Rozmowa

Nowa ziemia obiecana?

Andrzej Wodopjanow_foto Marta Brerwer

Rozmawiamy z Jurijem Wodopjanowem i Andrzejem Wodopjanowem, którzy przyjechali do Łodzi z Kazachstanu na podstawie Karty Polaka.

(W rocznicę ustanowienia Karty Polaka – 7 września 2007 roku – przypominamy rozmowę, która ukazała się w gazecie Aktywność Obywatelska Nr 1 (20)/2019. Materiał został przygotowany przez Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej w Łodzi.)

Łódź od zawsze kojarzona jest z niesamowitymi historiami osób, które do niej przyjeżdżały, niekiedy z bardzo odległych stron.

Choć druga wojna światowa odcisnęła niszczycielskie piętno na wielokulturowym krajobrazie miasta, od pewnego czasu na ulicach Łodzi ponownie można usłyszeć coraz więcej różnych języków. Nie jest przypadkiem, że na 596. urodzinach Łodzi zagrał ukraiński zespół, a miejskie strony internetowe czy biletomaty są coraz bardziej przyjazne dla osób, które nie znają języka polskiego. W obliczu katastrofy demograficznej, którą wieszczą aktualne prognozy, każda dodatkowa osoba, która pracuje i wydaje tu pieniądze, jest dla naszego miasta olbrzymią szansą. Postanowiliśmy porozmawiać z ludźmi, którzy zdecydowali  się osiedlić w Łodzi i zapytać ich o doświadczenia i wrażenia.

Rozmowa z Jurijem Wodopjanowem i Andrzejem Wodopjanowem, właścicielami lokali gastronomicznych Teremok i Jurta – którzy przyjechali do Łodzi z Kazachstanu – o ich długiej podróży do Polski i trudnych początkach w nowym kraju. 

Krzysztof Ruciński: Jak to się w ogóle stało, że znalazł się Pan w Łodzi i otworzył tutaj biznes?

Jurij Wodopjanow: Składaliśmy w Kazachstanie wnioski, by móc przyjechać jako repatrianci. Procedura była tak skomplikowana, że trzeba by czekać od dziewięciu do piętnastu lat. W 2007 roku wydano ustawę, która umożliwiała przyjazd na podstawie Karty Polaka. Syn, który studiował w Polsce, podpowiedział mi, że dzięki niej można szybciej przyjechać. Byliśmy w gronie pierwszych osób, które dostały Kartę Polaka. Najpierw przyjechaliśmy do Krakowa, gdzie była nasza rodzina. Tymczasem moja córka zaszła w ciążę w trakcie studiów w Łodzi. Córka studiowała wtedy medycynę i były to bardzo wymagające i czasochłonne studia. Musieliśmy podjąć szybką decyzję o przeprowadzce.

Karta Polaka jest dokumentem potwierdzającym przynależność cudzoziemca do narodu polskiego. Ułatwia otrzymanie polskiego obywatelstwa.
Karta gwarantuje jej posiadaczowi szereg uprawnień w Polsce, m.in.: 
– prawo do podejmowania pracy,
– prawo do prowadzenia działalności gospodarczej,
– korzystanie z bezpłatnego systemu oświaty,
– darmowy wstęp do muzeów państwowych,
– zniżki na transport publiczny.

W Kazachstanie wszyscy uważali nas za Polaków albo Niemców, bo u nas była taka mieszana rodzina. Na pewno nie za Kazachów. – Przyjedziemy, ale co będziemy tam robić? – myśleliśmy. Po polsku znaliśmy tylko „dzień dobry” i „do widzenia”. Dostaliśmy dofinansowanie z urzędu pracy. Wybraliśmy biznes gastronomiczny, bo najmniej wymagał znajomości języka. Dostaliśmy pomieszczenie przy ulicy Piramowicza i tam otworzyliśmy pierwszą malutką jadłodajnię. Zaczęło się od dwóch stolików…

Jakie były wymagania wobec wniosku repatriacyjnego?

JW: Wyniknęła z tego bardzo nieprzyjemna sprawa. Zmuszono nas (w Kazachstanie), byśmy chodzili do kościoła katolickiego. Myślałem, że jak pójdę do polskiego kościoła, to od razu dostanę wniosek. Okazało się, że nie. Potem okazało się, że wniosek można po prostu zeskanować. Trzeba było wziąć słownik, bo Google w Kazachstanie wtedy nie było tak dostępne, jak teraz. Siedzieliśmy z nauczycielką języka polskiego i z jej pomocą złożyliśmy ten wniosek. Potem czekaliśmy ponad trzy miesiące, aż przyjedzie do nas konsul. Przyjechał, złożyliśmy wniosek całą rodziną.

Aktualnie wsparcie ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych jest większe, Polska wspiera w Kazachstanie naukę języka, prowadzi kursy on-line. Nadal jednak sporym wyzwaniem jest wypełnienie wniosku po polsku.

JW: Jeśli człowiek jest uparty i chce udowodnić, że jest Polakiem, a Polacy są wszyscy uparci, to bierze słownik, tłumaczy. Idzie do nauczycielki bądź ambasadora. Ja jeden wniosek wypełniałem miesiąc.

Jak rozpoczęła się historia Andrzeja Wodopjanowa w Polsce?

Andrzej Wodopjanow: Pod koniec szkoły średniej zastanawialiśmy się, co ze sobą zrobić. Dzięki temu, że mieliśmy polskie pochodzenie, mieliśmy okazję dostać się na studia do Polski. Skorzystaliśmy. Każdy z naszej rodziny po szkole średniej przyjeżdżał do Polski. Rodzice przyjechali najpóźniej.

W Kazachstanie byli Państwo Polakami, a tutaj? Jak to wyglądało w trakcie studiów?

AW: Dla Polaków nie byliśmy Polakami, kiedy rozmawialiśmy po rosyjsku. Jak przyjechałem w 2004 roku, to jeszcze ten negatywny stosunek Polaków do Rosjan był bardziej zauważalny. Koledzy mieli z tego powodu negatywne doświadczenia. Dzięki temu nauczyłem się polskiego bez akcentu. Los tak się potoczył, że dwa, trzy lata byłem odcięty od ojczystego rosyjskiego. Jak rodzice przyjechali, nie mogłem się dogadać, bo zapomniałem języka.

Jak wygląda społeczność repatriantów w Łodzi?

JW: Oczywiście są osoby, które stamtąd przyjechały i pracują w Łodzi, ale nie spotykamy się. W Niemczech kazachska społeczność robi co roku wspólne wesela, śpiewają piosenki, kultywują kuchnię. U nas czegoś takiego nie ma. Może brakuje po prostu organizatora. Po drugie, każdy jest w trakcie okresu adaptacyjnego. Każdy jest zajęty pracą. My pierwszy urlop mieliśmy po sześciu latach.

AW: Jeśli chodzi o repatriantów, utrzymujemy kontakt z kilkoma rodzinami. Ta sama kultura, to samo wychowanie. Łatwiej się dogadać ze sobą, niż znaleźć nowe znajomości.

Jak wyglądała Pańska pomoc dla innych repatriantów? Podobno pomógł Pan otworzyć lokal przy ul. Nowomiejskiej.

JW: W pewnym momencie pojawiła się osoba z Ałmaty, byłej stolicy Kazachstanu, skąd pochodzimy. Przyszli, powiedzieli: – Przyjechaliśmy na podstawie Karty Polaka, nie znamy języka, nie ma żadnej pracy.

AW: To się zaczęło nawet wcześniej, kiedy rodzice przyjechali i nie mogli dostać żadnej pomocy. Zwrócili się do parafii (prawosławnej – przyp. red.), ale była wtedy bardzo biedna i nie mogła udzielić pomocy. Można było jednak pozamiatać liście, posprzątać groby i teren wokół cerkwi. Rodzice potem wiedzieli, jak trudno jest repatriantom.

JW: U nas wtedy pracowała cała rodzina, więc nie mogliśmy ich zatrudnić. Kiedy trzeba było pomalować fasadę, zatrudniliśmy ich do tego. – Możecie przychodzić tutaj jeść, jeśli nie macie pieniędzy, bez żadnych problemów – powiedziałem. Potem znaleźliśmy miejsce dla jednej, drugiej, trzeciej osoby u nas w firmie. Postanowiłem, że założę inkubator biznesu. W Ałmaty byłem prezesem stowarzyszenia przedsiębiorców północnego Kazachstanu. Pomagaliśmy zakładać firmy. Zrobiłem eksperyment. Czy uda mi się to samo w Polsce? Kobieta, której pomagaliśmy, cały czas chciała założyć własną restaurację. Doradziłem, co trzeba zrobić. Pomogłem znaleźć kursy z gastronomii. Przeprowadziłem ją przez cały proces. Pracowała ponad dwa lata u nas, potem założyła swój biznes przy ul. Nowomiejskiej. Istnieje on do dziś, mają też drugi lokal.

Czy były kolejne próby wsparcia innych?

JW: Idziemy w tym kierunku. Robiliśmy warsztaty dla osób, które chcą poznać kuchnię wschodnią. Robiliśmy kursy językowe z Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, wykłady. Teraz wspieramy Ukraińców. Chcą tutaj zostać, Andrzej pomaga im z dokumentami.

Znajdujemy się teraz w Jurcie (lokal gastronomiczny przy ulicy Piramowicza), to miejsce jest przesiąknięte kazachską kulturą. Co Polacy wiedzą o Kazachstanie?

AW: Zacznijmy od tego, że w naszych lokalach rozmawiamy z ludźmi. – Skąd jesteście? – praktycznie zawsze padało to pytanie. Jak mówiliśmy, że z Kazachstanu, to niektórzy pytali, gdzie to się znajduje w Polsce, jakie to województwo. To są oczywiście skrajne przypadki. Zazwyczaj jednak o Kazachstanie mało kto w Polsce wie. Starsze osoby kojarzą, wiedzą, że dużo Polaków było zesłanych, że dużo osób tam mieszka. Ostatnio trochę głośno się zrobiło na temat stolicy, kojarzą jakieś świeże informacje. Bajkonur kojarzą.

Łódź, ul. Piramowicza, fot. Instytut Spraw Obywatelskich
Łódź, ul. Piramowicza, fot. Instytut Spraw Obywatelskich

Tu w lokalu są albumy, dużo zdjęć. Poza kuchnią pokazuje Pan Kazachstan szerzej. Jakie wrażenia mają łodzianie, kiedy przychodzą do Jurty?

AW: Myślę, że większość jest w pozytywnym szoku, że ktoś z nimi rozmawia i coś opowiada. To, co im pokazuję, zorganizowaliśmy też dzięki ambasadorowi Kazachstanu. Od niego mamy materiały, albumy. Odwiedził nas, potem zaprosił do siebie. Ludzie jak oglądają, są pod wrażeniem, Kazachstan raczej kojarzą z pustymi przestrzeniami. Szczególne wrażenie robi na nich stolica. Wiele osób odwiedziło Kazachstan turystycznie. Mówią, że podoba im się tam. Kazachowie to gościnny i opiekuńczy naród, to dzięki Kazachom Polacy przeżyli zsyłkę.

Co w Kazachstanie myślano o Polsce, kiedy Panowie tam byli?

JW: Biedny kraj jak my wtedy. Mieszkaliśmy w niemieckiej wsi pod nazwą Peterfeld. Niemcy pojechali do Niemiec, cała wieś. My powiedzieliśmy, że zbieramy dokumenty na wyjazd do Polski. – Do Polski? Taki biedny kraj, po co tam jedziecie? – mówili. – Będzie bliżej do Niemiec – odpowiadaliśmy. Nie wiedzieliśmy, że w Polsce istnieje prawosławie. Kiedy córka, która studiowała w Łodzi, powiedziała, że tutaj w centrum stoi Sobór św. Aleksandra Newskiego, to mówiłem: „Chociaż zdjęcie zrób, żebyśmy zobaczyli”. Byliśmy zaskoczeni, kiedy powiedziała, że jest tam nawet biskup. Mało mieliśmy informacji o Polsce. Był w naszym mieście taki budynek, gdzie każda z mniejszości ma swój zakątek, tam można było się dużo dowiedzieć o Polsce. I obejrzeć to, co przywoził ambasador. Teraz jest inaczej, jest instytucja, która wydaje po polsku i po rosyjsku materiały.

Jak Panowie oceniają ostatnie lata w Łodzi? Nawet patrząc na otoczenie lokalu, ulicę Piramowicza, wiele tu się zmieniło.

AW: Przyjechałem do Łodzi w 2004 roku. Przyjechaliśmy na dworzec Łódź Fabryczna. Moim pierwszym pytaniem po wyjściu z dworca było: „Czy tu dopiero co jakaś wojna się skończyła?” W tamtych latach Łódź była brzydka i straszna, nieciekawa. Potem mieszkałem sześć lat w Krakowie. Co jakiś czas przyjeżdżałem do Łodzi, było widać zmiany. Narutowicza zrobiona, piękna ulica, potem robili ul. Kilińskiego, ciągle były problemy z dojazdem. Minęło piętnaście lat, ciężko byłoby teraz poznać Łódź. Nie przeszkadzają mi remonty, nie przeszkadzają mi korki, bo idzie ku lepszemu.

Czy przebudowa ulicy Piramowicza wpłynęła na ruch w lokalu?

JW: To była masakra. Nosiliśmy towary pieszo. Wszyscy klienci z biurowca obok uciekli. Mieliśmy dzień, kiedy było 32 zł utargu. Było ciężko. Wcześniej otworzyliśmy lokal przy ul. Piotrkowskiej, od razu remont.

Czy przemiana ul. Piramowicza w woonerf, możliwość wystawienia stolików, sprawiła, że jest lepiej?

JW: Pierwszego dnia po tym, jak wystawiliśmy stoliki, przyszła pani z Urzędu Miasta Łodzi i powiedziała, że dostaniemy karę, jeśli ich nie złożymy.

AW: Kupiliśmy myjkę ciśnieniową do mycia chodnika. Woonerf był robiony z zamysłem, że naprzeciw lokalu będzie miejsce na stoliki. Okazało się, że jest możliwość ustawienia stolików, ale za dzienną stawkę wyższą niż na ul. Piotrkowskiej. Na ulicy Piotrkowskiej jest zniżka, tu nie ma. Tam, gdzie jest ruch, jest zniżka, a tu nie ma? Odesłali nas do Pani Prezydent…

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 88 / (36) 2021

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura # Świat Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej

Przejdź na podstronę inicjatywy:

Co robimy / Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej

Być może zainteresują Cię również: