fbpx

Felieton

Mistrzynie zero waste z PRL

fot. liccastyle z Pixabay

Okres PRL-u nie kojarzy się zbyt „ekologicznie”. Do dziś po zakupie działki na wsi odkrywa się zakopane stare naczynia, części od traktorów, powszechne było palenie śmieciami i wywożenie ich do lasu. Ale gdy w PRL-u spędziło się całkiem szczęśliwe dzieciństwo, pamięta się także warte naśladowania zachowania. Wynikały one bardziej z niedoboru towarów niż z promowania kreatywności czy odpowiedzialności za środowisko. Ale dziś powracają w ramach poszukiwania równowagi między jakością życia a ochroną zasobów Ziemi.

Od dawna z rozbawieniem śledzę wysyp anglojęzycznych nazw dla od dawna znanych zjawisk. Mamy zero waste, minimalizm, slow-fashion, upcycling, coraz więcej R (rethink-refuse-reduce-reuse-recycle-rot). Pieczołowicie tłumaczymy sobie z angielskiego i z koreańskiego przepisy, jak mniej dewastować Ziemię, wygrzebujemy zamienniki składników, których u nas nie ma. To znak czasów, że bez chwytliwej nazwy i młodych, oswojonych z kamerami influencerów nie da się wypromować nawet najbardziej wartościowej idei. Język i prymat młodości mają znaczenie – pokazują, że odcinamy się od tego, co swojskie, przetestowane na tym, co dostępne i co kiedyś już działało. Ale też odcinamy się od pokoleń, które miały wiedzę, jak żyć, pozostawiając po sobie mniej śmieci.

Około 2017 roku, gdy temat zalewu śmieci stał się modny, łódzkie radne zorganizowały spotkanie na temat minimalizmu i zero waste. Ważny temat, może to dobry początek, by ruszyć wspólnie temat gospodarki cyrkularnej w samorządzie? Super, idę!

Na początku drobny falstart. Plastikowe kubeczki, plastikowe mieszadełka – spotkaniowo-konferencyjny standard. Tylko temat jakby, hmm… bardziej wymagający wiarygodności. Ale nic, był przetarg „100% cena”, tak wyszło, lecimy dalej. Inicjatorki celowały z zaproszeniami w środowiska seniorskie. Na widowni głównie panie z pokolenia moich rodziców. A prelegentki to młode osoby, promujące te idee na portalach społecznościowych. Prezentacje super, prelegenci merytoryczni, widownia kiwała ze zrozumieniem głowami i zadawała pytania. Pomyślałam sobie jednak, że coś mi tu nie pasuje. I faktycznie – dalsza dyskusja pokazała, jak wiele wiedzy znajduje się „po stronie widzów”.

„Pamiętam, jak…”, „A gdy nie było w sklepach…”, „A u mnie w domu…” – na spotkaniu pojawiały się kolejne gotowe rozwiązania z serii „6R” – tylko z bardziej swojskimi nazwami. I z zastrzeżeniem „pewnie to nie były tak ważne i zaawansowane technologicznie pomysły, ale jakoś trzeba było sobie radzić”. Były ważne, bo były proste, drogie panie! Były ważne, bo dziś cenne są wszystkie sprawdzone „w praniu” umiejętności ograniczania ilości śmieci. I nikt lepiej od Was nas nie nauczy, jak to zrobić, by naszym dzieciom chciało się odnieść butelki do sklepu, a sąsiadowi chciało się segregować odpadki domowe. To Wy dzieliłyście „Franię” we wspólnej pralni, odkrywałyście „carpooling”, jadąc na urlop z sąsiadami! To Wy powinnyście być prelegentkami na takich spotkaniach!

6R naszych mam

Okres PRL-u był czasem wielu deficytów. Karierę robiło określenie „radzić sobie” i dotyczyło ono tak podstawowych rzeczy, jak ubrania, meble, żywność.

Moi rodzice sami zrobili sobie pierwsze kanapy. Metalowe nóżki wykonał zaprzyjaźniony spawacz, skrzynie i materace z odzysku, obicia zrobili własnoręcznie. Odnawiane i przemalowywane, wędrowały przez kolejne mieszkania. Sztućce z prezentu ślubnego są w rodzinnym domu do dziś, choć mocno przetrzebione przez niesforne wnuki. Trwałość i dbanie o to, co się zdobyło, były wyznacznikami gospodarności. Pomysłowość w powtórnym użyciu materiałów czy dostosowywaniu sprzętów do nowych potrzeb była bardzo ceniona. A wszystko to bez zbędnych opakowań i transportu z drugiego końca świata. To czysta realizacja 6R!

Przy projektowaniu teraz wnętrz może trzy razy zdarzyło mi się trafić na klientów, oczekujących, że wykorzystam w projekcie meble i sprzęty, które już towarzyszyły im w poprzednim lokum. Przed kilkunastoma latami przy opróżnianiu mieszkań po zmarłych osobach na śmietniku lądowały XIX-wieczne meble, dziś często klasyki designu z młodości moich rodziców.

„A gdy nie było w sklepach fajnych ciuchów, to się na nie polowało, albo trzeba było sobie radzić”. Cykl życia tkaniny był wieloetapowy i dużo dłuższy. Jako nastolatka wygrzebałam w szafie babci jej jedwabne sukienki, koszule dziadka, a jego palta były niezniszczalne. Poddawało się je „upcyklingowi”, czyli zwykłym przeszyciom, przefarbowaniom, z kilku sztuk robiło jedną – nie było granic pomysłowości. Z upolowanego obiciowego żakardu powstawały torby, z tetrowych pieluch przefarbowanych własnoręcznie w modnym dziś japońskim stylu „shibori” – przewiewne letnie sukienki. Dziedziczenie ubrań, pożyczanie było na porządku dziennym. Dżinsy podarte na kolanach były łatane, a gdy dziur było już za dużo – robiło się z nich mini albo torbę. Gdy i przerobione ciuchy padły ofiarą czasu – stawały się prozaiczną ścierką. Wielorazową!

Jeśli ktoś nie miał zdolności manualnych, ratował się usługami krawcowej, punktu artystycznego cerowania albo farbowania. Sieć usług była szeroka i blisko domu. Do tego były sąsiadki i ciocie, które robiły na drutach nowe swetry z dwóch starych, haftowały…

Kilkanaście lat temu zachwyciły mnie leciwej sąsiadki poduszki z kanapy. Wyciągnęła z szafy prawdziwe cuda – własnoręczne koronki, makramy, rzeczy wykonane technikami, które dziś odkrywamy na Pintereście. A dzieła sąsiadki po jej śmierci znalazłam na śmietniku…

Czy potrafimy jeszcze uwierzyć, że sklep może egzystować bez ulotek i folderów? „Pamiętam, jak skrzynki pocztowe nie były pełne śmieci reklamowych, a sąsiadka była najlepszym źródłem informacji o nowym fryzjerze czy dobrym mechaniku samochodowym. Bo mogłam sprawdzić efekty ich pracy”. Dziś pytamy tak o dobrego lekarza, ale już nie o sklep z trwałymi meblami – czemu? Czy przedsiębiorcy naprawdę wierzą, że ulotka wetknięta w rękę albo naklejona na rynnie jest dla nas podstawą do wydania pieniędzy? Czy naprawdę bannery na płotach są bardziej wiarygodne od strony w internecie i polecenia przez zadowolonego klienta-sąsiada?

Często tłumaczymy się, że mamy mniej czasu niż nasi rodzice. Styl życia zmusza nas do wyręczania się gotowymi potrawami. Żywność jest źródłem ogromnej ilości opakowań z tworzyw sztucznych, metalu i kłopotliwego kartonu. W wykpiwanym PRL-u rano osiedla budził mleczarz, wymieniając wystawione wieczorem puste szklane (!) butelki na produkty wypisane na kartce. Dzięki temu nie trzeba było taszczyć ciężkich butli ze sklepu, ba, rano można było w ogóle do niego nie iść – chyba że ktoś nie wyobrażał sobie śniadania z wczorajszym chlebem. Opłacało się dostarczać w zwrotnych opakowaniach mleko, śmietanę czy kefir – nie da się teraz, gdy Glovo przywozi nam większe zakupy?

„Moja mama zawijała mi kanapkę w woskowany papier albo gazetę, potem córka mówiła mi, że do dziś w Londynie rybę z frytkami podają tak samo. Potem pojawiły się reklamówki – używaliśmy ich wielokrotnie, myjąc po użyciu”. Sama nosiłam kanapki w metalowym opakowaniu po czekoladkach. I jadłam obiady w szkole – bez styropianowych opakowań.

„Gdy butelki się potłukły, a mechanik nie miał już jak naprawić części z auta – pod bokiem były punkty skupu surowców wtórnych. Paskudne miejsca, ale można było zarobić grosik za makulaturę na wydatki niechętnie finansowane przez rodziców. Zabawne, dziś to my płacimy za wrzucenie do puszki sterty papierów z pracy.

Sklepy przyjmowały butelki zwrotne, nie tylko te zakupione u nich. Był nawet okres, w którym butelka po barszczu była droższa niż jego zawartość”. Stukot butelek na klatce schodowej był sygnałem, że mój kolega z sąsiedztwa zbiera na kolejny resorak do kolekcji.

Starsza pani na spotkaniu wspominała: „A u mnie w domu ładnie pachnące mydła zużywało się do końca. Mama łączyła je w jedną większą kostkę. Tubkę pasty rozcinało się w połowie – ile tam było jeszcze pasty do wykorzystania! Do dziś tak robię, dzięki czemu tydzień dłużej nie muszę iść do sklepu. A i opakowań mniej trafi do śmieci w plastikowym worku”. Mamy potrafiły też wyczarować chemię gospodarczą z sody, octu, kredy – bez jednorazowych opakowań, bez marż pośredników, bez doświadczeń na zwierzętach. Robiły to może z oszczędności – ale dziś uczymy się tego z troski o Ziemię.

Odpady bio były zawsze, także wtedy, gdy nie wychodziliśmy ze sklepu ze stertą opakowań jednorazowego użytku. Dziś furorę robią mini kompostowniki na balkon i ogrody społeczne w miastach. Moi rodzice jako szczęśliwi posiadacze działki pracowniczej mieli szersze pole do popisu. Działki w okresie PRL-u nie były kawałkiem przystrzyżonego trawnika z plastikową zjeżdżalnią i grillem. Zastępowały sklep z ekożywnością, zdobywaną bez pośredników. A domowe odpadki gromadzone przez tydzień w mieszkaniu, wzbogacały obowiązkowy kompostownik każdego działkowca (Rot-kompostuj).

Dziś przetwarzanie bioodpadów oddaliło się od mieszkańców miast. Narzekamy na zapachy z puszek bio, na zbyt rzadki odbiór odpadów, a zgrabione liście i skoszona trawa gnije miesiącami w plastikowych workach przy łódzkich ulicach. Dyskutujemy, czy segregowane śmieci nie trafiają do jednej przegrody w śmieciarce, nie wiemy, gdzie trafiają dalej, ani ile procent z nich staje się faktycznie surowcami. Nadal kombinujemy, jak tu pozbyć się stłuczonego lustra, okna albo „prehistorycznej” lodówki. Tak naprawdę nie wiemy, czy nasze działania mają sens, ani za co płacimy.

W powojennej Polsce nigdy nie mieliśmy sprawnej gospodarki odpadami komunalnymi, ogromny rozwój konsumpcji tylko pogorszył sytuację. Do niedawna jednak wiele przedmiotów, dziś jednorazowych lub krótko używanych, latami służyło w różnych formach kolejnym użytkownikom.

Pierwszym krokiem, który mogą już dziś podjąć progresywne samorządy, jest wplecenie dobrych praktyk i zapomnianych rozwiązań organizacyjnych w lokalne systemy gospodarki obiegu zamkniętego.

Jako konsumentki i konsumenci mamy moc – naszych pieniędzy, a jako wyborczynie i wyborcy moc wymagania, by przepisy były maksymalnie skuteczne i życiowe, by spalarnie nie rozgrzeszały z bezradności wobec producentów, by opłaty za śmieci były maksymalnie sprawiedliwe. Śmieci nie produkuje przecież metraż mieszkania ani ilość kąpieli, prawda?

Będę wdzięczna, jeśli podzielą się Państwo ze mną opiniami i pytaniami dotyczącymi gospodarki śmieciowej – e-mail: radynaodpady@instytut.lodz.pl. Chętnie odniosę się do nich w kolejnych tekstach cyklu.

Iceland, Liechtenstein, Norawy – Active citizens fund – logo

Projekt „Rady na odpady” finansowany przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię z Funduszy EOG w ramach Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Regionalny

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 114 / (10) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekologia # Społeczeństwo i kultura Łodzianie decydują Obywatele KOntrolują Rady na odpady

Być może zainteresują Cię również: