fbpx

prof. Andrzej Szahaj: Kapitalizm drobnego druku

Kapitalizm drobnego druku_okładka
Kapitalizm drobnego druku_okładka

Nr 48 (2020)

Wielki socjolog niemiecki Max Weber nieprzypadkowo połączył narodziny kapitalizmu z etyką protestancką, twierdząc, że nie mógłby on powstać, gdyby pierwszymi kapitalistami nie kierowały pewne względy światopoglądowe i etyczne każące im inwestować zarobione pieniądze, a nie wydawać je na bieżącą konsumpcję[1].

Zachęcamy do lektury książki. Instytutowi Wydawniczemu Książka i Prasa” dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji.

Esej tytułowy

Szczegóły argumentacji Webera nie są tutaj ważne, istotne jest bowiem coś innego: jego przekonanie, że kapitalizm narodził się nie tylko z chęci zysku, ale także z głębokich pobudek etycznych. Teza ta jest wiarygodna, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę również ojców założycieli tej formy gospodarowania i organizacji życia społecznego, takich jak Adam Smith czy John Locke.

Uważali oni kapitalizm (gospodarkę wolnorynkową) za projekt etyczny. Miał on m.in. stanowić lekarstwo na wcześniejsze ograniczenie wolności (nie tylko wolności gospodarowania, ale wolności jako takiej) i pozwalać na swobodne realizowanie się indywidualnych planów życiowych.

W tym sensie liberałowie, którzy przede wszystkim ustanawiali zaplecze ideowe dla nowej formy życia gospodarczego, postrzegali swoją działalność jako głęboko rewolucyjną i – dziś powiedzielibyśmy – emancypacyjną. Miała ona wyrwać ludzi z objęć sztywnego i niesprawiedliwego systemu zależności feudalnych, które nie pozwalały na wyzwolenie inicjatywy jednostek, blokowały kanały awansu społecznego i przyczyniały się do ogromnego marnotrawstwa ludzkich sił i talentów[2].

W tym sensie liberalizm był nurtem postępowym, korzystającym z najlepszych elementów ideologii oświeceniowej i dającym ludziom szansę na uzyskanie osobistego powodzenia i spełnienia.

Nic dziwnego, że wielbicielem gospodarki kapitalistycznej był nawet Karol Marks, który wyraźnie dostrzegał ów postępowy charakter kapitalizmu i jego ogromny potencjał wyzwalania ludzkiej energii i zmieniania zaskorupiałych i nader niesprawiedliwych stosunków społecznych. Nie przypadkiem pisał on z aprobatą w „Manifeście komunistycznym”, że „dziś wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu”. I choć w żaden sposób nie uznawał on kapitalizmu za spełnienie nadziei ludzkości na lepsze życie, to jednak doceniał go jako system, który na spełnienie owych nadziei kiedyś pozwoli, choćby przez to, że zapewni poziom wytwórczości pozwalający później dzielić sprawiedliwie bogactwo, a nie biedę.

Nie przypadkiem też w narracji Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych tak wiele jest etycznej nadziei na lepsze czasy w Nowym Świecie, w którym własność prywatna użyta dla dobra wszystkich stanie się podstawą dobrobytu i wolności[3].

Przykłady wiązania wiary w wolny rynek z wartościami etycznymi można by mnożyć. Wszak nawet myśliciele neoliberalni, na czele z Fryderykiem von Hayekiem oraz Miltonem Friedmanem postrzegali swoje przywiązanie do idei wolnorynkowych w perspektywie etycznej, sądząc, że projektują nie tylko najefektywniejszy, ale także najbardziej etyczny sposób gospodarowania. Tym tropem szli także polscy apologeci wolnego rynku, tacy jak Mirosław Dzielski, którzy wyobrażali sobie, że kapitalizm polski będzie realizacją pewnych ideałów etycznych, tym bardziej, że miał on uzyskać etyczne wsparcie ze strony chrześcijaństwa jako doktryny zabezpieczającej go przed wynaturzeniami, jakie pojawiły się w jego łonie już w XIX w. i zaowocowały takimi wadami jak chciwość, bezwzględność, pycha, czy oschłość serca[4] (tę ostatnią wspaniale piętnował Karol Dickens, moralista wierzący w poprawę ludzi przez apelowanie do ich sumienia). Owa nadzieja na etyczne wzmocnienie kapitalizmu etyką chrześcijańską czerpała także z przykładów wielkich kapitalistów XIX w. (przede wszystkim amerykańskich), którzy w ogromnej mierze pod jej wpływem oddawali się działalności filantropijnej, fundowali uniwersytety, szpitale, biblioteki, sale koncertowe, budowali wzorcowe osiedla dla robotników.

To także w części chrześcijaństwu zawdzięczamy w ogromnej mierze różne pomysły na korektę wynaturzeń kapitalizmu, które stały się widoczne wyraźnie w XIX w.

Przybrały one formę różnych ruchów mających na celu poprawienie doli robotników, wspierały idee ustanowienia państwa socjalnego i skierowania energii rynku kapitalistycznego w kierunku zaspokojenia potrzeb wszystkich warstw społecznych (świetnym przykładem tego typu podejścia były idee tzw. ordoliberalizmu, koncepcji ekonomicznej i politycznej, która stała się po II wojnie światowej podstawą koncepcji społecznej gospodarki rynkowej w Niemczech[5]). Jeśli dodamy do tego stały nacisk na ucywilizowanie rynku kapitalistycznego płynący ze strony zorganizowanego ruchu robotniczego oraz wrażliwych społecznie liberałów (to im Wielka Brytania zawdzięcza powstanie państwa socjalnego), otrzymamy obraz sytuacji, w której kapitalizm jako pewien system gospodarowania oraz organizowania życia społecznego był poddawany ciągłej presji etycznej mającej zmusić go do tego, aby podporządkował się etycznym wymogom ograniczania krzywdy ludzkiej, niesprawiedliwości i przyczyniał do maksymalizowania dobra. Wszystko to doprowadziło do ukonstytuowania się w okresie po II wojnie światowej pewnego konsensusu wszystkich bez mała sił ideowych i politycznych, polegającego na przyzwoleniu wobec działania kapitalizmu pod warunkiem, że podporządkuje się on ważniejszym od niego samego ideałom stałego polepszania losu wszystkich osób znajdujących się w kręgu jego oddziaływania.

Konsensus ów, objawiający się przede wszystkim zgodą na istnienie państwa socjalnego, został zerwany w latach 80. XX w. w wyniku ofensywy sił skrajnych, dotąd traktowanych jak niebezpieczne ekstremum, ciekawostka ideowa, a nie poważna alternatywa dla istniejącego status quo. Siły te skupiły się pod sztandarem czegoś, co przyjęło się w Europie nazywać neoliberalizmem, zaś w Stanach Zjednoczonych libertarianizmem.

Owa, jak ją nazwał profesor Andrzej Walicki „kontrrewolucja neoliberalna”[6], odniosła olśniewający sukces ustanawiając de facto hegemonię pewnego sposobu myślenia o gospodarce i państwie m.in. poprzez wmówienie wszystkim, że nie ma dlań żadnej alternatywy. Lecz zwycięstwo neoliberałów okazało się zaiste pyrrusowe, co ostatni kryzys ukazał aż nadto dobitnie. Dziś bowiem nie ulega już żadnej wątpliwości, że neoliberalizm zamiast wzmocnić kapitalizm, doprowadził go na skraj przepaści, co powoduje, że trzeba go obecnie bronić przed nim samym. Nie to jednak mnie w tej chwili najbardziej interesuje. Dużo ważniejsze wydaje mi się dostrzeżenie, iż ów kapitalizm spuszczony ze smyczy z jakim mieliśmy (i wciąż mamy!) do czynienia, w ciągu ostatnich dziesięcioleci doprowadził do niebywałych spustoszeń moralnych. Świadectw tego mamy aż zbyt wiele, i to zarówno u nas, jak i na świecie. Analizy ostatniego kryzysu, których jest w tej chwili już mnóstwo uwidaczniają dobitnie, iż w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat doszło do procesu ukonstytuowania się modelu kapitalizmu jako zorganizowanego oszustwa. Wszyscy próbowali oszukać i przechytrzyć wszystkich, przy czym wszelkie bariery moralne zostały rozmontowane i porzucone. Moralność przegrała z rynkiem.

Kapitalizm w formie neoliberalnej ujawnił najgorsze swe cechy i wyzwolił w ludziach, którzy go realizowali ciemne siły. Owa degrengolada moralna kapitalizmu, najlepiej widoczna Stanach Zjednoczonych, nie ominęła także i nas.

Nie ma dnia, aby nasze media nie donosiły o przypadkach gwałcących prawo zmów cenowych, prób budowania monopoli, posługiwania się narzędziami korupcji w celu uzyskania przewagi nad innymi podmiotami gospodarczymi, nieuczciwych umów, w których to co najważniejsze zapisane jest drobnym drukiem w nadziei, że klient okaże się frajerem, który tego nie przeczyta; tzw. optymalizacji podatkowej, która jest niczym innym jak próbą oszukania wszystkich współobywateli płacących podatki w przekonaniu, iż w ten sposób spełniają obywatelski obowiązek; pogardy dla praw pracowniczych i maksymalizowania zysku kosztem ludzkiej krzywdy (tzw. umowy śmieciowe są tego dobrym przykładem); bezwstydnego ukrywania pod płaszczykiem zapewnienia efektywności ekonomicznej faktu potęgującego się wyzysku pracowników; wykorzystywania asymetrii informacyjnej celem wciągnięcia ludzi w tryby działania giełdy przypominającej coraz bardziej jedną wielką piramidę finansową. Szczególnie bolesne jest socjalizowanie młodych ludzi do kłamstwa i manipulacji przez zmuszanie ich do oszukiwania klientów. Konfrontacja idealistycznie nastawionego młodego człowieka z machiną działania instytucji, w której troska o zysk wyparła wszelkie skrupuły moralne jest często początkiem łamania charakteru. W ten sposób dokonuje się deprawacja na wielką skalę, która przybrała dziś charakter systemowy. Przez to ostatnie rozumiem nie tylko skalę tego procederu, ale także fakt, iż jest on uwarunkowany ogólną sytuacją hiperkonkurencji, w której jedynie te przedsięwzięcia gospodarcze mają szansę na sukces, które dostosują się do walki rynkowej nie przestrzegającej żadnych reguł, w tym i reguł moralnych.

Jeśli warunkiem utrzymania się na rynku jest stosowanie nieuczciwych chwytów, nawet najbardziej moralny przedsiębiorca, czy po prostu pracownik, w końcu ulegnie logice gry, w której albo się gra nieuczciwie, albo się upada, i sam zacznie grać nieuczciwie. W ten sposób demoralizacja staje się warunkiem systemowym ekonomicznego powodzenia.

Co stało się przyczyną tej moralnej degrengolady kapitalizmu? W moim przekonaniu nie chodzi o to, że ludzie stali się dziś w jakiś istotny sposób gorsi pod względem moralnym, niż byli wcześniej, ale o to, że poprzez wycofanie się państwa z pełnienia funkcji regulatora rynku i strażnika reguł gry, a także stopniowej eliminacji roli światopoglądu religijnego jako faktycznego, a nie tylko deklarowanego regulatora ludzkich działań, do głosu doszły najbardziej destruktywne siły tkwiące w kapitalizmie od samego początku. Jest to bowiem system niespecjalnie wrażliwy na względy moralne. Jego własna logika działania popycha go w kierunku nihilizmu. Jedynie poddanie go stałej presji zewnętrznej, pochodzącej przede wszystkim ze strony państwa, ale także takich instytucji społeczeństwa obywatelskiego jak związki zawodowe czy kościoły może zmusić go do honorowania zasad moralnych i pewnej przyzwoitości w traktowaniu wszystkich, którzy znajdują się w orbicie jego oddziaływania. Najważniejsze jednak, aby szukać recepty na jego uzdrowienie nie tyle w kursach etyki biznesu, ale takim działaniu prawodawczym (systemowym), które spowoduje, iż nieuczciwość i zorganizowane oszustwo stanie się po prostu nieopłacalne.

Niedawne decyzje rządu amerykańskiego mające na celu dotkliwe ukaranie instytucji finansowych, które przyczyniły się do ostatniego kryzysu (przede wszystkim banków i agencji ratingowych), znamionuje uświadomienie sobie przez część elit politycznych USA, że nie ma co liczyć na proces ich samooczyszczenia i autonaprawy.

Skala obłudy klasy panującej w poddanym finansjalizacji „kapitalizmie kasyna” oraz jej umiejętność cynicznego wkalkulowywania w ryzyko swego działania konieczności przeznaczania części zysków na cele spłaty różnorakich kar wymusza na państwie sięganie do środków na tyle bolesnych, aby uczynić ten proceder nieopłacalnym. Uświadomienie sobie stopnia zepsucia owej klasy pokazuje, że kapitalizm, pozbawiony nadzoru państwa zamienia się w mechanizm systemowej demoralizacji, prowadzącej do rozpadu tkanki społecznej (do anomii). Warto pamiętać, iż ostateczna delegitymizacja kapitalizmu, która niechybnie nastąpi w wyniku tego procesu (już nastąpiła?), może doprowadzić do nieprzewidzianych turbulencji społecznych o charakterze rewolucyjnym. Gniew i frustracja narastające latami mogą doprowadzić do społecznego wybuchu. Powinni o tej możliwości pamiętać wszyscy ci zwolennicy istniejącego status quo, którzy wszelkie próby korekty działania kapitalizmu zmierzające do przywrócenia mu bardziej ludzkiego oblicza traktują jako zamach na efektywność gospodarowania czy „święte prawo własności”.

Szczególnie u nas, gdzie procesy społecznego rozwarstwienia i skala wyzysku oraz uzależnienia od kapitału zagranicznego[7] przybierają rozmiary pozwalające na postawienie tezy o stopniowym stawaniu się Polski Bangladeszem Europy.

Systemowe uwarunkowania innowacyjności

Od jakiegoś czasu wszyscy mówią o innowacyjności. Z reguły są to apele polityków, abyśmy wreszcie stali się innowacyjni, a przede wszystkim, aby innowacyjna stała się nasza gospodarka. We wszystkich statystykach wypadamy w tym względzie fatalnie. Pojawia się pytanie o przyczyny tego stanu rzeczy. Z reguły sięga się do uwarunkowań o charakterze psychologicznym: albo nasi przedsiębiorcy boją się ryzyka, albo też w naszej (polskiej) naturze leży raczej imitacyjność, niż kreatywność. Niewiele jest pogłębionych analiz problematyki innowacyjności, które brałyby pod uwagę jej uwarunkowania systemowe. Przez te ostatnie rozumiem wpływ na nią ogólnego kontekstu ekonomicznego oraz społecznego. Kontekst ów ma znacznie większe znaczenie w uwalnianiu potencjału innowacyjności niż jakiekolwiek czynniki o charakterze historycznym czy psychologicznym.

Chodzi przede wszystkim o to, że innowacyjność pojawia się w tych gospodarkach, w których jest ona opłacalna i w których istnieje wyraźne zapotrzebowanie na nowe produkty.

Musi zatem istnieć mechanizm wysysania innowacyjności z rejonów, gdzie ona powstaje (szkoły wyższe, laboratoria, sale wystawowe). Jego pojawienie się jest niewątpliwie związane z dojściem systemu rynkowego do postaci, w której promocja innowacyjnych produktów staje się znacznie bardziej opłacalna niż inne, prostsze i mniej ryzykowne metody osiągania zysku. Owe inne metody to przede wszystkim manipulowanie czasem pracy oraz wynagrodzeniem pracowników. Jeśli praca jest tania, albowiem istnieje na nią gigantyczne zapotrzebowanie związane z bardzo wysoką stopą bezrobocia, a nadto nie występują żadne instytucjonalne, społeczne czy kulturowe bariery zapobiegające wyzyskowi na wielką skalę, zysk można uzyskać w sposób stosunkowo łatwy: wystarczy pracownikom płacić znacznie mniej niż suma wartości ekonomicznych przez nich wytwarzanych (znacznie poniżej ich faktycznej produktywności). Nie potrzeba wtedy wymyślać niczego nowego, wprowadzać żadnych ryzykownych innowacji, wystarczy dbać o to, aby produkować cokolwiek, co znajdzie zbyt i to produkować w taki sposób, aby uzyskiwać wysoką rentę wynikającą z różnicy pomiędzy swoim wkładem własnym (finansowym i materiałowym) a bardzo niskimi kosztami pracy pracowników.

Zmierzam do tego, że dopóki praca w Polsce będzie tak śmiesznie tania w porównaniu z najbardziej innowacyjnymi krajami świata, nie ma żadnych szans na to, aby polska gospodarka stała się innowacyjna.

Jeśli tak jak to jest obecnie w naszym kraju, produktywność polskich pracowników sięga 2/3 produktywności pracowników zatrudnionych na Zachodzie, zaś zarobki zaledwie 1/3 ich zarobków, nie ma żadnych bodźców, aby z kimkolwiek konkurować innowacyjnymi produktami. Wystarczy zadowolić się wyzyskiem pracowników, aby znakomicie prosperować. Szczególnie, jeśli w grę wchodzi eksport, w którym polska tania praca w połączeniu z cenami zachodnimi prowadzi do osiągania bajecznych zysków. W tej sytuacji widać już wyraźnie, że owa tania praca, która na krótką metę przyniosła nam pewien sukces ekonomiczny, staje się obecnie naszym przekleństwem i główną barierą na drodze przejścia polskiej gospodarki od stanu peryferyjnego do stanu co najmniej półperyferyjnego. Zatem w interesie naszej przyszłości, w tym – paradoksalnie – samych przedsiębiorców leży znaczne podniesienie płac w Polsce, albowiem tylko ono może wymusić na przedsiębiorcach sięgnięcie po narzędzia innowacyjności celem osiągnięcia zysków, nie dzięki chwilowej przewadze konkurencyjnej wynikającej z wykorzystanie taniej siły roboczej, ale dzięki trwałemu dysponowaniu rozwiązaniami technicznymi czy organizacyjnymi lepszymi niż inne. Bez tego nasze strukturalne utknięcie na peryferiach będzie się utrwalać i na stale uzyskamy status kraju pełniącego rolę zarezerwowaną w międzynarodowym podziale pracy dla krajów tzw. trzeciego świata. Trzeba sobie jednak powiedzieć uczciwe, że nie ma żadnych powodów, aby spodziewać się jakiejś erupcji innowacyjności w sektorze prywatnym nawet wtedy, gdy praca stanie się względnie droga. Praca nad nowymi wynalazkami jest bardzo żmudna i wymaga sporych nakładów, a rezultaty nigdy nie są pewne. Dlatego też to z reguły państwo bierze na siebie ciężar inicjowania działań mających na celu pojawienie się jakichś nowych rozwiązań technologicznych. W przypadku gospodarek takich jak amerykańska jest to często działalność w laboratoriach pracujących na cele wojskowe, z których, z reguły dopiero po wielu latach, rozwiązania technologiczne przenikają do przemysłów cywilnych. W przypadku państw takich jak Japonia czy Korea Południowa państwo steruje całym procesem od inicjowania innowacji techniczno-technologicznych aż do wdrożenia ich w firmach stanowiących własność państwa, bądź znajdujących się pod jego pośrednią kontrolą.

Jak na tym tle wygląda sytuacja Polski? Marnie. Nasza gospodarka zdominowana jest przez firmy zagraniczne, które mają centra innowacyjności poza granicami naszego kraju, przekazując do filii polskich jedynie know-how, często skądinąd odnoszące się do produktów nie najnowocześniejszych. Sektor gospodarki zależny od państwa jest bardzo ograniczony. Nadto wciąż istnieją plany jego prywatyzacji, co powoduje, że angażowanie się państwa w jego unowocześnienia jest ze względów strategicznych wątpliwe. Z kolei nawet gdyby państwo znacznie podniosło dzisiejsze żenująco niskie nakłady na naukę, mielibyśmy kłopot z wykorzystaniem rezultatów prac naukowców z powodów wymienionych powyżej: słabości naszego sektora przedsiębiorstw prywatnych, dominacji korporacji zagranicznych w gospodarce i braku jasnej strategii dla państwowego sektora gospodarczego. Co w tej sytuacji należałoby zrobić? Stwarzać warunki dla konieczności zainteresowania się przedsiębiorców innowacyjnością przez presję na podnoszenie pensji oraz uznanie pewnych sektorów naszej gospodarki za trwale związanych z państwem i potraktowanie ich jako obszaru, z którego może wyjść impet do radykalnych zmian w strukturze naszej gospodarki, przejścia od jej formy peryferyjnej do formy półperyferyjnej. Oznaczałoby to powtórzenie azjatyckiej drogi rozwoju gospodarczego i radykalne odejście od ideologii neoliberalnej, w myśl której rynek jest doskonałym i w pełni samowystarczalnym mechanizmem pożądanych zmian gospodarczych. Tylko związanie nauki z państwowym sektorem gospodarki może nam przynieść pożądane rezultaty. Tym bardziej, że w Polsce de facto nie funkcjonuje venture capital, czyli prywatne fundusze, które wykorzystuje się w celach finansowania ryzykowanych przedsięwzięć innowacyjnych. W naszych warunkach może go zastąpić jedynie państwo.

Niezwykle istotną sprawą jest także to, że gospodarka nie jest układem izolowanym. Realizuje się ona w szerszym kontekście społecznym, który w sposób istotny na nią wpływa.

Zmierzam do tego, aby powiedzieć, że trudno spodziewać się innowacyjnej gospodarki w nieinnowacyjnym społeczeństwie. Tzn. takim, które jest wciąż zapatrzone w swoją przeszłość, homogeniczne etnicznie i wyznaniowo, źle nastawione do obcych, konserwatywne i niezbyt tolerancyjne, ceniące przede wszystkim tradycję i tzw. święty spokój.

W nauce zgromadzono już całą masę argumentów, które wskazują na to, że nic tak nie służy innowacyjności jak zderzenie odmienności, tolerancja wobec osób ekstrawaganckich, gotowych do eksperymentowania ze swoim życiem, odważnych i nastawionych krytycznie wobec status quo (do uznania ich roli w zbiorowym procesie uczenia się przez wynajdywanie tego, co nowe namawiał już wielki angielski filozof liberalny John Stuart Mill). Nie przypadkiem znany kanadyjski socjolog Richard Florida w swoich słynnych pracach poświęconych narodzinom klasy kreatywnej wskazuje na korelacje pomiędzy tzw. bohemian-gay index, czyli liczbą gejów oraz artystów w danej społeczności i ich statusem społecznym, a innowacyjnością danego miejsca i środowiska[8]. Nie przypadkiem też uważa się, że wielki sukces takich gospodarek jak amerykańska oraz takich miejsc jak Dolina Krzemowa wynika w dużej mierze z różnorodności etnicznej, kulturowej i każdej innej pracujących tam ludzi (czasem mówi się, że najprostszy sposób na wymyślenie czegoś nowego to zgromadzić w jednym pokoju ludzi o odmiennych korzeniach etnicznych oraz odmiennych przekonaniach i kazać im ze sobą rozmawiać).

kapitalizm drobnego druku_okładka(1)

Ogromne znaczenie ma także sposób edukacji, to czy w jej toku promuje się nonkonformizm i gotowość do krytyki, czy też konformizm i konieczność akceptacji status quo. Łatwo zauważyć, iż w każdym z wymienionych powyżej aspektów innowacyjności środowiska wypadamy źle, albo bardzo źle. Jeśli zatem mamy stać się innowacyjni musimy przede wszystkim zmienić siebie, nie tylko nasze sposoby myślenia o gospodarce, ale nasze sposoby myślenia o dobrym życiu i dobrym społeczeństwie.

Andrzej Szahaj: Kapitalizm drobnego druku, Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa”, 2014


Przypisy:

[1] Zob. M. Weber, Etyka protestancka a duch kapitalizmu, tłum. J. Miziński, Test, Lublin 1994.

[2] Zob. S. Holmes, Anatomia antyliberalizmu, tłum. J. Szacki, Znak, Kraków 1998.

[3] Zob. S. Filipowicz, Pochwała rozumu i cnoty. Republikańskie credo Ameryki, Znak, Kraków 1997.

[4] Zob. M. Dzielski, Bóg, wolność, własność, Księgarnia Akademicka, Kraków 2007.

[5] Zob. R. Skarzyński, Państwo i społeczna gospodarka rynkowa, ISP PAN, Warszawa 1994.

[6] Zob. A. Walicki, „Kontrrewolucja neoliberalna”, Gazeta Wyborcza, 15.05.2014.

[7] „Kształtująca się nowa struktura  własności firm i aktywów finansowych obrazuje ograniczone możliwości działania rodzimego kapitału oraz ekonomiczną  słabość ‘klasy średniej’ i elity krajowego biznesu. Równocześnie struktura  ta jest ważnym wskaźnikiem gospodarczej ‘peryferyjności’ Polski na tle zachodnioeuropejskich państw UE. Potwierdza również prognozy, że liberalizacja handlu z Zachodem i otwarcie na swobodne przepływy kapitału wyznaczy Polsce rolę źródła niskopłatnej kadry średniego szczebla i ‘podwykonawców’ międzynarodowych  korporacji, które podporządkowują rozwój swoich lokalnych oddziałów preferencjom kapitału krajów wysoko rozwiniętych” (K. Jasiecki, Kapitalizm po polsku. Między modernizacją a peryferiami Unii Europejskiej, op. cit., s. 227).

[8] Zob. R. Florida, Narodziny klasy kreatywnej, tłum. m. Krzyżanowski, M. Penkala, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2010, s. 273. Warto zapamiętać słowa Floridy: „(…) rozwój ekonomiczny na szczeblu regionalnym napędzany jest przez ludzi kreatywnych, którzy wolą tolerancyjne, silnie zróżnicowane  miejsca otwarte na nowe idee. Różnorodność społeczna zwiększa szanse na to, że dane miejsce przyciągać będzie  kreatywnych ludzi z różnych środowisk, o różnych umiejętnościach, reprezentujących różne idee. Region, który może się pochwalić zróżnicowaną mieszanką kreatywnych ludzi, będzie zapewne generować więcej innowacyjnych kombinacji i rozwiązań.  Co więcej, różnorodność społeczna oraz proces  koncentracji ludzi  kreatywnych nawzajem się napędzają i – w ten sposób – wspierają przepływ wiedzy. Większe, silniej zróżnicowane wewnętrzne skupiska kapitału kreatywnego zapewniają z kolei wyższy poziom wzrostu gospodarczego, szybszy wzrost zatrudnienia, wyższy poziom innowacyjności oraz większą liczbę przedsiębiorstw z branży high-tech” (ibidem, s. 256-257). 

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 48 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekonomia # Rynek pracy # Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Centrum KLUCZ

Z wielkim smutkiem zawiadamiamy…

Z wielkim smutkiem zawiadamiamy o śmierci Marzeny Mendzy-Drozd, członkini Zarządu Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych (OFOP). Rodzinie i Najbliższym składamy kondolencje i wyrazy głębokiego współczucia.

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.