Rozmowa

Nie da się przekonać ludzi do jedzenia jabłek przez dawanie im pomarańczy

darowizna
fot. Gerd Altmann z Pixabay

Rafał Górski

Nr 46 (2020)

Z Wojciechem Kaczmarczykiem, dyrektorem Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, rozmawiamy o koncepcji wprowadzenia możliwości odpisu 1% CIT oraz o możliwych ryzykach związanych z takim rozwiązaniem.

Rafał Górski: Panie dyrektorze, czy mechanizm alokacji 1% podatku z CIT może być narzędziem rozwoju organizacji społecznych w Polsce?

Wojciech Kaczmarczyk: Odpowiadając na tak postawione pytanie, należałoby się przyjrzeć strukturze budżetów polskich organizacji pozarządowych. Z 1% PIT od podatników indywidualnych do NGO-sów trafia ok. 900 mln zł rocznie. Są to znaczące środki, zaś co roku kwota ta jest coraz większa (pamiętajmy jednak, że do pozyskiwania środków z 1% uprawnione są jedynie organizacje posiadające status organizacji pożytku publicznego).

Działalność ekonomiczna organizacji pozarządowych wciąż jest bardzo, bardzo słaba – znakomita większość środków, którymi dysponują polskie NGO-sy, są to środki publiczne pochodzące z dotacji od samorządów, od agencji rządowych czy ministerstw oraz oczywiście środki europejskie. W tym katalogu źródeł przychodów środki z 1% są to również środki publiczne, pochodzące z podatków.

Pytanie zatem brzmi, czy chcemy zwiększać finansowanie organizacji pozarządowych ze środków publicznych, tworząc nowy instrument w postaci 1% podatku od przedsiębiorstw? Nie jestem przekonany, czy jest to dobry pomysł. 1% PIT dla OPP miał być instrumentem prorozwojowym. Założenie było takie, aby pieniądze z naszych podatków trafiały do lokalnych organizacji, znanych obywatelom i darzonych przez nich zaufaniem, przyczyniając się do budowania kapitału społecznego. Czy ten zamysł udało się zrealizować? Pewnie w wielu miejscach tak, ale jak pokazują dane największymi beneficjentami tego systemu są organizacje pozarządowe, które prowadzą konta indywidualne (tzw. subkonta), przeznaczając część zebranych środków na leczenie bądź rehabilitację indywidualnych osób. Jeśli do tego systemu dodalibyśmy jeszcze środki od przedsiębiorców, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że powstałby podobny mechanizm wspierania celów indywidualnych, partykularnych, analogicznie jak stało się w przypadku kont indywidualnych w 1% PIT.

Czy nie można wprowadzić systemowych bezpieczników, które zapobiegłyby takiemu rozwojowi sytuacji jak w przypadku 1% z podatku od osób fizycznych?

Oczywiście, potencjalnie jest to możliwe, przy czym pamiętajmy, że w przypadku 1% z PIT również istniały takie bezpieczniki, które następnie zostały zlikwidowane. Stała za tym argumentacja, że indywidualne konta również realizują ważny cel społeczny, przyczyniając się do wspierania osób znajdujących się w potrzebie. Od dłuższego czasu mamy do czynienia z psychologicznym naciskiem grup społecznych, które są beneficjentami tego stanu rzeczy. Podczas dyskusji na temat 1% PIT, która od lat toczy się w sektorze pozarządowym, nie udało się dotychczas wypracować dostatecznie silnego i jednolitego głosu skierowanego do rządzących. Prowadzone są rozmowy, odbywają się debaty akademickie, wiele mówi się o dysfunkcjach mechanizmu 1%, ale w stronę władzy nie popłynął do tej pory jasny, czytelny sygnał w imieniu sektora pozarządowego, że system wymaga zmiany. Obawiam się, że w przypadku 1% CIT moglibyśmy powtórzyć ten scenariusz.

Jak rozumiem, błąd polegał na wprowadzeniu celu szczegółowego, zaś obecnie – gdy mechanizm ten już funkcjonuje – próba jego zmiany napotkałaby, Pana zdaniem, na stanowczy opór ze strony jego beneficjentów.

Tak jak już wspominałem, mechanizm 1% z PIT nie obowiązywał od początku w obecnej formie. Konta indywidualne pojawiły się później, właśnie przy okazji wprowadzenia możliwości wskazania celu szczegółowego.Poza tym trzeba zdawać sobie sprawę, że 1% to nie jest element filantropii – to nie jest darowizna. Jeśli ktoś twierdzi, że „dał ze swojego 1% tyle i tyle złotych na taką i taką organizację” i uważa przy tym, że dokonał darowizny, to absolutnie się myli. To są środki publiczne. Jeśli porównamy obecne wpływy z 1% PIT (ok. 900 mln zł) z wpływami z filantropii – zarówno indywidualnej, jak i korporacyjnej – to owo porównanie unaoczni nam mizerną kondycję filantropii w Polsce.

W minionym roku niespełna 1% osób, które płacą podatki w naszym kraju, przeznaczyło środki z tytułu darowizny na określony cel. Jak podaje Ministerstwo Finansów, suma darowizn od osób indywidualnych wyniosła w ostatnim roku mniej niż 200 mln zł.

Jeśli przyjrzymy się darowiznom od przedsiębiorstw (mam tu na myśli wyłącznie darowizny finansowe), kwota jest trochę większa – nadal jednak jest to mniej niż 500 mln zł. Oznacza to, że suma darowizn od osób indywidualnych i od firm jest wyraźnie mniejsza niż suma środków publicznych przekazanych organizacjom pożytku publicznego w ramach mechanizmu 1% PIT. Warto wspomnieć też o tym, że w ostatnich latach mniej niż 1% ogółu polskich firm przeznaczało jakiekolwiek środki na darowizny finansowe.

Dane te pozwalają przypuszczać, że spadek wpływów z darowizn był związany z wprowadzeniem mechanizmu 1% PIT. To było zauważalne tąpnięcie. Być może w świadomości społecznej wytworzyło się przekonanie, że skoro przekazujemy 1% podatku – lub wpłacamy pieniądze przy okazji jakichś spektakularnych akcji społecznych, jak akcje Caritasu czy WOŚP (obecnie obserwujemy znaczny wzrost darowizn indywidualnych, jak i korporacyjnych, w związku z pandemią koronawirusa) – to możemy już czuć się „rozgrzeszeni”. W polskim społeczeństwie – zarówno wśród osób indywidualnych, jak i wśród firm – nie wytworzyło się jeszcze dostatecznie silne poczucie, że dzielenie się swoim majątkiem jest swego rodzaju społeczną powinnością. W najbardziej rozwiniętych społeczeństwach taki mechanizm jest na trwałe wpisany w konstrukcję społeczeństwa obywatelskiego. Jeśli porównamy strukturę wydatków, a także poziom odpowiedzialności za wspólnotę (wyrażanej poprzez darowizny czy wolontariat) w Polsce i w krajach najbardziej rozwiniętych, zaangażowanie w różne działania społeczne w Polsce jest nadal znacznie mniejsze niż właśnie w USA, Niemczech czy Holandii. I tutaj pojawia się pytanie, jakie kroki powinniśmy podjąć, aby zmienić ten stan rzeczy.

Moim zdaniem tworzenie nowych instrumentów wsparcia organizacji pozarządowych ze środków publicznych – które będą narażone na to, że środki przekazywane w ich ramach znów będą wydatkowane na cel inny od zamierzonego – nie jest właściwą drogą.

Raczej skłaniałbym się ku temu, aby przy pomocy metod legislacyjnych, działań edukacyjnych, a także kampanii społecznych, które mogłyby być prowadzone przez duże organizacje pozarządowe, wspierać w Polsce rozwój filantropii sensu stricto. Wydaje mi się, że to jest właściwy kierunek, nie zaś tworzenie kolejnych instrumentów wsparcia, narażonych na wykorzystanie w sposób niezgodny z pierwotnym zamierzeniem.

Czy te 500 mln zł darowizn od przedsiębiorców, o których Pan wspominał, to są środki, które otrzymują organizacje obywatelskie niezwiązane z korporacjami?

W dużej części oczywiście tak. W Polsce jest ok. 100 fundacji korporacyjnych. Tylko duże biznesy mają swoje fundacje. Jeśli chodzi o wymienioną przez Pana kwotę, w większości mówimy tutaj o małych darowiznach, które przekazują przede wszystkim mali, lokalni przedsiębiorcy.

Jaką lekcję, Pana zdaniem, powinniśmy wyciągnąć z mechanizmu 1% PIT, aby skutecznie wspierać organizacje pozarządowe?

Uważam, że powinniśmy działać na rzecz zwiększenia poziomu filantropii, a nie wydatkowania środków publicznych, które, tak na marginesie, cały czas się zwiększają. W Narodowym Instytucie Wolności środki horyzontalnego wsparcia na rozwój instytucjonalny NGO-sów w ciągu ostatnich 3-4 lat zwiększyły się 3-krotnie, tj. z 60 mln zł, które były w FIO, do ponad 170 mln zł w roku bieżącym na granty prorozwojowe, niezwiązane z realizacją zadań publicznych na rzecz administracji. Tu widzę rolę państwa, które partycypuje w dziele takiego nakierowanego wspierania organizacji, czyli tworzenia instrumentów, które skierowane są do NGO-sów w sposób celowy.

Środki na rozwój instytucjonalny przekazywane przez Narodowy Instytut Wolności stanowią dużą zmianę na plus w stosunku do poprzednich lat, ale na pewno nie są wystarczające. Pytanie brzmi: gdzie w takim razie szukać środków na działalność organizacji pozarządowych?

Moja funkcja nie predysponuje mnie do tego, żeby udzielać takich rad. Jak zapewne Pan wie, od kilku miesięcy realizujemy bardzo specyficzny instrument wsparcia NGO – zainicjowaliśmy wspieranie tworzenia kapitałów żelaznych przez organizacje pozarządowe. Bardzo jestem ciekaw, jakie efekty przyniesie ten instrument – i czy w ciągu 3 lat jego pierwszym beneficjentom (a jest to ponad 20 organizacji) uda się w takim stopniu pozyskać społeczne zaufanie, że zgromadzą wystarczające środki z darowizn, aby zacząć budowanie kapitałów żelaznych. Po tym okresie będziemy mieli odpowiedź, czy jest to jeden z tych kierunków, w których warto zmierzać i do których warto namawiać organizacje.

Na pewno trzeba przekonywać ludzi do wspólnego działania, bo jak pokazują dane GUS i Stowarzyszenia Klon/Jawor, stale maleje baza członkowska organizacji pozarządowych

Czy widzi Pan jakiś sposób na odwrócenie tego niekorzystnego trendu?

Uważam, że organizacje powinny wyjść ze swoich biur, próbować angażować ludzi w swoją działalność i w ten sposób docierać do nowych możliwości wsparcia, także finansowego. Te rzeczy są ze sobą ściśle powiązane, tj. wsparcie finansowe i pozyskiwanie ludzi przez ich zaangażowanie, przez wolontariat itp. Istnieje np. wiele Rad Parafialnych, które angażują się już nie tylko w formy życia liturgicznego wokół parafii, ale także w życie społeczne. Powstają nowe instytucje wspólnego działania, jak np. Młodzieżowe Rady Gmin. W ciągu kilku ostatnich lat ich liczba zwiększyła się ponad dwukrotnie – obecnie jest ich już ponad pięćset, a wciąż jest to tylko około jedna piąta gmin w Polsce. Gdyby więcej młodych ludzi angażowało się w sprawy swoich społeczności lokalnych, to być może poziom wsparcia dla rozmaitych celów społecznych byłby znacznie większy. Kolejną z form współdziałania, przewidzianych w ustawie o samorządzie gminnym, są Gminne Rady Seniorów. Zarówno Rady Seniorów, jak i Rady Młodzieżowe mogą powstawać także na pozostałych szczeblach władz samorządowych, tj. na szczeblu powiatowym oraz wojewódzkim. Być może dobrze by było, aby przy jednostkach samorządu terytorialnego powstawały także Rady Rodzin. O takim rozwiązaniu rozmawialiśmy w rozmaitych zespołach eksperckich w Kancelarii Premiera. To są właśnie takie formy wspólnego działania, które mogą pomóc zwiększyć aktywność obywateli, mieszkańców małych społeczności, zachęcić ich do wspólnego działania, a także zwiększyć rozpoznawalność rozmaitych celów społecznych. W pewnej perspektywie mogą przyczynić się również do zwiększenia finansowego wsparcia dla organizacji pozarządowych ze strony obywateli.

Czy Pana zdaniem organizacje społeczne są w stanie trafić do Polaków z przekazem, jak istotną rolę w życiu społecznym powinna pełnić filantropia, i w ten sposób zwiększyć swoje przychody z darowizn?

Gdybym odpowiedział, że nie, to zarzuciłbym polskiemu społeczeństwu, że jest nieczułe, niewrażliwe na realizację celów społecznych, a tak nie jest. Myślę, że do świadomości społecznej Polaków powinien trafić z różnych miejsc, z różnych ośrodków bardzo czytelny przekaz na temat tego, czym jest filantropia oraz na czym zasadza się nasza odpowiedzialność za wspólnotę. Widzę ogromną potrzebę edukacji społeczeństwa w zakresie odpowiedzialności za dobro wspólne. Państwo również ma tutaj swoje zadanie do wykonania, ale moim zdaniem organizacje pozarządowe powinny pełnić rolę edukacyjną w większym stopniu niż dotychczas.

Od 25 lat funkcjonuję w sektorze pozarządowym i widzę, że kwestie takie jak partycypacja obywatelska, polityki publiczne czy działalność strażnicza/watchdogowa prawie nie istnieją w świadomości społecznej – minie zapewne wiele lat, zanim my, jako organizacje społeczne, będziemy w stanie zrównoważyć nasze budżety w tych obszarach darowiznami od darczyńców indywidualnych.

Może warto zapytać, dlaczego tak jest? Dlaczego działalność watchdogów, organizacji, które zajmują się partycypacją obywatelską czy działalnością strażniczą, jest w taki sposób postrzegana (czy też: niedostrzegana) w społeczeństwie? Abstrahując od działań konkretnych organizacji, być może głównym powodem jest to, że podobne działania są odbierane jako trochę „odklejone” od potrzeb społecznych. Trzeba przekonać obywateli, że one są realizowane w interesie publicznym, w interesie każdego obywatela. Chętniej wspieramy dzieci, zdrowie, zwierzęta nie tylko dlatego, że tego rodzaju cele chwytają za serce, ale również z tego względu, że mamy głębokie przekonanie, że środki, które przeznaczymy na wsparcie takiego celu, przyniosą konkretny, wymierny efekt. Dla przykładu: nowy respirator, który kupujemy do szpitala, może uratować komuś życie; sprawić, że dana osoba nie zostanie bez pomocy.

Chodzi o to, żeby znaleźć takie narzędzia komunikacji, które przekonają obywateli, że to działanie ma wymierny sens – że ofiarowane pieniądze nie trafią w próżnię, do jakiejś anonimowej organizacji, nie zostaną przejedzone przez jej establishment, tylko zostaną wykorzystane w dobrym celu. Najważniejsze, by pokazać, że nasz cel zostanie zrealizowany.

To prawda, ale zdecydowanie łatwiej jest wzbudzić w odbiorcach pozytywne emocje, gdy efekt jest dostępny na wyciągnięcie ręki. Natomiast zdecydowanie trudniej jest to osiągnąć, gdy prowadzi się działania organiczne, na których efekty trzeba czekać latami.

Dlatego uważam, że należy pracować nad zwiększaniem skali filantropii – zarówno indywidualnej, jak i korporacyjnej – poczynając od działań mających bardzo wymierny efekt, możliwy do osiągnięcia w przewidywalnej przyszłości. Skutki na pewno będą widoczne. Ważne jest nie tylko wpływanie na wielkie polityki publiczne, ale również na te małe, lokalne.

Nie odmawiam wartości takim doraźnym, jednorazowym działaniom jak zbieranie środków na respiratory, natomiast jeśli dobrze pamiętam: 1% miał służyć właśnie organicznej, długotrwałej pracy, która jest najbardziej żmudna i stanowi dla organizacji największe wyzwanie. Ten mechanizm obecnie kompletnie nie zdaje egzaminu. Jakie zmiany należałoby Pana zdaniem wprowadzić w mechanizmie 1%, aby służył on pierwotnym intencjom swoich twórców?

Myślę, że tutaj „do tanga trzeba dwojga”. Przy czym inicjatywa ewentualnych zmian powinna wyjść od środowiska trzeciego sektora i powinien być to głos jak najszerszego spektrum organizacji pozarządowych. Wydaje mi się ważne, aby zaprosić do dialogu także środowiska, które są beneficjentami mechanizmu tzw. subkont.

Wracając do początku naszej rozmowy: wyobrażam sobie także następujący scenariusz. Załóżmy, że mechanizm 1% CIT zostaje wprowadzony i działa. Przedsiębiorcy przekazują swój 1% podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego. System obwarowany jest bezpiecznikami, które przeciwdziałają obecnym „wypaczeniom” 1% PIT. Mechanizm 1% CIT uczy przedsiębiorców, że organizacje pozarządowe istnieją, realizują istotne cele społeczne, i że oprócz 1% warto przekazywać także własne środki na ich działania. Czy Pana zdaniem taki scenariusz jest możliwy do wyobrażenia?

Myślę, że nie da się przekonać ludzi do jedzenia jabłek przez dawanie im pomarańczy. 1% to co innego niż darowizna. Jałmużnik papieski – kard. Konrad Krajewski – użył niedawno sformułowania, że „jałmużna powinna Cię zaboleć”. Darowizna to jest ofiarowanie czegoś od siebie, uszczuplenie swojego majątku. Musimy to zrozumieć i wrócić do tej siatki pojęć, która oddaje sens rzeczywistości. 1% nigdy nie będzie darowizną i nie powinien być w ten sposób traktowany.

Wprowadzenie 1% CIT może jeszcze bardziej pogłębić obecny deficyt darowizn, bo także przedsiębiorcy zaczną się czuć zwolnieni z moralnego obowiązku dzielenia się swoim majątkiem. Dlatego moim zdaniem 1% CIT nie jest dobrym rozwiązaniem.

Mechanizm 1% PIT – niezależnie od tego, jakim modyfikacjom następnie uległ – spowodował, że ludzie w ogóle dowiedzieli się o istnieniu takich podmiotów jak organizacje pożytku publicznego. Czy to nie jest argument na rzecz wprowadzenia 1% CIT?

Czym innym jest wiedzieć o czymś – wiedzieć, że coś istnieje – a czym innym jest to poznać, doświadczyć, zaprzyjaźnić się z tym.

Tylko najpierw trzeba wiedzieć, aby następnie móc się zaprzyjaźnić.

Tak, ale świadomość tego, że organizacje pozarządowe istnieją, jest w Polsce coraz większa. Działają duże organizacje pożytku publicznego, które prowadzą kampanie społeczne przy użyciu różnych środków masowego przekazu. Myślę, że świadomość społeczna w tym zakresie stopniowo będzie się poszerzać. Moim zdaniem kluczem do sukcesu, także w zakresie pozyskiwania środków na działania, nie jest wyłącznie wiedza o tym, że dana organizacja istnieje. Najważniejsze wydaje mi się to, aby można się z taką organizacją zaprzyjaźnić – zobaczyć, jak ona naprawdę funkcjonuje. Poznać ludzi, którzy ją tworzą. Przekonać się, co oni tak naprawdę robią – i jaki skutek społeczny ma i może mieć w przyszłości ich działanie. Droga do sukcesu w pozyskiwaniu środków wiedzie przez budowanie więzi, zażyłości, która może sprawić, że przedsiębiorcy (ale też osoby indywidualne) będą chcieli w większym stopniu angażować swoje zasoby na rzecz danej organizacji.

Dziękuję za rozmowę.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 46 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekonomia # Społeczeństwo i kultura Instytut Spraw Obywatelskich

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.