Rozmowa

Propaganda wojenna: Ukraina, Jugosławia i Irak

NATO pociski
fot. Marek Studzinski z Pixabay

Z dr. Marcinem Poletyło, autorem książki „Propaganda wojenna w liberalnej demokracji. Argument bałkański – analiza przypadku”, rozmawiamy o tym, co wspólnego ma wojna na Ukrainie z bombardowaniem Jugosławii przez NATO w 1999 roku i wojną USA w Iraku w 2003 roku? O czym nie pisali dziennikarze „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej” relacjonując te konflikty? Co oznacza „argument bałkański”?

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. Propaganda wojenna: bombardowanie Jugosławii i wojna w Iraku).

Rafał Górski: Co łączy wojnę na Ukrainie z bombardowaniem Jugosławii przez NATO w 1999 roku oraz wojną w Iraku w 2003 roku?

Dr Marcin Poletyło: Podobieństw jest oczywiście sporo. Każda wojna jest w jakimś sensie do siebie podobna, chociażby dlatego, że toczą się walki, giną ludzie. Poza podobieństwami jest oczywiście całe mnóstwo różnic.

Myślę, że wspólnym mianownikiem tych trzech wojen jest to, że są to w jakimś sensie „nasze” wojny. Mówiąc to mam na myśli, że w owych wojnach Polska co najmniej zajęła stanowisko albo czynnie w nich uczestniczyła, jak miało to miejsce w Iraku.

Podczas każdej z tych wojen byliśmy jako Polacy mniej lub bardziej związani emocjonalnie z jedną ze stron.

Czy dostrzega Pan jakieś inne podobieństwa?

W przypadku Jugosławii oraz Ukrainy mamy średniej wielkości państwa i ruchy separatystyczne w ich obrębie. Separatyści są wspierani przez mocarstwa – podczas wojny w Jugosławii Stany Zjednoczone poparły separatystów kosowskich. W przypadku Ukrainy mamy z kolei Rosję, która wspiera swoich ziomków w Donbasie czy na Krymie. Trzeba mieć na uwadze, że prawie wszystkie wojny noszące cechy wojen domowych mają kontekst czy aspekt międzynarodowy. Zazwyczaj aktorzy, którzy biorą udział w konfliktach domowych, otrzymują wsparcie polityczne lub militarne ze strony państw sąsiadujących lub mocarstw globalnych.

O czym największe polskie media, takie jak „Gazeta Wyborcza” czy „Rzeczpospolita”, nie informowały Polaków podczas wojen w Jugosławii i Iraku?

Wojny, które traktujemy jako „nasze” – czyli takie, w które sami jesteśmy zaangażowani bądź w których biorą udział nasi sojusznicy – mają to do siebie, że media z reguły wspierają w nich rządzących. I nie jest ważne, czy mówimy tutaj o mediach rządowych, prywatnych, czy wręcz zajmujących się innymi sprawami niż polityka – w kwestiach fundamentalnych dla bezpieczeństwa narodowego, takich jak wojna, media zazwyczaj wspierają politykę własnych rządów.

„Nasze” wojny relacjonowane są przez media w taki sposób, że pewne informacje zwyczajnie nie mieszczą się w narracji. Ewidentnym przykładem są zbrodnie wojenne popełniane przez naszych żołnierzy czy wojska „naszej” strony, o których w ogóle się nie informuje – albo nie informuje się, że są to zbrodnie. Kiedy 2 bądź 3 miesiące temu Rosjanie przeprowadzili intensywne ataki na infrastrukturę energetyczną Ukrainy, wszystkie nasze media mówiły, że jest to zbrodnia wojenna – ale przecież dokładnie to samo robiło lotnictwo NATO w Jugosławii, gdzie również bombardowano cele cywilne.

Armia dowodzona przez rząd w Belgradzie od dłuższego czasu spodziewała się ataku z powietrza, więc doskonale się ukryła, stosowała fałszywe cele, makiety czołgów, armat czy innego uzbrojenia, dzięki czemu w efekcie intensywnych bombardowań nie odniosła wielkich strat. Po dwóch tygodniach lotnictwu NATO zabrakło wojskowych celów do bombardowania, w związku z tym zaczęto intensywnie bombardować infrastrukturę cywilną, jak na przykład mosty. Zniszczony został m.in. most w Nowym Sadzie, który jest oddalony od Kosowa o ok. 400 km i nie miał żadnego znaczenia militarnego dla konfliktu w tej prowincji. Bombardowano również elektrownie i stacje uzdatniania wody. Pytany o to ówczesny rzecznik prasowy NATO Jamie Shea odpowiedział wprost, że naloty będą kontynuowane, dopóki Milošević nie ustąpi albo społeczeństwo serbskie poczuje się na tyle upokorzone, że usunie tyrana własnymi rękami. To się oczywiście nie stało, Serbowie skonsolidowali się wokół władzy, przynajmniej na czas prowadzenia wojny z NATO.

A powracając do Pana pytania: media nie informowały nas o tym, że bombardowanie infrastruktury cywilnej, elektrowni, stacji uzdatniania wody, zakładów chemicznych, zakładów przemysłowych, dworca autobusowego w Prisztinie czy poczty stanowiło zbrodnię wojenną. To były ewidentnie cele cywilne, nie zaś infrastruktura wojskowa, w związku z czym należałoby sprawców takich zbrodni osądzić.

Oczywiście nikomu nie przychodzi do głowy, żeby oskarżyć o zbrodnie wojenne NATO-wskich dowódców, ale cóż – w takiej właśnie demokracji żyjemy.

Dlaczego Pana zdaniem media o tym wszystkim nie informowały?

Myślę, że relacjonowanie, jak siły NATO – do którego Polska zaledwie kilka miesięcy wcześniej wstąpiła – bombardują cele cywilne, co stanowiło ewidentne naruszenie Konwencji Genewskich, nie pasowało do narracji i nie mieściło się w przyjętej ramie interpretacyjnej. Pamiętam, że kiedy lotnictwo NATO zbombardowało budynek serbskiej telewizji, w wyniku czego zginęło 17 cywilów, tytuł jednego z artykułów na ten temat brzmiał: „Cel – propaganda”, co w oczywisty sposób sugerowało, że atak na budynek telewizji był uprawniony.

Co kryje się za terminem „argument bałkański”, który umieścił Pan w tytule swojej książki nt. propagandy wojennej w liberalnej demokracji?

Jest to konstrukcja retoryczna, która pojawiła się w obiegu medialnym, gdy stało się jasne, że Stany Zjednoczone zaatakują Irak, czyli latem albo wczesną jesienią 2002 roku. Można powiedzieć, że wtedy rozpoczęła się medialna „oprawa” nadchodzącej wojny, która wybuchła w marcu 2003 roku.

Argument bałkański to taka konstrukcja, która stara się połączyć pewne znaczenia i emocje związane z zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych w konflikty w byłej Jugosławii – niezależnie czy chodzi o Bośnię, czy o bombardowania związane z rebelią w Kosowie – z nadchodzącą agresją na Irak. Z analiz tego zaangażowania miałoby wynikać, że atak na Irak jest nie tylko nieunikniony, ale również dobry i pożądany. Przypomnę tylko, że udział wojsk NATO w konflikcie w Jugosławii cieszył się sporym poparciem opinii publicznej w krajach NATO, oczywiście intensywnie napędzanym przez media. Natomiast pomysł zaatakowania Iraku był odrzucany przez zdecydowaną większość europejskich społeczeństw. Do ataku dążyły jednak Stany Zjednoczone – tzw. argument bałkański miał na celu przekonanie opinii publicznej, że tylko siła i potęga militarna mogą doprowadzić do rozwiązania problemu. Jednak w Iraku sytuacja była diametralnie inna: o ile w byłej Jugosławii trwały konflikty, zaś aktywność militarna Zachodu była w pewnym sensie reaktywna, o tyle w Iraku wojny nie było – chodziło o jej rozpoczęcie.

Drugim aspektem tej argumentacji było pokazanie, że to Stany Zjednoczone, a nie Europejczycy mają rację. To USA zaprowadziły pokój w Bośni i rozwiązały problem w Kosowie, podczas gdy pacyfistyczna i nieporadna Europa była bezradna. Wniosek nasuwa się sam – trzeba poprzeć kolejną zbrojną interwencję USA.

Rozumiem, że „pokój” należałoby wziąć tutaj w cudzysłów.

Wojna w byłej Jugosławii faktycznie się zakończyła, natomiast trzeba dodać, że pokój zapanował dopiero po kolejnej operacji zbrojonej, gdy Stany Zjednoczone, łamiąc embargo na pomoc wojskową, wyszkoliły i uzbroiły armię chorwacką, która „wyzwoliła” tereny Serbskiej Krajiny, wypędzając przy tym prawie całą ludność cywilną i stosując przy tym taktykę spalonej ziemi.

Pamiętam, jak w styczniu 1996 roku jechałem do Bośni drogą przez Knin, to było jakieś 4 miesiące po zakończeniu walk. Proszę sobie wyobrazić, że podczas kilku godzin jazdy widziałem tylko jedną żywą osobę – dosłownie wszystko było spalone.

Oczywiście część zniszczeń pochodziła z wcześniejszych walk, gdyż wojna trwała tam od 1991 roku, ale duża część była świeża i jadąc kilka godzin cały czas czuło się swąd spalenizny, więc to „przywracanie pokoju” bynajmniej pokojowe nie było. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że gdy armia chorwacka rozpoczęła ofensywę, władze Serbskiej Krajiny ogłosiły ewakuację ludności, więc nie było tak, że zamieszkujący tamte tereny Serbowie spontanicznie uciekali przed czystkami etnicznymi. Niestety część mieszkańców, którzy pozostali w swoich domach, przypłaciła to życiem, bo podczas wkroczenia armii chorwackiej kilkaset osób zostało zamordowanych.

Kolejnym pojęciem, którym posługuje się Pan w swojej książce, jest „fabrykowanie przyzwolenia”. Co oznacza ten termin?

Jest to fragment tytułu książki Edwarda S. Hermana i Noama Chomsky’ego pt. „Manufacturing Consent: The Political Economy of the Mass Media”. Książka ta stanowi opis modelu propagandy w wydaniu późnego kapitalizmu na przykładzie Stanów Zjednoczonych.

Autorzy jako system propagandy traktują korporacyjne media działające w Stanach Zjednoczonych, które podczas konfliktów zbrojnych, w których uczestniczą USA, zamiast patrzeć władzy na ręce i kontrolować to, co władza robi, zamieniają się w „kibica” władzy (w naszym kraju obserwujemy identyczne zjawisko).

Autorzy „Manufacturing consent…” wymieniają kilka elementów, tzw. filtrów, składających się na ten system i determinujących jego funkcjonowanie, takich jak: rozmiar mediów, koncentrację kapitału na rynku mediów, czerpanie zysków z reklam finansowanych przez wielkie korporacje i elity władzy, czerpanie informacji ze źródeł rządowych bądź bliskich rządowi (np. zapraszanie ekspertów z think-tanków finansowanych przez różne agendy rządowe).

Jeszcze innym mechanizmem opisanym przez Hermana i Chomsky’ego jest tzw. flak, dosłownie oznaczający ostrzał przeciwlotniczy. Jest to metoda dyscyplinowania mediów – w przypadku publikacji informacji nieprzychylnych dla danej grupy wpływu, taka grupa organizuje masową akcję wyrażania dezaprobaty.

Dawniej mogła to być np. masowa wysyłka listów do redakcji, dziś dominują inne formy oddziaływania.

Ostatnim opisanym przez autorów elementem tego modelu jest antykomunizm jako narodowa religia. Książka Hermana i Chomsky’ego była pisana w latach 80. XX w. i antykomunizm stanowi w niej relikt schyłku epoki zimnej wojny. Myślę, że za prezydentury Georga W. Busha taką dominującą w mediach ideologią stała się wojna z terroryzmem, którą trudno precyzyjnie zdefiniować i w imię której można podejmować najróżniejsze działania. Na podobnej zasadzie w Polsce mówi się dzisiaj o „lewactwie”.

Czyli to, co kilka dekad temu zdiagnozowali i opisali Herman i Chomsky, jest nadal aktualne? Możemy oglądać te filtry w czasie rzeczywistym?

Jak najbardziej. 8 lutego br. ukazał się artykuł Seymoura Hersha, w którym autor dowodzi, że rurociąg Nord Stream został wysadzony przez Amerykanów. Hersh precyzyjnie wskazuje, jakie jednostki jego zdaniem uczestniczyły w akcji wysadzenia rurociągu. Niezależnie od tego, czy podawane przez niego informacje są prawdziwe, czy też nie – są to informacje dużej wagi, które powinny zostać zweryfikowane także przez innych dziennikarzy. Tymczasem zapadła głucha cisza. Słyszymy bardzo różne wersje, buduje się hipotezy o ukraińskich bądź rosyjskich wykonawcach, ale o wersji Hersha nikt nie wspomina, nie mówiąc o próbach jej zweryfikowania. Można sobie wyobrazić, że jakiś dziennikarz poszedłby tym tropem i dotarł do własnych źródeł, które potwierdziłyby wersję Hersha – i co wtedy? Nawet Radosław Sikorski, który bardzo szybko „pogratulował” osiągnięcia Amerykanom, równie szybko skasował swojego twitta.

Jest to dziwne tym bardziej, że wspomniany Seymour Hersh to legenda amerykańskiego dziennikarstwa – człowiek, który znacząco przyczynił się do protestów w całych Stanach Zjednoczonych, ujawniając masakry, jakich dopuścili się amerykańscy żołnierze podczas wojny w Wietnamie.

Wśród pojęć, które opisuje Pan w swojej książce, znalazło się także pojęcie „strat ubocznych”. Dlaczego Pana zdaniem posłużył się nim Timothy McVeigh po przeprowadzeniu zamachu na budynek federalny w Oklahoma City?

Słownik terminów i definicji NATO tłumaczy termin „collateral damage” jako „straty i zniszczenia niezamierzone, przypadkowe ofiary i zniszczenia w obszarach cywilnych spowodowane działaniami militarnymi”. Jest to termin wojskowy, który dużą karierę zrobił podczas bombardowań w Jugosławii. Przypomnę, że operacja NATO przyniosła między 500 a 1000 ofiar cywilnych. Jak na dwa miesiące „chirurgicznej” operacji humanitarnej wydaje się to całkiem sporo.

W każdym razie termin „strat ubocznych/niezamierzonych” stał się niezwykle popularny dzięki rzecznikowi NATO Jamiemu Shea, który podczas codziennych briefingów w kwaterze głównej NATO informował nie o cywilnych ofiarach bombardowań, lecz właśnie o „collateral damage”. Oczywiście wywoływało to oburzenie bądź niesmak u wielu odbiorców, natomiast w medialnym dyskursie stosowano to jako technikę świadomego unieważnienia ofiar i sprawiania wrażenia, że w tym konflikcie to my jesteśmy bezwzględnie „dobrzy”, a nasze działania nie skutkują śmiercią niewinnych cywilów, lecz powodują jedynie „niezamierzone straty”.

Odpowiadając na drugą część pańskiego pytania: Timothy McVeigh, który w 1995 roku wysadził budynek federalny w Oklahoma City, był byłym wojskowym i weteranem pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Wywodził się z kręgów skrajnie prawicowych milicji – uzbrojonych, wyznających teorie spiskowe grup, tworzonych w dużej mierze przez byłych żołnierzy i policjantów.

Siedząc w więzieniu i czekając na wykonanie kary śmierci udzielił wywiadu czasopismu „Vanity Fair”, w którym zwierzył się ze swoich motywacji i opowiedział, jak doszło do zamachu. McVeigh przedstawił się tam jako amerykański patriota i wolnościowiec, którego największym wrogiem jest rząd federalny; urzędnicy federalni stanowili dla niego cele wojskowe. W tym samym wywiadzie stwierdził również, że jego czyn nie różnił się w istotny sposób od tego, co Stany Zjednoczone robiły w innych krajach, takich jak Jugosławia czy Irak. Podczas eksplozji budynku zginęło 168 osób (w tym 19 dzieci, gdyż na drugim piętrze znajdowało się przedszkole), zaś 684 osoby zostały ranne. McVeigh stwierdził w wywiadzie, że gdyby wiedział o przedszkolu, być może zmieniłby cel ataku, gdyż wysadzenie budynku spowodowało dużą ilość „collateral damage”. Wspomniał również, że śmierć dzieci wywołała negatywny odbiór jego akcji nawet w kręgach ludzi takich jak on. Pojęcia „strat ubocznych” użył jako neutralnego terminu wojskowego, tak jak został nauczony w wojsku. Okazało się jednak, że użycie tego terminu w kontekście strat „naszych”, a nie przeciwnika, wywołało burzę i skandal po opublikowaniu wywiadu.

Dzisiaj pojęciem „strat niezamierzonych” mogliby się posługiwać Rosjanie, ponieważ póki co mamy stosunkowo niewiele dowodów czy przykładów, że bombardowania ludności cywilnej Ukrainy były zamierzone. Zdaje się, że większość pocisków, które spadły na zabudowania cywilne, stanowiły pociski nieprecyzyjne, które po prostu źle trafiły. Jednak gdyby ktoś dzisiaj w Polsce powiedział, że cywile, którzy zginęli w wyniku takich ataków to „straty uboczne”, z pewnością spotkałby się z bardzo ostrą krytyką.

Kto dziś korzysta, a kto traci na propagandzie wojennej?

Jest to dość złożona sprawa. Na pewno krótkoterminowo korzystają ci, którzy prowadzą wojnę. O ile propaganda jest skuteczna i przekaz formułowany przez nadawców dociera do ludzi, którzy go przyswajają i internalizują, to największą korzyść odnoszą nadawcy, zaś najwięcej tracą ci, którzy domagają się rzetelnych informacji. Myślę, że w dłuższej perspektywie tracić będą również media, ponieważ od dłuższego czasu możemy zaobserwować proces postępującej erozji zaufania wśród odbiorców. Niewielu jednak stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ten proces zachodzi – a jeśli nawet ktoś zadaje to pytanie, to udziela na nie zazwyczaj banalnych, infantylnych odpowiedzi.

Podczas wojny w Iraku wszystkie media na świecie mówiły o tym, jakie straszliwe zagrożenie stanowią irackie arsenały broni masowego rażenia. Nie wiem, czy dziennikarze zdawali sobie sprawę, że uczestniczą w propagandzie wojennej, czy może woleli po prostu nie wnikać. Nie sądzę też, żeby istniał tutaj bezpośredni związek – tzn. żeby odbiorcy mediów gremialnie odkryli, że byli oszukiwani, i wymówili mediom posłuszeństwo – a jednak widzimy, że tego zaufania jest coraz mniej.

Statystyczni odbiorcy mediów zapewne nie są szczególnie zainteresowani weryfikowaniem informacji, które do nich trafiają, lecz przypuszczam, że w jakimś stopniu dociera do nich, że przynajmniej w niektórych sprawach są przez media okłamywani – i zamiast sięgnąć po renomowaną, korporacyjną gazetę, słuchają i wierzą youtuberom, którzy opowiadają im jakieś kompletnie niestworzone rzeczy.

Niedawno minęła 20. rocznica amerykańskiej agresji na Irak. Ta historia mogłaby nauczyć nas rozsądku i trzeźwego spojrzenia na to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą i kto w co gra na tej globalnej szachownicy. Jak Pana zdaniem my, zwykli obywatele, możemy bronić się dziś przed propagandą wojenną?

Przede wszystkim należy zachować zdrowy sceptycyzm wobec tego, co serwują nam media. Oczywiście można próbować weryfikować informacje i szukać na własną rękę niezależnych źródeł, przy czym w epoce rozwoju sztucznej inteligencji, fake newsów i tzw. deepfake’ów będzie to coraz trudniejsze.

Na pewno nie warto pochopnie „zapalać się” do konkretnych poglądów, gdyż może się okazać, że informacje, na podstawie których sobie te poglądy wyrabiamy, są nieprawdziwe. Przypomnijmy choćby sprawę rosyjskiego ataku na załogę ukraińskiego posterunku na Wyspie Węży – wiele osób na pewno przeżyło chwile wzruszenia na wieść o tym, że ukraińscy żołnierze woleli zginąć niż poddać się Rosjanom. Jednak gdy ta sprawa zeszła z pierwszych stron gazet, okazała się czystą dezinformacją i elementem wojennej propagandy Ukraińców, zaś Rosjanie, którzy od początku twierdzili co innego, byli oskarżani o dezinformację. Zresztą w obecnej sytuacji za prawdę będzie uważane wszystko, co Rosjanie nazwą dezinformacją – i odwrotnie. Dlatego trzeba być bardzo ostrożnym jeśli chodzi o wiarę dziennikarzom i mediom, tym bardziej że dziś w zasadzie każdy może przedstawiać się jako dziennikarz.

Przed naszym spotkaniem proponowałem udział w rozmowie nt. propagandy wojennej kilku innym ekspertom, jednak żaden z nich nie zdecydował się wziąć w takiej rozmowie udziału – dlatego tym bardziej dziękuję, Panie doktorze.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 179 (23) / 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka

Być może zainteresują Cię również:

Dom to praca

Rozmowa / Krystyna Kofta

Gdybym została premierem powiedziałabym kobietom, że wprowadzam obowiązkowy Domowy Staż Poselski. Posłowie wciąż podkreślający wartość rodziny, nie mają pojęcia na czym polega prowadzenie domu.