Rozmowa

Neoliberalny mit Zachodu. I jego ofiary

Strajk 1980. Widok z góry na Bramę nr 2 Stoczni Gdańskiej im. Lenina
Widok z góry na Bramę nr 2 Stoczni Gdańskiej im. Lenina i tłumy solidaryzujących się ze strajkującymi mieszkańców Gdańska, fot. European Solidarity Centre, CC BY-SA 3.0 PL via Wikimedia

Z socjolożką prof. Małgorzatą Jacyno rozmawiamy o robotniczym dziedzictwie, nadziejach pokładanych niegdyś na Zachodzie w Solidarności, protestach pracowniczych, klasie średniej i ludowej w Polsce i we Francji.  

Krzysztof Wołodźko: We wstępie do „Powrotu do kwestii robotniczej” Stéphane’a Beaud i Michela Pialoux pisze Pani, że po upadku Żelaznej Kurtyny świat zachodni spodziewał się od Europy Wschodniej, nie tyle imitacyjnego przyłączenia się, ale podkopania hegemonii myśli neoliberalnej. Sugeruje Pani, że dynamikę wielu sporów politycznych w Polsce podskórnie organizuje przeczucie, że sprawy mogły iść inaczej. Dziś wiele mówi się w naszym kraju o narodowej i kulturowej tożsamości. Ale robotnicze i społeczne dziedzictwo pierwszej Solidarności wydaje się już na dobre zmarginalizowane.

Prof. Małgorzata Jacyno: Dyskusja na ten temat czasem nabiera na znaczeniu, a później jest tłumiona na całe lata. Chciałabym cofnąć się do tamtych czasów, przypomnieć reakcję na wprowadzenie stanu wojennego dwóch wybitnych socjologów i filozofów – Pierre’a Bourdieu i Michela Foucaulta. Była ona bardzo żywa, aktywnie organizowali pomoc dla Polaków. Brało się to z przekonania – ma to duże znaczenie, jeśli chodzi o Francję – że 1968 rok nie został dokończony. I że idee, które wówczas pojawiły się na Zachodzie, zostały rozbrojone,  stały się częścią retoryki neoliberalnej i wsparły reformy  niekorzystne dla świata pracy. Stąd odruch pomocy dla Solidarności ze strony części Zachodu był motywowany nadzieją na odwrócenie tych zmian i upodmiotowienie proletariatu.

To był czas ostrej rywalizacji między prawicą a lewicą. Bardzo dobrze było to widać w drugiej połowie lat 80., a z całą mocą ujawniło się w latach 90. XX wieku, gdy również polskie elity polityczne i intelektualne zdecydowanie zaczęły odżegnywać się szczególnie od lewicy francuskiej. Dziś rzadko o tym pamiętamy, bo żyjemy w epoce zwycięstwa anglosaskiego dyskursu.

Skąd te zachodnie nadzieje pokładane w Solidarności?

W świecie zachodnioeuropejskim funkcjonuje ważne wyobrażenie emancypacji jako prawa do historii. Nie jest to emancypacja rozumiana jako transgresja, ale jako prawo zwykłych ludzi do historii.

Świat zachodni fascynowało to, w jaki sposób Solidarność rozbroiła wizerunek „robola”. Pokazała, że robotnicy mają nie tylko żołądki, ale też podmiotowość, godność, sumienia – Zachód to docenił.

Stało się to na krótko. Stąd wciąż w naszej debacie publicznej prym wiedzie idiom poznawczy, który da się wyrazić krótko: „Polacy protestują, gdy mają puste żołądki”.

W latach tzw. transformacji ujawnienie się robotniczej podmiotowości zostało szybko zapomniane. Robotnicy z zakładów przemysłowych, chłoporobotnicy z PGR-owców nagle stali się ludźmi, którymi trzeba kierować i którym potrzeba przywództwa elit. A przecież David Ost w książce „Solidarność a polityka antypolityki” zwracał uwagę, że Polska mogła zaproponować Europie inne niż neoliberalne myślenie, inny model ekonomii. I że było takie mniej lub bardziej jawnie wyrażane oczekiwanie również wśród zachodnich elit.

Na przełomie ustrojowym przekonywano nas, że nie ma sensu myśleć z pomocą wielkich, dziejowych kwantyfikatorów. Trzeba się tego pozbyć jako marksistowskiego dziedzictwa.

Istotne jest to, jak społeczeństwa pojmują idee i ich siłę. W Polsce przyjęło się myśleć, że historia idei to zamknięta przeszłość. Tymczasem nawet w naukach ścisłych oddzielenie przeszłości od teraźniejszości nie jest czymś oczywistym. One są obecne – także w naszych czasach – w postaci pewnego gestu. Czy można powiedzieć, że przeszłość nie istnieje? Także dla fizyka nie ma nic oczywistego w podziale na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

Idee nie są abstrakcjami, lecz tym, co organizuje rzeczywistość?

Są żywe, współtworzą rzeczywistość. Choćby jako sztuka przemilczania, niedostrzegania pewnych spraw. Podam przykład średnioklasowej ślepoty w Polsce – powszechnie deprecjonuje się spowiedź dzieci jako przemocową. Robi się to na ogół na komputerach, które powstały z wyzysku dzieci w Kenii i innych krajach afrykańskich. Ten rodzaj ślepoty pozwala denuncjować to, co uznaje się za przemoc we własnym wąskim gronie, natomiast prześlepia się przemoc, która nie jest dla nas bezpośrednio dotkliwa.

Wróćmy do niedokończonej rewolucji 1968 roku. Dziś kojarzymy ją właściwie tylko z radykalną seksualną zmianą. 

Absolutnie nie zgadzam się z takim zawężeniem perspektywy. To problem tego, w jaki sposób relacjonuje się 1968 rok. Warto zajrzeć do archiwum kronik francuskich z tamtego czasu, żeby zobaczyć, jak byli wówczas przedstawiani robotnicy. Robiono z nimi wywiady, pytano ich o to, co czytają. I to na stołówce, w czasie przerwy w pracy. Odpowiedzi mogą szokować, podejrzewam, że dzisiejsza polska klasa średnia nawet nie miała takich książek w ręku. To byli ludzie oczytani, którzy mieli czas na książki. Sięgali po klasykę, po literaturę współczesną, zajmowała ich historia.

Sprowadzenie 1968 roku wyłącznie do spraw emancypacji seksualnej jest częścią wbudowania tej rewolucji w neoliberalizm. Co więcej – wydarzenia tamtego czasu dzieliły nie tylko prawicę i lewicę. Stanowisko samej lewicy wobec 1968 roku było zróżnicowane.

Źródła pokazują, jak szalenie różnorodny był to ruch – przyciągał nie tylko licealną i studencką młodzież, ale także robotników.

Ta tradycja wciąż żyje we Francji.

Myśli Pani o obecnych protestach przeciw reformie emerytalnej prezydenta Emmanuela Macrona?

Przyłączyli się do nich również licealiści i studenci. Co istotne – również studenci prawa i medycyny, co wstrząsnęło francuską opinią publiczną. Ich przystąpienie do protestów oznacza że, oni dobrze wiedzą, co czeka ich w przyszłości. I myślą o przyszłości – wbrew potocznym opiniom na ten temat.

To wynika nie tylko z solidarności z robotnikami, ale i z rozpoznania kierunku zachodzących zmian. To moment, w którym widać, że zarówno klasie średniej, jak i klasom ludowym opłaca się występować razem.

We Francji usługi publiczne są traktowane jak dziedzictwo narodowe i nie do pomyślenia jest, aby rozmawiać o nich w taki sposób jak w Polsce.

Mianowicie?

Nazwę je krótko: „Ja mam telefony do lekarzy”. W Polsce to działa na zasadzie tajemnicy poliszynela. Moralnością z najwyższej półki jest głośne przyznanie, że się z tego korzysta. I to z miejsca gwarantuje wyrozumiałość. A przecież to zjawisko pokazuje rozbicie solidarności społecznej.

We wspomnianym wyżej tekście pisze Pani: „Niezależnie od tzw. realiów politycznych Zachód, a w każdym razie zachodni świat idei, spodziewał się po Europie Środkowej i Wschodniej nie imitacji czy zwykłego przyłączenia się, ale wniesienia różnicy i podkopania hegemonii myśli neoliberalnej”. Czy po polskiej stronie – choć przez moment – była kilka dekad temu bardziej wyrazista świadomość takiej perspektywy?

Zarówno po 1968 roku, jak i po 1989 roku zwolennicy urynkowienia rzeczywistości najwięcej skorzystali na poczuciu niepewności i dezorientacji. To był moment, gdy dla milionów ludzi nawet najbliższa przyszłość była jak za mgłą.

Gdy na początku lat 90. wróciłam do Polski z Francji, gdzie cały czas odbywały się protesty, nie mogłam zrozumieć, dlaczego terapię szokową przedstawia się w Polsce jako drogę powrotu do Europy. Wykorzystano dezorientację społeczeństwa.

Warto też przypomnieć, że nieco wcześniej, podczas strajków w 1988 roku, młode pokolenie odrzuciło Lecha Wałęsę jako przywódcę Solidarności. Pojawił się problem tego, komu właściwie ufać. Z kolei w 1989 roku OPZZ ogłosiło, że zgadza się na radykalne zmiany rynkowe, ale pod jednym warunkiem – każdy musi mieć mieszkanie. W rzeczywistości zachodzące zmiany budziły coraz więcej wątpliwości – z roku na rok coraz większa część społeczeństwa miała poczucie, że została oszukana. Francuzi powiedzieliby o „ukradzionej rewolucji”. Moim zdaniem nie chodziło jedynie o kwestie ekonomiczne i społeczne, ale o to, że niemałej części polskiego społeczeństwa odebrano prawo do pełnoprawnego uczestnictwa w historii.

Na tym poczuciu straty zaczęły budować się nowe identyfikacje, które dały podstawę dzisiejszej polaryzacji. Z jednej strony zdecydowanie bardziej prawicowe, z drugiej – coraz mocniej laickie, kojarzone z liberalizmem, a w ostatnim czasie z gromadnym przechodzeniem na niewiarę. Trzeba mieć na uwadze to, że polska i zachodnia klasa średnia mają zupełnie inne historie społeczne. Ta pierwsza jest niezwykle niestabilna – czym można tłumaczyć, dlaczego w ciągu jednej nocy, po napaści Rosji na Ukrainę, z pozycji wygodnie kosmopolitycznych przeszła na pozycje ostentacyjnie patriotyczne. 

Klasa robotnicza nie zniknęła – ani w Polsce, ani w krajach zachodnich. Pani zwraca uwagę, że jest zamilczana i przemilczana. Jakimi sposobami?

Już w latach 70. XX wieku na Zachodzie zaczął się zmieniać sposób przedstawiania proletariatu. Coraz częściej zaczęto opisywać robotników jako bezsilnych, bezradnych, zagubionych. Zaczęto podkreślać, że są niezdolni do buntu, nie odnajdują się w zmieniającym się świecie. Diagnozowano w rodzinach robotniczych „zaburzenia adaptacyjne”, czyli medykalizowano i prywatyzowano koszty przenoszenia produkcji do krajów azjatyckich. A w latach 80. zaczęli znikać z debaty publicznej jako partner rozmowy. Rozmawiali z nimi tylko socjologowie.

Przy okazji – gdy w latach 90. zamieszkałam we Francji, zwróciłam uwagę na interesującą rzecz. W tamtejszej telewizji popularny był program, w którym analizowano media – sposób i formę ich wypowiedzi. Pojawiał się tam Pierre Bourdieu. Była więc przestrzeń, aby zobaczyć, jak media definiują rzeczywistość i jej wpływowych uczestników – kto ma prawo do decydowania o własnej historii. Jednak Francuzi i tak ubolewają, że badań wśród sprekaryzowanych robotników było za mało i że nie udało się wprowadzić do debaty publicznej tego, co dziś niektórzy nazywają „męską nostalgią” – utratą uznania, przyjaźni zawieranych w pracy i solidarności związkowej. Niektórzy lata 50. i 60. znali tylko ze wspomnień ojców, ale rozmawiali o nich mając nadzieję, że w przyszłości wrócą fabryki.

W Polsce w latach 90. tego rodzaju refleksji właściwie nie było. Z czasów PRL do III RP przywędrował stereotyp robotnika jako umazanego węglem górnika, który pracuje „gdzieś daleko na Śląsku pod ziemią”.

Nie mniej istotne dla losów klasy robotniczej po transformacji były wyobrażenia o Zachodzie, które kształtowały polskie elity jeszcze w czasach PRL. Dziś często mówimy o ideowych źródłach elitarnej tożsamości. Podkreślamy: „naczytali się neoliberałów”. Nie jestem pewna, czy to wszystko, co złożyło się na promocję neoliberalizmu.

Dodam dla porządku w Polsacie emitowany był program Marka Markiewicza „Bumerang”, który zajmował się podobną tematyką, ale z pozycji  bardzo życzliwych głównym transformacyjnym tendencjom. Idźmy jednak dalej – co zatem budowało myślenie tak zwanej polskiej klasy średniej i opiniotwórczych elit o nowej rzeczywistości?

Istotne mogą być wyjazdy na Zachód polskiej inteligencji w schyłkowych latach PRL. Zwykle dość biedne podróże, gdy spało się u znajomych kątem na materacu. W telewizji oglądali zażarte polityczne dyskusje. Myśleli, że liberalna demokracja to po prostu swoboda medialnych kłótni, system bez jednej słusznej opcji, z mnogością politycznych partii. Dla wielu to było dość, jeśli chodzi o rozumienie wolności i polityki.

Było to dla mnie niezrozumiałe, bo pamiętałam, że gdy pierwszy raz pojechałam na Zachód, największym zaskoczeniem było odkrycie, że to imigranci sprzątają ulice, metro, budynki. Zadawałam sobie ćwiczenie: liczyłam, ilu białych pracowników sprząta metro. To była jedna, dwie białe osoby na kilkadziesiąt. Niedostrzeganie tych dysproporcji, niewidzenie, że praca dla migrantów to zajęcia na dole drabiny społecznej, było naprawdę zastanawiające.

Dlaczego?

Bo z miejsca sami identyfikowali się z elitami politycznymi tych zachodnich państw. Nie myśleli o lekcji zarobkowych migrantów. To utrzymuje się do dzisiaj – proszę spojrzeć na sympatie polityczne, orientację ideową polskiej klasy średniej. Ci, którzy się identyfikują z klasą średnią, są bardziej skłonni solidaryzować się z Emmanuelem Macronem, Hilary Clinton, Angelą Merkel, plejadą liberalnych gwiazd globalnej polityki.

Natomiast nigdy nie identyfikują się z zachodnimi społeczeństwami. Takimi, jakie one są naprawdę – pauperyzującymi się, doświadczającymi braku mieszkań i kolejek do lekarza. Oglądałam niedawno mapę przywiązania do Europy poszczególnych narodów naszego kontynentu. Wynika z niej, że w Polsce, w Bułgarii, Rumunii, nawet na Węgrzech ludzie określają swoją tożsamość bardzo chętnie jako tożsamość europejską.

Francuzi określają się jako Francuzi, Niemcy jako Niemcy, Włosi uznają się przede wszystkim za Włochów, nie Europejczyków.  

To wiele mówi o kompleksie Zachodu i o tym, jaka tożsamość jest atrakcyjna dla tych, którzy na różne sposoby aspirują.

Od lat 90. społeczeństwo polskie buduje się na jakimś zbiorowym nieporozumieniu.

Dlatego, że polska klasa średnia – weźmy to w cudzysłów – zaczyna się od tego, z której półki się bierze herbatę w hipermarkecie. Jeśli musisz się schylić najniżej to jesteś klasą ludową, jeśli możesz sięgnąć po nią wyżej – jesteś klasą średnią. Żyjemy w takim teatrze klasowych rozpoznań.

Mówimy o mediach, wyobrażeniach społecznych, klasowych mirażach. Zmiany przychodzą też przez edukację. W III RP charakterystyczne było stopniowe wygaszanie szkolnictwa zawodowego i technicznego.

To nie zaczęło się w III RP. Miało swoje korzenie jeszcze w epoce gierkowskiej. Pierwszy istotny moment reorientacji to czas, gdy Edward Gierek zaczął ocieplać relacje z Zachodem i brać stamtąd pożyczki. Związek Radziecki musiał oczywiście zgodzić się na to, że polski park maszynowy będzie częściowo zachodni. To oraz rosnąca popularność w Europie Zachodniej i Wschodniej zarządzania technokratycznego wymuszało konkretne zmiany w całym systemie. Już w latach 80. zaczęto wprowadzać reformy w szkolnictwie średnim – powoli zaczęło tracić na znaczeniu wykształcenie zawodowe.

Polska edukacja zaczęła przygotowywać się do zmian, które dają fikcję pewnego awansu. Wstępem do niego miało być skończenie ogólniaka. Wtedy też zaczęły pojawiać się klasy profilowane – plastyczne i muzyczne, ale reformy te przede wszystkim zapowiadały zmianę systemową. Szkolnictwo zawodowe stało się przedmiotem pogardy.

I w ten sposób robotnicy zaczęli znikać ze społecznego horyzontu. Co dostaliśmy w zamian?

Paradoks polega na tym, że mimo wszystko zachowaliśmy dużą część infrastruktury przemysłowej i produkcyjnej. Ale w warstwie ideologicznej zapanowała moda na opowieści o kapitalizmie kreatywnym czy kognitywnym.

Rzecz w tym, że kondycja niemałej części polskiej klasy średniej nie różniła się i do dzisiaj niewiele się różni od kondycji klasy ludowej. Skutkuje to fobią wobec tożsamości robotniczej.

Trzeba to traktować dosłownie – przeraźliwy, irracjonalny, przybierający najróżniejsze postacie lęk. Tam, gdzie różnice są minimalne, niechęć i awersja są maksymalne. A bierze się to z obawy bycia branym za klasę ludową.

Jakie są jeszcze źródła przemocy symbolicznej wobec mniej zamożnych?

Dominowała opowieść o indywidualnym sukcesie. To, co nie pasowało do tej narracji, było skazane na wymarcie. Z jednej strony mówiło się, że społeczeństwo polskie musi zapracować na dobrobyt, ale z drugiej strony bez mała wprost mówiło się o ludziach z PGR-ów, że to ślepa uliczka ewolucji. Jeśli w debacie pojawiała się kwestia pracy fizycznej, to mówiło się o niej jak o relikcie, pozostałości po poprzednim systemie. Jest to strategia przemocy symbolicznej polegająca na tym, że walkę z biedą zastępuje się walką z biednymi. Lenistwo, alkoholizm czy tzw. kultura bezradności miały wyjaśniać niepowodzenia transformacji. Ofiary systemu zostały oskarżone i potępione za to, że są ofiarami. Deprecjonowano pracę fizyczną i stała się ona symbolem porażki życiowej.

Przeoczono ważną kwestię. Oboje siedzimy teraz w swoich mieszkaniach, otoczeni mnóstwem przedmiotów, które ktoś przed nami trzymał w ręce. Nie wyczarowałam tych rzeczy.

Nie wyczarowaliśmy biurka, lampki stołowej, papieru złożonego w książkowe stronice…

Wyobrażenie o tym, że wszystko powstaje w świecie idei, kreatywności, jest naiwne.

Poniżające przedstawienia pracy fizycznej miały być komplementem dla tych, którzy się mieli za klasę średnią. Tymczasem kreatywność w półperyferyjnym kraju zawsze napotyka wiele ograniczeń. 

Praca w Excelu? I helpdeski?

Problem jest prawdopodobnie większy i nie dotyczy już tylko krajów postkomunistycznych. Kolejne ulepszenie, modyfikacja, wyższy standard – to pojęcia, które pojawiają się w opisie nowych technologii. Nie ma tu więc mowy o przełomowych innowacjach, które sprawiałyby, że życie ludzi stanie się bardziej ludzkie. Coraz częściej też się mówi, że w wyniku rewolucji technologicznych i postępu ostatecznie znaleźliśmy się w jakimś starym świecie, w którym ludzie czują strach i zagrożenie.

Po przełomie ustrojowym na horyzoncie pojawia się nagle populizm jako polityczna próba zagospodarowania złości, gniewu i frustracji tych, którzy poczuli się wykorzystani i oszukani transformacją. Usiłowano ich zniknąć – ale oni nie zniknęli. Nie używam tego pojęcia pejoratywnie – niemniej populizm jest wyzwaniem dla liberalnej demokracji.

Kryzys 2008 roku skłonił anglosaskich badaczy, żeby w końcu przyjrzeli się kwestii degradacji warunków życia, rosnącym różnicom jego długości.

Mamy badania, które wskazują, że w Pasie Rdzy w USA lepiej miesiącami pić nieoczyszczoną wodę, niż zjeść rybę wyłowioną z zatrutej rzeki czy jeziora. Eksploatacja środowiska jest, jak widać, eksploatacją ludzi, którzy muszą się pogodzić z tym, że czysta woda, nieskażona żywność stają się już dziś luksusem. Mamy badania z krajów uchodzących za zamożne, pokazujące degradację instytucji publicznych na prowincji. Od lat 90. na Zachodzie w ramach tzw. równowagi budżetowej zmniejsza się wydatki na szkoły i szpitale. Nie wiadomo dlaczego, zawsze pierwszymi ofiarami cięć w wydatkach są porodówki na prowincji. I mimo tej prowadzonej od ponad 30 lat polityki oszczędności, dług nie przestaje rosnąć. Im bardziej się oszczędza w wydatkach publicznych, tym bardziej się powiększa dziura budżetowa.

A co z tym populizmem?

„Skandaliczne” wybory czasami się usprawiedliwia ciężkim życiem i poniżaniem, jakiego doznali ludzie. Jednak liberałowie, którzy innym chętnie zarzucają brak świadomości, edukacji i ogłady, sami nie wyciągnęli z tego żadnej lekcji i wygląda na to, że tym razem to oni reprezentują w polu politycznym „kulturę bezradności”.

Można potępieńczym tonem pytać, dlaczego ludzie głosują na Donalda Trumpa, dlaczego głosują na Marine Le Pen. I często jest tak, że socjolog objaśniając powody tych wyborów od razu niejako wciela się w lekarza, diagnozującego poważną, chroniczną chorobę.   

Okoliczności łagodzące?

Tak, właśnie tak. Ale jest też inna tradycja objaśniająca wybory polityczne: głosują tak, bo mogą. Mogą! Były wybory i zagłosowali tak, jak chcieli. Dlaczego ich usprawiedliwiać? Czy ktoś usprawiedliwia i tłumaczy liberalnych wyborców? Czy w Polsce ktoś stara się zrozumieć wyborców Platformy Obywatelskiej? Pochyla się nad nimi jak obiektami specjalnej troski i robi w tym duchu badania? Traktujemy ich wybory jako oczywistość i wypełnienie obywatelskiego obowiązku.

Nawet nieświadomie jesteśmy zakładnikami klasistowskiej narracji o wyborach politycznych?

Tradycji, która powiada, że trzeba empatycznie i tolerancyjnie podchodzić do tych nieszczęsnych ludzi: „znikano ich tak długo, więc w końcu się zemścili”, stąd książki takie jak „Obcy we własnym kraju” lewicowej badaczki Arlie Russell Hochschild nawołującej do tego, by pogardę wymienić na empatię. Tylko że jedno wtedy umyka: polityczny powód takich a nie innych wyborów jest prosty –  ludzie mają prawo głosu i korzystają ze swoich demokratycznych praw.

Przy okazji również u nas wartościuje się emocje polityczne – wyrażana lub faktyczna empatia lewicy i liberałów ma być czymś dobrym; wyrażany lub faktyczny resentyment wyborców Prawa i Sprawiedliwości ma być czymś złym.

W istocie za nawoływaniem do empatii wobec wyborców klas ludowych kryje się klasistowskie myślenie: ich wybory tłumaczy się biedą i pustym żołądkiem.

Pani mówi we wstępie do „Powrotu do kwestii robotniczej”, że ludzie bardziej skłonni są głosować na tych, którzy podają im rękę.

To świetna okazja, żeby powiedzieć, skąd się biorą porażki lewicy. Było to widać już wcześniej, ale po kryzysie 2008 roku mówi się już wprost, że lewica ma elektorat wielkomiejski i średnioklasowy, że „wymyśliła się na nowo” po 1968 roku. Z tej rewolty zachowała tylko niektóre postulaty, które dało się wykorzystać do uzasadnienia reform neoliberalnych.

Trzeba dopowiedzieć ważną rzecz – lewica o wiele bardziej stara się wygrać w mediach niż na ulicach. Obrała wątpliwą, bo nieskuteczną strategię krytyki neoliberalnych elit i ich wyborców. Nie ma kontaktu z niegdysiejszym, tradycyjnym elektoratem lewicy. Lewica reprezentuje wielkomiejską klasę średnią, ale ta też jest coraz bardziej sprekaryzowana i zagrożona, co z kolei powoduje jej alergiczne reakcje na klasy ludowe. Interesy i strategie tych klas, o których reprezentowanie ubiega się lewica, są rozbieżne.

Tytułem dygresji: nawet dyskusja sprzed dwóch, trzech miesięcy o podwyżkach cen biletów w pociągach w mediach społecznościowych dotyczyła podróży Pendolino na linii Kraków-Warszawa-Gdynia.     

To jest wymowne – polska klasa średnia nie jest tak naprawdę bogata. Do tego niemal pod każdym względem jest sprekaryzowana. I to zarówno jeśli chodzi o pracę, jak i mieszkanie.

Nawet ekonomiczne obawy dzieli z klasą ludową. Strach części klasy średniej też jest przemilczany. Nie zapomnę, gdy po 2008 roku medium adresowane do klasy średniej proponowało jej przemyślenie niezbędnych wydatków. Mówiono na przykład, że można wypić kawę, ale można robić przysiady, bo i jedno i drugie podniesie ciśnienie i ożywi. To są czytelne sygnały, że polska klasa średnia jest bardzo nominalna. I że zwłaszcza w momentach kryzysu ujawnia się prawdziwy obraz struktury społecznej, w której tych, którzy się mają za klasę średnią, dzieli jedno wydarzenie od upadku. Po 2008 roku ujawniło się też, że by wziąć kredyt czy wybierać produkty z wyższych półek, trzeba pracować na dwa etaty.

Przedstawiano to wówczas, i dziś wciąż się usiłuje przedstawiać, jako drogę do sukcesu i świadectwo właściwych życiowych priorytetów. Ale wróćmy jeszcze na chwilę do tego, co buduje społeczną niechęć wobec neoliberalnej dyktatury gospodarczo-politycznej.

Demonstrowana pogarda wobec klas ludowych jest uzasadnieniem nierówności i niesprawiedliwości, miejsce ludzkich zer jest na dole, bo nie tylko nic nie wnoszą do wspólnego świata, ale są dla niego problemem.

Pogarda i poniżenie w tradycyjnych mediach są przedstawiane często w uczonych rozmowach. Niechęć do liberałów traktowana jest jako wyraz niedojrzałości politycznej, a bunt – jako emocja wynikająca z czysto biologicznych potrzeb. Mówi się wprost, że tylko pusty żołądek jest w stanie wycisnąć z klasy ludowej poczucie podmiotowości. Straceńczej i źle skierowanej.

Zwróciłabym też uwagę na inny wątek. W Polsce o usługach publicznych często mówi się w sposób lekceważący, protekcjonalny albo zrównuje się ich rangę z innego rodzaju komercyjnymi usługami. We Francji sprawy mają się inaczej. To kwestia etosu państwa i społeczeństwa, a także braterstwa, czyli społecznego pokrewieństwa. 

Jest tam tak dobrze?

Pogarsza się dostęp do usług publicznych. Oszczędności dotknęły najpierw peryferia, ale teraz doświadczają tego również wielkie miasta. O opłakanych skutkach neoliberalnej polityki na Zachodzie u nas się prawie nie mówi, ponieważ zaszkodziłoby to retoryce mówiącej o „Polsce, która idzie na Zachód”.

Tymczasem od lat mówi się na Zachodzie o pozbawianiu praw społecznych, które były podstawą zachodnich demokracji. Zwłaszcza zanikanie klasy średniej i zablokowanie awansu społecznego świadczy o historycznym regresie, więc można zapytać, czy to są podziały klasowe czy w istocie mamy do czynienia z powrotem do podziałów stanowych.

W tych zjawiskach należałoby widzieć przyczyny aktualnych protestów we Francji.  Warto zwrócić uwagę na to, że w Polsce zwykło się mówić, że protesty to po prostu specjalność francuska, aby odwrócić uwagę od faktu, że we wszystkich krajach Unii Europejskiej realizuje się podobną politykę, tj. politykę prywatyzacji usług publicznych.

Co odróżnia społeczeństwo klasowe od stanowego?

W społeczeństwie stanowym los dziecka jest określony w momencie jego narodzin, w kołysce. Instytucje państwowe nie działają, co oznacza, że nawet zdobyte wykształcenie nie zapewnia awansu. Trzeba jeszcze mieć odpowiednią sieć społeczną, sieć znajomych i krewnych stanowiących ochronę przed rozmaitymi formami przemocy i wyzysku.  Brutalizacja życia dotyczy również klasy średniej – nie bez przyczyny zachodnia opinia publiczna wstrząsana bywa przerażającymi wręcz przykładami przemocy w zawodach klasy średniej. Chodzi zarówno o przemoc seksualną, jak i mobbing i wyzysk.

To odpowiednia sieć znajomości, bardziej niż instytucje publiczne, chroni przed bezrobociem, albo pozwala na zmianę pracy w sytuacji kryzysowej.

A jednak to francuskim autorom zawdzięczamy tak niesamowitą pracę jak „Powrót do kwestii robotniczej”. To pokazuje żywotność tamtejszych tradycji badań społecznych. I każe pytać o sytuację socjologii w naszym  kraju.

Badania prowadzone wśród robotników nie biorą się z powodu żywotności tradycji marksistowskiej. Badania nad nierównościami to horyzont ideowy. Jedni pytają o to, co przeszkadza spójności społecznej, drudzy zastanawiają się, na czym można oprzeć uniwersalnie rozumiane braterstwo.

We Francji często narzeka się na klasizm. I rzeczywiście ich media się zmieniły, bo są w rękach miliarderów. Ale gdy słucham dyskusji w tamtejszych mediach, to słyszę wyraźny głos związkowców. Słyszę ich skargi na niskie wynagrodzenia. Ich wypowiedzi komentuje politolog i filozof.

Politolog popiera związkowców, filozof zaś utyskuje, że nie odpowiadają mu ich postulaty. I wyjaśnia: „kiedyś żądania robotników miały rozmach, dziś chcą sto euro więcej; a przecież nie chodzi o sto euro, tylko o podział bogactwa”. 

I na tym polega różnica między Francją a Polską.

Intelektualny klimat debaty publicznej?

Tak, we Francji usłyszę podobną dyskusję raz, dwa razy w tygodniu. Ona wybrzmi w dużych mediach. U nas humanista od razu usiłuje wzbić się na wyżyny abstrakcji, ucieka od konkretnych zagadnień. Gdyby u nas zrobiono podobne badania, po kilku dniach w debacie publicznej nie byłoby już po nich śladu. Debaty w Polsce są blokowane dla ochrony i dla podtrzymania tego wyobrażenia czy iluzji, że jest się klasą średnią.

Gdy we Francji pojawiają się myśliciele i pisarze, którzy wywodzą się z klasy ludowej – tacy jak Édouard Louis czy Annie Ernaux – to tworzy pewną atmosferę. Sprawia, że można ujawnić w debacie publicznej przemoc symboliczną i ekonomiczną wobec klasy ludowej. Gdy pochodzącego z dołów społecznych Louisa zaczepiają: „przecież odniósł pan sukces, chodzi pan po salonach”, odpowiada: „oni są tak uprzejmi i życzliwi, że aż mnie obrażają”. I wszyscy wiemy, o co chodzi. Nie trzeba mieć subtelnego umysłu, żeby zrozumieć niuanse, wychwycić, że są takie formy uprzejmości i wpuszczania na salony, za pomocą których daje się komuś równocześnie do zrozumienia, gdzie jest jego właściwe miejsce.

Wróćmy jeszcze do Polski…

Myślę, że to bardzo ciekawe, że najpierw w Polsce socjalistycznej, a potem w Polsce kapitalistycznej elity obiecywały społeczeństwo bezklasowe. Od lat 90. unika się takich pojęć jak klasy, interesy klasowe czy konflikty klasowe. Może, paradoksalnie, według elit politycznych pojęcie klasy zachowało zbyt dużą moc mobilizacji, skoro albo go unikają, albo ze złością odrzucają. Można reprezentować interesy ofiar zmiany systemowej, ale nikt nie chce reprezentować klas ludowych.

W latach 90. najczęściej się słyszało: „Może we Francji są jakieś klasy i klasowe konflikty, ale byłem rok w USA i tam się wszyscy uśmiechają. A tu jest smutno”. Albo: „w Stanach ludzie są mobilni, co pięć lat zmieniają miejsce zamieszkania”. Nikt nie mówił o smutnych powodach i dramatach społecznych, jakie to rodzi. Nikt nie zastanawiał się, jak ważne jest zakorzenienie, że przeprowadzka to oddalenie od rodziny, utrata więzi sąsiedzkich, nowa szkoła dla dziecka.

W latach 90. niewiele mówiło się nam o robotnikach na Zachodzie. A jeśli już – to przez pryzmat idei i praktyki bliskich Margaret Thatcher i Ronaldowi Reaganowi.

To, co uderza w wystąpieniach Margaret Thatcher z lat 80., dobrze oddaje powiedzenie Bourdieu: „Le goût, c’est le dégoût” – „upodobania to przede wszystkim awersje”. Ona była przywiązana nie tyle do tego, co lubiła, ale do swoich niechęci, niechęci do robotników.

Na marginesie – ona już w latach 80. mówiła, że woda pitna nie spada z nieba i trzeba ją sprywatyzować, a trzeba mieć na uwadze to, że dekadę wcześniej wśród zachodnich elit politycznych pojawiło się przekonanie, że trzeba coś zrobić w związku z kryzysem ekologicznym.

Przerzucić koszta zmian na najliczniejszych mniej zamożnych?

Spójrzmy na to inaczej – to jest reakcja. Przekonanie klas wyższych, że lud za wiele sobie wywalczył w ostatnich dekadach i stuleciach. I to nie jest problem tego czy innego kraju. Pamiętam z lat 70. w Polsce dyskusje małomiasteczkowej inteligencji: „dlaczego na Zachodzie jest dobrze? Bo tam jest bezrobocie, oni się boją stracić pracę i się starają”.

Dlatego nie mówiłabym nawet o kierunku zmian. Raczej politycznej tendencji do odbierania robotnikom tego, co sobie wywalczyli. A z tych wszystkich zdobyczy klasa średnia korzysta przecież chętnie – spójrzmy tylko na edukację, ochronę zdrowia.

Sprawną komunikację publiczną w metropoliach, które gromadzą klasę średnią…

Ograniczanie praw społecznych jest procesem wywłaszczania.

To jest i był również problem pokoleniowy. W „Powrocie do kwestii robotniczej” dobrze widać jak zmiany, o których Pani profesor mówi, nakładały się na konflikty między starymi a młodymi robotnikami. A także konflikty z imigrantami zarobkowymi.

Zmiana sposobu produkcji na „just in time” [lean management – K. W.], nowe ścieżki awansu i kariery sprawiły, że radykalnie zmieniało się całe życie robotników. Starzy robotnicy, którzy mieli dotąd jasną i pewną wizję przyszłości, nagle zaczęli wszystko tracić. Przenoszono ich na inne stanowiska pracy, do nowych hal, zmieniano zasady awansu, starych, zaprawionych w bojach wypychano na wcześniejsze emerytury.

Badania Beaud i Pialoux pokazały bardzo ważną rzecz – ich rolę w miejscu pracy. To byli ludzie, którzy pamiętali czas walki o prawa społeczne. Niektórzy wspominali lata trzydzieste i pięćdziesiąte.

To oni usiłowali przekazać młodym robotnikom po liceach, że bez solidarności będą bez szans. To starzy robotnicy – co jest niesłychanie istotne – hamowali przejawy rasizmu, seksizmu, przemocy, znęcania się – tego wszystkiego, co może wytworzyć coraz bardziej rywalizujące i pełne napięć środowisko.

To jest niesłychanie ważne, że to właśnie starzy robotnicy, którzy widzieli narastającą rywalizację o awans, o drobne i coraz bardziej uznaniowe bonusy temperowali nastroje. To starzy robotnicy walczyli z dyskryminacją.

Wieloletnie badania autorów wśród robotników pokazały też coś bardzo ważnego, a mianowicie, jak to powiedział jeden robotnik, „rano jest się rasistą, a wieczorem się lubimy”. To pokazywało sytuacyjny charakter napięć między robotnikami: jeśli pognębienie kogoś mogło im pomóc w rywalizacji, sięgali po to. Ale podobnie brutalne warunki są również w zawodach klasy średniej, tylko tu wiadomo, że lepiej jest się maskować, a w każdym razie bardziej strategiczne jest unikanie ostentacyjnego rasizmu, seksizmu czy klasizmu.

Odpowiedzią na protesty były coraz silniejsze służby porządkowe. We Francji jest sporo prac na temat militaryzacji policji od lat 70. Korelacja jest wyraźna: im silniejszy neoliberalizm, tym coraz lepiej jest dofinansowana na Zachodzie policja.

I narasta przemoc symboliczna?

W książce Beaud i Pialoux opisana jest przedziwna sytuacja. Strajkują licealiści, protestujący przeciw niekorzystnym warunkom staży. Robotnicy z pobliskiej fabryki chcą ich wspomóc, są absolutnie pewni, że zostanie to dobrze przyjęte, bo taka jest tradycja. Nie chcą walczyć, chcą wesprzeć młodzież. Okazuje się, że drzwi są przed nimi zamknięte – młodzi zabarykadowali się przed związkowcami, którzy chcieli się z nimi solidaryzować. Obraz robotnika we francuskich mediach był już tak beznadziejny, że licealiści, młodzi ludzie, którzy dobrze wiedzą, że też będą pracowali w fabryce, zamykają się przed nimi. Nie chcą tracić szans w przyszłej rywalizacji.

Zwykle kojarzymy Zachód z silnymi związkami zawodowymi i radami pracowników. Obraz, jaki wyłania się z pani wstępu do książki Beaud i Pialoux, nie jest tak oczywisty i optymistyczny.

Wiele wynika z tego, jakie pytania zadawały sobie elity polityczne po II wojnie światowej w krajach zachodnich.  Społeczeństwo dobrobytu wywalczyła sobie klasa ludowa.  We Francji tradycja intelektualna, nie tylko akademicka, ale i literacka, artystyczna każe konfrontować się z pytaniem: jakiego społeczeństwa chcemy; co jest dla nas wewnętrznym zagrożeniem?

Na to, że Francja po wojnie cieszyła się największymi prawami społecznymi, złożyło się kilka czynników. Nie tylko związki zawodowe, nie tylko elity artystyczne, ale i elity polityczne miały świadomość, że pytanie o suwerenność jest także pytaniem o spójność społeczną i konieczność unikania silnej polaryzacji.

Dodajmy do tego tradycję, której zupełnie w Polsce nie rozumiemy, bądź rozumiemy opacznie, czyli tradycja anarchizmu syndykalistycznego.

W Polsce anarchizm od biedy kojarzy się z Piotrem Kropotkinem, na ogół – ze szlacheckim warcholstwem przedrozbiorowej epoki. 

Tradycja anarchizmu nad Sekwaną – wciąż żywa, co dobrze widać we francuskich księgarniach – wzięła się z przekonania, że kapitalistyczne państwo nie jest czymś neutralnym, ponieważ oligarchia wykorzystuje państwo do realizacji swoich interesów i dąży do tego, żeby wyzysk był legalny, usankcjonowany przez prawo.

We Francji szczególnie w latach 20. XX wieku wielką popularnością cieszyła się  idea budowania solidarności poza państwem – w ramach profesji. 

A tożsamość klasy ludowej?

Gdy byłam niedawno w Paryżu, uczestniczyłam w pokazie filmu o Żółtych Kamizelkach. Po nim odbyła się dyskusja, na którą przyszli reprezentanci klasy ludowej i wygwizdali reżysera: „Nie jesteś od nas, traktujesz nasze życie jak materiał do zbierania nagród, my już wiemy, że ty nie jesteś jak Annie Ernaux”. To niesamowita – z polskiej perspektywy – samoświadomość.

Wczoraj słyszałam robotnika, który zadzwonił do jednej z francuskich rozgłośni. Dyskutowano akurat o reformie emerytalnej, w studio był ktoś z rządu. Robotnik żalił się, że nie dostanie 1200 euro emerytury, że prawdopodobnie będzie to znacznie mniej, a przecież co innego obiecywał rząd. Ten robotnik powiedział w pewnym momencie: „mam czterdzieści lat, idę rano do pracy, ale moje ciało nie idzie”.

Trzeba mieć ucho, żeby to usłyszeć. I zrozumieć, jak klasa ludowa we Francji potrafi mówić. To nie jąkanie się, postękiwanie. To piękna fraza, która wyraża to, co ten człowiek czuje. Max Weber mówił, że są ludzie, którzy rozumieją religijne sensy, bo są muzykalni religijnie. Podobnie można mówić o ludziach, którzy są muzykalni społecznie. Zresztą mówi się o niektórych, że mają słuch społeczny.

Gdy jedna z francuskich polityczek odpowiedziała, że jak boli kręgosłup, to się bierze tabletkę i dalej pracuje, zrobił się skandal. Oburzała się też część elit intelektualnych, które zdecydowanie reagują na takie „powiedzonka”.

Nie wyobrażam sobie w Polsce intelektualistów wprost broniących robotników w debacie publicznej.

Gdy ktoś rzucił we Francji, w ferworze debaty o reformie emerytalnej, że przecież praca ma wielką wartość, wśród intelektualistów zawrzało. Mówiono o niemieckich obozach pracy i że nie każda praca ma wartość, szczególnie gdy staje się wyzyskiem. Wołano o „zatęchłym humanizmie”.

Polski przekład książki Beaud i Pialoux ukazał się ponad dwadzieścia lat po oryginalnym wydaniu. Na ile zmieniła się klasa robotnicza przez te dekady?

Atomizacja klasy robotniczej jest problemem. Podobnie konflikty z imigrantami. To się nie stało samo – dziś systemowo przeszkadza się być solidarnym. Jeszcze przed pandemią na protestach w Paryżu wystąpił Jacques Rancière i powiedział: „Oni zabraniają nam solidarności”.

Jedna rzecz to przemoc policyjna, a druga to prawo.

Na marginesie: proszę sobie przypomnieć, jak w Polsce komentowano wzrost zatrudnienia na śmieciówkach. Nie tylko prawnicy przedstawiali to jako dobrodziejstwo. Także ankietowani pracownicy mówili, że pozytywem jest to, iż „można wyskoczyć z pracy na pączka”. 

Zmieniła się także struktura zatrudnienia – na znaczeniu zyskała praca w ogromnych magazynach, symbolem jest Amazon. Przybyło firm takich jak Uber; przybyło firm kurierskich. Wiadomo, jak w tym biznesie traktowane są prawa pracownicze. Dodajmy do tego wielkie medialne wsparcie dla tych biznesów. Posunięto się nawet do fałszowania badań – głośny jest przypadek dwóch ekonomistów, którzy przeprowadzili badania na zamówienie Ubera. Warto dodać, że jeden z nich – Augustin Landier – otrzymał w 2014 roku nagrodę dla najlepszego młodego ekonomisty. Za to badanie, w którym przekonywał m.in., że pracownik platformy będzie zarabiał dwukrotność minimalnego wynagrodzenia, otrzymał 100 tys. euro. Nie uwzględniono w tym badaniu żadnych kosztów związanych z tą pracą – zakupu benzyny czy ubezpieczenia. W badaniach zachwalano elastyczność, stabilne, atrakcyjne zarobki, możliwość łączenia tej pracy z innym zatrudnieniem. Obydwaj ekonomiści przeprowadzający badania – Augustin Landier i David Thesmar wcześniej, w 2007 roku, byli autorami głośnej pracy „Megakrachu nie będzie”, w której zapewniali, że pesymizm co do gospodarki finansowej jest nieuzasadniony.

Wiele stanowisk pracy „fasonuje się” tak, aby uchodziły za pracę klasy średniej, choć w istocie są to prace dla przebranej, podretuszowanej na klasę średnią klasy ludowej.  

Pewne sprawy widać lepiej na zasadzie kontrastu – pamięta pan zapewne w pandemii akcje oklaskiwania pielęgniarek i kasjerek. Nagle zauważono społeczną wartość i nieodzowność tego rodzaju pracy.

Czy ruch Żółtych Kamizelek ma szanse na wzmocnienie pozycji klasy robotniczej we Francji?

Żółte Kamizelki to peryferyjna niższa klasa średnia. Warto przypomnieć, że określano ich jako skrajną prawicę nastawioną negatywnie do imigrantów. Media wycofały się z takiego stygmatyzowania tego ruchu. Żadne badania nie mogły potwierdzić tej medialnej etykiety. Żółte Kamizelki uczestniczą w aktualnych protestach, które połączyły klasę ludową i klasę średnią. Protestują śmieciarze, studenci, licealiści, strażacy, akademicy, pielęgniarki, nauczyciele i akademicy. Z poparcia dla całej polityki prezydenta Macrona (nie tylko reformy emerytalnej wprowadzonej dekretem) wycofali się niektórzy najbardziej wytrwali jej obrońcy wśród polityków i intelektualistów.

W rozmowach z francuskimi socjologami słyszę, że tym, co nad Sekwaną powstrzymuje ludzi przed wyjściem na ulice, jest niezwykle brutalna policja. W czasie pandemii ogłoszono zresztą we Francji „historyczny” wzrost budżetu dla policji.

Nieustannie słyszy się, ilu ludzi straciło rękę czy oko w czasie protestów. Dziennikarze zgłaszają, że utrudnia się im pracę. Organizacje międzynarodowe i politycy przypominają o prawie do manifestowania i zwracają uwagę na przemoc policyjną. Warto przypomnieć historię Alexandra Benalla, osobistego ochroniarza Macrona, który przebrany w policyjny mundur bił ludzi. To wszystko rozeszło się po kościach. A działo się to w tym samym czasie, gdy załamywano ręce nad sytuacją w Polsce. 

Dziękuję za rozmowę.

Logotypy Rządowego Programu Wspierania Rozwoju Organizacji Poradniczych

Materiał powstał w ramach Projektu Centrum Wspierania Rad Pracowników dofinansowanego ze środków Rządowego Programu Wspierania Rozwoju Organizacji Poradniczych na lata 2022–2033 przez Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego


Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 174 / (18) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Rynek pracy Centrum Wspierania Rad Pracowników

Przejdź na podstronę inicjatywy:

Co robimy / Centrum Wspierania Rad Pracowników

Być może zainteresują Cię również: