fbpx

Protest górników w Warszawie. Absurdy polskiej polityki węglowej

Płonący węgiel
fot. Alicja z Pixabay

Weronika Kursa

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 151 / (47) 2022

4 listopada 2022 roku odbył się protest górników pod siedzibą Polskiej Grupy Energetycznej w Warszawie. Przedstawiciele Wolnego Związku Zawodowego Sierpień 80 zarzucali obecnym rządom (a zwłaszcza panom Morawieckiemu i Dąbrowskiemu), że „okradają Polaków”, zaś prezesa Dąbrowskiego mianowali odpowiedzialnym za zlikwidowanie polskiego górnictwa na rzecz rosyjskiego gazu i węgla… Według protestujących to przez nieodpowiednią politykę zmagamy się dziś z deficytem taniego polskiego węgla. I to jak na ironię w kraju, który był samowystarczalny energetycznie. Mógłby być nadal, jeśli wierzyć górnikom, którzy twierdzą, iż zasobów węgla wystarczyłoby nam na setki lat, z czego, w takim wypadku, niestety nadal nie korzystamy…

Zaczęło się od uzależnienia Polski od Rosji, a skończyło na uzależnieniu od „błota” (bo węglem protestujący tego nazwać nie byli w stanie) z Kolumbii – według górników wystarczyłoby zainwestować chociaż 1/10 pieniędzy przeznaczonych na kolumbijskie błoto w nasze złoża i sytuacja byłaby o wiele lepsza. Zamiast więc płacić za „błoto” po 3000 zł za tonę, „moglibyśmy dostarczyć Polakom nasz węgiel za 800 czy 900 zł” – przekonywali.

Górnicy czują się oszukani

Protestujący obwiniają rząd za to, że ludzie popełniają samobójstwa z powodu braku pieniędzy na opłacenie rachunków za energię, przy czym, jak twierdzą, PGE dostaje polski węgiel kamienny po 300 zł za tonę, rodzi się więc pytanie, dlaczego energia dla polskich firm / osób indywidualnych jest aż tak droga?

Wspomniano też o największej elektrowni w Polsce, czyli o Bełchatowie. Według przewodniczącego Wolnego Związku Zawodowego Sierpień 80 w Kopalni Węgla Brunatnego w Bełchatowie prezes Dąbrowski nie wywiązał się ze swoich obietnic i wszystko prowadzi ku likwidacji tejże kopalni, podczas gdy przez 45 lat Bełchatów był gwarancją bezpieczeństwa energetycznego kraju.

Protestujący zapewniają, że nie pozwolą na likwidację polskiego górnictwa i Bełchatowa, które jest głównym zagłębiem energetycznym kraju: „mamy wykwalifikowanych fachowców i chcemy nadal to rozwijać, bo dzięki tej energii jeszcze mogą funkcjonować nasze przedsiębiorstwa”.

Przypomniano również słowa prezydenta Dudy z 2015 r., z czasów kampanii: „dzisiaj, jeżeli ktoś mówi o dekarbonizacji polskiej energetyki, jest zdrajcą Polski!”. Protestujący przypomnieli także wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, który twierdził, że Bełchatów to ostoja polskiej energetyki – „gdzie teraz panowie jesteście?” – zapytywano. „Czy uciekliście do Stanów? Zapewniacie pracę, ale amerykańskim pracownikom, podczas gdy polskie górnictwo idzie w odstawkę. Mówimy nie! Chcemy dalej produkować tanią energię! Wymienimy was, nie poddamy się!”. Wspominano o tym, jak Kaczyński obiecywał „renesans polskiego górnictwa”, niezależność polskiej energetyki – podczas kampanii politycy przyjeżdżali zaś pod kopalnie, „których dziś nie ma!”.

Tymczasem obecnie Jarosław Kaczyński obraził górników, twierdząc, że węgiel ze Śląska nie jest mu potrzebny.

Rozgoryczenie górników zdaje się być tym silniejsze, że duża część z nich popierała partię rządzącą właśnie dlatego, że ta obiecywała inwestowanie w rodzime złoża, podczas gdy dziś górnicy zauważają, że politycy, cytuję: „chodzą na smyczy Unii jak psy”, a górnictwo nagle trzeba zlikwidować, „bo jest nieopłacalne”. „Co zmieniło się od 7 lat?” – pytali retorycznie.

Węgiel a czyste powietrze – paradoks czy możliwość?

Argumentowano, że polski prąd powinien pochodzić z polskiego węgla, tylko w ten sposób biedniejsi ludzie mieliby możliwość korzystania zarówno z prądu, jak i z węgla w przystępnych cenach. Obecne „wsparcie” rządu, według górników, nie pomoże najbiedniejszym.

Odnieśli się także do projektu budowy elektrowni atomowych: koszt dwóch takich instalacji to 400 miliardów, co równałoby się „40 odkrywkom, które moglibyśmy wybudować. Dług na budowę elektrowni atomowych będziemy zaś spłacać w cenie prądu pokoleniami…”. Czemu zatem nie korzystać z węgla, który mamy i który mógłby być tani? Zamiast tego skupujemy „80% miału, a jedynie 20% węgla grubego słabej klasy, którym zniszczymy swoje piece…”.

Zauważono, że wizerunek Polski wydobywającej swój węgiel, jest, delikatnie rzecz ujmując, nie najlepszy.

Według górników uznaje się nas za „brudasów Europy”, mimo tego, że jak zapewniają, w Bełchatowie tereny są zielone, a powietrze czyste. Jak mówili, jesteśmy „opluwani i prześladowani nie tylko w USA i w Brukseli, ale także przez polskich dziennikarzy”.

W rzeczywistości zaś górnicy podkreślali, że nie są przeciwko czystemu powietrzu, sami chcą takim oddychać. Zwrócili uwagę na to, że obecnie mamy czyste technologie spalania węgla. Podali jako przykład Japonię, która rezygnuje z elektrowni atomowych na rzecz węglowych i to pomimo tego, że nie posiadają własnych złóż tego surowca. Górnicy uważają, że ten przykład ilustruje dobitnie, że węgiel można palić w czysty sposób.

„Jesteśmy za walką z kopciuchami, rozwiązanie jest proste, moglibyśmy ogrzewać się elektrycznie, bowiem taniego węgla starczy na setki lat”. Wysunięto również inny, bardzo ciekawy argument: Polska wydobywa rocznie w porywach około 40 milionów ton węgla kamiennego, podczas gdy świat wydobywa 8,5 miliarda ton – „i to nasze 40 milionów zniszczy ten świat?” – zapytywali.

Protestujący podkreślali również, że nie są przeciwnikami energii odnawialnej jednak według nich, nie zastąpi to nam stałych źródeł energii. Wiatraki czy fotowoltaika mogą stanowić uzupełnienie systemu energetycznego, ale nie mogą być traktowane jako główne źródło energii, w takim wypadku skazani będziemy bowiem na import.

W obecnej sytuacji widać wyraźnie, że nie jest to dobry kierunek. Co ciekawe, powiedziano również o tym, że „zielone Niemcy” rocznie zużywają dwa razy więcej węgla do produkcji energii niż Polska. „Ale to my jesteśmy tym brudnym krajem, który zanieczyszcza środowisko” – kwitowali rozgoryczeni.

Toksyczne odpady w centrum Polski?

Pośród wielu wypowiedzi protestujących uwagę przykuła także ta, dotycząca „największego składowiska odpadów wysoce toksycznych” w Bełchatowie. Jeden z mówców zaznaczył, że znajdują się tam 64 tysiące pojemników tysiąclitrowych z substancjami bardzo groźnymi, określono je mianem „bomby ekologicznej”, przy której skażenie na Odrze ma nic nie znaczyć. „Jak to się dostanie do wód gruntowych, to będzie ogromne skażenie; ludzie tam mieszkający są na nie bezpośrednio narażeni (…) to istna katastrofa w środku Polski” – gdzie są ekolodzy? – zapytywano.

Wspomniano też o „chemikaliach” zwożonych do Mysłowic, które również nie leżą w centrum zainteresowania odpowiednich służb. „Skoro zanieczyszczają nasze środowisko, to ktoś musi mieć z tego korzyści, bo nie da się wwieźć ton zanieczyszczeń tak, żeby nikt nie wiedział”.

Opinia wiceprezesa Naczelnej Organizacji Technicznej

Zestawmy zatem przytoczone powyżej wypowiedzi z protestu – który, nie wiedzieć czemu, nie odbił się szerokim echem w mainstreamowych mediach… – z opinią Jerzego Markowskiego, inżyniera górnika, sekretarza stanu w Ministerstwie Przemysłu i Handlu w latach 1995-1996, podsekretarza stanu w Ministerstwie Gospodarki w 1997 r. oraz senatora IV i V kadencji. Nie kto inny, jak człowiek z wieloletnim doświadczeniem w górnictwie (przez 29 lat był górnikiem pod ziemią, 14 lat był ratownikiem oraz jest prawdopodobnie ostatnim Polakiem, który wybudował kopalnię – Budryk), może wyjaśnić przyczyny obecnego kryzysu energetycznego w kraju.

Niestety, opinie doświadczonej i kompetentnej osoby również niespecjalnie interesują media głównego nurtu; informacje, które zamierzam przedstawić w dalszej części niniejszego artykułu, znalazłam  dzięki Grzegorzowi Płaczkowi, który, jako jeden z nielicznych, próbuje odnaleźć sens w tym chaosie, a przede wszystkim, niecenioną niemalże już przez nikogo – prawdę. (To właśnie Grzegorz Płaczek przeprowadził wywiad z Jerzym Markowskim w poszukiwaniu tej niknącej wartości).

Krótko mówiąc, Jerzy Markowski podziela opinię, iż węgla mamy pod dostatkiem, tyle tylko, że prawdopodobnie nie wiemy (albo: politycy i media nie chcą, byśmy wiedzieli? – komentarz autorki), co z nim zrobić. Jak więc to jest z tymi polskimi kopalniami?

Mamy węgiel, ale go nie wydobywamy, dlaczego? Dlaczego politycy dopuścili do takiej sytuacji – przy czym „nie chodzi wyłącznie o polityków Zjednoczonej Prawicy, bo za rządów Tuska również nie było dobrze. Oni obiecywali, a robili zupełnie inaczej”. Toż to czysty absurd tego typu polityki: „siedzieć” na węglu i nie próbować na tym zarabiać, tylko uzależniać się od importu…

„Pozbywamy się ludzi o najwyższym poziomie kompetencji, bo te odprawy mogą brać osoby, które pracują pod ziemią, a tacy są najbardziej potrzebni. Ponadto, w dalszym ciągu realizowana jest doktryna likwidacji górnictwa poprzez angażowanie środków publicznych w likwidację kopalń” – wyjaśnia Markowski. Kiedyś, dzięki większej produkcji, mieliśmy 10 milionów ton węgla na zwałach (co dziś byłoby istnym marzeniem), jednak polska produkcja zmalała, a wydobycie węgla w kraju maleje co roku o dwa, trzy miliony ton. „W tym roku prawdopodobnie będziemy mieli wydobycie na poziomie 50 milionów ton. To jest za mało jak na potrzeby polskiej gospodarki, polskich odbiorców węgla dla celów socjalnych” – komentuje Jerzy Markowski.

Nie dość zatem, że nie inwestujemy w górnictwo, to radykalnie zmniejsza się zatrudnienie w tym sektorze. „Dlaczego tak się stało, że zmniejszamy wydobycie? To jest kolejne pytanie. Nie ma żadnych inwestycji, które by odtwarzały zdolność wydobywczą polskich kopalń. Nakłady inwestycyjne są co roku o połowę mniejsze. Radykalnie zmniejszamy zatrudnienie w polskim górnictwie – nie poprzez zwolnienia, lecz poprzez zachęcanie ludzi do odchodzenia z pracy. Nadal mamy zachętę w postaci 120 tysięcy złotych odprawy jednorazowej, która ma tę cechę, że pieniądz wzięty uniemożliwia powrót do górnictwa”.

Znów pozwolę sobie na komentarz: jak wizerunek górnika może być dobry w kraju, w którym przedstawia się go albo jako zwolennika zanieczyszczania powietrza za wszelką cenę (a właściwiej za cenę własnego dobrobytu – pogląd „lewicujących proekologów”), albo jako „przekupnego, niebuntującego się” pracownika, pragnącego jedynie zgarnąć przyjazną odprawę, zaś niemyślącego perspektywicznie o sprawach kraju? (to z kolei pogląd raczej ze strony prawicowych „patriotycznych” zwolenników wykorzystania polskich zasobów węgla). Ach, zapomniałabym, są jeszcze „wiecznie obrażeni opozycjoniści”, nienawidzący wszystkich, którzy, według nich, dali się zwieść PiS-owi (tego typu obraza dotyczy obu stron; swoją drogą chodzi tu o ludzi typu: „nie głosowałeś jak ja, zatem nie masz prawa głosu, nie akceptuję cię, nie zasługujesz na zrozumienie i wsparcie”).

Może z dala od tych wszystkich opinii, uprzedzeń, tym bardziej warto zainteresować się tematem wspólnym wszystkim Polakom: kryzysem energetycznym, który zdaje się czyhać za rogiem (co ja piszę, czyhać! Jest już tu, niszczy polskie przedsiębiorstwa… O czym również media mainstreamowe zbyt głośno nie mówią…).

Może tym bardziej warto zastanowić się nad przyczynami tegoż kryzysu bez bezmyślnego powtarzania, że wszystkiemu winna jest sytuacja za wschodnią granicą? Bo nie jest.

Winna jest głównie polityka naszego państwa, ponieważ okazuje się, że nałożenie embarga na zasoby rosyjskie powoduje totalny kryzys. Dlaczego? Podkreślmy: dlatego, że uzależniliśmy się od importu z Rosji, a moglibyśmy być energetycznie samowystarczalni. A nie jesteśmy. I za to winą obarczyć można jedynie polskich polityków. Do tej pory uzależnialiśmy się od rosyjskiego węgla. Dziś oczywiste jest, że nie możemy. Powtórzmy zatem: dlaczego nie opieramy się na rodzimych złożach?

Dodajmy, że ta trudna sytuacja nie skończy się wraz z nadejściem wiosny, ale będzie trwać przez kolejne piętnaście czy dwadzieścia lat, bowiem „odchodziliśmy od węgla, nie budując żadnej nowej alternatywy energetycznej”.

Markowski podkreśla, że alternatywą dla węgla kamiennego mógłby być węgiel brunatny, ale i tu pojawia się problem: z trzech zagłębi tego węgla pozostały nam już tylko dwa. Zagłębie w Turowie (dostarczające 8% mocy do polskiego systemu energetycznego) zakończy swą działalność w 2044 r., to w Bełchatowie (dostarczające 22% mocy) – w 2036 r.

Elektrownia jądrowa?

Na chwilę obecną w Polsce dominuje system węglowo-odnawialny z czego: węgiel brunatny to ok. 24% do 34%, kamienny – 60%, a źródła odnawialne to 16%. Importowany gaz, którego cena stale rośnie, nie jest dobrą alternatywą. Energia jądrowa? Jest owszem, bezemisyjna, ale niezwykle kosztowna (i tak trzeba by poczekać 15-20 lat, a taka elektrownia mogłaby zagościć jedynie w dwóch czy trzech miejscach w Polsce, jako że potrzebuje w sąsiedztwie dużego zbiornika wody do schładzania reaktorów – konkluduje Markowski).

Co ciekawe, Polska do 1992 r. miała w 60% ukończoną elektrownię jądrową w Żarnowcu. Ówczesny minister przemysłu Tadeusz Syryjczyk zdecydował o przeprowadzeniu lokalnego referendum (Żarnowiec i pobliskie wsie), które miało zadecydować o losach w ponad w połowie już wybudowanej elektrowni jądrowej, mającej zasilać system energetyczny całego kraju. Referendum rzecz jasna przesądziło o likwidacji… Gdyby ta elektrownia powstała, to „dziś mielibyśmy 3-4 tysiące więcej mocy zainstalowanej na polskim rynku energii najczystszej z możliwych” – to jest mniej więcej zdolność produkcyjna porównywalna do elektrowni Opole – precyzuje Markowski.

Jedynym rozwiązaniem według Jerzego Markowskiego jest więc poradzenie sobie z deficytem węgla kamiennego, a zatem – zwiększenie jego wydobywania.

A w tym kierunku nie robimy nic, a wręcz działamy jakby na opak, zmniejszając wydobycie z każdym miesiącem, podczas gdy należałoby udostępnić złoża w kopalniach czynnych (budowa nowych kopalń jest nazbyt kosztowna i czasochłonna z uwagi chociażby na skomplikowaną procedurę koncesyjną).

Nieprzemyślane decyzje polityczne

„Dzisiaj cała doktryna radzenia sobie z kryzysem deficytu węgla w Polsce polega na łagodzeniu skutków społecznych zdolności do zakupu tego węgla. I to jest rozwiązanie, którego na dłuższą metę nie wytrzymamy, chociażby ze względów budżetowych”. Rozwiązaniem byłoby zwiększenie podaży węgla kamiennego i w tym sami możemy sobie pomóc, bo „polskie zasoby geologiczne węgla to jest 56 miliardów ton węgla kamiennego. Tyle mamy tego w ziemi, a brunatnego 34 miliardy. Czyli jest co kopać, tylko trzeba się zdecydować”.

Być może trudno się zdecydować, gdy wokół znajdują się silni przeciwnicy tego rozwiązania, a nieliczni obrońcy są zbyt słabi. „W Polsce jest kilka zawieszonych / oddalonych procedur koncesyjnych tylko na wniosek organizacji proekologicznych, takich jak Greenpeace, które swoimi opiniami sparaliżowały zupełnie i doprowadziły do anulowania postępowań koncesyjnych przez Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska,  a następnie Ministerstwo Środowiska”.

Barbarzyńskie likwidacje polskich kopalń

Inna sprawa to podejście kręgów międzynarodowych, o czym również wspomina Markowski: w tych kręgach, „wobec polskiego systemu energetycznego panowała taka zasada, że skoro ten system elektroenergetyczny w Polsce będzie oparty na węglu przez 20-30 lat (…) to ta Polska niekoniecznie musi być producentem tego węgla, a powinna być jego rynkiem zbytu. I ktoś to sobie wymyślił (…) i realizował w Polsce eliminację węgla”.

Realizacja przebiegała pomyślnie, zauważmy, że 30 lat temu funkcjonowały w kraju 72 kopalnie, dziś jest ich 17. Dwadzieścia cztery kopalnie zamknięto za rządów Jerzego Buzka, ale 7 z nich miało jeszcze bogate zasoby węgla. Aktualny rząd niedawno zamknął kopalnie Makoszowy (gdzie zostało 170 mln ton węgla!) i Krupiński (prawie 700 mln ton!) i o to, według Markowskiego, należy mieć pretensje. Decyzje o likwidowaniu kopalń mogą być racjonalne jedynie, jeśli nie ma tam już żadnych złóż. A w tym wypadku, powiedzmy to sobie wyraźnie, mamy do czynienia z istną niekompetencją.

W ogóle system likwidacji kopalń w Polsce jest „barbarzyński” – te złoża są już nie do odtworzenia, dostęp do nich – prawie niemożliwy. Natomiast nie ma co się dziwić, że sytuacja w kraju jest, że użyję eufemizmu, nie najlepsza, jeśli polityka kadrowa państwa oparta jest o politykę niekompetencji.

Tym lepiej uzmysłowi to czytelnikom fakt, że „od 1996 r. było 26 wiceministrów odpowiedzialnych za górnictwo. I tylko 3 było górnikami, a cała reszta nie miała o tym zielonego pojęcia”.

Może więc faktycznie nadszedł czas na to, by górnicy wzięli sprawy w swoje ręce – zapowiadają zresztą kolejne protesty. Szkoda, że nie są one za bardzo nagłaśniane przez mainstream (nagranie z protestu oglądałam na niezależnej platformie banbye.pl dzięki równie niezależnej, bo opłacanej z darowizn odbiorców telewizji wRealu24), podobnie jak przemilczana jest niekompetencja polityków i to, podkreślmy, z każdej strony „barykady”. Czy w istocie są w ogóle jakieś barykady w polskiej polityce? (I czy faktycznie chodzi o niekompetencję, a nie o celowe działanie?). Konsekwentnie realizowana od lat polityka jest jedna i ta sama – w przypadku energetyki polega ona akurat na uzależnianiu się od importu oraz całkowitej likwidacji naszej autonomii.

Problem, który teraz dotyka tak wielu przedsiębiorców i osoby indywidualne (horrendalne rachunki) ma tylko tę jedną dobrą stronę, że siłą rzeczy uwidacznia wieloletnie błędy rządzących z różnych partii (jeśli ktoś oczywiście zechce wyjść poza aktualny schemat „wszystkiemu winna jest Rosja”, o czym wspomniałam wcześniej albo poza stary schemat „to wina konkretnej partii, na taką głosowaliście, to tak macie”).

Czy można to odwrócić? Czy można pokonać ten kryzys? Nadzieja umiera ostatnia, podobno, ale z pewnością najpierw trzeba chcieć w ogóle o tym mówić i zdać sobie sprawę z prawdziwych przyczyn kryzysu. Pozwolę sobie na żartobliwe podsumowanie, otóż jego realną przyczyną jest 460 posłów z Wiejskiej, których, być może górnicy wreszcie, jak to „zapowiadali” na proteście, „wymienią”. Chyba już czas najwyższy. Nikt o nas nie zadba, jeśli sami tego zrobimy, a na pewno nie będą to „nasi” „kochani”, „kompetentni” i „uczciwi” politycy.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 151 / (47) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekonomia # Polityka

Być może zainteresują Cię również:

dziekujemy

Dziękujemy za udział w Dniu Otwartym

Dziękujemy wszystkim, którzy licznie przybyli na nasz Dzień Otwarty 🙂 Cieszymy się, że mogliśmy Was poznać. Mamy nadzieję, że to początek owocnej współpracy 🙂 Osoby, które…