Opinia

Kto powinien rządzić w miastach: politycy czy mieszkańcy?

spacerujący ludzie i autobus na ulicach Warszawy
Warszawa, fot. Pexels

To, jak wyglądają nasze miasta, nie jest przypadkowe. Za każdym ich elementem stoją konkretne decyzje. Politycy podejmują je na podstawie własnych interesów, a nie dobra mieszkańców.

Miasto jest tkanką, składającą się z wielu podmiotów, kształtowaną przez wielu graczy. Sięgając do idei „miasta sprawiedliwego” czy wchodzącej na samorządowe salony idei „miast praw człowieka”, oczywistym wydaje się, że każdy podmiot funkcjonujący w mieście ma takie samo prawo do realizowania swoich potrzeb, ale też ponosi część wspólnotowej odpowiedzialności za to, jak miasto wygląda, funkcjonuje, żyje.

Od dobrych kilku już lat aktywiści, naukowcy i samorządowcy rozmawiają o koncepcji miasta 15-minutowego, które jako zwarta, zależna od siebie i dająca mieszkańcom dostęp do większości podstawowych usług i dóbr społecznych struktura, pozwala na mniej kosztowne – ekonomiczno, środowiskowo i społecznie – życie.

Mnie bliska jest również idea, w której umiejętnie projektowane i zarządzane miasto potrafi dynamicznie wpływać na pewne, zakładane przez niektóre środowiska za niepowstrzymywalne już zjawiska, jak np. proces suburbanizacji, czyli rozlewania się miast. Chcę jednak zaznaczyć, że wymienione wyżej koncepcje, którymi zaczynają posługiwać się politycy i samorządowcy, zapisywane w coraz to liczniej powstających dokumentach strategicznych, wyznaczających kierunki rozwoju miast i metropolii, mogą stać się bezużyteczne szybciej, niż zostaną wdrożone, jeśli będą traktowane segmentarycznie, bez zakorzenienia w ideach, na podstawie których powstawały. Podstawową ideą, która te koncepcje stworzyła, jest równość.

Konstytucja RP zakłada, że każdy obywatel jest równy wobec prawa, a władze na szczeblu rządowym i samorządowym są odpowiedzialne za realizowanie praw obywateli.

Zachęcam do zagłębienia się w lekturę tego dokumentu, bo poza zasadą dostępu do sprawiedliwego procesu sądowego czy wolności słowa, o których w ostatnich latach niestety często wspominamy, znajdziemy tam również prawo do ochrony zdrowia, zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym oraz obligują władze publiczne do prowadzenia polityki zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom (art. 68 i art. 74).

Jednak Konstytucja RP nie jest jedynym dokumentem, w którym my, obywatele, możemy szukać zasad, którymi powinni kierować się rządzący. Jako członka Unii Europejskiej obowiązuje nas również Karta Praw Podstawowych UE, w której w dziale „Wolność”, art. 6  czytamy, że Każdy ma prawo do wolności i bezpieczeństwa osobistego, zaś w dziale „Równość” w art. 24, pkt. 2 „We wszystkich działaniach dotyczących dzieci, zarówno podejmowanych przez władze publiczne, jak i instytucje prywatne, należy przede wszystkim uwzględnić najlepszy interes dziecka”. Ciekawą lekturą jest również Karta Praw Dziecka, ratyfikowana przez Polskę jako członka ONZ w 1992 r., która wprost wskazuje na „prawo dziecka do swobodnej zabawy”.

Internetowa polityka

Gdy przyjrzymy się tym zapisanym wartościom i zobowiązaniom decydentów do ich realizowania, dość szybko przekonamy się, że rzeczywistość, w której żyjemy, jest daleka od równościowej, a to, czyje prawa są realizowane, a czyje nie, zależy w większości przypadków od politycznej kalkulacji, a nie od chęci tworzenia społeczeństwa równych praw. Ta, niestety,  obecnie jest niczym zaczarowane lustro złej księżnej z bajki o Królewnie Śnieżce.

Wizerunek wyznacza wartość polityka. Nieważne są już jego decyzje i wartości, którymi się w działalności publicznej posługuje. Liczy się to, czy jest sympatyczny i powszechnie lubiany.

Albo, że w ogóle jest widoczny. Widoczny w mediach, szczególnie w tych społecznościowych. Bo tam też jest Polska. Oczywiście ta, o której głosy warto zawalczyć. Klasy średniej, która mając poczucie bliskości, jaką daje możliwość skomentowania tweeta polityka, okazuje swoje poglądy, oczekiwania, zastrzeżenia. Nie znajdziemy tam głosów grup marginalizowanych.

I nie mam tu na myśli tylko osób bezdomnych czy niepełnosprawnych, ale też grupy społeczne tak zapracowane w sklejaniu codzienności, że nie są w stanie wystarczająco głośno i zdecydowanie domagać się swoich praw odpowiednio pozycjonowanymi postami. Mam tu na myśli lekarzy, pielęgniarki i wszelkie zawody opiekuńcze, nauczycieli. Mimo że z określoną systematycznością stają oni na krawędzi wytrzymałości i podejmują dramatyczną próbę walki o godne życie dla siebie i nas wszystkich, to świadomość odpowiedzialności społecznej, jaką niosą na barkach, za każdym razem kończy te próby kapitulacją. Politycy doskonale o tym wiedzą i bez mrugnięcia okiem pozwalają sobie na głęboką ignorancję. Zresztą lekarze i pielęgniarki nie mają milionowych kont na Twitterze, więc nie są w stanie narobić jednemu czy drugiemu ministrowi większego bałaganu.

Dzisiaj politykę robi się w mediach społecznościowych,

co doskonale widać na przykładzie inicjatywy „2119”, która ostatecznie po zrywie młodych matek dzieci z niepełnosprawnościami, bezproblemowo znajdujących  sojuszników w internetowej przestrzeni, doprowadziła do zmiany prawa, ograniczającego możliwość pracy zarobkowej w czasie pobierania świadczenia opiekuńczego. Wcześniej nie udało się tego zrobić nikomu, nawet Iwonie Hartwig, która podejmowała próby walki o godne życie osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów kilkukrotnie.

Od hałasu w social mediach trudniej się odciąć i politycy doskonale o tym wiedzą. Jak to się ma do zasady równości obywateli?

Ma się tak, że grupy społeczne, które nie są mocno zorientowane w internetowych „inbach” lub z social mediów w ogóle nie korzystają, jak np. dzieci, mogą latami być całkowicie ignorowane przez rządzących. Ich przedstawiciele spędzający czas na tradycyjnych spotkaniach z radnymi i konsultacjach społecznych są łatwo zapominani i mało zjawiskowi.

Dowody anegdotyczne

Jak to wpływa na miasta, w których żyjemy? Lokalne struktury mogłyby dawać przykład jako kolebka samorządności, która widzi swoich mieszkańców, ich potrzeby i nimi kieruje się w tworzeniu lokalnego krajobrazu. Jednak samorządem rządzą te same reguły. Niestety.

To, że podwórka służą za parkingi, a nie za przydomowe zieleńce, nie jest przypadkiem. Podobnie jak brak ścieżek rowerowych, które pozwalają na bezpieczne dotarcie dwukołowcem w każdy miejski zakątek. Powstaje kolejna galeria handlowa zamiast centrum kultury z biblioteką, w której seniorzy, ale też młodzież, bez względu na zasobność portfela mogą po prostu przebywać? W moim rodzinnym mieście, niejedynym w Polsce, prezydent wdrożył politykę bezpłatnego parkowania w centrum dla mieszkańców. Te wszystkie pojedyncze decyzje mają wspólny mianownik. Jest nim mylnie pojmowana demokracja i samorządność.

Włodarze naszych miast, zamiast zabiegać o głosy niewidocznych grup mieszkańców, rozmawiać z różnymi grupami społecznymi, wsłuchują się w głosy złudnej większości, twierdząc, że tak wygląda demokracja. Dlaczego złudnej? Bo głośniejszej, a nie liczniejszej.

„Mieszkańcy chcą…”, „Dostajemy wiele głosów”, „Nie każdy może…” to formuły, które notorycznie padają w rozmowach z samorządowcami. Niepoparte badaniami, analizą, statystykami.

Przykładem mogą być liczne rozmowy z przeróżnymi decydentami, które prowadzę na temat zrównoważonego transportu. Gdy powoli obalane są wszystkie mity związane z zakorkowaniem miasta i lewactwem rowerów, zawsze na końcu pada argument samotnej, niepełnosprawnej babci, która musi nagle, w zagrożeniu życia, pojechać samochodem do szpitala. Oczywiście to argument przeciw zwężaniu ulic, uspokajaniu ruchu samochodowego, rozwijaniu infrastruktury pieszej i rowerowej. Ile ma on wspólnego z rzeczywistością? Oczywiście totalnie nic. Ale wystarczy, by decydent w niemocy wzruszył ramionami.

Ile waży Twój głos?

Mieszkańcy chcą, władza ma związane ręce – w taki, całkowicie złudny sposób, można interpretować proces decyzyjny zachodzący w naszych miastach. Sposób, który, nie ukrywajmy, jest na rękę rządzącym i bazuje na kalkulacji politycznej. A ta opiera się oczywiście na wadze głosu wyborczego – ci, w których władze widzą potencjał, dostają więcej, ci, spisani na stratę, zdecydowanie mniej.

Mimo że daleko mi do wyznawczyni teorii spiskowych, działając w obszarze miejskim, widzę, jak celowo nie zleca się badań potrzeb mieszkańców, autentycznych zachowań kierowców, a ważne zbadane już obszary nie są wyjmowane na pierwsze strony serwisów internetowych urzędów, ani nie konstruują briefingów prasowych polityków.

Tak jest np. z toczącą się już drugi rok procedurą wprowadzenia w Warszawie Strefy Czystego Transportu (SCT). Krytykowany przez wielu aktywistów prezydent Majchrowski wprowadził na obszarze całego Krakowa SCT jako pierwszy samorządowiec w Polsce. Chwilę później przeprowadził Krakowski Panel Transportowy, czyli panel obywatelski dotyczący wizji mieszkańców związanej z rozwojem transportowym Krakowa. Czy płynące z niego rekomendacje zostaną przekute na realne działania, przekonamy się pewnie z najbliższych latach.

Jednak trzeba przyznać, że oba te działania wymagały od Majchrowskiego… i w tym miejscu się zatrzymuję, bo cisnące się słowo „odwagi” nie jest jednak adekwatne w tej sytuacji. Bo nie o odwagę tutaj chodzi, a o chęć realizacji realnych potrzeb mieszkańców. Wszystkich mieszkańców. Nie tylko tych, którzy mają pieniądze (np. firm transportowych, które w Krakowie są bardzo mocnym graczem), ale również tych, którzy nie jeżdżą samochodem po mieście Kraka, a chcieliby odetchnąć od hałasu i spalin samochodowych. Wyważenie tych potrzeb i poszukiwanie kompromisu realizującego wizję włodarza, to przepis na scenariusz dobrego kształtowania miasta.

Nie wydarza się on w stolicy, mimo zdecydowanego (87%) poparcia mieszkańców dla zmian związanych z poprawą jakości powietrza w mieście kosztem ograniczenia ruchu samochodowego, ani mniejszości mieszkańców (31%) poruszających się samochodem codziennie [1]. Prezydent Trzaskowski nie podejmuje działań podnoszących jakość życia dzieci, seniorów, osób chorych, mimo że w prezentowanym niedawno „Raporcie o stanie miasta 2022” sam wskazał, że 31% długoterminowo przebywających pod opieką lekarza dzieci leczy się z powodu alergii [2].

Uwikłanie w politykę, również krajową, włodarzy dużych polskich miast sprawia, że los mieszkańca wart jest tyle ile jego głos wyborczy.

Ci, którzy go nie mają, np. dzieci, mimo że są pełnoprawnymi mieszkańcami miast, są niewidoczni w strategiach i przestrzeniach miejskich. Seniorzy, straceni jako wyborcy PiS, również. O osobach bezdomnych, chorych, niepełnosprawnych nawet nikt nie wspomina.

Przyszłość, która zamyka nas we wczoraj

Szkół zmieniania miast jest wiele. Od kilku dobrych lat aktywiści walczą z „niedasizmem” czyli podejściem samorządowców, że każda zmiana w mieście wymaga czasu i pieniędzy, dlatego nie da się realizować pomysłów miejskich działaczy. Z tego myślenia lokalnych włodarzy wybiły trochę budżety obywatelskie, które dały szansę mieszkańcom na urzeczywistnianie swoich pomysłów, a po kilku latach okazało się, że jeśli tylko urzędnicy zbytnio nie przeszkadzają, miasto może się zmienić małymi, ale widocznymi i odczuwalnymi dla mieszkańców krokami.

Jednak idea „wiadra farby i pędzla” nie sprawdzi się w przypadku strukturalnie znaczących inwestycji. W niektórych miastach samorządowcy, łykając ją jako innowacyjną, zaczynają kierować się nią powszechnie, realizując swoje (niekoniecznie mieszkańców) inwestycje trochę po omacku. W ten sposób może się okazać, że za chwilę znajdziemy się w typowej polskiej prowizorce, która miała coś sprawdzić, a zostanie z nami na zawsze.

Świetnym przykładem ilustrującym ten proces jest budowa dróg rowerowych. Po latach zastoju i ogromnym wysiłku ruchów miejskich aktywistów i działaczy, samorządy zaczęły masowo je tworzyć, często właśnie za pomocą przysłowiowego kubła z farbą. Pomalowane na czerwono pasy powstają głównie na chodnikach, bo jest to najtańszy i najszybszy sposób ich tworzenia. I tak po kilku latach idea, która mogła szybko i niskokosztowo sprawdzić potencjał i zapotrzebowanie mieszkańców miasta na infrastrukturę rowerową, zaczęła być standardem.

Droga rowerowa na chodniku zakorzeniła się w naszej świadomości tak mocno, że rozmowy z urzędnikami o słabości tego pomysłu spotykają się z wielkim niezrozumieniem.

I tak powstaje „nowoczesna” infrastruktura odpowiadająca na współczesne potrzeby mieszkańców, która w momencie powstawania w planie miejskim jest już przestarzała.

Doskonałym potwierdzeniem tego zjawiska są badania ruchu rowerowego prowadzone przez Warszawę, z których wynika, że większość (65%) rowerzystów to mężczyźni, a zdecydowana większość z nich (82%) porusza się na rowerze w stroju sportowym. Samorządowcom brakuje wizji przyszłości i zrozumienia potrzeb wszystkich mieszkańców. Wystarczy sięgnąć do badań zdecydowanie bardziej rozwiniętych rowerowo krajów, żeby zobaczyć, że tam, gdzie infrastruktura rowerowa jest bezpieczna i zwarta, rowerem jeździ zdecydowanie większość kobiet. I tak tworząc jedno – pożądane w mieście rozwiązanie – można utrwalać dotychczasowe jego problemy.

Budowane na chodnikach drogi rowerowe oczywiście podniosą liczbę rowerzystów, ale niebawem możemy się przekonać, że z ich powodu spadnie liczba pieszych. I to określonych pieszych: osób starszych, które będą obawiać się pędzących rowerzystów, osób z niepełnosprawnościami czy matek z dziećmi. Zaś malowanie pasa rowerowego na jezdni nie zmieni struktury rowerzystów. Nie pojawią się tam kobiety ani dzieci, bo będzie to dla nich zbyt niebezpieczne. Umówmy się – jazda w Polsce rowerem po jezdni to sport podwyższonego ryzyka. A z badań socjologicznych wiemy, że do podejmowania ryzyka skłonni są raczej mężczyźni, a nie kobiety. Zdecydowanie nie matki.

Podobny los może spotkać bardzo bliską mi ideę „szkolnych ulic”, którą od kilku lat w Fundacji „Rodzic w mieście” pokazujemy urzędnikom jako nowy (w Polsce) sposób na wiele miejskich problemów: niebezpieczne ulice, zanieczyszczenie powietrza, betonozę i brak dzieci w przestrzeni miejskiej. Już teraz widzę, że w środowiskach które zaczynają się nią interesować, zaczyna przeważać wizja zamknięcia dla ruchu samochodowego przed szkołą na 15 min przed i po pierwszym dzwonku. To najłatwiejszy sposób na szkolną ulicę – wystarczą dwie osoby, które będą pilnowały zakazu podjazdu pod szkołę.

Mam jednak przeczucie, że to działanie szybko zbierze więcej przeciwników niż sprzymierzeńców. Mimo że rozwiązuje część przyszkolnych problemów – ogranicza zanieczyszczenie powietrza podczas porannego szczytu i zwiększa bezpieczeństwo dzieci przed drzwiami szkoły – nie jest to rozwiązanie przyszłościowe. Szkolne ulice mogą stać się centrami lokalnych społeczności, realnie zmieniać nawyki komunikacyjne mieszkańców, dawać przestrzeń do zabawy i samodzielności dzieciom. Ale to wymaga czasu i pieniędzy, przeorganizowania ulicy, a przede wszystkim wizji. Chęci realnej zmiany i świadomości korzyści, jakie przyniesie ona wszystkim mieszkańcom. 

Sposób, w jaki projektowane i zarządzane są nasze miasta, determinuje całą rzeszę naszych zachować, ale też wskazuje nam nasze miejsce w społeczności miejskiej. Ulice, które są szerokimi arteriami ruchu samochodowego, skazują tych, którzy samochodu nie mają, na wykluczenie. W przypadku codziennego życia wykluczenie to nie jest jedynie abstrakcyjnym pojęciem, ale jakością każdej podejmowanej czynności: pracy zawodowej, sposobu odżywiania się, sposobu spędzania czasu. Przykład?

Jeśli mieszkamy w miejscu, w którym jedynym sklepem, do którego dotrzeć można pieszo, jest dyskont lub supermarket oraz przydrożny McDonald’s, będziemy żywić się tam. Na poszukiwanie targu ze świeżą żywnością lub baru mlecznego z domowymi obiadami stać będzie jedynie tych, którzy mają pieniądze (zapewne, aby je zamówić) lub czas, aby poświęcić go na dojazd. Mniej zamożni w oba te dobra skazani są na monotonne, wysoko przetworzone jedzenie, a to ma długoterminowy wpływ na stan zdrowia fizycznego i psychicznego. Brak bezpiecznych przestrzeni pieszych wyklucza określone grupy społeczne z możliwości korzystania z miasta, nawiązywania relacji społecznych.

Niedostępna miejska zieleń to brak regularnego wypoczynku w jej otoczeniu. Parkingi i zastawione chodniki zamiast terenów do swobodnej zabawy, to dzieci zamknięte w samochodach dowożone na zajęcia sportowe i do sal zabaw. Oczywiście te mające zamożniejszych rodziców. Te z  mniej bogatych domów będą bawić się piłką pomiędzy zaparkowanymi samochodami, wdychając trujące toksyny z rur wydechowych.

Mając w perspektywie nadchodzące wybory samorządowe, warto pamiętać, że wygląd i funkcjonowanie naszych miast nie są przypadkowe. Stoją za nimi określone grupy interesów, internetowe zagrywki lub zwyczajny konformizm polityków. Zadawanie ważnych i adekwatnych pytań ludziom, którzy chcą rządzić naszymi miastami, powinno być dla nas kluczowe. To kształtuje jakość naszej codzienności. Jednym ją podnosi, innym wręcz przeciwnie.


[1] Badanie Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych na mieszkańcach warszawy, grudzień 2022 r.

[2] „Raport o stanie miasta 2022”, Biuro Strategii i Analiz Urzędu m.st. Warszawy

Iceland, Liechtenstein, Norway – Active citizens fund

Projekt finansowany przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię z funduszy EOG i Funduszy Norweskich w ramach Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Regionalny.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 199 / (43) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura Miasto w ruchu

Być może zainteresują Cię również:

Lepszy transport
Miasto w ruchu

Filmy „Wpuszczeni w korek” i „Miasto w ruchu” w Kinie pod Baranami

Dnia 20 września, o godz. 15.00 w Kinie pod Baranami w Krakowie odbędzie się bezpłatny seans filmowy, w ramach którego będzie można zobaczyć dwie produkcje dokumentalne: „Wpuszczeni w korek” (Taken for a ride) oraz „Miasto w ruchu” (Contested Streets: Breaking New York City Gridlock). Organizatorem tego przedsięwzięcia jest Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć.