Felieton

Lockdown polskiej żywności od rodzimych rolników

warzywa
warzywa fot. jf-gabnor z Pixabay

Zamknięcie targowisk to bezsensowne marnowanie żywności rodzimej produkcji. Dlaczego tak uważam? Zamknięcie targowisk w czasie epidemii COVID-19 oznacza bezsensowne niszczenie lokalnych rolników. Oznacza to zmarnowanie polskiej żywności w wyniku decyzji administracyjnej, której zasadność podam w wątpliwość, ale zachęcam też do konstruktywnej dyskusji i rewizji tego poglądu.

W czasie pandemii COVID-19 niektóre samorządy zamknęły targowiska miejskie i wiejskie, pod pretekstem walki z epidemią koronawirusa. Najczęściej przytaczana argumentacja jest taka, że na targowiskach nie można wyegzekwować odpowiednich odstępów pomiędzy kupującymi, że sprzedający nie stosują się do nakazu noszenia maseczek, że produkty są dotykane rękoma bez rękawiczek.

Od zamknięcia targowiska w miasteczku, w którym mieszkam (nieważne gdzie, bo dalej będzie o „monopolistach” w dystrybucji żywności przemysłowej i importowanej) jestem czasem zmuszony uzupełniać braki w lodówce w marketach.

I tak po kolei przytaczam argumenty na obalenie mitu o bezpieczeństwie sprzedaży żywności w marketach:

Zachowanie dystansu, ale tylko pomiędzy samochodami!!!

Zapomnij o bezpiecznej odległości pod względem epidemiologicznym pomiędzy kupującymi i w Biedronce, i w Leclercu, i w Lidlu. To nie jest możliwe! Odległości w alejkach między regałami są zbyt małe. Kupujący muszą się mijać w odległości zaledwie kilkudziesięciu centymetrów obok siebie. Regały są poustawiane w dystansie mniejszym niż 2 metry od siebie. Nawet gdy sprawna ochrona właściwie limituje liczbę osób w sklepie, to bardzo często znajdzie się taka persona, która „musi” w tym samym momencie, w tej samej chwili podejść do tego samego produktu. Oskarżam tych samych o to, że takie persony bardziej dbają o zachowanie dystansu na parkingu, bo „obcierka” lakieru na aucie to przecież dopiero „tragedia”.

Maseczki wszędzie, ale nie na twarzach i nosach!!!

Zarówno obsługa, jak i kupujący często chodzą z maseczkami na szyjach, czołach, nad okularami, pod okularami, na jednym uchu… Bardzo wielu z nas nosi okulary na stałe, część z nas ma jedne do „chodzenia”, drugie do czytania. Wielu z nas nie potrafi założyć maseczek w sposób, który uniemożliwia zaparowanie okularów. W sytuacji zakupów wzrok jest naszym podstawowym zmysłem i imperatyw odczytania składu, ceny, daty przydatności do spożycia, powoduje, że kupujący „poprawiają” maseczki w celu dostrzeżenia pożądanych informacji. Efekt dyndających maseczek i odsłoniętych ust oraz nosów „gwarantowany”. Ani obsługa sklepów, ani ochrona nie zwraca na to żadnej uwagi. Dlaczego? Bo „jak się klient obrazi, to pójdzie do konkurencji”. A sklep ma przede wszystkim dbać o bezpieczeństwo finansowe właścicieli marketów.

Powietrze wentylowane mechanicznie wielokrotnie!!!

Sklepy wielkopowierzchniowe to architektoniczna emanacja idei ferm wielkoprzemysłowych dla zwierząt. Klient dla korpo to taki brojler, ale zewnętrzny i z portfelem do wydrenowania. Mamy szybko dać zarobić korpodystrybutorom przemysłowego żarcia.

W marketach nie ma naturalnej wentylacji, nie ma światła słonecznego. A obydwa te czynniki są przez epidemiologów uważane za czynniki wpływające destrukcyjnie na koronawirusa. W efekcie braku świeżego powietrza i naturalnego światła kolejne transze klientów oddychają powietrzem, które podlega mechanicznej wentylacji. Czy bezpiecznej wentylacji, czy tej mniej bezpiecznej?

Obym się mylił, oby moje obawy były płonne, oby w naszym kraju sklepy wielkopowierzchniowe miały wentylacje przygotowane na wypadek walki z epidemią. Ale czemu w to nie wierzę?

Z powodu braku światła naturalnego, kolejne rzesze klientów dotykają towarów, których nie „dotyka” naturalne światło, uzbrojone w promienie UV, niszczące drobnoustroje. Tu zerknijcie na słowa ekspertów od epidemii, też tej COVID-19. Na zachętę cytat ze wspomnianego artykułu:
„Gdy jest cieplej, częściej wychodzimy na dwór, przebywamy rzadziej w zamkniętych pomieszczeniach, częściej otwieramy okna. W ten sposób w naturalny sposób tworzymy wirusowi trudniejsze warunki do rozprzestrzeniania”.

Głos Wielkopolski z 28 marca 2020 opublikował informację, że w Poznaniu miejskie targowiska (Uwaga: liczba mnoga) w czasie epidemii koronawirusa nadal działają. Sprzedaż została utrzymana po wdrożeniu zaleceń dotyczących bezpieczeństwa wydanych przez Głównego Inspektora Sanitarnego m.in. o zachowaniu odległości pomiędzy kupującymi i sprzedającymi, stosowaniu przez sprzedających rękawiczek przy podawaniu towarów…

W czasie powstawania tej publikacji Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Poznaniu opublikowała 24-04-2020 aktualizację informacji dotyczącą zachorowań z powodu COVID-19.
Sami sobie popatrzcie na statystyki w miastach (patrz strona WWW sanepidu dla Twojej lokalizacji), gdzie targowiska pozamykano.
Swoją drogą, czy musiała przyjść epidemia, żebyśmy poczynili organizacyjne usprawnienia i poprawili warunki higieniczne na targowiskach?

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 20 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekonomia # Społeczeństwo i kultura # Zdrowie Chcę wiedzieć

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.