Felieton

Polska (wciąż) bez wolności strajkowania

Strajk sierpniowy w Stoczni Gdańskiej im. Lenina
Strajk sierpniowy w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, fot. European Solidarity Centre, CC BY-SA 3.0 PL, via Wikimedia Commons

Piotr Krzyżaniak

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 198 / (42) 2023

Kiedy wreszcie skończą się restrykcje stanu wojennego w Polsce?

Felieton został opublikowany w sierpniu 2023 roku na jednym z portali społecznościowych z okazji zbliżającej się rocznicy porozumień z sierpnia 1980 roku.

Jak powszechnie wiadomo – i z reguły nikt tego nie kwestionuje – stan wojenny rozpoczął się 13 grudnia 1981 r. Wprowadzono go na podstawie uchwały Rady Państwa podjętej 12 grudnia 1981 r. na wniosek samozwańczej Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Wątpliwe jest to, czy stan wojenny wprowadzono legalnie. Niewątpliwe jest to, że go wprowadzono.

Kiedy się stan wojenny skończył? Na to pytanie już odpowiedzieć trudniej. Zniesiono go podobno 22 lipca 1983 roku. Tak przynajmniej wynika z Uchwały Rady Państwa z tegoż dnia. Czy można było w ogóle znieść stan wojenny, który z punktu widzenia prawa konstytucyjnego nie obowiązywał? Pozostawiam te wątpliwości historykom i teoretykom prawa konstytucyjnego. Mnie interesują wyłącznie restrykcje. Tak, chodzi mi o restrykcje, które w kluczowej sprawie trwają do dziś. Jest to więc chyba najdłuższy lockdown w dziejach naszego kraju? Choć może powonieniem użyć tu raczej słowa lockout.

Tak zwane „znoszenie” stanu wojennego jest procesem dość długim. Jeszcze podczas formalnie trwającego stanu wojennego, tj. 8 października 1982 r. przyjęto nową ustawę o związkach zawodowych.

Radę zakładową, dotychczasowy organ związków zawodowych wybierany bezpośrednio przez załogę, obligatoryjnie powoływany w każdym zakładzie pracy, zastąpiono wówczas „zakładową organizacją związkową”. Ta już nie była obligatoryjna. Mogła ona w zakładzie powstać lub nie. Dodatkowo ustalono tam harmonogram tworzenia struktur związkowych. Początkowo mogły być rejestrowane wyłącznie struktury zakładowe, potem ogólnokrajowe a na końcu zrzeszenia i organizacje międzyzwiązkowe. Związki zawodowe mogły więc w pełni korzystać z przyznanych im praw dopiero po 31 grudnia 1984 r. – a więc półtora roku po formalnym „zniesieniu” stanu wojennego.

Czy jednak po tej dacie związki zawodowe mogły działać tak jak przed stanem wojennym? Oczywiście, że nie i – co może niektórych zdziwić – tak jest do dziś.

Swoboda strajkowania

Od 1918 r., kiedy zaczęto znosić pozostawione po zaborcach prawne ograniczenia strajku, aż do stanu wojennego nie można było mówić w Polsce o prawie do strajku. Coś takiego nie istniało.

Istniała za to swoboda strajkowania. Strajk był zdarzeniem faktycznym przez prawo niezakazanym i przez nie niereglamentowanym.

Czasem było to zdarzenie doniosłe prawnie. Tak było np. w II Rzeczpospolitej. Niepokoje społeczne przejawiające się strajkiem wymuszały prawny obowiązek podjęcia rokowań między pracodawcami, związkami zawodowymi i państwem. Tak przynajmniej wyglądało to na gruncie ustawy o zatargach zbiorowych w rolnictwie z 28 marca 1928 r., czy w Rozporządzeniu Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 27 października 1933 r. o nadzwyczajnych komisjach rozjemczych do załatwiania zatargów zbiorowych (dotyczyło ono pracowników przemysłu i handlu).

Strajk więc nie był zakazany, a warunki jego wszczęcia przez robotników nie były w żaden sposób regulowane. Po prostu był on traktowany jako element wolności związkowej.

Czy po 1945 r. coś się zmieniło? Oczywiście, że nie. Nadal strajk był rozumiany jako przejaw wolności chronionej prawnie. Nie oznacza to, że strajków nie rozganiano milicyjną pałką. Metodę tę znała i stosowała też policja z czasów II RP. Chodzi jednak o to, że nie rozganiano ich z tej przyczyny, że uczestnicy strajków korzystają z wolności strajkowania. Szukano zawsze jakiegoś innego powodu. Z tych względów jeden z prokuratorów w poznańskim procesie dziesięciu z 1956 r. mógł powiedzieć: „my nie sądzimy za udział w strajku i manifestacji, ale będziemy sądzić tych, którzy popełniali przestępstwa”.

Oczywiście jak słusznie zauważył wówczas obrońca oskarżonych robotników, wybitny polski prawnik, potem represjonowany, Stanisław Hejmowski, oskarżenie nie wykazało, gdzie leży linia graniczna między tymi uczestnikami wydarzeń czerwcowych, którzy popełniali przestępstwa, a tymi, którzy wyrażali swój uzasadniony gniew. Wyrok nigdy nie zapadł. Niemniej jednak pokazuje to dobitnie, iż do grudnia 1981 r. strajkujących nie karano i karać nawet nie próbowano za organizowanie lub udział w strajkach. Pojęcie nielegalnego strajku w języku prawnym czy prawniczym nie istniało. Trzeba było więc wykazać, że przy okazji bądź co bądź legalnego strajku, popełniano jakieś przestępstwa. Jakie? To już należało do (twórczej) inwencji organów ścigania.

Co się więc zmieniło, że dziś w języku prawnym i prawniczym istnieje pojęcie „strajku prowadzonego niezgodnie z przepisami ustawy”?

Tu przechodzimy do największego chyba dowcipu politycznego w dziejach naszego kraju.

Żart ekipy Jaruzelskiego

Generał Jaruzelski wraz ze swoją ekipą nie słynie z poczucia humoru. Zachowane fotografie i materiały wideo ukazują go raczej jako osobę sztywną, z mimiką twarzy nijaką, przykrytą wielkimi okularami. Lech Wałęsa ponoć pod tymi okularami dostrzegł kiedyś łzy nad losem ojczyzny, ale Andrzej Gwiazda spieszył zdementować, że to przejaw choroby oczu. Nieważne jak było. W każdym bądź razie Wojciech Jaruzelski nie był osobą rzucającą na prawo i lewo dowcipami. Bywa jednak tak z ludźmi jego pokroju, że jak już zażartują, to żart ich ma skutki dalekosiężne, wręcz dziejowe.

Działamy bez cenzury. Nie puszczamy reklam, nie pobieramy opłat za teksty. Potrzebujemy Twojego wsparcia. Dorzuć się do mediów obywatelskich.

Tak się też stało. Jak każdy chyba pamięta, jeden z dwudziestu jeden postulatów strajkujących załóg z sierpnia z 1980 r., a konkretnie postulat drugi, brzmiał: „[wnosimy o:] zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym”. Oczywiście strajki w roku 1980 odbywały się jeszcze w ramach wolności strajkowania. Wolność tym się różni od prawa, iż w pierwszym wypadku porządek prawny co najwyższej ją chroni, ale w nią nie ingeruje. W przypadku „praw” porządek prawny ustala warunki, jakie trzeba spełnić, by z prawa skorzystać. Warunki te mogą stanowić nawet bardzo wysoko ustawioną poprzeczkę. Nie zmienia to jednak faktu, że prawo to przynajmniej potencjalnie pozostaje zapewnione. Jest ono zapewnione nawet wówczas, gdy spełnienie tych warunków jest wręcz nierealne.

Oczywiście robotnikom w sierpniu 1980 r. nie chodziło o ustanowienie w miejsce wolności strajkowania prawa do strajku. Chcieli oni porostu lepszego zabezpieczenia wolności strajkowania.

Żart ekipy Jaruzelskiego był więc typowym żartem językowym. Takim „czepianiem się słówka”, a konkretnie chodzi tu o słówko „prawo”. Jak ten dowcip brzmiał? Mniej więcej tak: „robotnicy korzystający dotychczas z wolności strajkowania chcieli prawa do strajku, a więc im to prawo damy, ale nie tak od razu, tylko pod pięcioma warunkami, których realizacja graniczy z cudem”.

Warunki te sformułowano w tworzonej i uchwalonej podczas stanu wojennego ustawie o związkach zawodowych. Co to były za warunki? Jak związek zawodowy chce zorganizować strajk, to najpierw musi podjąć rokowania z kierownikiem zakładu pracy (1). Jak ten pierwszy warunek nie doprowadzi do zaniechania strajku, to obowiązkowo wymagane jest postępowanie pojednawcze prowadzone przez sześcioosobową komisję, składającą się z przedstawicieli obu stron (w równej liczbie) (2). Jeżeli i ten drugi warunek nie doprowadzi do porzucenia zamiaru strajkowania, konieczny jest obligatoryjny arbitraż sądowy (3). Jeżeli i ten trzeci warunek nie zapobiegnie strajkowi, konieczne jest przeprowadzanie referendum w zakładzie pracy, w którym musi wziąć udział (rzecz jasna dobrowolnie) co najmniej 50 proc. załogi i większość zgodzić się na strajk w głosowaniu tajnym (4). Jeżeli temu czwartemu warunkowi związkowi zawodowemu udało się jakimś cudem sprostać, to może on ogłosić strajk. Ale… Ale… Tak na wszelki wypadek, jakby kierownictwo zakładu pracy jeszcze się na ten strajk nie zdążyło przygotować (no bo kto by pomyślał, że uda się związkom zawodowym przeprowadzić referendum), to strajk musi być ogłoszony z co najmniej siedmiodniowym wyprzedzeniem! (5).

Strajk powinien zaskakiwać

Jak wiadomo, strajk jest impulsywną reakcją pracowników na niekorzystne dla nich działania pracodawcy.

Decyzja o wyjściu na strajk dla pracowników nigdy nie jest łatwa, gdyż kosztem odejścia od stanowisk pracy rezygnują oni z prawa do wynagrodzenia.

Stąd też strajk nie może trwać wiecznie, bo trzeba przecież jeść. Dla przedsiębiorców strajk jest problematyczny najbardziej wówczas, gdy się oni go nie spodziewają. Długotrwałe postępowanie pojednawcze poprzedzające strajk zwykle powoduje, iż niezadowolenie pracowników naturalnie przygasa. Po kilku albo kilkunastu miesiącach od decyzji o wejściu w spór zbiorowy – a tyle mniej więcej wymaga czasu przejście przez wszystkie etapy koncyliacji przewidzianej ustawą – niezadowolenie już tak przygasa, że na strajk mało jaki pracownik decyduje się wyjść. Z kolei okres koncyliacji przed strajkiem jest zbawienny dla przedsiębiorcy, bo ten ma aż nadto czasu, by przygotować się do strajku (przerzucić produkcję gdzie indziej, lub wynegocjować z kontrahentami dłuższe okresy realizacji zamówień).

Tym samym pod pozorem „prawa do strajku” podczas stanu wojennego wprowadzono zakaz realnych strajków. Co się stało z zakazem strajkowania po 1989 r.? Właściwie nic.

Jacek Kuroń jako minister pracy podchodził bardzo roztropnie do spuścizny prawodawczej PRL-u. Uważał, że nie można burzyć tego, co jest, o ile się dobrze tego nie przemyśli. Myślał dużo, ale inicjatywę oddawał innym. Jak wiemy, dał się wykazać np. Balcerowiczowi. Co zaś się tyczy strajku, to Kuroń żywił wówczas przekonanie, że strajk nie może się pracownikom za bardzo opłacać, bo wówczas wszelkie szanse na odbudowę gospodarki zniweczą wielkie fale strajkowe. Jak wiemy, wszystkiego tego Kuroń pod koniec życia żałował. Przysłowie „mądry Polak po szkodzie” dotyczy więc także Polaków bez wątpienia wybitnych.

Co jednak zrobiono wówczas? Ustawę o związkach zawodowych z 1982 r. zastąpiono dwiema ustawami z 23 maja 1991 r. Pierwsza, dotycząca związków zawodowych podtrzymywała w nowych warunkach gospodarczych „wypracowany” podczas stanu wojennego

model, oparty o dobrowolną „zakładową organizację związkową”, która nie jest obligatoryjna. Dlatego zakłady pracy mogą funkcjonować bez związków zawodowych i jak wiemy, dziś w sektorze przedsiębiorstw prywatnych (poza rolnictwem) uzwiązkowienie wynosi ok. 4 procent (według danych CBOS z 2021 r.).

Druga ustawa z tegoż samego dnia dotyczyła sporów zbiorowych. Powtórzyła ona właściwie wszystkie warunki konieczne dla przeprowadzenia strajku, jakie wynikały z ustawy wprowadzonej podczas stanu wojennego. Zmieniło się naprawdę niewiele. Drugi etap koncyliacji, nadal obligatoryjny, nazwano mediacjami. Zamiast postępowania w ramach komisji złożonej z sześciu osób, teraz mamy po prostu kontynuację rokowań prowadzoną przy udziale bezstronnego mediatora. Arbitraż sądowy także pozostał, ale co jest chyba zmianą najistotniejszą, przestał być obligatoryjny. Referendum strajkowe pozostało, a jedyną zmianą jest to, iż głosowanie w nim nie musi być tajne. Termin wypowiedzenia strajku, po sprostaniu wszystkim poprzedzającym go warunkom, skrócono natomiast z 7 do 5 dni.

Podsumowując, obecnie, żeby przystąpić do strajku, trzeba najpierw podjąć rokowania. Jak te nie wystarczą, by zamiaru strajku poniechać, konieczne są mediacje. Jak i te nie wystarczą, konieczne staje się uzyskanie zgody większości pracowników zakładu pracy udzielonej w ramach referendum przy udziale co najmniej połowy wszystkich pracowników zakładu pracy. Należy wiedzieć, że dziś odmiennie niż w 1982 r. prawo nie zna pojęcia „przedsiębiorstwa wielozakładowego” i wszystkie Amazony, Biedronki, czy placówki Poczty Polskiej razem wzięte są traktowane jak wielkie, ogólnokrajowe zakłady pracy. Tym samym przeprowadzenie referendum strajkowego jest trudniejsze niż w PRL-u, ponieważ trzeba przeprowadzić referendum wśród pracowników rozsianych w całej Polsce. Nawet jeżeli i takiemu referendum związkowcy sprostają, nadal obowiązuje ich obowiązek ogłoszenia strajku z odpowiednim wyprzedzeniem. Choć wynosi ono już nie siedem, a jedynie pięć dni.

Gdy patrzymy na fale strajków zalewające obecnie Francję, czy inne kraje Europy Zachodniej, podobne do tych, które przed stanem wojennym zalewały Polskę, to widzimy, że żart ekipy Jaruzelskiego się udał. Udał się aż nadto. Ale każdy żart, nawet ten najczarniejszy (a takie lubię najbardziej) w końcu zaczyna się nudzić. W roku wyborczym pytam się więc polityków, czy zamierzają oni po wyborach znieść w końcu restrykcje stanu wojennego dotyczące strajku? Przyczyna tych restrykcji, jeżeli kiedykolwiek istniała, to z pewnością minęła. Jeżeli rosyjskie czołgi miałyby wkroczyć dziś do Polski, to stanowczo nie ze względu na to, że strajkujemy. O zupełnym braku zagrożenia rosyjskim czołgami mówić będzie można z całą pewnością dopiero wtedy, gdy ten rodzaj uzbrojenia wyjdzie z użycia w rosyjskiej armii. Czy do tego czasu mamy nie strajkować? To nonsens!

Pora więc skończyć z tą fikcją, która stała pierwotnie za tymi restrykcjami i przywrócić wolność strajkowania.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 198 / (42) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Rynek pracy Centrum Wspierania Rad Pracowników

Przejdź na podstronę inicjatywy:

Co robimy / Centrum Wspierania Rad Pracowników

Być może zainteresują Cię również: