Felieton

Prawdziwa opozycja potrzebna od zaraz

siłowanie na rękę
siłowanie na rękę fot. Ryan McGuire z Pixabay

Jan Śpiewak

Nr 18 (2020)

Pięć lat temu kandydat Platformy Obywatelskiej przegrał wybory prezydenckie, których nie miał prawa przegrać. Kampania Bronisława Komorowskiego pokazała jego wszystkie wady: arogancję, oderwanie od rzeczywistości, klasowy resentyment i skrajne neoliberalne poglądy. Stał się ucieleśnieniem wszystkich wad elit III RP. Pięć lat później Platforma Obywatelska postanowiła wystawić kandydatkę, która jest arogancka, oderwana od rzeczywistości i ma skrajnie neoliberalne poglądy. Co mogło pójść źle?

Cezary Michalski jeden z głównych hunwejbinów Platformy Obywatelskiej w ostatnim swoim tekście wylicza użytecznych idiotów Kaczyńskiego, którzy torują mu drogę do władzy. Lista jest długa. Wymienia Władysława Kosiniaka-Kamysza, „błaznującego” Roberta Biedronia, publicystów zarówno sprytnych oportunistów, jak też niezbyt rozgarniętych ideowców takich jak Jacek Żakowski, Andrzej Stankiewicz, Jakub Majmurek. Oni wszyscy sprzysięgli się, żeby Platforma Obywatelska przestała być główną siła opozycyjną w kraju. Rzucają kłody pod nogi wspaniałej liberalnej formacji.

Wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej najpierw na kandydatkę na premiera, a poźniej prezydenta był tak absurdalny, że trzeba zadać sobie pytanie, czy to przypadkiem nie Grzegorz Schetyna i Borys Budka są agentami Jarosława Kaczyńskiego? Jak można wchodzić dwa razy do tej samej rzeki? Jak można po katastrofie Bronisława Komorowskiego wystawiać kandydatkę, która jest tak bardzo do niego podobna? Jak można nie wyciągać żadnych wniosków z tego co się dzieje w Polsce i na świecie? Wyjaśnienie, że liderzy PO są opłacani przez Prawo i Sprawiedliwość oczywiście jest kuszące i odpowiada retoryce platformianych hunwejbinów (takie teorie spiskowe potwierdzają słowa Grzegorza Schetyny, który teraz odcina się od własnej kandydatki), ale można znaleźć odpowiedź dużo prostszą. Małgorzata Kidawa-Błońska nie jest wypadkiem przy pracy, nie jest efektem spisku wrażych sił. Kidawa-Błońska jest po prostu ucieleśnieniem Platformy Obywatelskiej. Jest krwią z krwi partii paleoliberałów, których wizja świata wywodzi się z wczesnych lat dziewięćdziesiątych i jest odporna na wszystkie zmiany.

Platforma Obywatelska jest partią klasowego resentymentu. Swoją tożsamość buduje na pogardzie wobec biednych i słabszych. Już Bronisław Komorowski korzystał ze swojego wizerunku herbowego myśliwego wyjętego prosto z „rozprawy między trzema osobami, Panem, Wójtem a Plebanem”.

Kampania Małgorzaty Kidawy-Błońskiej przypomina grupę rekonstrukcyjną przedwojennej sanacji. Gdy we wrześniu zeszłego roku Polityka napisała tekst pod tytułem „Z dworku do wielkiej polityki” myślałem, że to wypadek przy pracy.

Sygnał ostrzegawczy dla sztabu kandydatki. Elitaryzm w wyborach nigdy się dobrze nie sprzedaje. Po prostu elit jest zdecydowanie mniej niż „szarych ludzi”, którzy nie lubią mieć przypominane o swoim podległym statusie. Tymczasem Kidawa przez całą kampanię odwoływała się do swoich zasłużonych dziadków. Europoseł PO Janusz Lewandowski stwierdził wręcz, że kandydatka ma „prezydenckie geny”. Zapachniało już nawet nie klasizmem, ale zwykłym rasizmem, który często przejawiają elity związane z formacją liberalną. Duża część inteligencji przed II Wojną Światową uważała się za inną rasę niż polscy chłopi i najwyraźniej w głowach polityków PO te przekonania ciągle są silne.

Kandydatka Platformy Obywatelskiej nie rozumie też, że neoliberalna doktryna gospodarcza zdążyła się już skompromitować w oczach większości społeczeństwa. Chociaż elity polityczne ciągle zachowują wierność neoliberalnym dogmatom, starają się jednak maskować swój wolnorynkowy darwinizm społeczny hasłami o solidarności i propozycjami programów socjalnych. Kidawa jednak w stylu Bronisława Komorowskiego jakby nie zauważyła całej dyskusji o rosnących nierównościach społecznych, pauperyzacji klasy średniej, czy kryzysie klimatycznym. Prezydent Komorowski ostatecznie stracił szansę na reelekcję, gdy wypowiedział słynne zdanie „weź kredyt, zmień pracę”. W ten sposób przyznał, że elity III RP przekazały realizację polityki mieszkaniowej w ręce deweloperów. Odbyło się to bez żadnej dyskusji. Po prostu oddano społeczeństwo w jasyr korporacjom. Małgorzata Kidawa-Błońska w czasach rekordowo niskiego bezrobocia gadała podobne banialuki, krytykując program 500 plus: „Ludzie, którzy pracują, czują się upokorzeni, że ktoś jest wspierany, a nie pracuje. Przez te lata zgubiliśmy szacunek do pracy. Wmówiono ludziom, że bierzesz pieniądze, to już wystarczy, nie musisz się rozwijać.” Szczucie klasy średniej na klasę niższą jest ostatnim narzędziem propagandowym, który zapewnia Platformie jako takie sukcesy wyborcze. Dzięki temu część klasy średniej głosując na PO może poczuć się niemal jak Maciej Stuhr, Krystyna Janda, albo Kuba Wojewódzki. Dowaliliśmy tym chamom i prostakom, jesteśmy już jedną nogą w elitarnym raju. Jaki szacunek do pracy ma Małgorzata Kidawa-Błońska, która przez ostatnie dwadzieścia lat żyje na państwowym garnuszku? Nie wiadomo.

Pogardliwy stosunek do słabszych, neoliberalne poglądy na gospodarkę, to nie koniec podobieństw z Bronisławem Komorowskim. Małgorzata Kidawa-Błońska podobnie jak były prezydent ma problem z jasnym formułowaniem zdań i myśli. Popełnia wpadkę za wpadką, myli podstawowe fakty. Nie buduje to prezydenckiej powagi. Wielu zadaje sobie dzisiaj pytanie, jak to się stało, że to Kidawa jest kandydatką na prezydenta Polski. Jak ona się tam znalazła? Zapominamy o tym, że Małgorzata Kidawa-Błońska była szefową warszawskiej Platformy Obywatelskiej w trakcie największej afery korupcyjnej w historii polskiego samorządu. W latach 2006-2013 nadzorowała największe lokalne struktury partii w kraju. W 2011 roku została zamordowana Jolanta Brzeska. Co zrobiła Małgorzata Kidawa-Błońska na te sygnały o mafii reprywatyzacyjnej? Czy walczyła o ustawę? O transparentność i jawność w ratuszu? Czy blokowała nielegalne eksmisje lokatorów na bruku? Oczywiście, że nie. Kidawa nie zrobiła niczego, bo taka była jej rola. O tym, kim była Kidawa Błońska w tych czasach, wypowiedział się wiele lat temu dzisiejszy szef Tramwajów Warszawskich i wpływowy stołeczny działacz PO Wojciech Bartelski:

„Żeby dojść na szczyt – że tak powiem – dużej partii, to trzeba przejść całe to wymiędlenie. Ten okropny system. No, proszę państwa, to… mi się nie chce mówić, ale znam wszystkich ludzi, no przynajmniej w Warszawie, wszystkich ważnych ludzi w tym mieście, i tak, że to jest taki dramat, że to się w głowie nie mieści. Znaczy takie durnie są, to jest tak obrzydliwie przegniłe i wszyscy – PiS i Platforma – to wszystko jest, no, rzygać się chce. Moja wiedza jest dla mnie takim bagażem, kiedy widzę tych ludzi, jak ja wiem, co oni sobą reprezentują, co oni robią, to jest tak obrzydliwe wszystko. To trzeba rozgonić po prostu, spalić (…). Rządzi pani Kidawa, która była taką zaufaną pana Piskorskiego, (…) te wszystkie znane postacie z układu warszawskiego. To był stuprocentowy układ to raz, a dwa – nawet przyznam się, że myślałem, żeby się zapisać do Platformy po tym, ale jak zobaczyłem, co się tam dzieje, to po prostu uciekłem i dziękuję Bogu, że się zreflektowałem. (…) Kultura firmy [warszawskiego ratusza] była taka, że 10 proc. czy się stoi, czy się leży…”.

Zarzuty wpływowego działacza PO wobec Kidawy są poważne i pewnie w normalnym kraju powinny być zweryfikowane przez służby i prokuraturę, ale na pewno nie ulega wątpliwości, że rola Kidawy jako szefowej struktur sprowadzała się do tego, żeby nic nie robić i nie przeszkadzać nikomu w robieniu interesów. Awans Kidawy na kandydatkę na najważniejsze stanowisko w państwie nie jest przypadkiem. Jest po prostu logiczną konsekwencją ewolucji polskich partii politycznych i Platformy Obywatelskiej w szczególności. Im postać bardziej bierna, mierna, ale wierna tym dalej może zajść. Platforma już dawno powinna stać się liberalną partią bogatych Polaków, której poparcie wynosi kilkanaście procent. Dzięki słabości reszty opozycji, wsparciu mediów i lokalnym układom zachowuje jednak hegemonię po stronie antyPiS-u. Jak wielkie banki jest po prostu za duża, żeby upaść. Dzisiaj Platforma to pospolite ruszenie tysięcy lokalnych interesów. Ciągle rządzi w połowie samorządów w kraju. To są ogromne pieniądze, tysiące synekur i wpływy. Fatalny błąd sztabu Kidawy otwiera drogę do marginalizacji tej politycznej siły. Kidawa jednocześnie nawołuje do bojkotu wyborów, ale nie wycofuje swojej kandydatury, ryzykuje widowiskowy blamaż. Katastrofalny wynik kandydatki może doprowadzić do trwałego spadku notowań całej formacji. Zwolennicy zdrowej demokracji powinni za to trzymać kciuki. Platforma Obywatelska w dzisiejszym wydaniu jest największą gwarancją trwania władzy Kaczyńskiego. Warto wziąć sobie do serca słowa posłanki Klaudii Jachiry: „jesteśmy beznadziejni, ale sami nas wybraliście”. Polska potrzebuje prawdziwej opozycji, a nie rekonstrukcji przedwojennej oligarchii. Po prostu przestańmy ją wybierać.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 18 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.