Książka

Marek Szymaniak: Urobieni. Reportaże o pracy

okładka Urobieni
okładka Urobieni fot. źródło Wydawnictwo Czarne

Zbiór reportaży „Urobieni” ujawnia niewygodną prawdę o polskim rynku pracy. Opowiada historie zarówno tych, którzy w 1989 zostali siłą wtłoczeni w nowy model gospodarczy, jak i tych, których ukształtował dziki, nadwiślański kapitalizm lat dziewięćdziesiątych. Niepewność jutra, spychający w ubóstwo wyzysk, pogarda dla słabszych i rosnąca frustracja tworzą gorzką opowieść o codzienności milionów Polaków.

Ponad półtora miliona ludzi pracujących w Polsce żyje w ubóstwie. Przeciętny Polak przepracowuje w roku niemal dwa tysiące godzin, co daje nam drugie miejsce w rankingu najbardziej zapracowanych krajów w Unii Europejskiej. Choć spędzamy w pracy prawie jedną trzecią swojego życia, wciąż niewiele wiemy o mechanizmach rynku pracy i nierównościach panujących wśród zatrudnionych w innych branżach.

Pracownik fabryki, ochroniarz na osiedlu nowych bloków, właściciel budki z zapiekankami, szefowa związku zawodowego w sieci hipermarketów, kierownik call center i wielu innych – to właśnie oni, niewidzialni pracownicy, choć wciąż słyszą zapewnienia o perspektywie poprawy swojego losu, nie czują się beneficjentami systemu, w którym przyszło im żyć. Bo jak powiedział jeden z bohaterów: „jesteśmy tylko trybikami”. (materiały wydawcy)

Wydawnictwu Czarne dziękujemy za udostępnienie fragmentu książki do publikacji. Zachęcamy do lektury części wywiadu, kończącego „Urobionych” i całej książki .

Zakończenie

Rozmowa z profesorem Andrzejem Szahajem

Profesor Andrzej Szahaj wykłada na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. W swoich pracach zajmuje się między innymi filozofią kultury, filozofią polityki. Jest autorem książek „Kapitalizm drobnego druku” oraz „Inny kapitalizm jest możliwy”.

Jak doszło do tego, że w Polsce w okresie przemian ustrojowych wybrano model gospodarczy oparty na ideologii neoliberalnej?

Aby to zrozumieć, należy zacząć od kontekstu międzynarodowego. Czas zmian ustrojowych w Polsce to szczytowy moment triumfu ideologii neoliberalnej na świecie, szczególnie w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii. Jej wyznawcom wydawało się wtedy, że wymyślono patent na dobrobyt, ciągły rozwój. Na dobry ustrój ekonomiczny, który będzie pasował wszędzie. Trzeba też pamiętać o tym, że zmiany w naszym kraju w dużej mierze odbywały się pod dyktando międzynarodowych instytucji, w których to Amerykanie mieli decydujący głos. Nasi reformatorzy wpatrzeni w USA po prostu wierzyli, że to będzie najlepsze rozwiązanie, i w pełni wpisali się w światowy trend. Z kolei polski kontekst był taki, że nie było innych spójnych idei, koncepcji zmiany, które mogłyby konkurować z modelem neoliberalnym. Projekt neoliberalny zwyciężył dlatego, że po prostu był. Prosty, już opracowany, i to wystarczyło. Widziano, że taki model funkcjonuje już na świecie, jakoś działa, więc nie szukano alternatyw. Choć pojawiały się głosy, na przykład profesora Tadeusza Kowalika, żeby rozważyć inne koncepcje. Niestety nie odbyła się wtedy żadna większa debata, bo nie było na to czasu ani chęci. Proszę też pamiętać, że był to moment rewolucyjny. Większość ludzi nie chciała mieć już nic wspólnego z tym, co było, z przeszłością, nie chciała też już dłużej czekać na ekonomiczne „zbawienie”. Dlatego tak zachwycił ich ten radykalizm. Im bardziej ten nowy model miał być na „nie” wobec starego, tym chętniej był przez wiele osób akceptowany.

Przekaz neoliberalny bardzo wyraźnie i prosto tłumaczył konieczność odejścia od realnego socjalizmu na rzecz kapitalizmu i zarazem ukrywał to, że kapitalizmy są różne, że istnieje jakiś wybór. Moim zdaniem o jego sukcesie zdecydowała właśnie owa prostota i połączona z nią wręcz religijna wiara w to, że jeśli tylko wszystko zostawi się wolnemu rynkowi, to w ostateczności osiągniemy powszechną szczęśliwość, wszystkie nasze problemy zostaną rozwiązane czy – lepiej – rozwiążą się same.

To zwalniało z myślenia i dawało błogie przeświadczenie, że jest jakaś siła, która na sposób opatrznościowy czuwa nad nami. Wolny rynek. Trzeba mu się tylko oddać, a wszystko samo się ułoży.

[…]

Dlaczego do szerszej dyskusji nie przebiły się głosy ekonomistów, jak na przykład profesora Tadeusza Kowalika o innych modelach kapitalizmu?

Profesor Tadeusz Kowalik twierdził nawet, że istniał siedmiusetstronicowy raport polskich ekonomistów na temat gospodarki skandynawskiej i że przymierzano się do rozwiązań skandynawskich. Nic z tego jednak nie wyszło. Była wtedy grupa ekonomistów, która miała wątpliwości, czy wybór modelu neoliberalnego jest słuszny, ale ich głosy nie przebiły się do szerszej dyskusji. Zresztą nie pamiętam, aby w tamtym czasie odbyła się taka debata na temat kierunków transformacji. Wiadomo było tylko, że trzeba działać szybko. Podjąć ważne decyzje, bo kraj w kategoriach ekonomicznych był upadły. Nie chcę całkowicie usprawiedliwiać tych działań, ale nie było czasu na dłuższą dyskusję. Szkoda, bo gdyby się ona odbyła, to wyszłoby to nam wszystkim na zdrowie. Z pewnością jednak wielki szacunek należy się tym, którzy w tej dramatycznej sytuacji wzięli na siebie ciężar odpowiedzialności za losy Polski.

[…]

Dlaczego w Polsce ciągle jesteśmy do tyłu z tą dyskusją?

Jakość naszego życia intelektualnego jest niska. Politycy na ogół nie dysponują stosownymi narzędziami intelektualnymi, aby wziąć w niej udział na poziomie wykraczającym poza bardzo doraźne diagnozy. Dosyć słabo wypadają media i dziennikarze, którzy często nie są przygotowani, żeby opisać ten problem. Media zawsze odgrywają wielką rolę w debacie publicznej, ale u nas jest ona dosyć miałka intelektualnie, a przede wszystkim nie dotyczy założeń filozoficznych doktryn ekonomicznych. W środowiskach naukowych debata trwa, ale ona z kolei nie przebija się do szerszej świadomości publicznej.

[…]

Słabość państwa widoczna jest chociażby w niemocy Państwowej Inspekcji Pracy, która miała w założeniu chronić pracowników, a niemal nie ma do tego narzędzi. To też efekt tego modelu gospodarczego?

Tak. To, że Państwowa Inspekcja Pracy była tak słaba, to efekt uboczny neoliberalizmu. Skutek przyjętej ideologii, w której takie instytucje nie mają racji bytu, bo są elementem mechanizmu działania państwa, a to przecież jedynie psuje i nic nie naprawia. Neoliberalizm lansuje przekonanie, że wszystkie relacje między pracownikiem a pracodawcą trzeba pozostawić regulacji rynkowej. Wierzy, że wolny rynek ustawi je tak, że w ostateczności wszyscy będą zadowoleni. W moim przekonaniu to podejście jest całkowicie błędne. W relacjach pracownik–pracodawca z reguły ten drugi jest silniejszy, dlatego pracownik potrzebuje ochrony i wsparcia, a u nas państwo wycofało się ze stawania po stronie słabszych. Stawało raczej po stronie silniejszych.

Pozostawienie relacji pracownik–pracodawca wolnemu rynkowi sprawiło, że stała się ona bardzo asymetryczna. W przypadku wielu zawodów jest to upokarzające dla pracownika, który często musi przyjąć niegodne warunki pracy i płacy. Dlatego niezbędna i tak ważna jest tutaj rola państwa.

Zresztą nigdzie w kręgu cywilizacji zachodniej te relacje nie zostały pozostawione wolnemu rynkowi. Nawet w tak ortodoksyjnie neoliberalnym kraju jak Stany Zjednoczone rola państwa była zawsze w tym aspekcie znaczna.

W Polsce trudno znaleźć przedsiębiorcę, który boi się PIP.

Państwowa Inspekcja Pracy stała się tak słaba, że dziś nie odgrywa żadnej roli w regulowaniu relacji pracownika z pracodawcą. Przez lata nie próbowano też korygować powstających tam asymetrii. Nie ma się więc co dziwić, że biznes nie boi się PIP, szczególnie że – jak wynika ze statystyk – kontroli może spodziewać się raz na kilkadziesiąt lat. Tak mało jest u nas inspektorów, a tak wielu przedsiębiorców. Dlatego PIP nie odgrywa jakiejkolwiek roli regulacyjnej na rynku pracy.

Dlaczego przez lata wspierano przedsiębiorców, a ograniczano pozycję pracownika? […]

To też efekt ideologii neoliberalnej i panującego przekonania, że o pracowniku pomyślimy wtedy, kiedy się wreszcie jako nacja wzmocnimy gospodarczo, wzbogacimy, a na razie trzeba dbać o biznes, bo bez niego nic się nie uda. Ale oczywiście ten moment uznania, że trzeba wreszcie spojrzeć na kwestie sprawiedliwości społecznej od strony pracownika, nigdy sam z siebie się nie pojawia. Bo nigdy biznes nie będzie czuł się na tyle bogaty, aby dobrowolnie wyzbyć się chęci wykorzystywania tej asymetrii, a zatem i wynikających z niej korzyści. Zawsze będzie można powiedzieć, że na dzielenie się zyskami i zapewnienie przyzwoitych warunków pracy i płacy jest jeszcze za wcześnie, że dopiero się dorabiamy, więc musimy się zgodzić na tę bolesną nierównowagę, oczywiście dla dobra wszystkich. Tymczasem potrzeba tu ingerencji czynników zewnętrznych, przede wszystkim państwa. Ale państwa, które jest gotowe stanąć po stronie słabszych i nie chce się podlizywać komukolwiek w imię jakiejś nieokreślonej przyszłej szczęśliwości.

Polski pracownik nie może liczyć też na związki zawodowe.

To polski paradoks. Rewolucja w naszym kraju zaczęła się od ruchu związkowego, czyli Solidarności. A potem przez lata rola związków była minimalizowana. Narracja neoliberalna określiła je jako coś podejrzanego. Kazała utożsamiać je z poprzednim systemem i tradycją lewicową, którą hurtowo uznawała za samo zło. A do tego doszła obawa, że związki zawodowe będą przeszkadzać nam w tym fantastycznym marszu ku świetlanej kapitalistycznej przyszłości.

Więc państwo znów się wycofało. Pozwalało na przykład na blokowanie działania związków zawodowych w wielu zakładach pracy. Dochodziło do skandalicznych sytuacji, że jeśli przedsiębiorca nie życzył sobie działania związków, to ich po prostu nie było, a państwo stało obok i się temu przyglądało, nie robiąc zupełnie nic.

Pod tym względem był to powrót do XIX wieku. Tymczasem na Zachodzie silne związki zawodowe spełniają ważną funkcję. Równoważą asymetrię siły między pracodawcą a pracownikiem. W Niemczech, Francji czy krajach skandynawskich widać to bardzo wyraźnie. Tam związki odgrywają bardzo pozytywną rolę także w kategoriach czysto ekonomicznych, bo zachowanie tej równowagi przyczynia się do harmonijnego wzrostu gospodarczego, bez większych turbulencji. Nie mówiąc już o tym, że przywracają ludziom poczucie wpływu na swoje otoczenie, a także godność pracy, w Polsce całkowicie zapomnianą.

Tymczasem w Polsce związkowcy nie mogą nawet negocjować na poziomie całych branż.

Nieszczęściem Polski było ustawienie tych negocjacji w kategoriach lokalnych, gdzie związkowcy mogą dogadywać się z pracodawcami tylko na niższym szczeblu, najczęściej w ramach danego przedsiębiorstwa. Zdecydowano, że państwo będzie się tylko temu przyglądać. I jak się pracownicy dogadają z pracodawcą, to dobrze, a jak nie, to trudno. Natomiast w krajach skandynawskich czy w Niemczech negocjacje odbywają się na poziomie całych branż, a państwo bardzo do nich zachęca, czy wręcz do nich zmusza. To zdecydowanie lepsze rozwiązanie.

Dlaczego z tego pomysłu nie skorzystano w Polsce?

Wydaje mi się, że wszelkie osłabianie pozycji pracodawców wobec pracowników utożsamiano od razu z atakiem na przedsiębiorczość jako taką, tak jak gdyby przedsiębiorczość z definicji musiała oznaczać bezwzględny wyzysk. Ponownie ważną rolę odegrał tutaj neoliberalizm, który uznaje związki zawodowe za zbędny balast, za element psujący grę rynkową, a wreszcie za pole do nadużyć. Bano się chyba, że związki zawodowe nie pozwolą na szybką i bezwzględną akumulację kapitału i w ten sposób odegrają rolę hamulca szybkiej budowy kapitalizmu w formie czystej (taki kapitalizm to skądinąd utopia). Wciąż jednak zadziwia mnie, jak łatwo i zdecydowanie odwróciliśmy się od tego, co było bliskie, także w sensie geograficznym, czyli kapitalizmu wedle modelu skandynawskiego czy nadreńskiego, życzliwego wobec związków zawodowych, a skierowaliśmy się ku modelowi tak odległemu, czyli modelowi kapitalizmu anglosaskiego i Stanom Zjednoczonym, gdzie związki zawodowe są traktowane jako zło. Nie ulega wątpliwości, że pewną rolę odegrał tutaj także fakt, że doradzali nam Anglosasi, głównie Amerykanie, trudno się zatem dziwić, że namawiali nas skutecznie na przyjęcie swojego wariantu kapitalizmu. Nie bez znaczenia była także rola Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, instytucji, które zażarcie krzewiły neoliberalną wiarę, a w związkach zawodowych upatrywały elementu socjalizmu.

[…]

Czy nie jest za późno, aby zastanowić się nad nowymi ścieżkami rozwoju bądź korektami naszego modelu kapitalizmu?

Wiele rzeczy ważnych już się stało. W nauce jest takie pojęcie zależności od ścieżki, które mówi, że jak już wybraliśmy jakieś fundamentalne rozwiązania, to ich konsekwencje trwają. Nie znaczy to jednak, że w wielu aspektach naszego życia społeczno-ekonomicznego nie moglibyśmy dokonać głębszych korekt. One zresztą w jakiejś części się dokonują. Ale jest wciąż duże pole do popisu w tym względzie. Warto odważniej sięgnąć po wzory, które były całkowicie lekceważone przez ostatnie niemal 30 lat. Mam na myśli głównie wzory skandynawskie.

Co konkretnie musiałoby się zmienić?

Przede wszystkim nasze myślenie o dobru wspólnym.

Rozpowszechnione w Polsce przekonanie, że dobro wspólne powstaje z sumy indywidualnych sukcesów, jest błędne. Musimy myśleć o dobru wspólnym jako o czymś, co wykracza poza tę sumę i czasami wymaga przeciwstawienia się wpływowym grupom interesu.

Musielibyśmy też na nowo ustalić, jaka jest rola państwa w kreowaniu dobra wspólnego i jak ono o to dobro wspólne może dbać. Zasadniczo powinniśmy uznać, że państwo winno być aktywnym graczem ekonomicznym i społecznym, nie tylko przyglądać się temu, co się dzieje, ale realizować jakiś projekt. Przy czym warto pamiętać, że zawsze istnieje niebezpieczeństwo wszędobylstwa państwa, zatem ten proces jego uaktywniania się powinien być starannie monitorowany przez media i niezależne ośrodki opinii. Musielibyśmy też zmienić myślenie o społeczeństwie. Nie pojmować go jako zbioru jednostek, ale jako pewną strukturę złożoną z grup mających odmienne interesy. Musielibyśmy sobie uświadomić, że w społeczeństwie zawsze jest asymetria władzy, siły, mocy, że są grupy, które są słabsze, i grupy, które są silniejsze. Dobry ustrój polega na tym, że stara się równoważyć te asymetrie, wspiera tych, którzy akurat są słabsi, harmonizuje różne interesy, identyfikuje te, które są paliwem do pozytywnych zmian, i te, które są antyrozwojowe. Przy czym ma wyraźną wizję, na czym ów rozwój ma polegać, w którą stronę należy iść, bo wbrew pozorom stwarzanym przez neoliberalną narrację tych odmiennych możliwości jest sporo, wszak samych modeli kapitalizmu mamy co najmniej cztery, a tak zwanych kultur kapitalizmu co najmniej siedem. Niezwykle ważne byłoby też odejście od ideologii indywidualistycznej, w której każdy jest kowalem swojego losu, a sukces i klęska zależą wyłącznie od jednostki. Musielibyśmy sobie uświadomić, że to zdecydowanie bardziej skomplikowane i że jest duża grupa ludzi w społeczeństwie, która potrzebuje pomocy, żeby w ogóle wziąć udział w jakiejkolwiek konkurencji, współzawodnictwie. To nie jest tak, że ktoś przegrywa tylko ze swojej winy. Czasem przegrywa dlatego, że warunki początkowe są tak ustawione, że jest skazany na klęskę. W tym kontekście trzeba by odejść od polityki osamotniania ludzi w ich zmaganiach z losem, wrócić do solidarności i wiary w znaczenie działań kolektywnych. Powinno to zaowocować bardzo konkretnymi rozwiązaniami, na przykład powrotem do zbiorowych układów pracy. Niezwykle ważna jest dbałość o zapewnienie faktycznych, a nie jedynie formalnych równych szans dla wszystkich. A także łagodzenie zbyt dużych nierówności społecznych przez prowadzenie rozsądnej polityki podatkowej oraz płacowej.

Skandynawowie już dawno to sobie uświadomili?

Tak, dlatego starają się wspierać ludzi tak, aby mieli oni naprawdę równe szanse. Nie formalnie, ale faktycznie równe szanse. To kwestie edukacji, służby zdrowia, dbania nie tylko o metropolie, ale też o prowincję. To kwestia usług publicznych, które muszą być na wysokim poziomie (na przykład transport publiczny), bo niski poziom usług publicznych odbija się przede wszystkim na ludziach stosunkowo nisko w hierarchii społecznej. Oni są najbardziej poszkodowani. Ludzie bogaci sami sobie zapewniają stosowne usługi, a biedni nie. Konieczne jest myślenie w tych kategoriach i ekonomiczne oraz społeczne „podciąganie” słabszych. Albowiem „siłę mostu ocenia się po mocy najsłabszego ogniwa”. Że odnieśliśmy prawdziwy sukces, będziemy mogli powiedzieć wtedy, kiedy ci najsłabsi go odczują. Sukces powinniśmy mierzyć nie setką najbogatszych z listy „Forbesa”, ale tym, jak się wiedzie ekonomicznie najsłabszym. […]

Urobieni okładka
Urobieni fot. źródło Wydawnictwo Czarne

Marek Szymaniak: Urobieni. Reportaże o pracy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2018.

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Rynek pracy Centrum Wspierania Rad Pracowników

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.