Monsanto Papers czyli gry lobbystów

Monsanto Papers
rys. Tomasz Wełna

Glifosat to celebryta wśród herbicydów, który zrobił oszałamiającą światowa karierę. Jego producentowi i największemu orędownikowi, koncernowi Monsanto, przyniósł ogromne zyski. Jak do tego doszło? Jakie mechanizmy wyniosły glifosat i Monsanto na szczyty handlowej popularności? Kiedy bliżej przyjrzymy się tej historii, dostrzeżemy na niej mnóstwo głębokich rys.

Monsanto zostało przejęte przez firmę Bayer, o szkodliwym wpływie glifosatu na zdrowie ludzi, a szczególnie o jego rakotwórczym oddziaływaniu, jest coraz głośniej. Dlaczego walka z tak szkodliwym środkiem trwa tak długo i toczy się z takim oporem?

Żeby rozumieć teraźniejszość potrzebny jest rzut oka w przeszłość. W 2017 roku Instytut Spraw Obywatelskich przygotował polskie opracowanie międzynarodowego raportu, analizującego brudne metody, lobbystyczne zagrania i inne okoliczności, które stały za sukcesem handlowym glifosatu. Ponieważ walka wciąż trwa, przypominamy tamto opracowanie, przypominamy Monsanto Papers.

Monsanto Papers

Nie ustają kontrowersje wokół działalności ponadnarodowej firmy Monsanto. Ostatnio zrobiło się głośno o tzw. Monsanto Papers. Jak daleko mogą posunąć się lobbyści? Czy przekupowanie naukowców jest tylko czubkiem góry lodowej? Jak długo będziemy jeszcze truci przez herbicydy zawierające glifosat? Czy rolnicy i konsumenci mają szansę bronić swoich interesów w konfrontacji z monopolistą, którego jedynym celem jest generowanie zysków kosztem naszej Planety? Zapraszamy na pierwszą część opracowania. Dla ludzi o mocnych nerwach…

Na początku było kłamstwo…

Środki chwastobójcze oparte na glifosacie są najczęściej stosowanymi herbicydami. Najpopularniejszy to Roundup, flagowy produkt firmy Monsanto. Użycie herbicydów opartych na glifosacie gwałtownie wzrosło w latach 90-tych, po wprowadzeniu na rynki roślin GMO. Aż 85% z nich jest odporna na działanie glifosatu, co oznacza, że dzięki ich genetycznej modyfikacji opryski tą substancją są dla nich nieszkodliwe w przeciwieństwie do innych roślin.
Glifosat stosowany jest nie tylko przy uprawach GMO. W rolnictwie wykorzystuje się go także do wysuszania roślin przed ich zbiorem. Jest to popularny zabieg stosowany m.in. przez polskich rolników na polach rzepaku. Środki oparte na glifosacie pomagają również usuwać chwasty w ogrodach, parkach, przy drogach, a także boiskach szkolnych czy placach zabaw dla dzieci. Jego powszechne użycie sprawia, że można go znaleźć niemalże wszędzie: w wodzie, w powietrzu, ludzkiej krwi i moczu, co potwierdziły wyniki badań naukowych. Masowe stosowanie glifosatu przekłada się na niemałe zyski przemysłu agrochemicznego. Patent na glifosat wygasł w 2000, stąd obecnie pieniądze z jego sprzedaży trafiają nie tylko do Monsanto, ale i do innych producentów. Przewiduje się, że do 2021 światowy obrót tą substancją przekroczy 10 miliardów dolarów.

Jeszcze do niedawna wydawało się, że pozycja glifosatu jest niezachwiana. Jednak w roku 2009 pojawiło się pierwsze zagrożenie, a wraz z nim przyszły kolejne. Zyski ze sprzedaży glifosatu są kolosalne, koncerny podjęły więc walkę o pozostawienie swojego sztandarowego produktu na rynku. Jednak sposób prowadzenia tej walki raczej do etycznych nie należy.
Ale cofnijmy się może do początków, a dokładniej, do wydania pierwszej zgody na dopuszczenie glifosatu do obrotu.

Jak to się wszystko zaczęło?

W 1985 amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA) zaklasyfikowała glifosat do substancji mogących wywoływać raka. Na jej ocenę wpływ miały wyniki jednego z badań dostarczonych przez Monsato, zgodnie z którym wraz z dawką glifosatu rosła zachorowalność myszy na rzadki nowotwór nerki. Ocenę EPA podważył Marvin Kuschner, patolog związany od 1979 z działającą przy Monsanto Komisją ds. Zagrożeń. Naukowiec ponownie przyjrzał się wynikom badania i stwierdził, że taki sam rodzaj raka wystąpił u myszy z grupy kontrolnej (tj. takiej, której nie podawano glifosatu). Ten nowotwór okazał się niezwykle ważny dla Monsanto: potwierdzenie jego istnienia oznaczało, że to nie glifosat był czynnikiem rakotwórczym.
Jednak patolodzy wyznaczeni przez EPA nie mogli doszukać się nowotworu wskazanego przez Kuschnera. Jeden z nich, Louis Kasza stwierdził, że: „rzekomy nowotwór nie wykazuje znaczących zmian patofizjologicznych.”
EPA, chcąc rzetelnie wykonać swoją pracę, zarządziła sekcję nerek u wszystkich myszy biorących udział w doświadczeniu. Wszyscy patolodzy, w tym Kasza, potwierdzili nowotwory wykazane w wynikach badania, lecz żaden z nich nie mógł się dopatrzeć nowotworu wskazanego w grupie kontrolnej przez Kuschnera.
Wtedy Monsanto zleciło grupie czterech swoich konsultantów sprawdzenie wyników badania, i tak jesienią 1985 potwierdzili oni nowotwór w grupie kontrolnej wskazany przez Kuschnera. Jednocześnie według nich u myszy spożywających glifosat, to nie on był przyczyną ich nowotworów, a jedynie przypadek.
W lutym 1988 Panel Rządowy ds. Insektycydów, Fungicydów i Rodentycydów zalecił EPA, by ci zaakceptowali istnienie nowowtworu w grupie kontrolnej, ponieważ według większości patologów zmiany chorobowe na nerce tej myszy wykazywały znamiona gruczolaka.
W 1988 EPA zmieniła kategorię glifosatu z C na kategorię D, a w 1991 na kategorię E, co oznacza „dowiedziono, że nie jest on rakotwórczy”.

A jak to było w Europie?

Proces wydawania zgody na stosowanie glifosatu w Europie rozpoczął się w 1993 i trwał niemalże 10 lat. O zgodę tą ubiegało się Monsanto wraz z grupą producentów, którzy w celu przeprowadzenia oceny bezpieczeństwa glifosatu Monsanto dostarczyło wyniki sfinansowanych przez siebie badań, które jednocześnie potraktowano jako tajemnicę handlową, co oznaczało, że nie były one ani publikowane ani przedstawiane społeczeństwu lub naukowcom. Ocenę glifosatu pod kątem jego wpływu na zdrowie i środowisko miało wykonać wskazane przez UE państwo członkowskie: Niemcy. Sprawą zajęły się więc niemieckie instytucje:

  • Federalne Centrum Badań Biologicznych dla Leśnictwa i Rolnictwa (BBA).
  • Federalny Instytut Ochrony Zdrowia (BgVV)
  • Niemiecka Agencja Środowiska.

W 1999 ww. instytucje opublikowały raport, który rekomendował wydanie zgody na stosowanie glifosatu. W 2002 w oparciu o kolejny raport przygotowany przez unijną agencję ECCO, UE dopuściła glifosat do stosowania na jej terenie przez kolejne 10 lat.

Mimo tak długiego okresu rozpatrywania wniosku niemiecka organizacja pozarządowa BUND uważa, że ocenę UE można łatwo podważyć. Przede wszystkim ww. instytucja BBA ma silne powiązania z przemysłem, także agroprzemysłem, co mogło prowadzić do konfliktu interesów. Po drugie, w unijnej agencji ECCO zasiedli ci sami ludzie, którzy wcześniej, jako pracownicy BBA i BgVV, wydali opinię dotyczącą bezpieczeństwa glifosatu. Oczywistym jest, że nie podważaliby oni swojej wcześniejszej oceny tej substancji. Ponadto, jak przekonuje inna organizacja Earth Open Source (zrzeszająca naukowców), zarówno Niemcy jak i UE odrzuciły lub zignorowały w swojej ocenie wyniki ważnych eksperymentów. Mianowicie, prowadzone w latach 80-tych i 90-tych badania na zwierzętach wykazały wpływ glifosatu na zniekształcanie płodów nie tylko przy dużych, ale także średnich i małych dawkach. Niemiecki instytut ds. szacowania ryzyka odniósł się do zarzutu EOS, podkreślając jego zasadność i konieczność przyjrzenia się tej kwestii, jednak do sprawy nigdy nie wrócono. Według BUND: „Powiązania z przemysłem, odrzucenie kluczowych badań oraz obsadzanie decyzyjnych instytucji tymi samymi osobami rzuca cień na decyzję UE w sprawie glifosatu. Można mieć wątpliwości, czy zgoda została wydana w oparciu o niezależną i bezstronną ocenę zagrożeń dla zdrowia i środowiska.”

Zgoda jednak została wydana i po upływie 10-letniego okresu stosowania na terenie UE glifosatu, tj. w 2012, producenci ponownie wystąpili z wnioskiem, tym razem o przedłużenie zezwolenia. Jednak wprowadzone w 2009 unijne regulacje nie były już dla przemysłu tak przychylne.

Ponowna autoryzacja nie będzie już taka prosta

Obowiązujące od 2009 rozporządzenie Parlamentu Europejskiego nr 1107/2009, dotyczące wprowadzania do obrotu pestycydów, uznało za konieczne dostarczenie przez przemysł nie tylko wyników sfinansowanych przez niego badań, ale także recenzowanych publikacji niezależnych naukowców. Te zaś, w przypadku glifosatu, wskazują na jego szkodliwość.
Rozporządzenie wprowadziło także ocenę substancji czynnej pestycydu na podstawie tzw. „podejścia opartego na niebezpieczeństwie”. A to oznacza, że na terenie UE będą zakazane substancje mogące: powodować raka, niszczyć DNA, negatywnie wpływać na rozrodczość lub posiadać inne działanie toksyczne. Na rynek unijny nie będzie można wprowadzać substancji zaklasyfikowanych do kategorii 1A (tj. rakotwórczych, co udowodniono w obszernych badaniach na ludziach) lub kategorii 1B (dla których przewiduje się że mogą być rakotwórcze dla ludzi, co udowodniono w obszernych badaniach na zwierzętach). Przekonywanie, że dana substancja jest bezpieczna w określonych dawkach, czyli tzw. podejście oparte na ryzyku, nie może być w tym przypadku stosowane.

Mimo tych niekorzystnych dla przemysłu regulacji, w maju 2012 Monsanto wraz z innymi koncernami przekazało niemieckim władzom (które nadal zgodnie z unijnym prawem odpowiadają za proces oceny glifosatu) dokumenty obejmujące także publikacje recenzowane. Część z nich bezsprzecznie wskazywała na genotoksyczność glifosatu (czyli zdolność do uszkadzania DNA), uznawaną za mechanizm rakotwórczy.  Przed Monsanto stało więc nie lada wyzwanie, ale dużo groźniejszy cios miał dopiero nadejść.
W 2015 r. Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (International Agency for Research on Cancer – IARC), wydała oficjalną opinię, że glifosat jest prawdopodobnie rakotwórczy i i że istnieją silne dowody na jego genotoksyczność. Monsanto jednak znalazło sposób na wyjście z tej opresji: skoro wyniki niezależnych badań były dla niego tak niekorzystne, to być może wyniki innych „niezależnych” badań są potrzebne. I tak powstała koalicja producentów pod nazwą Glyphosate Task Force (GTF), której zadaniem było oczyszczenie glifosatu z ciążących na nim zarzutów.
Ale o walce i metodach, jaką GFT podjęła, będzie już w kolejnym artykule z tego cyklu.


Wielkie przekręty ze sprzedajną nauką w tle (2)

Jak już wcześniej pisaliśmy, w roku 2012 producenci pestycydów opartych na glifosacie zwrócili się do UE o przedłużenie zezwolenia na ich stosowanie. Jednak wbrew ich oczekiwaniom, unijna decyzja nie była dla nich tak łaskawa jak jeszcze kilka lat wcześniej. Ale kto bogatemu zabroni? Wystarczy tylko głęboko sięgnąć do kieszeni i … machina może kręcić się dalej…

Zgodnie ze zmienionymi regulacjami, na terenie UE nie można stosować pestycydów, jeśli zawarta w nich substancja czynna może: powodować raka, niszczyć DNA lub negatywnie wpływać na rozrodczość. W nowych regulacjach pojawił się także wymóg, by w dokumentacji dostarczanej przez producentów środków ochrony roślin znalazły się nie tylko wyniki sfinansowanych przez nich badań (jak to było dotychczas), lecz również badań z publikacji recenzowanych.

Dla Monsanto obie te zmiany były niekorzystne: w przypadku glifosatu liczba niezależnych naukowców potwierdzających jego szkodliwość, a nawet rakotwórczość cały czas rosła.

W maju 2015 na koncerny spadł kolejny cios. Działająca przy Światowej Organizacji Zdrowia Międzynarodowa Agencja ds. Badań nad Rakiem IARC przedstawiła oficjalne stanowisko ws. bezpieczeństwa stosowania glifosatu. Według niej glifosat jest prawdopodobnie rakotwórczy dla ludzi.
W oświadczeniu IARC czytamy, że istnieje „wystarczająca ilość dowodów na kancerogenny wpływ glifosatu na zwierzęta” oraz „ograniczona ilość dowodów na kancerogenny wpływ na ludzi”. Należy pamiętać, że w terminologii IARC słowo: „ograniczony” jest tylko o jeden stopień niżej od „wystarczający”.
Ocena agencji została sporządzona w oparciu o obszerny materiał badawczy opublikowany w recenzowanych czasopismach. Przykładowo, IARC przejrzała 32 publikacje pod kątem związku glifosatu ze stresem oksydacyjnym i wszystkie 32 potwierdziły jego istnienie. Stres oksydacyjny może prowadzić do raka, podobnie jak genotoksyczność, której przyczyną według IARC również może być glifosat.
W przeciwieństwie do instytucji wydających zgody na stosowanie glifosatu głównie w oparciu o utajnione wyniki badań sfinansowanych przez przemysł, IARC przeanalizowała tylko publikacje powszechnie dostępne. Należy również podkreślić, że agencja ta ma surową politykę dotyczącą konfliktu interesów i wyklucza wszystkich ekspertów, co do których istnieje choćby podejrzenie o takie powiązania: „Członkowie Grupy Roboczej są wybierani w oparciu o posiadaną wiedzę, doświadczenie oraz brak rzeczywistego lub pozornego konfliktu interesów” – czytamy na stronie IARC.

W obliczu nowych regulacji unijnych oraz oceny IARC, Monsanto wraz z innymi producentami glifosatu mieli ciężki orzech do zgryzienia. Znaleźli jednak rozwiązanie na wyjście z tej sytuacji: skoro wyniki badań naukowych były dla nich niekorzystne to być może potrzebne były wyniki innych nowych badań. Wraz z stworzoną przez siebie w 2012 koalicją Glyphosate Task Force (GTF) korporacje rozpoczęły pracę nad oczyszczeniem glifosatu z ciążących na nim zarzutów.

Branża sfinansowała szereg prac naukowych potwierdzających brak szkodliwego wpływu glifosatu na ludzkie zdrowie. Ich autorzy zostali powołani przez firmę konsultingową Intertek, a za pracę płaciło Monsanto. Co ciekawe, wszystkie artykuły ukazały się w jednym i tym samym czasopiśmie recenzowanym.
Jak można się domyślać w publikacjach tych pojawiły się liczne błędy i przekłamania. Ich autorzy twierdzili, że stosują podejście oparte na wadze dowodów, lecz w rzeczywistości było wręcz przeciwnie. Takie podejście bierze pod uwagę całościowy obraz sytuacji, tj.: eksperymenty na zwierzętach, dane epidemiologiczne oraz mechanizmy rakotwórcze. Dowody na szkodliwość glifosatu istnieją we wszystkich trzech tych rodzajach badań, co jednoznacznie wskazuje na jego kancerogenność. Jednak autorzy opłacani przez Monsanto każdy z tych aspektów rozważali oddzielnie i oddzielnie podważali wnioski z nich płynące. Ale jak dokładnie to robili? Do jakich sposobów się uciekali, skoro jednak instytucje unijne decydowały się ich cytować?

9 sposobów manipulacji faktami: czyli jak przeinaczyć wyniki badań naukowych by czarne okazało się… białe!

Głównym punktem strategii autorów finansowanych przez przemysł była publikacja nie wyników własnych badań, lecz publikacja oceny wyników badań przeprowadzonych przez innych niezależnych naukowców. Oceniano zarówno jakość wyników tych badań jak i jakość wynikających z nich wniosków. Przemysł rękoma świata nauki chciał w ten sposób wskazać, które z tych nich mają solidne podstawy naukowe, a które są ich pozbawione.
Jednak jakość oceny przeprowadzonej przez „naukowców” opłacanych przez korporacje również pozostawia wiele do życzenia. Jej celem było potwierdzenie wszelkimi możliwymi sposobami tezy, że glifosat nie jest rakotwórczy. Część z nich opisano poniżej:

1. Zarzucić czytelnika informacjami niezwiązanymi z tematem, pomijając te naprawdę istotne
publikacja z 2015, Greim i inni

Zespół Greima w swojej ocenie, dotyczącej ewentualnej rakotwórczości glifosatu, przemilczał istnienie szeregu niewygodnych dla nich wyników badań, wśród nich także tych sfinansowanych przez producentów środków ochrony roślin:

  • Badanie na myszach z 1993 (zlecenie: Cheminova), w którym odnotowano statystycznie istotny wzrost zachorowań na nowotwory naczyń krwionośnych u myszy, którym podawano glifosat.
  • Badanie na myszach z 1997 (zlecenie: Arysta LifeScience), w którym odnotowano statystycznie istotny wzrost zachorowań na nowotwory naczyń krwionośnych i nerek u myszy, którym podawano glifosat.
  • Badanie na myszach z 2001 (zlecenie: Feinchemie Schwebda), w którym odnotowano statystycznie istotny wzrost zachorowań na nowotwory nerek u myszy, którym podawano glifosat.
  • Badanie na myszach z 2009 (zlecenie: Nufarm). Greim przytoczył dane dotyczące zachorowań na chłoniaka złośliwego u samców, ale nie wspomniał o zależności wzrostu ilości tych zachorowań od dawki glifosatu. Zamiast tego stwierdził „brak związku ze spożywaniem glifosatu”.

Odnosząc się do wyników badania Monsanto, w którym wraz ze wzrostem ilości podawanego glifosatu rosła zachorowalność u szczurów na raka trzustki, Greim po prostu przemilczał ten fakt. Przytoczył natomiast bardzo dokładnie odnotowane w tym badaniu zachorowania na raka przysadki, choć ich wzrost nie był znaczący.

2. Chcąc odrzucić niewygodne dowody: przytaczać fakty bez ich kontekstu
publikacja z 2016, Williams i inniW swoim artykule były konsultant firmy Monsanto, Gary Murray Williams, stwierdził, że „opinia IARC oparta jest jedynie na wybranych publikacjach naukowych. Pozostałe zostały przez agencję pominięte bez podania jasnych powodów.” Na potwierdzenie swojej opinii Williams przytacza ww. „publikację Greima i innych z 2015, którzy przeanalizowali pod kątem rakotwórczości wyniki 14 badań: 9 na szczurach, w tym jedną publikację recenzowaną, oraz 5 na myszach.” Dla porówniania IARC odniósł się jedynie do 6 badań na szczurach i 2 na myszach.
To, o czym Williams nie pisze, to fakt, że IARC analizuje jedynie dane opublikowane lub przyjęte w powszechnie dostępnej literaturze naukowej. Wyniki badań finansowanych przez przemysł są zwykle objęte tajemnicą handlową. W tym konkretnym przypadku IARC miał nawet dostęp do artykułu Greima i jego odnośników, lecz zdecydował ich nie analizować „ze względu na występujące w nich braki w danych dotyczące np. informacji odnośnie metod statystycznych, wyboru dawek, wzrostu wagi ciała, wskaźników przetrwalności oraz danych z badań histopatologicznych.”

3. Tak długo podważać wyniki badań, aż przestaną one stanowić zagrożenie
publikacja z 2016, Williams i inni. Jak już wspominałam w pierwszej części tego cyklu, w 1985 amerykańska Agencja Ochrony Środowiska EPA zaliczyła glifosat do kategorii C, tj. substancji mogących wywołać raka u ludzi. Po przeprowadzeniu ponownej sekcji zwłok badanych myszy, naukowcy związani z przemysłem dopatrzyli się jednego zachorowania na raka w grupie kontrolnej, tj. nie spożywającej glifosatu. Po wieloletnich dyskusjach w tej sprawie w 1991 EPA zmieniła kategorię glifosatu na E, tj. „dowiedziono, że nie jest rakotwórczy.” Williams wskazuje, że zmiana decyzji agencji nie mogła być oparta na błahych przesłankach, lecz na solidnych dowodach naukowych i nie wspomina o kontrowersyjnej historii, która miała wtedy miejsce.

4. Formułować nieprawdziwe twierdzenia mając nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na szczegóły
publikacja z 2016, Williams i inniWedług Williamsa wyniki czterech badań na myszach dotyczących toksyczności i rakotwórczości glifosatu opisanych w pkt. 1 powyżej wskazują na to, że nie powoduje on nowotworu nerki. Jednak jego wnioski są nieprawdziwe! Jak widać z zamieszczonej poniżej tabeli w dwóch na cztery z wymienionych badań, przy podaniu średnich i wysokich dawek glifosatu, zachorowalność na raka wzrosła:

Grupa kontrolna Niska dawka Średnia dawka Wysoka dawka
Monsanto 1983 1* 0 1 3
Arysta 1997 0 0 0 2
Feinchemie 2001 0 0 1 2

Williams stwierdził, że: „nie zaobserwowano statystycznie istotnych wzrostów w częstotliwości zachorowań na jakikolwiek rodzaj nowotworu ani związku tych zachorowań z wielkością dawek glifosatu.” Pomijając nowotwory nerki, dostępna Williamsowi ocena agencji BfR zwracała uwagę, że w dwóch na pięć badań wykazano statystycznie istotny wzrost zachorowań na nowotwór naczyń krwionośnych u samców myszy.

5. Faworyzować publikacje potwierdzające założoną tezę, nawet jeśli sa słabe. Jednocześnie pomijać artykuły, które jej przeczą mimo, że jakość ich jest wysoka.
publikacja z 2016, Acquavella i inni, Zespół Acquavella doszedł do wniosku, że według przeprowadzonej przez niego „oceny wagi dowodów tylko jedno badanie dotyczące gifosatu zasługuje na najwyższą wagę, podczas gdy do pozostałych można wnieść tak wiele zastrzeżeń, że nie mogą być brane pod uwagę.” Acquavella argumentował: „Nasze wnioski odnośnie chłoniaka nieziarniczego różnią się od wniosków IARC, ponieważ uznaliśmy, że brak zachorowań na ten rodzaj nowotworu w badaniu Agricultural Health Study (AHS) jest bardziej przekonujący niż zebrane wyniki z badań kliniczno-kontrolnych z charakterystycznymi dla nich ograniczeniami.”
AHS jest badaniem kohortowym, w którym jego uczestników obserwuje się przez wiele lat pod kątem ewentualnego zachorowania na raka. Zaś badania kliniczno-kontrolne sprawdzają na podstawie wywiadów i ankiet, czy chorzy na raka mogli mieć styczność z daną substancją przed ujawnieniem się choroby.
Badanie AHS, co przyznaje nawet zespół Acquavella, miało kilka poważnych ograniczeń, tj.: „zbyt krótki czas obserwacji wynoszący średnio 6,7 lat (który mógł być niewystarczający by rak wyszedł z fazy uśpienia), niewielka ilość zachorowań na chłoniaka nieziarniczego oraz wysokie prawdopodobieństwo błędnej klasyfikacji czynnika rakotwórczego.” Z drugiej strony Acquavella odrzucił wszystkie badania kliniczne ze względu na ograniczenia, które zwykle je charakteryzują. Trzeba wiedzieć, że trzy z nich otrzymały wysoką i średnią ocenę od amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska. Wszystkie one wskazywały na znacząco wyższe prawdopodobieństwo zachorowania na chłoniaka nieziarnistego po ekspozycji na glifosat. Dla dwóch z nich dowiedziono istnienie związku przyczynowo-skutkowego.
Co więcej, w opublikowanej ostatnio metaanalizie sfinansowanej przez Monsanto, potwierdzono istnienie związku między glifosatem a chłoniakiem nieziarnistym w pięciu na sześć analizowanych badań. Jednak Acquavella i te wyniki odrzucił, trzymając się kurczowo AHS.

6. Twierdzić, że przeanalizowało się wszystkie fakty, lecz nie ujawniać tych niewygodnych
publikacja z 2016, Williams i inniZespół Williamsa twierdzi, że „przeanalizował wszystkie dostępne dane naukowe, w tym wyniki z niepublikowanych raportów, z których część dostarczono do instytucji wydających zgody na stosowanie glifosatu.” Czyli, że był dokładniejszy od IARC. Czy aby na pewno?
Williams zlekceważył zaobserwowany wzrost zachorowalności na chłoniaka złośliwego u samców myszy, którym podawano glifosat. Potwierdzono istnienie związku między zachorowalnością na raka a glifosatem we wszystkich pięciu przeprowadzonych pod tym kątem badań na zwierzętach laboratoryjnych, przy czym w trzech wzrost zachorowań był znaczący. Williams przemilczał również związek tej informacji z badaniami kliniczno-kontrolnymi, w których stwierdzono zachorowania na ten sam rodzaj nowotworu (chłoniaka nieziarnistego) u ludzi narażonych na kontakt z glifosatem. Tak więc, choć to Williams zarzucał IARC wybiórcze podejście do analizowanych artykułów, co jak pisałam wcześniej miało swoje uzasadnienie, sam również takiego podejścia nie unikał.

7. Sprawić, by argument wyglądał jak naukowy poprzez odniesienie się do literatury recenzowanej, ale wywróć dowody do góry nogami
publikacja z 2012, Williams i inniW tej publikacji zespół Williamsa podjął się przeprowadzenia „krytycznej analizy” wpływu glifosatu na rozwój i rozrodczość u zwierząt i ludzi. Jednym z badań skrytykowanych przez Williamsa było doświadczenie przeprowadzone przez zespół Beureta, który zaobserwował po podaniu glifosatu wzrost peroksydacji lipidów (czyli utlenianie tłuszczów prowadzące do zniszczenia komórki) w wątrobie szczurów ciężarnych i ich płodów. Ponieważ szczury spożywające glifosat jadły mniej niż te z grupy kontrolnej, Williams podważył zasadność tej obserwacji powołując się na literaturę naukową: „Ograniczenia w diecie mogą wpływać na peroksydację lipidów i poziom aktywności peroksydazy glutationowej”. Zapomniał on jednak wspomnieć, że przy mniejszej ilości spożywanego pokarmu proces peroksydazy lipidów spowalnia. Innymi słowy, jeśli grupa kontrolna spożywałaby tak samo niewiele jedzenia co gryzonie, którym podawano glifosat, to różnica w stopniu peroksydazy lipidów byłaby jeszcze większa.

8. Przekręcać wnioski z wyników badań porównując jabłka do pomarańczy
publikacja z 2016, Williams i inni. Na podstawie przeanalizowanych wyników 8 badań Williams sformułował wniosek, że: „częstotliwość zachorowań na nowotwory nie wskazała istnienia jasnej i spójnej zależności, ani patrząc przez pryzmat danej wielkości dawki ani danego pojedynczego badania. Można więc z całą pewnością stwierdzić, że zachorowalność na nowotwory w tych badaniach była przypadkowa.”
Tym razem Williams przemilcza fakt, że w tych 8 różnych badaniach wykorzystano szczury o dużym zróżnicowaniu genetycznym, stąd mogły one różnie zareagować na podawany im glifosat. Chodzi o to, że porównywanie ilości zachorowań pomiędzy różnymi szczepami szczurów jest jak porównywanie wyników treningu koni pociągowych i wyścigowych i wyciągnięcie wniosku odnośnie jego skuteczności. W rzeczywistości istnieją nawet różnice w reakcji między podszczepami gryzoni urodzonymi w różnych laboratoriach. Stąd, porównywanie z różnych eksperymentów szczurów o różnym pochodzeniu genetycznym powoduje tylko bałagan w danych, a w przypadku glifosatu – pozwala ukryć jego szkodliwe działanie. Różna częstotliwość zachorowań na raka w badaniach analizowanych przez Williamsa nie jest zatem dowodem na brak zależności między glifosatem a nowotworem, lecz dowodem na genetyczną różnorodność zwierząt wykorzystanych w tych badaniach. Nie może też być podstawą uznania zachorowań na raka za przypadkowe i niezależne od kontaktu z tą substancją.

9. Unikać prawdziwej naukowej debaty poprzez nie podawanie źródeł
publikacja z 2016, Brusick i inni. Podczas gdy wiadomym jest, że stres oksydacyjny sam z siebie może być genotoksyczny, to pojawia się on także w wewnątrzkomórkowych i molekularnych procesach, które mogą być rakotwórcze, ale nie są genotoksyczne. IARC uznała zarówno stres oksydacyjny jak i genotoksyczność za mechanizmy mogące prowadzić do raka. Według agencji istnieją silne dowody na to, że glifosat wywołuje oba te stany. Jednak zespół Brusicka ma odmienne na ten temat zdanie wskazując, że „dowody na stres oksydacyjny jako mechanizmu rakotwórczego są nieprzekonywujące.” Tym właśnie ogólnym stwierdzeniem Bruisick pozbył się problemu związku glifosatu ze stresem oksydacyjnym. Jednocześnie nie przytoczył on żadnych argumentów potwierdzających jego opinię.
Zaprzeczenie Brusicka, że stres oksydacyjny jest mechanizmem kancerogennym stoi w opozycji do stanowiska wielu naukowców, którzy badali tą kwestię w ostatnich latach.

Z powyższego wyłania się obraz świata nauki, który manipuluje i fałszuje dane tylko po to, by wykonać opłacone przez przemysł zadanie. Autorzy publikacji finansowanych przez producentów pestycydów zarzucali IARC błędną ocenę, której przyczyna miała leżeć głównie w wybiórczym podejściu do danych, choć agencja ta ma jasne i czytelne zasady dotyczące tej kwestii. Jednocześnie oni sami wybierali tylko te wyniki badań, które potwierdzały bezpieczeństwo stosowania glifosatu. Nietrudno sobie wyobrazić kim są ludzie, którzy tak łatwo sprzedają swój tytuł naukowy – w kolejnym artykule dowiemy się, że są tam i obrońcy azbestu i teorii o nieszkodliwości palenia tytoniu. Ale to, co powinno zwrócić nasza szczególną uwagę to fakt, że instytucjom wydającym zezwolenia na stosowanie glifosatu – ani powiązania tych ludzi z przemysłem, ani jakość publikowanych przez nich artykułów nie przeszkadza. Ba, to właśnie na nich się powołując instytucje te wydają kolejne zezwolenia na stosowanie tej zabójczej dla nas i dla środowiska substancji.


Syndrom „obrotowych drzwi” (3)

W poprzedniej części pisaliśmy o sposobach, w jaki ludzie opłacani przez przemysł manipulują faktami chcąc obronić tezę o bezpieczeństwie stosowania glifosatu. Niestety, instytucje decydujące o dopuszczeniu do korzystania z tej substancji zdają się nie widzieć ani tych manipulacji, ani powiązań ich autorów ze światem wielkiego przemysłu. A szkoda, bo wcale nie trzeba dużo zachodu, by się ich doszukać…

Kim są naukowcy broniący glifosatu?

30 lat temu pojawił się pierwszy „naukowiec”, który wpłynął na ocenę bezpieczeństwa stosowania glifosatu. Był to dr Marvin Kuschner, specjalista od nowotworów płuc, ówcześnie wykładający na Uniwersytecie Stanowym w Nowym Jorku. To właśnie z powodu jego odkrycia nowotworu nerki w grupie kontrolnej (tj. u myszy, którym nie podawano glifosatu, o czym pisaliśmy w pierwszej części tego cyklu), wywiązała się kilkuletnia dyskusja. Ostatecznie, w 1991, amerykańska Agencja Ochrony Środowiska zmieniła klasyfikację glifosatu z „potencjalnie rakotwórczy” na „udowodniono, że nie powoduje raka.”
Czy oparcie się na odkryciu Kuschnera było słuszne? Czy był to człowiek o nieposzlakowanej opinii, niezależny naukowiec, którego jedynym celem było odkrywanie prawdy?
Niestety, nie. Do 1979 Kuschner był zatrudniony przez sam koncern Monsanto. W swojej karierze zawodowej świadczył on także usługi dla producenta azbestu, firmy Johns Manville Company pozwanej przez setki tysięcy poszkodowanych z powodu tej substancji. Chcąc ratować jej dobre imię (i finanse) w 1994 wraz z innym byłym konsultantem Monsanto, Garrym Williamsem, Kuschner opublikował artykuł naukowy stwierdzający, że „zawartość azbestu w powietrzu budynków publicznych, do których budowy go zastosowano, nie stanowi zagrożenia dla przebywających w nich osób”. Dodatkowo w artykule czytamy, że: „pozostawienie azbestu na miejscu jest najlepszym z możliwych rozwiązań.” Oczywiście jest to również najlepsze rozwiązanie dla jego producentów, którzy w innym wypadku musieliby zapłacić za usunięcie tej substancji. Kuschner zeznawał również jako świadek w procesie sądowym wytoczonym przez wdowy pracowników firmy Johns Manville, gdzie przedstawiał dowody na brak związku azbestu z rakiem.
Jednak doktor świadczył usługi nie tylko dla producentów azbestu czy glifosatu. Pod koniec lat 90-tych Kuschner bronił fabryki należącej do Eastman Kodak, którą posądzano o zanieczyszczenie ogromnych ilości wód podziemnych w mieście Rochester w stanie Nowy Jork. Na sali sądowej Kuschner dowodził, że substancja zanieczyszczająca, dwuchlorometan, uznana za trującą po wchłonięciu przez drogi oddechowe lub połknięciu, nie stwarza zagrożenia dla tamtejszych mieszkańców. Dodał nawet, że sam nie miałby żadnych obaw by wraz z nimi zamieszkać…

Tyle o Kuschnerze i jego „niezależnych opiniach”. Na kolejnych podobnych do niego naukowców  (i nie tylko) wypowiadających się w kwestii glifosatu przyszła pora 30 lat później:
Jak już wcześniej wspominałam, wobec nowych, bardziej restrykcyjnych regulacji UE dotyczących wydawania pozwoleń na stosowanie pestycydów oraz w związku z opublikowaną w 2015 opinią agencji Światowej Organizacji Zdrowia potwierdzającą rakotwórczość glifosatu, branża agrochemiczna miała nie lada problem do rozwiązania. I znalazła to rozwiązanie – miała to być publikacja serii artykułów naukowych sfinansowanych przez przemysł i broniących tej substancji.
Ich autorami byli przede wszystkim członkowie Glyphosate Expert Panel (GEP), czyli zespół powołany przez firmę Intertek, którego pracę opłacało Monsanto. 12 na 16 członków GEP było albo pracownikami tego koncernu albo jego konsultantami. Pozostałe osoby miały również powiązania ze światem przemysłu poza Michele Burns, co do której nie znaleziono żadnych tego typu relacji.

GEP opublikował szereg artykułów „naukowych”, tzw. Intertek Papers. Pomimo zapłaty otrzymanej od koncernów agrochemicznych, członkowie zespołu twierdzili, i tak to przedstawiano w mediach, że działają jako niezależni naukowcy. Wszystkie ich publikacje oraz wspomniany wcześniej artykuł Greima z 2015, zostały zamieszczone w jednym i tym samym czasopiśmie: Critical Reviews in Toxicology. 16 lat wcześniej, w innym czasopiśmie: Regulatory Toxicology and Pharmacology, również znalazła się publikacja broniąca glifosatu, napisana przez byłego konsultanta Monsanto i obecnego członka GEP, Gary Murraya Williamsa.
Oba te czasopisma znane są ze swoich związków z przemysłem. Przykładowo, publikacje w Regulatory Toxicology and Pharmacology potwierdzające bezpieczeństwo stosowania bisfenolu A, substancji zaburzającej pracę gospodarki hormonalnej, miały wpływ na na decyzję o dopuszczeniu do jej stosowania w
produktach dla niemowląt. W 2016 organizacja Center for Integrity oskarżyła oba czasopisma o rozpowszechnianie tzw. „junk science” czyli śmieciowej wiedzy. Według niej zawarte w nich artykuły „finansowane przez przemysł wprowadzają w błąd, a tym samym zagrażają zdrowiu publicznemu poprzez bagatelizowanie niebezpieczeństw płynących ze stosowania popularnych substancji. ”
Kanadyjska aktywistka Kathleen Ruth, zajmująca się głównie azbestem, określiła oba czasopisma jako „bezczelne przykłady działań na rzecz przemysłu”. Stwierdziła ona, że: „Trzeba mieć urojenia, by nie widzieć, że kwestie poruszane w tych czasopismach nie zagrożą zyskom przemysłowych gigantów. Tworzenie wątpliwości może trwać wieczność, a w między czasie niewinni ludzie będą umierać.”
Według naukowiec Jennifer Sass: „Szkodliwym działaniem jest w tym przypadku robienie bałaganu w literaturze naukowej. A z każdym kolejnym artykułem szala wagi przechyla się w stronę finansujących publikacje koncernów”.

Wracając do autorów Intertek Papers warto wspomnieć, że część z nich miało (lub ma nadal) powiązania z Międzynarodowym Instytutem Nauk Przyrodniczych ILSI. Funkcjonowanie tej organizacji finansują przemysłowi giganci tacy jak: Monsanto, Dow czy BASF. Celem działania ILSI jest „promowanie koncepcji naukowych przyjaznych przemysłowi oraz metod przeprowadzania ocen ryzyka danych produktów żywnościowych i substancji chemicznych.” Jak wynika z poniższej tabeli przynależność do ILSI to nie jedyna relacja, która z pewnością miała wpływ na wnioski wynikające z publikacji autorów Intertek Papers:

Publikacje IntertekPowiązania z przemysłem
Marilyn AadermaWspołautor 2 publikacjiczłonek ISLI
John AcquavellaWspółautor 1 publikacjibyły pracownik Monsanto, a także Amgen (koncern biofarmaceutyczy) i ExxonMobil (giganta naftowego).
Sir Colin BerryWspółautor 1 publikacji– były konsultant Monsanto,– członek American Council on Science and Health działającej na rzecz przemysłu tytoniowego, agrochemicznego, farmaceutycznego i paliw stałych,– członek ciała doradczego dla Scientific Alliance, organizacji promującej poglądy antyśrodowiskowe i proprzemysłowe,– członek rady nadzorczej Sense About Science, organizacji broniącej GMO i glifosatu.
David BrusickWspółautor 2 publikacji– były konsultant Monsanto i innych firm chemicznych oraz farmaceutycznych,– pracownik Covance Labolatories, firmy, która w latach 90-tych opublikowała wyniki badań wskazujące, że: „przebywanie w nawet bardzo zadymionym pomieszczeniu jest bezpieczne dla osoby niepalącej.”
Joao Lauro Viana de CamargoWspółautor 2 publikacjibyły konsultant Monsanto, a także takich firm jak: BASF, Bayer, DuPont, Ihara i Adama oraz brazylijskiej agencji rządowej CTNBio. CTNBio w 2014 dopuściła na terenie Brazylii uprawę 50 gatunków GMO, w tym soje odporną na działanie glifosatu.
David GarabantWspółautor 2 publikacjiByły konsultant Monsanto i Dow AgroSciences. W sądzie zeznawał na rzecz Bayer odrzucając możliwość istnienia związku między glifosatem i białaczką.
Helmut GreimWspółautor 2 publikacjiNaukowiec, którego związki z przemysłem są tak barwne, że opisałam je pod tabelą.
Larry KierWspółautor 2 publikacjibyły pracownik Monsanto i członek ILSI.
David KirklandWspółautor 2 publikacjibyły konsultant Monsanto
Gary MarshWspółautor 2 publikacjiTen naukowiec również wymaga szerszego opisu, zamieszczonego pod tabelą.
Ashley RobertsWspółautor 1 publikacjibyły konsultant Monsanto i obecny pracownik Intertek
Keith SalomonWspółautor 2 publikacji– były konsultant Monsanto,– były członek stowarzyszenia branżowego CropLife America,, które w 2004 wydało ponad 500 000 $ na kampanię uniemożliwiającą objęcie hrabstwa Mendocino strefą wolną od GMO.– aktualnie członek ILSI.
Tom SorahanWspółautor 2 publikacjibyły konsultant Monsanto.
Douglas WeedWspółautor 2 publikacji– założyciel i prezes firmy LLC. W 2013 LLC, wraz z gigantami branży GMO, opublikowała dokument tak bardzo zaostrzający kryteria brania pod uwagę danych epidemiologicznych przy ocenie danej substancji, że zgodnie z nim należałoby wykluczyć każde z .badań.– doradca ILSI.– wiceprezes firmy konsultingowej Weinberg Group, która według Davida Robertsa „pracuje na rzecz producentów chemicznych tworząc niewiadome dotyczące wpływu substancji na zdrowie i środowisko, co znajduje swoje odzwierciedlenie w regulacjach prawnych.” Weinberg działał w ten sposób na rzecz teflonu i bisfenolu A.
Gary Murray WilliamsWspółautor 3 publikacjikonsultant Monsanto i członek ILSI

Czytanie pełnych życiorysów każdej z wymienionych osób byłoby z pewnością ciekawe, ale i czasochłonne. Dlatego pozwoliłam sobie skupić się tylko na dwóch moim zdaniem najbarwniejszych postaciach:

Helmut Greim jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Technicznego w Monachium. Został on odznaczony Orderem Zasług Federalnej Republiki Niemiec, czyli najwyższym odznaczeniem tego państwa, za swoja pracę na rzecz ochrony ludzi i środowiska.
28 września 2015 Greim, jako niezależny ekspert, wygłosił przemówienie przed niemiecką Komisją Rolnictwa. Rzecz dotyczyła wydanej niedawno opinii agencji Światowej Organizacji Zdrowia w sprawie glifosatu. Greim powiedział przed komisją: „Muszę przyznać, że nie mam pojęcia o co chodzi w tym całym zamieszaniu. Przecież glifosat nie jest rakotwórczy.”
Dziennikarze z niemieckiej telewizji ADR dowiedli jednak, że Greim wcale nie jest niezależnym naukowcem i ma liczne powiązania ze światem przemysłu. Profesor pracował jako konsultant dla koncernu Monsanto, a w latach 1998 – 2008 działał na rzecz ILSI. W 2015 wraz z Davidem Saltmirasem, pracownikiem Monsanto, Greim opublikował artykuł naukowy, z którego wynikało, że: „glifosat nie stanowi najmniejszego zagrożenia pod względem rakotwórczości dla ludzi.” Za publikację zapłaciło Monsanto, jednak profesor upierał się, że nie miało to wpływu na wynikające z niej wnioski.
Dużo wcześniej zanim Greim zaczął bronić glifosatu, podobnie bronił dioksyn i polichlorowanych bifenyli PCB, czyli substancji, które z czasem uznano za wysoce toksyczne. Profesor Erich Schondorf, prawnik środowiskowy i były prokurator oskarżający w sprawie tych chemikaliów, tak mówi o Greimie: „Był on fałszywym ekspertem, czyli kimś, kto nawet nie zasługuje by określać go mianem eksperta. Stał całkowicie po stronie producentów, co nie miało nic wspólnego z naukowym obiektywizmem.”
W 2013 Greim, za pieniądze otrzymane z BASF, opublikował artykuł naukowy broniący azolowych środków grzybobójczych. Z czasem dowiedziono ich szkodliwego wpływu na gospodarkę hormonalną. Profesor stoi także za publikacją sfinansowaną przez Monsanto, broniącą genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy MON863, choć niezależni naukowcy wykazali, że może mieć ona działanie toksyczne dla wątroby i nerek karmionych nią zwierząt.
W 2017 francuska gazeta Le Monde opublikowała informację, że 15 na 22 członków działającej przy KE komisji do spraw limitów ekspozycji na substancje kancerogenne, ma związki z ich producentami. Wśród nich znalazł się Helmut Greim, z jego pracą na rzecz koncernów (agro)chemicznych i ILSI. Niestety, poza francuską gazetą, instytucje unijne zdają się nie zauważyć w tym problemu…

Gary Marsh ma wyjątkowo długą historię działania na rzecz przemysłu, kiedy to oceniał wpływ na ludzkie zdrowie znanych toksycznych substancji takich jak formaldenyd czy wełna mineralna. W latach 70-tych i 80-tych jego badania finansowały koncerny takie jak: Monsanto, DuPont czy American Cyanamid, czyli producenci glifosatu, oraz giganci przemysłu energetycznego i naftowego tacy jak Shell czy Mobil.
W 1980 Marsh otrzymał pieniądze z Monsanto na przeprowadzenie badania dotyczącego przyczyn śmierci pracowników mających styczność z formaldehydem. Podobnie w latach 1989-1991 otrzymał on pieniądze, tym razem z organizacji Formaldehyde Institute zrzeszającej m.in. Monsanto czy Dow Chemical, by przejrzeć wyniki badań Narodowego Instytutu ds. Nowotworów, który wskazał na istnienie związku między formaldehydem a rakiem. Za to zapewne niemałe wynagrodzenie Marsh opublikował serię artykułów ww. czasopiśmie Regulatory Toxicology and Pharmacology podważających rakotwórczość tej substancji. Działania Marsha okazały się jednak nieskuteczne – w 2011 ww. instytut zaklasyfikował formaldehyd jako substancję, dla której dowiedziono rakotwórczy wpływ na ludzi.
Życiorysy „naukowców” broniących powszechnie stosowanych szkodliwych substancji, w tym glifosatu, w „niezależnych czasopismach” same w sobie są bulwersujące. Jednak to, co jeszcze bardziej w tym wszystkim szokuje to fakt, że instytucje odpowiedzialne za dbanie o nasze zdrowie i bezpieczeństwo zdają się je zupełnie ignorować. Przecież to od nich zależy w jakim świecie, środowisku i najbliższym otoczeniu będziemy żyć my i nasze dzieci. A może… te instytucje również można kupić?
O tym czy można i za ile, już w kolejnym, ostatnim z tego cyklu artykule.


Rola instytucji: ochrona obywateli, czy ciemne interesy? (4-ost.)

W poprzednim artykule była mowa o powiązaniach naukowców broniących glifosatu ze światem przemysłu. O ile można sobie wyobrazić, że naukowiec to też człowiek i z czystego rachunku prawdopodobieństwa wynika, że jednego na wielu można po prostu kupić, o tyle wydawałoby się, że z instytucjami, które mają nas chronić, sprawa już nie jest taka prosta. Czy aby jednak na pewno?

Pierwszą zgodę na stosowanie glifosatu w Europie wydano w 2002 i była ona ważna przez 10 lat. W 2012r. 24 jego producentów zwróciło się do instytucji unijnych z prośbą o ponowną jego autoryzację.
Podobnie jak w 2002 krajem, który miał ocenić bezpieczeństwo stosowania glifosatu, były Niemcy. W oparciu o ich opinię odpowiednie agencje UE miały rekomendować ponowną autoryzację glifosatu (lub nie) do Parlamentu Europejskiego. W Niemczech sprawą tą zajęły się następujące instytucje:

  • Federalne Biuro ds. Ochrony Konsumenta i Bezpieczeństwa Żywności (BVL)
  • Federalny Instytut ds. Oceny Ryzyka (BfR),
  • oraz Niemiecka Agencja Środowiska.

Jak już wcześniej wspominano, w 2015 agencja Światowej Organizacji Zdrowia IARC uznała glifosat za substancję genotoksyczną (tj. uszkadzającą DNA) i prawdopodobnie rakotwórczą. Ocenie tej stanowczo sprzeciwili się producenci glifosatu. Co ciekawe, za branżą przemysłową murem stanęły niemieckie i unijne instytucje, pracujące w tamtym czasie nad autoryzacją tej substancji, a nawet część pracowników WHO:

  • 31 sierpnia 2015 wyżej wspomniany instytut BfR stwierdził, że: „zaklasyfikowanie glifosatu do grupy substancji rakotwórczych jest nieuzasadnione”.
  • 12 listopada 2015 Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności EFSA, w oparciu o stanowisko BfR, wydał opinię, iż „mało prawdopodobnym jest by glifosat mógł być rakotwórczy dla ludzi” oraz rekomendował zwiększenie jego dopuszczalnego spożycia z 0,3 do 0,5mg/kg ciała na dobę.
  • na spotkaniu ws. pestycydów w maju 2016, gdzie wspólnie uczestniczyli przedstawiciele Światowej Organizacji Zdrowia i Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa, tzw. JMPR, ogłoszono, że: „jest mało prawdopodobne, by glifosat mógł być rakotwórczy dla ludzi z powodu jego spożycia w pokarmie”,
  • również w maju 2016 amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA) zamieściła na swojej stronie internetowej dokument potwierdzający, że „glifosat prawdopodobnie nie powoduje raka”. Dokument szybko usunięto tłumacząc, że opublikowano go omyłkowo, a analiza dostępnych EPA danych w tej sprawie nie jest jeszcze zakończona.

Jak to możliwe, by wszystkie wyżej wymienione instytucje miały całkowicie inne zdanie na temat glifosatu od IARC? Czy jest możliwe by, podobnie jak miało to miejsce w przypadku naukowców broniących glifosatu, także i tu dochodziło do manipulacji i konfliktu interesów?

Manipulacje

Na czym oparły się instytucje odpowiedzialne za ochronę naszego zdrowia stwierdzając, że glifosat nie jest rakotwórczy? Czy obszerna dokumentacja dostarczona przez jego producentów w 2012 rzeczywiście uzasadnia tę tezę? A może także i tu doszło do manipulacji faktami?

Przyjrzyjmy się przykładowo pracy wyżej wspomnianego instytutu BfR, który analizując otrzymane od branży przemysłowej wyniki badań najpierw kolejno przyznawał IARC rację, by następnie kolejno jej (i samemu sobie) zaprzeczyć:

  1. Po tym, jak IARC znalazła wystarczającą ilość dowodów na rakotwórczość glifosatu w tych samych czterech badaniach, w których wcześniej BfR nie zauważyła ani jednego, niemiecki instytut musiał ponownie przyjrzeć się swojej analizie. W rezultacie BfR przyznał istnienie statystycznie znaczącej ilości zachorowań na nowotwory we wszystkich czterech wskazanych przez IARC badaniach. W dodatkowo otrzymanych od producentów wynikach badań, BfR również stwierdził niemałą i zależną od dawki glifosatu zachorowalność na raka u myszy. W sumie BfR zidentyfikował 11 statystycznie znaczących wzrostów zachorowań na nowotwory u zwierząt spożywających glifosat w 7 badaniach na gryzoniach. Tłumacząc swoje „przeoczenie” instytut przyznał, że wcześniej polegał na ocenie producentów dołączonej do wyników badań. Ci doszukali się tylko jednego badania potwierdzającego rakotwórczość glifosatu. Błąd niemieckiego instytutu ma szczególne znaczenie, gdyż UE zabrania dopuszczania na rynek substancji, jeśli potwierdzono jej rakotwórczość w przynajmniej dwóch niezależnych badaniach na zwierzętach.
  2. BfR zidentyfikował mechanizm, dzięki któremu glifosat działa rakotwórczo: jest to stres oksydacyjny. Wcześniej jego istnienie potwierdziła agencja IARC.
  3. Odnośnie danych epidemiologicznych dotyczących związku między pestycydami a rakiem BfR napisał: „W oparciu o wyniki badań dotyczących zachorowalności na nowotwory u ludzi IARC stwierdziła, że istnieje ograniczona ilość dowodów na ich związek z glifosatem. Należy zwrócić uwagę, że w przypadku klasyfikacji IARC termin „ograniczony” jest pierwszą kolejną kategorią po „wystarczający”. BfR zgadza się z tą klasyfikacją.”

Z powyższego jednoznacznie wynika, że BfR zgodził się z IARC, a rakotwórczość glifosatu potwierdzono na trzech płaszczyznach: w badaniach laboratoryjnych na zwierzętach, w danych epidemiologicznych ludzi oraz podając mechanizm kancerogenności glifosatu. BfR mógł się oprzeć na tym całościowym obrazie, lecz zamiast tego podzielił te trzy kwestie i oddzielnie spróbował je podważyć:

ad. 1 BfR przyznał, że w pięciu badaniach na myszach i dwóch na szczurach zaobserwowano statystycznie znaczący wzrost jednego lub więcej rodzajów nowotworów. Mimo to we wnioskach BfR napisał: „Nie należy opierać jakichkolwiek konkluzji w oparciu o wzrost zachorowań na raka zaobserwowany w tylko jednym badaniu.” Jak z siedmiu badań zrobiło się nagle jedno? To wie zapewne tylko BfR…
ad. 2 BfR przyznał istnienie mechanizmu, w jaki glifosat prowadzi do raka. Następnie napisał niezrozumiale: „przeprowadzone badania nie dostarczają dowodów na kancerogenny mechanizm działania glifosatu z powodu braku wystarczających dowodów na ryzyko zachorowania na raka związane z zamierzonym użyciem herbicydu.” BfR dodał także, że: „nie można wnioskować o genotoksyczności lub rakotwórczości glifosatu tylko w oparciu o wyniki potwierdzające wystąpienie stresu oksydacyjnego.” Szkoda tylko, że instytut zapomniał dodać, że stres oksydacyjny jest powszechnie uznawanym mechanizmem prowadzącym zarówno do genotoksyczności, jak i zachorowań na nowotwory.
ad. 3 BfR przyznał istnienie ograniczonych danych epidemiologicznych potwierdzających rakotwórczość glifosatu. Jednak w podsumowaniu odniósł się tylko do jednej publikacji, opisanej w drugiej części tego cyklu, autorstwa Acquavella z 2016. Acquavella dowodzi, że tylko jedno badanie można traktować jako wiarygodne: Agricultural Health Study, które jednak według wielu niezależnych naukowców trwało zbyt krótko, by nowotwór mógł się u badanych osób ujawnić.

Jakby tego było mało, BfR namieszało także w temacie genotoksyczności glifosatu (która prowadzi do uszkodzenia DNA). W swojej analizie IARC oparła się na 59 publikacjach, które powoływały się na wyniki 105 badań, z których aż 65 potwierdzało genotoksyczność glifosatu. Wedug agencji są to silne dowody na genotoksyczność tej substancji. Tymczasem BfR oparł się na wynikach 41 badań dostarczonych przez producentów (niedostępnych dla społeczeństwa i innych naukowców), oraz 17 publikacjach. Żadne z badań przedstawionych przez przemysł nie potwierdziło genotoksyczności glifosatu, w przeciwieństwie do 17 publikacji, z których 62% wykazało istnienie tego mechanizmu.
Co na to BfR? W końcowych wnioskach instytut napisał: „Glifosat nie stanowi zagrożenia mutagennością, stąd uznanie go za substancję mutagenną jest nieuzasadnione.”
Pytanie nasuwa się samo: czyżby BfR nie rozumiał dokumentów, które analizuje? Odpowiedź brzmi: BfR bardzo dobrze je rozumiał, ale zna również sztuczki pozwalające odrzucić niewygodne dane:

Zgodnie z Regulacją 1272/2008, aby zaklasyfikować substancję jako stanowiącą zagrożenie mutagennością dla człowieka należy przedstawić dowody z badań na ssakach. W przypadku oceny czy dana substancja jest mutagenna i przez co prowadzi do raka, taki wymóg nie istnieje. Dzięki tej różnicy BfR mogła wykluczyć te badania, w których glifosat okazał się mutagenny dla ryb, muszek owocówek czy roślin. Tym samym przestał on stanowić „zagrożenie mutagennością”, o rakotwórczości nawet nie wspominając.
Jednak nie tylko europejskie instytucje znają sztuczki…

Jak już wspomniano, w maju 2016 na stronie amerykańskiej EPA pojawił się raport wskazujący, że rakotwórczość glifosatu jest mało prawdopodobna. Agencja oparła swoją opinię m.in. na czterech badaniach, przy czym jedno z nich jednoznacznie wskazuje, że glifosat powoduje wzrost zachorowań na chłoniaka złośliwego u myszy (podobną zależność obserwuje się w przypadku chłoniaka nieziarniczego u ludzi). Wyniki tego badania ilustruje poniższa tabela:

Ilość zachorowań% zachorowań
Grupa kontrolna0/510%
Mała dawka glifosatu1/512%
Średnia dawka glifosatu2/514%
Duża dawka glifosatu5/5110%

Dla EPA badanie to stanowiło duży problem na drodze do uznania glifosatu za bezpieczny. Agencja znalazła jednak rozwiązanie: przeciwstawiła mu trzy inne badania, które nie wykazywały już takiej zależności. Dzięki temu wybiegowi sprawa problematycznej publikacji została załatwiona.

Co ciekawe, są instytucje, które ani do sztuczek ani do wybiegów nie muszą się uciekać. Po prostu twierdzą, że glifosat jest bezpieczny i tyle.
To właśnie miało miejsce na wspólnym spotkaniu organizacji FAO i WHO w maju 2016 w Genewie. Opracowany w trakcie jego trwania raport, wskazujący na bezpieczeństwo stosowania glifosatu, ma 123 strony, w tym tylko 10 poświęcono tej substancji. Jedną stronę zajmuje opis danych epidemiologicznych odnośnie zachorowań na chłoniaka nieziarniczego u ludzi, oraz nawet mniej niż jedną stronę – opis wyników badań nad rakotwórczością glifosatu u zwierząt. W dokumencie nie przedstawiono żadnych odnośników do danych literaturowych lub innych źródeł informacji. Zamiast tego istnieją dosłownie dwa zdania dotyczące zachorowań na chłoniaka złośliwego u myszy, którym podawano glifosat: „Na spotkaniu ustalono, że istnieją wątpliwej jakości dowody na wywołanie chłoniaka u samców myszy w trzech na siedem badań i u samiec w jednym na siedem badań, przy dużych dawkach glifosatu. Należy zwrócić uwagę, że w trzech kolejnych badaniach, gdzie myszom podawano jeszcze większe dawki, nie zaobserwowano ich wpływu na gryzonie.”
Brak transparentności i jakichkolwiek konkretnych danych w tym raporcie uniemożliwia niezależnym naukowcom odniesienie się do niego. I może właśnie o to chodziło…

Konflikt interesów i kiszenie się we własnym sosie

Wiemy już, że instytucje odpowiedzialne za nasze bezpieczeństwo dopuszczają się manipulacji faktami, aby udowodnić bezpieczeństwo stosowania glifosatu. Zapewne nie robią tego za darmo i zapewne wynika to z ich powiązań z branżą przemysłową. Praca w tego typu instytucjach i praca na rzecz koncernów generuje oczywiście „konflikt interesów”. Jednak w przypadku glifosatu konflikt ten występuje na więcej niż jednej płaszczyznach.

Fakt, że te same instytucje, które już raz zajmowały się oceną glifosatu miały znów po 10 latach zaopiniować bezpieczeństwo jego stosowania, już sam w sobie prowadzi do konfliktu interesów. Niełatwo jest przecież zmienić zdanie w tak ważnej sprawie, przyznać się do błędu i podważyć wiarygodność reprezentowanej przez siebie instytucji.
Warto zatem przyjrzeć się osobom, które biorą i dziesięć lat temu brały udział w procesie oceny glifosatu. Jak się okazuje, ich identyfikacja wcale nie jest taka prosta. Jak donosi instytut Corporate Europe Observatory (CEO), w odpowiedzi na zapytanie o nazwiska osób zajmujących się oceną glifosatu w EFSA, 80% z nich odmówiło ujawnienia swoich danych. CEO zwraca uwagę, że „żaden ekspert pochodzący z Niemiec, kraju odpowiedzialnego za przygotowanie dokumentów do oceny glifosatu, nie chciał ujawnić swojego nazwiska. Sprawa jest ważna, ponieważ instytut BfR dopuszcza do zasiadania w swoich komisjach przedstawicieli z branży przemysłowej”.
Żeby było jeszcze ciekawiej, śledztwo przeprowadzone przez dziennikarkę Stephane Horel wykazało, że aż 60% specjalistów z EFSA ma bezpośrednie lub pośrednie powiązania z branżami, których dotyczą tworzone przez tą agencję regulacje.

To, co nie udało się CEO, częściowo udało się niemieckiej organizacji BUND. Ustaliła  ona nazwiska ludzi, którzy w 2002 odegrali kluczową rolę w procesie autoryzacji glifosatu, i którzy nadal pracują w instytucjach zajmujących się tą sprawą:

  1. W 2002, w miejscu wcześniej istniejącego BBA zajmującego się środkami ochrony roślin, powstało biuro BVL, które wydaje zgody na stosowanie pestycydów na terenie Niemiec. I wtedy i dziś oceną glifosatu zajmują się te same osoby, a obecny dyrektor tej instytucji, dr Martin Streloke, zarówno na szczeblu krajowym, jak i unijnym brał udział w autoryzacji tej substancji.
  2. Instutut BfR zajmuje się oceną bezpieczeństwa i wpływu na zdrowie wprowadzanych na rynek substancji. BfR powstał w 2002, w miejsce działającego wcześniej w tym obszarze instytutu BgVV. Podobnie jak w BVL, w BfR również mamy do czynienia z dużą ilością osób, które i wcześniej (w BgVV) i teraz zajmują się oceną glifosatu. Dotyczy to m.in. Rolanda Soleckiego, obecnego dyrektora Departamentu ds. Bezpieczeństwa Pestycydów, oraz Rudolfa Pfeila, kierownika Grupy ds. Toksyczności Aktywnych Substancji i ich Pochodnych. Obaj panowie uczestniczyli w wydawaniu zgody na stosowanie glifosatu w 2002 zarówno na szczeblu krajowym, jak i unijnym. Jednak w przypadku Rolanda Soleckiego to nie jedyny konflikt interesów, z jakim mamy do czynienia…

Na stronie internetowej BfR można przeczytać: „Niezależność ekspertów na płaszczyźnie ekonomicznej, politycznej i społecznej jest podstawowym warunkiem wydania oceny ryzyka, która będzie obiektywna i oparta jedynie na faktach naukowych.” Pracownicy BfR są zobowiązani do zgłaszania jakichkolwiek dodatkowych prac, których się podejmą, a jeśli któraś z nich generować będzie konflikt interesów to pracownik będzie musiał się z niej wycofać.
Tak wygląda to w teorii, niestety w praktyce jest nieco inaczej. Śledztwo organizacji BUND wykazało, że Roland Solecki od lat współpracuje z przedstawicielami przemysłu. Solecki był m.in. członkiem działającego przy ILSI komitetu technicznego Risk 21 przynajmniej do roku 2014. Jak już wcześniej wspominano, celem organizacji ILSI jest promowanie koncepcji naukowych oraz metod przeprowadzania ocen ryzyka przyjaznych przemysłowi. Jej funkcjonowanie finansują koncerny chemiczne, petrochemiczne, farmaceutyczne. Są tam również: Syngenta, Monsanto, Dow czy BASF, czyli producenci glifosatu, którego oceną zajmuje się dział kierowany przez Soleckiego…
Według organizacji BUND: „Mamy tu do czynienia z jawnym konfliktem interesów, kiedy to wiodąca agencja, odpowiedzialna za wykonanie niezależnej oceny w oparciu o dostarczone przez producentów dokumenty, współpracuje z ich przedstawicielami!”

Żeby tego było mało, od 2015 Solecki jest także członkiem działającego przy EFSA Komitetu Naukowego, jednak na stronie tej europejskiej agencji nie ma informacji o jego współpracy z ILSI. Bierze on także udział w spotkaniach JMPR i, jak się okazuje, nie tylko on. Według organizacji BUND pracownicy BfR od lat uczestniczą w spotkaniach JMPR, a nawet piszą w ich imieniu raporty dotyczące glifosatu. Czyli nie dość, że ci sami ludzie od lat oceniają bezpieczeństwo stosowania tej substancji, to na dodatek robią to w różnych i teoretycznie niezależnych od siebie instytucjach.

Niestety, Solecki nie jest jedyną osobą współpracującą z przemysłem, która jednocześnie piastuje kierownicze stanowisko w jednostce odpowiedzialnej za nasze zdrowie. Przewodniczący grupy JMPR do spraw glifosatu, Alan Boobis, jest również wiceprezesem oddziału ILSI w Europie. W roku 2012, kiedy to producenci glifosatu wystąpili o jego ponowną autoryzację, ten lokalny oddział otrzymał od Monsanto 500 000 dolarów dotacji oraz 528 500 dolarów wsparcia od grupy Croplife International, reprezentującej Monsanto, Dow, Syngentę i innych producentów środków ochrony roślin. Prowadzącym spotkania grupy do spraw glifosatu w JMPR jest Anngelo Moretto, członek zarządu pracującego przy ISLI (Instytutu Nauk o Zdrowiu i Środowisku). Ponadto Moretto jest członkiem SCOEL, tj. europejskiej instytucji ustalającej graniczne wartości, na jakie można narażać pracowników w kontakcie z substancjami kancerogennymi. Jednocześnie jest on posiadaczem udziałów w firmie konsultingowej o nazwie Melete. Firma ta świadczy usługi na rzecz koncernów, które są oskarżane na salach sądowych przez swoich pracowników lub członków ich rodzin, jeśli ci już umarli. Sprawy dotyczą odszkodowań za pracę z azbestem, benzenem czy innymi szkodliwymi substancjami…
Niestety, jak donosi francuska gazeta Le Monde, że większość specjalistów zatrudnionych w SCOEL ma powiązania z branżą, której produkt ocenia w ramach swojej pracy w tej instytucji.

Czy można zatem ufać instytucjom, które mają nas chronić?

Jeśli ktoś z Was ma jeszcze jakieś wątpliwości jak brzmi odpowiedź na to pytanie, to pomogą je rozwiać wyniki badania przeprowadzonego przez organizację Union of Concerned Scientists. Biorący w nich udział setki obecnych i byłych specjalistów z EPA oceniało wpływ branży przemysłowej na ich pracę. Z 1 586 naukowców, którzy wzięli udział w tym badaniu:

  • 7% potwierdziło, że często lub od czasu do czasu dostawali polecenie, by wykluczyć lub „poprawić” dane naukowe,
  • 16% osobiście doświadczyło częstych lub okazjonalnych sytuacji, w których naukowcy sprzeciwiali się, rezygnowali lub odchodzili z projektu z powodu nacisków, by zmienić wyniki swoich prac,
  • 18% osobiście doświadczyło częstych lub okazjonalnych zmian lub poprawek swoich prac, które jednocześnie wpływały na wynikające z nich wnioski,
  • 22% osobiście doświadczyło częstego lub okazjonalnego wybiórczego lub niekompletnego korzystania z danych dopasowanego tak, by móc uzasadnić wprowadzane regulacje,
  • 42% wiedziało o wielu lub kilku przypadkach, gdzie świat biznesu wpłynął na zmianę lub wycofanie się z naukowo udowodnionych tez poprzez naciski ze strony polityków.

Badanie przeprowadzono za oceanem, jednak naszym zdaniem w Europie wyniki mogłyby wypaść podobnie. Unijny werdykt w sprawie glifosatu ma zapaść pod koniec bieżącego roku. Czy zwyciężą manipulacje i przekupstwo? Czy może jednak prawda, która uchroni choć część z nas przed nowotworami? O tym przekonamy się już w grudniu. To, co można zrobić już dziś, to podpisać się pod petycją Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej w tej sprawie i… mieć nadzieję, że instytucje, które mają nas chronić tym razem rzeczywiście wywiążą się z powierzonego im zadania.

Raport Global 2000 wersja angielska

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

Chcę wiedzieć

Być może zainteresują Cię również:

Centrum KLUCZ

KLUCZ-owe szkolenie z fundraisingu. Zapraszamy!

Centrum KLUCZ zaprasza na bezpłatne szkolenie „W poszukiwaniu Złotego Runa – fundraising w Twojej organizacji”, które odbędzie się w Łodzi w dniach 3 – 4 grudnia 2013 r. Szkolenie kierowane jest do przedstawicieli podmiotów ekonomii społecznej (w szczególności organizacji pozarządowych) z terenu woj. łódzkiego.

Lepszy transport
Tiry na tory

Kandydaci do tablicy!

Instytut Spraw Obywatelskich, w ramach którego prowadzimy kampanię na rzecz zrównoważonego transportu, rozpoczętą ponad dekadę temu, zwrócił się do kandydatów w wyborach prezydenckich z publicznym pytaniem o ich poglądy na temat polityki transportowej. List ten publikujemy poniżej.


Notice: Undefined index: without_styling in /www/instytutsprawob_www/www/instytutsprawobywatelskich.pl/wp-content/plugins/freshmail-integration/src/Plugin/Newsletter/Freshmail.php on line 500
Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.