adwokatów i aplikantów adwokackich”.

Zgromadzenie Izby Adwokackiej trwało dwa dni i nikt nie poruszył tematu wartej fortunę działki pod Pałacem Kultury i Nauki przejętej, jak wszystko na to wskazywało, niezgodnie z prawem przez ówczesnego prezesa Sądu Dyscyplinarnego ORA. Nikt nie poprosił go o wyjaśnienia. W tych samych wyborach rzecznikiem dyscyplinarnym, czyli „prokuratorem” izby adwokackiej, został Krzysztof Wąsowski. Adwokat był wcześniej współprzewodniczącym Komisji Majątkowej ze strony kościelnej. Gdy został wybrany na funkcję rzecznika dyscyplinarnego, ciążyły na nim zarzuty karne za wyrządzenie szkody w mieniu Skarbu Państwa na ponad 33 miliony złotych.

Dopuścił do tego, że kościół otrzymał na Śląsku grunty warte ponad sześć razy więcej niż wynosiła suma rekompensaty. Wcześniej miał zarzuty za podobną operację na warszawskiej Białołęce. Tam kościół otrzymał nieruchomość wartą 240 milionów złotych w zamian za utracony majątek wart zaledwie 30 milionów złotych. Prokurator w tym wypadku w końcu wycofał zarzuty wobec Wąsowskiego, bo uznał, że jako współprzewodniczący Komisji Majątkowej nie był urzędnikiem publicznym. Śledczy w Zabrzu nie byli tak łaskawi. Nie mieli wątpliwości, że nie dopełnił swoich obowiązków przy weryfikowaniu wartości nieruchomości, jakie były przyznawane kościołowi. „Prokuratorzy oskarżają go m.in. o wyrządzenie szkody w majątku Skarbu Państwa na ponad 33 miliony złotych. – Zaniechał swoich obowiązków, nie dopełnił ich przy weryfikowaniu nieruchomości, jakie były przyznawane kościołowi – wyjaśnia prok. Joanna Smorczewska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach. Chodzi m.in. o działki w Zabrzu liczące około 44 hektarów i – według strony kościelnej – warte około 6,5 miliona złotych. Zdaniem śledczych mec. Wąsowski jako wiceprzewodniczący Komisji Majątkowej powinien ustalić, że jej wartość w rzeczywistości była prawie 6-krotnie wyższa. Sprawa nie jest nowa. Akt oskarżenia m.in. przeciwko Wąsowskiemu został wysłany do Sądu Okręgowego w Krakowie już w 2011 r.”[6]

Krzysztof Wąsowski utrzymywał, że nie ukrywał informacji na temat zarzutów. ORA pod hasłami adwokatura #OdNowa wybrała na dziekana izby mecenasa zamieszanego w nielegalne przejęcie gruntu wartego 160 milionów złotych, a na człowieka, który miał ścigać przypadki łamania zasad etyki adwokackiej, osobę z zarzutami karnymi za reprywatyzację dóbr kościelnych. Świetny zespół do odnowy warszawskiej palestry. Wszyscy chcieli ten skandal przemilczeć. Nie było w tym nic dziwnego, podobnych spraw były wcześniej dziesiątki i nie niosły ze sobą specjalnych reperkusji.

Układ sił politycznych w kraju uległ jednak diametralnej zmianie. Wybory parlamentarne w październiku 2015 r. wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Prokuratorem Generalnym został Zbigniew Ziobro, szefem służb – Mariusz Kamiński. Nie mieli oni żadnego interesu, by patrzeć przez palce na to, co się dzieje z warszawską reprywatyzacją. Cztery dni po publikacji artykułu CBA poinformowało o trwającej kontroli w stołecznym ratuszu. Funkcjonariusze zabezpieczyli dokumentację dotyczącą reprywatyzacji nieruchomości w dzielnicy Śródmieście.

„Kontrolą objęto m.in. dokumentację dotyczącą postępowań administracyjnych prowadzonych przez Biuro Gospodarki Nieruchomościami dotyczących nieruchomości m.in. w dzielnicy Śródmieście. […] Funkcjonariusze Departamentu Postępowań Kontrolnych Centralnego Biura Antykorupcyjnego wszczęli w Urzędzie m.st. Warszawy kontrolę określonych przepisami prawa procedur podejmowania i realizacji decyzji w zakresie rozporządzania mieniem publicznym, wydawanych przez Prezydenta m.st. Warszawy, w szczególności na podstawie dekretu z dnia 26 października 1945 r. o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy w latach 2010-2016″.

Tego samego dnia w programie Fakty po Faktach w TVN24 wystąpiła Hanna Gronkiewicz-Waltz. Prezydent tłumaczyła, że kontrola to atak PiS za to, że ratusz walczy z rasizmem. Prowadzący program Piotr Marciniak zwrócił uwagę, że właściciel tej działki został spłacony na podstawie umów odszkodowawczych. Hanna Gronkiewicz-Waltz odpowiedziała: „To jest zupełnie inna interpretacja prawnicza niż nasza. Po pierwsze, Duńczyk urodził się w Królestwie Polskim, mieszkał w Polsce do końca lat 40. Miał dwa obywatelstwa. Indemnizacja (odszkodowanie – przyp. J.Ś.) dotyczy tylko niektórych nieruchomości i tylko tych, które są w spisie. Więc my interpretujemy zupełnie inaczej niż autorzy artykułu”.[7]

Ratusz początkowo przyjął dwie linie obrony. Pierwsza opierała się na zawężającej interpretacji układów odszkodowawczych. Druga na tym, że Duńczyk miał dwa obywatelstwa. Był również Polakiem, więc mógł się domagać zwrotu nieruchomości. Zapomniano, że Królestwo Polskie było prowincją imperium Romanowów. Prezydent szła w rozmowie z Piotrem Marciniakiem w zaparte. Stwierdziła, że proces reprywatyzacji jest czysty jak łza i sprawdzany na „cztery ręce”. Nie zgadzała się na określenie procederu przejmowania kamienic jako „dzikiej reprywatyzacji”: „Dla mnie to normalna reprywatyzacja” i drwiła, że „ciągle protestuje, bez przerwy protestuje Jan Śpiewak”. Ratusz chciał sprawę przeczekać i zrzucić ewentualną odpowiedzialność na Ministerstwo Finansów. To ono miało nie poinformować, że Chmielna 70 znajduje się w spisie przekazanym przez rząd. Ministrem Finansów był wówczas kolega Hanny Gronkiewicz-Waltz z Platformy Obywatelskiej Jan Vincent Rostowski. Dwa dni po wywiadzie prezydent w TVN24 zorganizowaliśmy konferencję prasową, w której wnioskowaliśmy do władz miasta o wznowienie postępowania reprywatyzacyjnego w sprawie Chmielnej 70. Pisałem wtedy na facebookowym profilu Miasto Jest Nasze: „Dzisiaj przed warszawskim ratuszem zaapelowaliśmy do Hanny Gronkiewicz-Waltz o ponowne wszczęcie postępowania reprywatyzacyjnego względem nieruchomości położonej przy Pałacu Kultury (dawna Chmielna 70). Jak wynika z umowy, do której dotarliśmy, między rządem Danii a rządem PRL WSZYSCY obywatele duńscy zostali objęci umową o spłacie roszczeń. Hanna Gronkiewicz-Waltz w Faktach po Faktach mówiła, że ma inną interpretację prawną niż Ministerstwo Finansów […]. Dlaczego Pani Prezydent nie poszła do sądu z tą sprawą, jeśli miała wątpliwości, tylko oddała działkę w prywatne ręce? Miasto Jest Nasze złoży również powiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez Marcina Bajkę, dyrektora Biura Gospodarki Nieruchomościami, który naszym zdaniem nie dopełnił obowiązków służbowych. Hanna Gronkiewicz-Waltz powinna walczyć o każdą działkę i kamienicę do końca, tak by nie było najmniejszych wątpliwości, że zwrot nieruchomości jest legalny. Zamiast tego urzędnicy podlegający Pani Prezydent nie honorowali wyroków Trybunału Konstytucyjnego, NSA i stanowiska Ministerstwa Finansów i ochoczo oddawali najdroższe w Polsce działki. Najdroższe, bo wcześniej Pani Prezydent w pośpiechu zmieniła plan zagospodarowania terenu okolic PKiN, podwyższając możliwą zabudowę z 30 metrów do ponad 250. Pani Prezydent, czekamy na wznowienie postępowania i dymisje w BGN-ie. Jeśli Pani tego nie zrobi dla wszystkich, to będzie jasne, po której stronie Pani stoi i jakie interesy Pani reprezentuje. My stoimy po stronie obywateli i interesu publicznego. Pani będzie stać po stronie handlarzy roszczeń, partykularnych interesów i pogardy dla prawa”.

Zawiadomiłem również prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa: Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Pana Marcina Bajkę, dyrektora Biura Gospodarki Nieruchomościami m.st. Warszawy, i jego zastępcę Jakuba R. [nazwisko podane w pełnym brzmieniu – przyp. J. Ś.]
W związku z uzyskanymi przeze mnie w toku pełnienia funkcji Radnego Dzielnicy Śródmieście m.st. Warszawy oraz Przewodniczącego Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze informacjami, jak również w związku z docierającymi do opinii publicznej ustaleniami dziennikarzy śledczych informuję o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 231 Kodeksu karnego (Dz.U.1997.88.553. z późn. zm.) polegające na niedopełnieniu obowiązków służbowych, działając na szkodę interesu publicznego przez Pana Marcina Bajkę, dyrektora Biura Gospodarki Nieruchomościami m.st. Warszawy, w związku z nieprawidłowościami przy postępowaniu reprywatyzacyjnym działki przy Chmielnej 70. […]

Ukradzione miasto_okładka mała
Ukradzione miasto

Jan Śpiewak: Ukradzione miasto. Kulisy afery reprywatyzacyjnej, Wydawnictwo Arbitror, 2018.


[1] I. Szpala, M. Zubik, Kto zarobi na pl. Defilad? Ujawniamy kulisy reprywatyzacji, „Gazeta Stołeczna”, 22 kwietnia 2016.

[2] Rada ds. Pokrzywdzonych Przestępstwem, biografie członków ze strony internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości, <ms.gov.pl>.

[3] A. Gajcy, Milionowa pożyczka i naciski na urzędników. Kulisy reprywatyzacji Chmielnej 70, <wiadomości.onet.pl>, 27 lipca 2017.

[4] Zachowała się po nim oficjalna biografia: „Urodził się 26 września 1939 r. W Warszawie. W 1964 r. ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, tytuł zawodowy – radca prawny. W latach 1964-1973 pracował w instytucjach państwowych: Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Warszawie, Kancelarii Sejmu, Ministerstwie Gospodarki Komunalnej, Ministerstwie Handlu Zagranicznego. W latach 1974-1982 radca prawny. Od 1982 do 1991 r. radca prawny w Wydziale Finansowym Urzędu Stołecznego, a po jego przekształceniu w Izbie Skarbowej w Warszawie. W latach 1991-1992 wicedyrektor Departamentu Prawa Pracy w Ministerstwie Pracy i Polityki Socjalnej, od stycznia 1993 r. Dyrektor Departamentu Prawnego w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej. Od kwietnia 2004 r. radca prawny w Naczelnej Izbie Lekarskiej i Naczelnej Izbie Aptekarskiej. Od 1966 r. Członek ZSL, a następnie PSL. Jest żonaty, ma czworo dzieci.

[5] I. Szpala, M. Zubik, Kto zarobi na pl. Defilad? Ujawniamy kulisy reprywatyzacji, „Gazeta Stołeczna”, 22 kwietnia 2016.

[6] Ł. Frątczak, Kulisy dymisji w adwokaturze. Zarzuty za reprywatyzację, TVN Warszawa, 26 września 2016.

[7] CBA w ratuszu. Prezydent Warszawy: to atak za prawdę, TVN24, 26 kwietnia 2016

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.