Książka

Jerzy Hausner, Michał Krzykawski: Gospodarka i entropia. Jak wyjść z polikryzysu?

okładka książki Gospodarka i entropia
Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 235 / (27) 2024

Ta publikacja może pełnić funkcję ważnego podręcznika czy przewodnika pokazującego sposoby rozwijania nowych wyobrażeń o ekonomii. Autorzy proponują całościowy, alternatywny język mówienia o gospodarce i kryzysach, co jest konieczne do tego, aby odejść od zgubnej oczywistości oddzielnego zajmowania się ekonomią, społeczeństwem i technologią. Książka jest świadectwem prawdziwej interdyscyplinarności, pokazującej, że nie można redukować ekonomii do zaspokajania potrzeb w porządku czysto materialnym, ponieważ wszystkie pojęcia ekonomiczne angażują i mobilizują cały system. Zaprezentowane w książce stanowiska będą wzbudzać dyskusje. Cieszę się, że mogłam być jedną z pierwszych czytelniczek pierwszej takiej pracy napisanej w języku polskim, z recenzji prof. Małgorzaty Jacyno (Uniwersytet Warszawski).

Wydawnictwu Naukowemu Scholar dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.

Rozdział 9. Co zrobić z produktywnością?
[…]

5. Od krytyki techniki do „konwiwialności”
[…]

Radykalniejsze stanowisko wobec wzrostu formułowała natomiast antykapitalistyczna, bo ekologiczna[10] myśl społeczna. Dla myślicieli takich jak André Gorz zmiana dominującego sposobu produkcji i sposobu życia, jaki on wymusza, oznaczała ich odrzucenie.

Chodziło o to, aby odejść od opartego na marnotrawstwie „destruktywnego wzrostu” i zastąpić go „produktywnym dewzrostem” (2008: 89–105), czyli takim, który sprzyja rozkwitowi siebie, życiu w odprężeniu i nawiązywaniu bratersko-siostrzanych relacji.

„Produktywny dewzrost”, postulowany przez Gorza, szedł w parze z krytyką produktywności sformułowaną przez Ivana Illicha, którego prace były zresztą istotnym źródłem inspiracji dla ekosocjalizmu Gorza. Illich odrzucał produktywność, przeciwstawiając jej „konwiwialność” (przyjazność, wspólne życie): „Przez konwiwialność rozumiem odwrotność produktywności przemysłowej” (1973: 28). Stał na stanowisku, że w zaawansowanym stadium produkcji masowej produktywność wpędza społeczeństwo w kierat kontrproduktywności i prowadzi je do samozniszczenia. Dziś, gdy słowa „przyjazność” i „kontrproduktywność” spowszedniały i zatraciły subwersywną siłę, rzadko pamięta się, że pochodzą one właśnie z prac Illicha, który nadał im konkretne znaczenie i uczynił dwoma podstawowymi pojęciami swojego projektu „konwiwialnej rekonstrukcji” jako alternatywy dla „dogmatu przyspieszonego wzrostu uzasadniającego sakralizację produktywności przemysłowej” (1973: 28).

Te dwa pojęcia Illicha warto dzisiaj przypomnieć poprzez ich krytyczną aktualizację. Illich rozumiał konwiwialność w ścisłym połączeniu z postępem technicznym, z którym równie ściśle wiąże się produktywność. „Społeczeństwem konwiwialnym nazywam społeczeństwo, w którym nowoczesny przyrząd służy osobie zintegrowanej ze społecznością, a nie grupie specjalistów. Konwiwialne jest społeczeństwo, w którym człowiek kontroluje instrument. […] W znaczeniu, jakie nadaję temu określeniu, konwiwialny jest instrument, a nie człowiek” (1973: 13). Myśl konwiwialna pochodzi zatem nie tyle z krytyki samego społeczeństwa, ile z krytyki techniki i relacji, jaka łączy ją ze społeczeństwem.

Narodzinom świadomości ekologicznej w latach 70. XX wieku towarzyszył pogłębiony namysł krytyczny nad techniką takich autorów, jak sam Illich, a także Herbert Marcuse i Jacques Ellul. Illich przeciwstawiał konwiwialność produktywności w świetle stosunku tych dwóch pojęć względem techniki (a ściślej, względem tego, co wówczas nazywa się „postępem technicznym”).

Rozumiał konwiwialność jako odwrotność produktywności, ponieważ sprzeciwiał się optymizmowi technologicznemu, który od początku napędzał kulturę produktywności.

Taki technooptymizm do dzisiaj, niestety, uniemożliwia wielu amatorom nowych technologii trzeźwe spojrzenie na relacje maszyna–człowiek, technika–społeczeństwo, technika–przyroda. Głos za „konwiwialnością” jest zatem nie tyle głosem przeciw produktywności, ile głosem za innym sposobem zorganizowania relacji, jaka łączy ludzi z technologiami i zorganizowania ich tak, aby wzmacniały ludzki potencjał (wy)twórczy, a tym samym wyzwalały same technologie z kieratu produktywizmu.

Wyjście z kryzysu wymaga radykalnego zwrotu: właściwe i sprawiedliwe przyrządy może nam dać jedynie obalenie głębokiej struktury, która reguluje stosunek człowieka do narzędzia. Przyrząd spełnia trzy wymogi: jest generatorem sprawczości bez uszczerbku na osobistej autonomii, nie rodzi ani niewolników, ani panów, poszerza otoczenie do indywidualnego działania.

Człowiek potrzebuje przyrządu, z którym pracuje, a nie oprzyrządowania, które pracuje zamiast niego. Potrzebuje technologii, która umożliwia jak najlepsze wykorzystanie energii i wyobraźni osoby, a nie technologii, która ją zniewala i programuje (1973: 27)

Główny argument Illicha głosi zatem, że budowanie społeczeństwa przyjaznych ludzi wymaga dogłębnej zmiany stosunku człowieka do instrumentu, ściślej zaś – zmiany instytucji, które ten stosunek warunkują. Projektowanie konwiwialności oznacza projektowanie takich instrumentów, urządzeń i maszyn, a obecnie platform, które zwiększają autonomię oraz sprawstwo osób i dlatego właśnie są „konwiwialne”. Takimi urządzeniami z pewnością nie są urządzenia „przyjazne użytkownikowi” (user-friendly) lub „spersonalizowane” za pomocą algorytmów, które z takiej personalizacji podstępnie czynią formę zniewolenia.

6. Od kontrproduktywności do gospodarki proproduktywnościowej

Według Illicha konsekwencją niedoboru konwiwialności w społeczeństwie masowej produkcji możliwej dzięki postępowi technicznemu jest kontrproduktywność. Sens tego pojęcia czytelnie opisuje Jean-Pierre Dupuy we wstępie do francuskiego wydania Medical Nemesis:

W momencie, gdy pewne progi krytyczne rozwoju zostają przekroczone, im bardziej rozrastają się wielkie instytucje naszych społeczeństw przemysłowych, tym bardziej stają się one przeszkodą w realizacji celów, którym miały służyć:

medycyna psuje zdrowie, szkoła ogłupia, transport wstrzymuje ruch, środki komunikacyjne powodują głuchotę i otępienie, przepływy informacji zakłócają sens, energia z paliw kopalnych, przywracając dynamikę dawnego życia, niesie zagrożenie dla życia w przyszłości i, last but not least, żywność przemysłowa zmienia się w truciznę (Illich 2021: 13–14).

Dupuy zwraca uwagę, że za tymi stwierdzeniami, które dzisiaj wiele osób może odbierać jako prowokacje, a nawet – odnośnie do psującej zdrowie medycyny – „foliarstwo”, kryją się szczegółowe analizy mechanizmów prowadzących do kontrproduktywności w procesie wytwarzania wartości użytkowych. Według Illicha każda wartość użytkowa może powstawać na dwa sposoby: na sposób autonomiczny lub na sposób heteronomiczny. O ile te dwa sposoby produkcji, jak przekonuje, istniały we wszystkich społecznościach postneolitycznych i współzawodniczyły w procesie realizacji znaczących celów społecznych, o tyle współcześnie znajdują się w coraz wyraźniejszym konflikcie (2021: 160). Przyjrzyjmy się znowu wyjaśnieniu Dupuy, które dobrze ten konflikt obrazuje:

Można uczyć się przez zachwyt rozbudzony życiem w otoczeniu pełnym sensu; można również otrzymać edukację od opłacanego w tym celu profesora. Można cieszyć się dobrym zdrowiem, prowadząc zdrowy tryb życia i dbając o higienę, lub skorzystać z opieki leczniczej profesjonalnego terapeuty. Z zamieszkiwaną przestrzenią można nawiązać relację, przemieszczając się po niej z małą prędkością: pieszo lub na rowerze; do przestrzeni można mieć również stosunek instrumentalny i stawiać sobie za cel jej pokonanie, unieważnienie możliwie najszybciej dzięki pojazdom silnikowym. Można wyświadczyć przysługę komuś, kto prosi o pomoc; można również mu odpowiedzieć: są na to usługi (2021: 14).

Zasadnicza różnica między tymi dwoma sposobami produkcji polega na tym, że sposób autonomiczny dotyczy aktywności, których nie sposób zmierzyć ani z czymś porównać, ponieważ wytwarzane w nich wartości są niepowtarzalne i wymykają się pomiarom księgowego. Illich jednak nie odrzuca heteronomicznego sposobu produkcji ani nie twierdzi, że jest on z konieczności zły. Pokazuje raczej, jak oba sposoby się ze sobą wiążą i zwraca uwagę, że kontrproduktywność jest wynikiem zaburzenia panującej między nimi synergii, którą można utrzymać tylko w określonych warunkach, czyli z poszanowaniem pewnych progów krytycznych rozwoju przemysłowego i krótkowzrocznej wygody, jaką on stwarza. Skoro te dwa sposoby produkcji są silnie skonfliktowane, od znalezienia takiej synergii w istotnej mierze zależy możliwość realizacji nowej polityki przemysłowej, o ile nie przetrwanie cywilizacji przemysłowej w biosferze.

W tym sensie do pojęć konwiwialności i kontrproduktywności warto wrócić na nowo, odkrywając osobliwe znaczenie, jakie Illich im nadał, ale również dostrzegając ich ograniczenia. W wymiarze filozofii społecznej konwiwialność jawi się jako pojęcie przydatne w naszym jeszcze bardziej stechnologizowanym społeczeństwie, gdy wydaje się ono gasnąć na szczycie kontrproduktywności, który Illich nazywał również „szczytem antyekonomii” (2021: 166).

Jednak w wymiarze ekonomii przeciwstawienie konwiwialności produktywności samo jest intelektualnie przeciwproduktywne i nie posuwa myśli ekonomicznej naprzód. Powtórzmy jeszcze raz: produktywność jest sposobem pomiaru. Jego wartość analityczna jest dla ekonomii nieodzowna. Bez pomiaru ekonomia nie ma racji bytu jako sposób myślenia: nie sposób racjonalnie wytwarzać bez mierzenia, co i z czego się wytwarza. Jeżeli jednak taki pomiar nie wyłącza tego, co w rzeczywistości psychospołecznej jest nieprzeliczalne i bezcenne, a ekonomia sprowadza racjonalność do stosunków liczbowych i forsuje „biedaantropologię” człowieka (mężczyzny?) racjonalnego w jego dążeniu do maksymalizacji osiąganych zysków, to proces gospodarczy staje się kontrproduktywny w rozumieniu Illicha: generuje społeczny paraliż, prowadząc nie tylko do zanieczyszczenia i destrukcji otoczenia, ale wytwarzając również „pewną postać entropii” (Illich 2021: 168), której nic nie może skompensować.

Wyzwanie nie polega na tym, by przestać liczyć, lecz aby liczyć inaczej, czyli z uwzględnieniem tego, co obliczeniom nie podlega, a czego nie sposób uznać za nieracjonalne.

7. Torowanie nowej drogi i transformacja ku nieznanemu

Właśnie dlatego konieczna jest dzisiaj rehabilitacja znaczeniowa kategorii produktywności jako racjonalnej miary, która mogłaby służyć odbudowie struktur konwiwialności i sprzyjać dowartościowywaniu podtrzymujących je działań. Illich podpowiada nam, że droga ku takiej odbudowie leży w zmianie sposobów stosowania starych lub zaprojektowania nowych narzędzi, z instrumentami ekonomicznymi włącznie, bo to one właśnie, a nie ludzie, mają być konwiwialne, czyli tworzyć przestrzeń sprzyjającą wytwarzaniu struktur wspólnego życia. Stopień przyjazności we wszelkich stosunkach społecznych, towarzyskich lub handlowych zależy w zasadniczej mierze od stopnia konwiwialności technik i technologii, które nawiązywanie tych stosunków umożliwiają, mimo że mogą również prowadzić do ich zaniku i postępującego wyobcowania, gdy nad nimi nie panujemy, nie panując tym samym nad własnym życiem.

To w tym sensie zainicjowaniu zwrotu ku gospodarce proproduktywnościowej może przyjść w sukurs krytyka techniki jako krytyka ekonomii politycznej. André Gorz, w tym aspekcie wyraźnie zainspirowany pismami Illicha, twierdził, że „to w technice ucieleśnia się dominacja nad ludźmi i przyrodą” (2008: 15). Cały paradygmat ekonomii neoklasycznej na różne sposoby uzasadniał tę nowożytną ideę dominacji zawartą m.in. w pismach Bacona i Kartezjusza, dostarczając szerokiej gamy instrumentów finansowych do jej utrzymywania. Gospodarka proproduktywnościowa, aby zyskać wiarygodność i zaufanie społeczne, musiałaby nas z tego zaklętego kręgu dominacji wyzwolić i nieustannie zwalczać toksyczne mechanizmy jego tworzenia. Przekonanie, że do ich wyjaśnienia wystarczy język teorii walk klasowych, jest błędne.

Połączenie problematyki produktywności z problematyką produkcji entropii otwiera drogę do wyzwolenia się z takiego kręgu dominacji przede wszystkim dlatego, że entropia każe spojrzeć w  innym świetle na produktywność – jako miarę i zarazem władzę (zdolność) wytwarzania. Nie znamy „izmu”, jakim moglibyśmy określić porządek, ku któremu to wyzwolenie prowadzi, ponieważ zachodząca transformacja jest transformacją ku nieznanemu. Nie liczy się w niej cel (ten lub inny „izm”), lecz liczą się droga i dokonywane wybory: epistemologiczne, metodologiczne i aksjologiczne, które ją torują, tworząc otwartą, spójną, lecz heterogeniczną doktrynę: sposób działania i myślenia. Utorowanie takiej drogi jest kluczowe w przypadku dwóch zachodzących na siebie transformacji technologicznych: energetycznej i cyfrowej. Niepodobna z góry określić ich docelowego modelu, co nie znaczy, że nie należy pytać, komu ani czemu te wybory mają służyć.

W przypadku transformacji energetycznej kluczowe jest skoncentrowanie działań nie po stronie podaży, lecz po stronie popytu, nie na mocy energetycznej i nakładach na jej utrzymanie, lecz na ograniczaniu energochłonności i produktywnym wykorzystaniu energii. To zaś wymaga zasadniczej reorientacji polityki publicznej i prowadzenia jej w sposób sprzyjający zmianie społecznej, dzięki której społeczeństwo stanie się odporne na spodziewane skutki zmian klimatu i, w zależności od ich rodzaju, zdolne do wchłonięcia, złagodzenia lub odsunięcia tych skutków w czasie. Jeśli polityka publiczna nie zyska tak rozumianego wymiaru egzystencjalnego przy podejmowaniu konkretnych decyzji ustawodawczych, to będzie głównym hamulcowym niezbędnych ratunkowych przekształceń.

Natomiast w przypadku transformacji cyfrowej i polityki technologicznej, jakiej ona wymaga, chodzi przede wszystkim, poza fundamentalną kwestią związaną z odzyskaniem społecznej kontroli nad danymi, o projektowanie otwartych urządzeń, które przyczyniają się do wzmacniania potencjału kreatywnego i tworzą szeroką przestrzeń różnorodnych sposobów jego realizacji, przekształcając tym samym użytkowników w praktyków, biernych konsumentów w stwarzające się na swój sposób podmioty. Dobrym krokiem w stronę takiej polityki technologicznej mogłaby być formuła projektowania tzw. minimum viable products, czyli produktów mających minimalnie niezbędną liczbę funkcji (co nie znaczy, że tańszych lub gorszych), a następnie wykańczanych przez ich odbiorców, którzy w ten sposób dokonują ich „walidacji”, stając się ich współtwórcami. Taka formuła mogłaby stanowić alternatywę dla tzw. współpracujących gadżetów (wearable technologies). Ich funkcja w zakresie możliwości tworzenia wspólnot i praktyk współpracy wydaje się mocno przeszacowana przez badaczy sztucznej inteligencji (por. Jemielniak, Przegalińska 2020: 96–114). Podstawowym mankamentem tych urządzeń, oprócz tego, że są gadżetami i, jak każdy gadżet, pozostają „ersatzem niedostatku praktyk” (Stiegler 2019: 88), jest fakt, że ich logika obliczeniowa może być jedynie optymalizacyjna: nie tylko nie pozwala nam wydostać się z kieratu efektywności, ale wtłacza w niego sposoby przeżywania siebie we własnym ciele.

8. Przedefiniować innowację

Zwrot od efektywności ku produktywności jest dzisiaj konieczny do odbicia w inną drogę, wymaga jednak uwzględnienia produkcji entropii w procesie gospodarczym. Inna droga będzie właściwa dopiero wtedy, gdy nowy sposób organizacji gospodarki będzie, z jednej strony, respektować biofizyczne, w tym termodynamiczne granice gospodarowania, a z drugiej – sprzyjać wzmacnianiu i realizacji potencjału antyentropijnego w otoczeniu cyfrowym. Entropia, która, z perspektywy fizycznej patrząc, sama jest miarą, wymaga przyjęcia diametralnie różnych miar w ekonomii, natomiast rozpatrywana w kontekście zorganizowanych form życia, zwłaszcza technicznych, jakimi są i  jakie wytwarzają ludzie, entropia zachęca do zapytywania o granice kwantyfikacji świata za pomocą maszyn obliczeniowych.

Gospodarka proproduktywnościowa, czyli taka, która pobudza wzrost antyentropijny, musi przede wszystkim traktować energię i  materię jako nakłady zainwestowane w  proces produkcji, w  związku z  czym rachunkowi kosztów, który pokazuje jej przeliczalny na pieniądze wynik, musi towarzyszyć rachunek zasobów. W powszechnie stosowanych systemach rachunkowych takiego zasobowego wymiaru gospodarowania się jednak nie uwzględnia lub traktuje się go marginalnie. Prowadzona w ten sposób księgowość, skoncentrowana na transakcyjnym (efektywnościowym) wymiarze gospodarowania, zachęca do wąskiego patrzenia i do krótkowzroczności. Podstawową miarą wyniku jest zwrot z kapitału finansowego. Dopóki modele ekonomiczne i rachunkowe nie zaczną uwzględniać przepływów energii i materii, zamiast koncentrować się wyłącznie na przepływach kapitału, dopóty będzie można ignorować związek przyczynowo-skutkowy między powszechnie stosowanymi praktykami zarządzania i księgowania.

Przestawienie gospodarki na tor proproduktywnościowy w kontekście niskiej produktywności, z jaką boryka się współczesna gospodarka rynkowa, wymaga przemyślenia relacji między produktywnością a  innowacjami technologicznymi.

Znajdujmy się w impasie, w którym nowe wynalazki nie wytwarzają żadnej innowacji, zwłaszcza intelektualnej, mimo że wywołują zaburzającą zmianę społeczną. Tymczasem, jak celnie zauważył w jednym z wywiadów Bernard Stiegler, „bycie innowacyjnym polega na uspołecznianiu wynalazków technicznych”[11]. Produktywność, nie tyle już w wymiarze rachunku zasobów, ile w wymiarze egzystencjalnym, musiałaby być zatem efektem takiego uspołecznienia, ponieważ to właśnie ono stanowi warunek możliwości osiągania długofalowych zysków i podtrzymywania antyentropijnego wzrostu.

Omawiając kwestię niskiego wzrostu produktywności we współczesnej gospodarce Stanów Zjednoczonych, Valerie Ramney pisze o  „technologicznym uśpieniu [technological lull]” (2020). Stan takiego uśpienia można wprawdzie ukrywać przez ekspansywne monetarne pobudzanie popytu, jednak są to działania kontrproduktywne, które przesłaniają zastój. Co więcej, pobudzany popytowo wzrost nie jest inkluzyjny, lecz prowadzi do dochodowego i społecznego rozwarstwienia, w tym marginalizacji i wykluczenia znaczących grup społecznych. Taka jest konsekwencja przyjęcia logiki efektywnościowej i kosztowego modelu konkurencyjności, jaki ona implikuje: konkurować w nim można jedynie obniżaniem kosztów, w tym kosztów wynagrodzeń, które trzeba trzymać w ryzach niezależnie od ich poziomu. Innymi słowy, konkuruje się w  nim tanią pracą, ciągłym wywieraniem presji i przymusu ekonomicznego. W takim modelu na rynku pracy dominuje pracodawca. Ten model nie sprzyja ani produktywności, ani innowacjom, które pobudzają inwencję, a w konsekwencji podtrzymują produktywność.

Produktywnościowy model konkurencyjności podlega innej logice, a  jego wdrożenie jest możliwe jedynie przy osobistym zaangażowaniu pracowników i trosce o szeroko rozumianą jakość pracy jako miejsce rozkwitania. Konkurencyjność oznacza tutaj bardziej współzawodniczenie, w którym nie liczą się osiągi i bicie rekordów wydajności, lecz uczestnictwo we wspólnym biegu na własny sposób, poczucie wpływu na jego przebieg i  możliwość zatrzymania się bez obawy wypadnięcia z gry. Taki bieg nie może jednak trwać bezustannie; powinien raczej postępować nawrotami wzmożonych etapów aktywności, po których następuje wysoce produktywny czas na regenerację sił (zasobów, potencjału ludzkiego) i wysoce innowacyjną refleksję. Żaden układ organiczny (i nieorganiczny) nie może funkcjonować przy niezmiennie maksymalnym wykorzystaniu własnych możliwości. Prowadzi to do ich wyczerpania i w tym sensie jest nieproduktywne w kontekście gospodarczym i autodestrukcyjne w kontekście życiowym. Wdrożenie takiego modelu wymaga odejścia od dominującej w podręcznikach „filozofii przedsiębiorczości” i jej języka, który pracę de facto traktuje w kategoriach zadłużenia przedsiębiorstwa.

Rzecz tutaj zupełnie nie w tym, aby popaść ze skrajności w skrajność i zająć stanowisko „antyprzedsiębiorcze”, które zresztą do niczego konstruktywnego by nie prowadziło. Chodzi raczej o pokazanie, że antyprzedsiębiorcza okazuje się sama ta filozofia, jeśli tylko na przedsiębranie spojrzymy z  perspektywy szerszej niż krótkowzroczna perspektywa zysku.

Przy takiej filozofii dla przedsiębiorstwa bardziej opłacalny z księgowego punktu widzenia jest zakup nowego sprzętu niż zatrudnienie i utrzymywanie pracownika. Nie wynika to z wysokości kosztów pracy, lecz z przyjętego modelu określającego wartość pracy według przyjętych wskaźników. Oprócz tego, że taki model relacji pracodawca/pracownik jest niepodtrzymywalny etycznie i dowodzi braku wiedzy z zakresu kultury pracy, dzisiaj okazuje się wysoce nieproduktywny i  nieinnowacyjny. Przyjęcie innych wskaźników i przezwyciężenie tego modelu wymaga „uczynienia z pracy wartości księgowej” (Charolles 2018). Taką zmianę myślenia o produktywności i przedsiębiorczości należałoby jednak rozważyć nie tylko na poziomie mikroekonomicznym, ale również na poziomie makroekonomicznym, co musiałoby się wiązać z przewartościowaniem samego modelu innowacji.

Dominującym w teorii i praktyce modelem innowacyjności jest model naśladowczo-adaptacyjny. O ile jednak taki model dobrze wyjaśnia dyfuzję innowacji w gospodarce rynkowej (rozwiązanie techniczne lub organizacyjne wprowadzone przez jedno przedsiębiorstwo przyswajają sobie inne przedsiębiorstwa i w ten sposób się ono rozpowszechnia), o tyle zupełnie się nie sprawdza w sytuacji głębokiego kryzysu, którego przezwyciężenie wymaga zastosowania eksperymentalno-generatywnego modelu innowacyjności. Istotą innowacji staje się wtedy wykorzystanie niektórych składowych potencjału gospodarczego do wygenerowania nowych funkcjonalności gospodarczych (regeneracja) i  wykreowania nowego otwartego obiegu gospodarczego. Taka lokalna innowacja stwarza wiele nowych możliwości, ponieważ otwiera czasoprzestrzeń gospodarowania, co prowadzi do koewolucyjnego przestawienia działalności szeregu współdziałających aktorów gospodarczych i odzyskiwania przez nich podmiotowości. Taki proces polega na rekombinacji czynników wytwórczych (zasobów) i rekonfiguracji sieci powiązań gospodarczych. W rezultacie stopniowo wyłania się nowy zdywersyfikowany lokalny klaster wytwórczy.

9. Jak zmobilizować energię społeczną i czy dysponujemy jeszcze jej zasobami?

Sprzyjanie takim procesom przez tworzenie odpowiednich warunków (technicznych, finansowych, organizacyjnych i kulturowych) to podstawowe zadanie polityki gospodarczej w razie głębokiego kryzysu, kiedy ochrona i wzmacnianie pojedynczych organizacji nie przynosi nic dobrego, ponieważ takie działania w  żaden sposób nie mobilizują energii społecznej niezbędnej do instytucjonalnego przeorganizowania gospodarki i pozostają działaniami „na przeczekanie”, podejmowanymi z założeniem, że prędzej czy później nastąpi powrót do normalności. Wdrożenie takiej polityki jest oczywiście kwestią woli klas rządzących i ich gotowości do wzięcia na siebie tego, czego domagają się od nich młodsze pokolenia: odpowiedzialności. W liście do szefa ONZ António Guterresa Bernard Stiegler wyraził przekonanie, że brak woli politycznej i zbiorowej, a także towarzysząca temu polityczna i zbiorowa apatia wynikają z głębokiej dezorientacji, w jaką wprawiają nas wszystkich skutki antropogenicznych przekształceń świata (Stiegler i Kolektyw Internacja 2023: 13). Innymi słowy, nawet gdyby idealistycznie założyć taką wolę polityczną wśród elit rządzących, problemem byłoby to, że nie wiedziałyby one, w jaki sposób zmienić bieg tych przekształceń i  wypracować nowy model makroekonomiczny dla „Ojczyzny Ziemi” (Morin 1993). Dlatego, argumentował Stiegler, potrzeba nowej ramy teoretycznej, która, po pierwsze, pozwalałaby zrozumieć stojące za tymi przekształceniami wyzwania, a po drugie – dostarczać uzasadnienia działaniom adekwatnym do sytuacji. Pojęciem osiowym dla tej nowej ramy jest entropia, w związku z czym podstawowe zadanie polityki gospodarczej wpisanej w taką ramę polegałoby na ograniczaniu produkcji entropii w procesie gospodarczym i wypracowanie nowych kryteriów rachunkowych, które dowartościowywałyby przedsięwzięcia antyentropijne i pozwalały na troskliwe gospodarowanie zasobami energii społecznej, z jakich takie przedsięwzięcia pochodzą.

Pozostaje jednak pytanie, czy wciąż takimi zasobami dysponujemy. Jednym ze słów dobrze oddających (brak) ducha naszych czasów jest „wyczerpanie”. Byung Chul-Han opisuje je w kategoriach „zmęczenia” lub „wypalenia”, nie tylko zawodowego (2021). Można jednak na to wyczerpanie spojrzeć w szerszym kontekście transformacji energetycznej i transformacji cyfrowej, kładąc szczególny nacisk na ich wymiar społeczny. Wyczerpanie dotyczy nie tylko zasobów naturalnych, lecz również zasobów „energii społecznej”. Czy dzisiaj nie odkrywamy, że również te zasoby można wyczerpać w tym sensie, że pochodzącą z nich energię rozproszymy i zniweczymy za pomocą wadliwie zaprojektowanych, nastawionych na ciągłą eksploatację, platform komunikacyjno-informacyjnych, niszcząc tym samym możliwość związania tej energii w systemy społeczne, które, aby podtrzymywać swoją ewolucyjną zdolność do funkcjonowania, potrzebują mimo wszystko nośników (podpór) technologicznych?

Właśnie od strony zasobów, a więc również z uwzględnieniem kwestii entropii, warto spojrzeć na problem spadku energii społecznej, który zaobserwował niedawno socjolog Hartmut Rosa, zwracając uwagę, że przymusowy lockdown w trakcie pandemii Covid-19 ten problem wyostrzył. Otóż po tzw. otwarciu gospodarki, jak zauważa Rosa, powołując się na sytuację w Niemczech i Francji, „ludzie niekoniecznie mieli ochotę ponownie nawiązywać kontakty towarzyskie, wychodzić z domu, spotykać się ze znajomymi czy wychodzić do kina lub restauracji” (2022: 22).

Spadek energii społecznej objawia się spadkiem pragnienia socjalizacji, a tym samym spadkiem wartości, jakie do tej pory z niej płynęły.

W  porównaniu z  tradycyjnymi cywilizacjami, dla których kwestia tego typu energii była niezwykle istotna (energeia u Greków, chińskie qi, shakti w hinduizmie czy afrykańska „energia życia”), zachodnia cywilizacja przemysłowa wydaje się jej pozbawiona. „My, nowocześni ludzie Zachodu, zubożyliśmy koncepcję obiegu energii, sprowadzając ją do sprawy motywacji i chęci, a więc postępując tak, jak gdyby istniały temperamenty bardziej lub mniej energiczne, jak gdyby werwa czy ochota były właściwościami przynależnymi indywiduom. […] Ale […] energia nie jest ani we mnie, ani w tobie, lecz rodzi się z interakcji i relacji, jej obieg wypada zatem rozważyć na poziomie społecznym” (2022: 23).

Tymczasem, jak celnie zauważa Rosa, ani socjologia, ani psychologia nie wypracowały pojęcia energii społecznej, w związku z czym pozostaje ono metaforą. O ile, jak ciągnie Rosa, psychologia mówi czasem o motywacji, o tyle robi to w sposób raczej powierzchowny[12], podczas gdy tzw. psychologia biznesu traktuje motywację jako skwantyfikowany miernik produktywności mający tylko zwiększyć efektywność pracowników, a konsekwencji efektywność przedsiębiorstwa. W polu zastosowania takiej psychologii w warunkach biznesowych najlepiej widać dominację paradygmatu efektywności, która stała się powszechnym sposobem myślenia, działania i zarządzania organizacjami.

Obserwacje Rosy warto powiązać ze Stieglera krytyką takich „teorii motywacji”. Stiegler zauważył, że stymulowanie motywacji za pomocą tego rodzaju kwantyfikatorów nie tylko staje się kontrproduktywne. Rodzi również demotywację zarówno pośród pracowników firm, bez względu na zajmowane przez nich stanowisko, jak i pośród konsumentów poddawanych podobnej kwantyfikacji (Stiegler 2019). Zniżkowa tendencja stopy zysku, którą Marks opisał jako podstawową cechę kapitalizmu, jawi się dzisiaj jako spadkowa tendencja motywacji, której brak zastępuje znormalizowanie zadań i przeliczenie ich na wynik za pomocą zalgorytmizowanego programu (Boucher 2005). Przywrócenie sensu produktywności z  uwzględnieniem systemowego przemęczenia i  utraty sensu pracy, do jakich prowadzi normalizująca kwantyfikacja rzeczywistości ludzkiej, jawi się dzisiaj dosłownie jako sprawa życia lub śmierci.

Budowa kanałów przepływu energii społecznej mogłaby niewątpliwie służyć takiemu przywróceniu. Ale czy możliwe jest jeszcze rozpoczęcie takiej budowy w stanie, który socjolog ekonomiczny Wolfgang Streeck nazwał „entropią społeczną”, czyli utrzymującym się przez dłuższy czas bezładem społeczeństwa po kapitalizmie w momencie jego definitywnego kryzysu? Takie społeczeństwo według Streecka jest „mniej niż społeczeństwem, jak gdyby społeczeństwem post- -społecznym lub społeczeństwem w  wersji light” (2016: 13). Może ono w  takim stanie trwać dopóty, dopóki się z niego nie podniesie, przybierając postać nowego społeczeństwa w pełnym tego słowa znaczeniu. Niemniej jednak wcale nie jest pewne, czy się podniesie. W tym kontekście radykalniejsze od hasła „precz z kapitalizmem” jest być może pytanie „Co dalej?”.


Prypisy:

[10] W 1972 roku André Gorz pisał, że „ekologia to dyscyplina dogłębnie antykapitalistyczna”. Zapytany o to stanowisko w 2006 roku, odpowiedział: „Ekologia polityczna nie może być niczym innym” (https://bibliobs.nouvelobs.com/essais/20070924.BIB0105/andre-gorz-l-ecologie-est-foncierement-anticapitaliste.html).

[11] https://www.telerama.fr/techno/bernard-stiegler-il-existe-beaucoup-d-inventions-quine-produisent-aucune-innovation,43551.php.

[12] Dlatego na tym większą uwagę zasługują prace Mortena Nissena (2019), który pojęcie motywacji bada w nurcie psychologii krytycznej.

Książka Gospodarka i entropia_okładka

Jerzy Hausner, Michał Krzykawski: Gospodarka i entropia. Jak wyjść z polikryzysu?, Wydawnictwo Naukowe Scholar, 2023

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 235 / (27) 2024

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również: