fbpx

Rozmowa

Psucie człowieka – rozwój w dół. Gdzie szukać ratunku?

fot. 👀 Mabel Amber, who will one day z Pixabay

Jan Szmyd , Rafał Górski

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 146 / (42) 2022

Z prof. Janem Szmydem rozmawiamy o widokach na przyszłość ludzi, kto korzysta, a kto traci na psuciu człowieka, i jak możemy bronić człowieczeństwa przed cywilizacyjną destrukcją.

Rafał Górski: „W obecnej dobie widoki na przyszłość ludzkości są wyjątkowo smutne. Najprawdopodobniej szybko, aczkolwiek bynajmniej nie bezboleśnie, zginie samobójczo od broni jądrowej. Nawet gdyby to nie nastąpiło, grozi jej powolna śmierć wskutek zatrucia i wszelkich innych zniszczeń środowiska, w jakim i dzięki któremu żyje. Zresztą nawet gdyby potrafiła w porę zahamować swoje ślepe i niewiarygodnie głupie działanie, zagraża jej stopniowy regres wszystkich cech i osiągnięć stanowiących o jej człowieczeństwie. Wielu myślicieli to dostrzegło, wiele książek zawiera wiedzę o tym, że wyniszczenie środowiska i „dekadencja” kultury idą ze sobą w parze. Jednakże niewielu traktuje regresję tego, co ludzkie, jako chorobę, niewielu poszukuje, jak Aldous Huxley, przyczyn choroby i ewentualnych środków zaradczych” – tak pisał Konrad Lorenz w swojej książce „Regres człowieczeństwa” w 1983 roku. Czy jego słowa są nadal aktualne?

Jan Szmyd: Zanim odniosę się do przytoczonej opinii znakomitego austriackiego uczonego, noblisty w dziedzinie nauk biologicznych, to – dla lepszego zrozumienia tego, o czym tu mówimy – spróbuję tę opinię nieco rozwinąć. Otóż we wspomnianej książce Konrad Lorenz pisał: „położenie, w jakie ludzkość zabrnęła przez wyczyny własnego umysłu, jest mówiąc krótko rozpaczliwe”. Przez „wyczyny” ludzkiego intelektu autor ma przede wszystkim na myśli główne osiągnięcia współczesnej cywilizacji oraz związane z nią ciężkie – jego zdaniem – „grzechy” ludzkości. Jest ich aż osiem. Wylicza je i szczegółowo omawia w innej – nie tłumaczonej na język polski – książce pt. „Osiem grzechów głównych cywilizowanej ludzkości”.

Jaki jest najważniejszy grzech?

Naczelnym z owych „wyczynów” i zarazem „grzechów” homo sapiens jest według przywołanego tu badacza i myśliciela „aktualny system ludzkiego porządku społecznego” zwany „systemem technokratycznym”. O jego głównych cechach i najważniejszych skutkach dla jego twórcy i beneficjenta, czyli dla współczesnego człowieka autor pisze w swoim dziele.

Najważniejszymi zagrożeniami dla człowieka są, zdaniem uczonego: przeludnienie, eksplozywny wzrost gospodarczy, postępujący podział pracy, hiperorganizacja życia społecznego i ekonomicznego, niszczenie środowiska naturalnego, zatruwanie klimatu, promieniowanie jądrowe, upadek społeczeństw otwartych, a umacnianie się społeczeństw zamkniętych, społeczeństw, które są nieludzkie.

Są to nie tyle zagrożenia dla fizycznego i bezpośredniego przetrwania ludzkości, co dla zubożenia duchowego, regresu człowieczeństwa i utraty podstawowych praw człowieka. Za jedną z najdotkliwszych i być może najbardziej niebezpiecznych dla przyszłości człowieka z kręgu cywilizacji technokratycznej K. Lorenz uznaje bezprecedensowe przyśpieszenie dokonujących się w niej zmian.

Jakie są rezultaty tych zmian?

Zmiany te nie tylko utrudniają, a niekiedy wręcz uniemożliwiają „normalnemu” człowiekowi odpowiednie przystosowanie się do nadzwyczajnie zmiennej rzeczywistości; przystosowanie okupywane dość często różnymi schorzeniami i zaburzeniami psychicznymi – ale, co jest o wiele gorszą sprawą – wykluczają możliwości nadążania za nimi całego rozwoju biologicznego człowieka, a nawet rozwój ten wyraźnie przyhamowują, cofają. A to jest już przejawem nie tylko regresu człowieczeństwa, ale regresu ewolucyjnego rozwoju człowieka.

Czy Konrad Lorenz nie przesadza?

Są – moim zdaniem – niemal pełne podstawy ku temu, by powyższą diagnozę cywilizacji współczesnej i pesymizmu co do przyszłości ludzkości, przywołanego do naszej rozmowy uczonego, w znacznej mierze podzielić i uznać ją za zasadną.

Wiele mocnych argumentów naukowych dla tej pesymistycznej, ale jednak nie katastroficznej wizji przyszłości człowieka jako gatunku przysporzył właśnie K. Lorenz w wymienionych pracach, a resztę z nich wypracowało – i wypracowuje – stosunkowo liczne grono głośnych badaczy i pisarzy, takich m.in. jak N. Chomsky, M. Nussbaum, Y. N. Harari, M. Houellebecq, A. Pérez-Reverte i inni, a wśród polskich naukowców i filozofów Z. Bauman, L. Kołakowski, H. Skolimowski, J. Bańka, L. Zachariasz, W. Sztumski i inni.

Czy jest jakieś światełko w tunelu?

Pocieszające może być to, że większość z nich jest zdania, że ciągle jeszcze los człowieka jako gatunku (człowieka jako człowieka) pozostaje w rękach samego człowieka, choć coraz bardziej z rąk zdaje się mu on wymykać.

Proszę o przykłady wypowiedzi w tej sprawie.

W wywiadzie z 2014 r. Henryk Skolimowski – wybitny badacz i znawca tej sprawy – na pytanie: „Czy współczesny człowiek ma szansę, ma perspektywy”, stwierdził: „Ma szansę, ma perspektywy, bo musi mieć te perspektywy. Ale ma szansę tylko wtedy, gdy ma te perspektywy, gdy jest zdeterminowany, aby dokonać odrodzenia siebie. Nie ma szans, jeśli będzie czekał na te perspektywy z innej strony, nie ma szans, jeżeli się podda procesowi redukcji, jednowymiarowości, procesowi ekonomicznej globalizacji, które wszystko redukują do jednej papki konsumpcyjnej. Powiadam, mamy szansę, ale ta szansa musi być zrealizowana przez najgłębsze nasze potencje, które są wewnątrz nas. Potencjalnie mamy szansę – czy ją zrealizujemy, to będzie zależało od nas, od naszej woli, od naszej wyobraźni, od naszej odwagi”.

Jednakże w kilka lat później (2018) Zygmunt Bauman wylewa na te futurologiczne nadzieje „kubeł zimnej wody”, pisząc: „Musimy się przygotować na długi okres naznaczony mnogością pytań i niewieloma odpowiedziami, naznaczony mnogością problemów i niewieloma rozwiązaniami – jak również na to, że będziemy działać w cieniu delikatnej równowagi między szansą na sukces i na porażkę. (…) Bardziej niż kiedykolwiek przedtem jesteśmy postawieni – my, ludzie, mieszkańcy Ziemi – w sytuacji albo-albo: albo wkroczymy we wspólną przyszłość, albo skończymy w zbiorowej mogile”.

„To monumentalne dzieło przynosi oryginalną próbę zrozumienia procesu przemian człowieka w kontekście współczesnej cywilizacji” – to wypowiedź prof. Józefa Bańki o Pana książce „Zagrożone człowieczeństwo”. O czym ona jest?

Przewodnią tezą książki jest twierdzenie, że przesilenie współczesnej cywilizacji kumuluje się przede wszystkim w kryzysie i psuciu człowieka. Jak pisał Tomáš Sedláček w książce „Zmierzch Homo Economicus”: „Menadżer funduszu holdingowego może zarobić miliard rocznie. A miliardy ludzi żyją za mniej niż dolara rocznie”.

Książka jest przede wszystkim wstępną próbą zrozumienia procesu przemian człowieka w kontekście cywilizacji naukowo-technicznej i informatycznej. Przemiany, która na tle niemal powszechnego procesu „zmian wszystkich i wszystkiego” uznać się daje za najważniejszą a zarazem za najbardziej niebezpieczną. Przemiany, która niepokojący swój wyraz znajdzie m.in. w coraz wyraźniej zaznaczających się zawiązkach wstecznego procesu rozwojowego, który może być nazywany jako regresja antropologiczna.

W innym kontekście wypowiedzi J. Bańka wskazuje na dodatkowy, także jego zdaniem bardzo istotny wątek tematyczny książki, a mianowicie poszukiwanie w niej podpowiedzi na pytanie, czy możliwe są do wypracowania – w bliższej i dalszej przyszłości – jakieś skuteczne środki zaradcze na „cywilizacyjne schorzenia człowieka”, czy istnieje jakaś realna szansa na „wyprowadzenie” go ze swoistej zapaści humanistycznej i ze strefy możliwej człowieczej degradacji, a w każdym razie ze strefy wyraźnego zawężania i psucia jego człowieczeństwa.

Proszę o wyjaśnienie przemiany człowieka pod wpływem obecnej cywilizacji.

Człowiek, jako istota gatunkowa, ewolucyjnie ukształtowany rodzaj ludzki, ciągle podlega ewolucji. Znajduje się on jak gdyby „w drodze” ku swemu naturalnemu spełnieniu, gatunkowej samorealizacji i tożsamości. Ewoluuje zarówno w swej fizyczności i psychiczności jak i duchowości; w znacznej mierze także w sferze swej natury, podmiotowości, zachowań, i sposobie życia, a w konsekwencji – co nas tu głównie interesuje – w sferze człowieczeństwa.

Mówię o zmianach zarówno zależnych od poszczególnych osób czy grup społecznych, jak o zmianach od nich niezależnych. Do pierwszych z nich zaliczyć można te, które są np. wynikiem świadomego nadużywania wynalazków technicznych, np. telefonu komórkowego, telewizji, komputera i innych podobnych urządzeń, albo środków chemiczno-farmakologicznych i psychotropowych lub też odpowiednich zabiegów sztuki medycznej i biotechnologicznej (np. transplantacji, techniczno-biologicznych interwencji w kod genetyczny itp.), czyli takiego czy innego „ulepszania”, „poprawiania”, „doskonalenia lub deformowania ludzkiego ciała, a także kondycji witalnej, psychiczności, sprawności życiowych i zawodowych.

Zaś do drugiego typu zmian, zmian niezależnych, należą te, które są wynikiem niezależnego od naszej woli i świadomości wpływu, nacisku, presji określonych czynników cywilizacyjnych oraz czynników dominującego w niej systemu społeczno-ekonomicznego (globalnego kapitalizmu); takich zwłaszcza czynników, jak nowoczesne technologie, nadmierna konsumpcja, „nowoczesny” typ pracy, praktykowanie zasady „zysku i wyzysku”, niektóre działania wpływowych mass mediów itp.

Te różnorakie zmiany mają z punktu widzenia ogólnie pojętego dobra i interesu człowieka zarówno pozytywny i dobroczynny, jak – i to zdaje się przeważać – negatywny i złotwórczy charakter, układają się zarówno w progresywną i proludzką tendencję rozwojową, jak i tendencję regresywną, przeciwludzką.

Proszę to wyjaśnić.

Na obecnym etapie rozwoju cywilizacji naukowo-technicznej i informacyjnej, proces tej zmiany ulega wyraźnemu przyspieszeniu i zarazem jednak widocznemu zakłóceniu, niejako „wytrąceniu ze swej naturalnej” równowagi; „wtrąceniu” w zaskakujące, nienaturalne, w pewnym sensie aberracyjne i niepokojące łożyska rozwojowe.

Ogólnie rzecz biorąc, polega to na tym, że zmiany będące wynikiem ewolucji kulturowej i społecznej zdecydowanie wyprzedzają zmiany powodowane ewolucją naturalną (biologiczną). W konsekwencji kształtuje się i pogłębia swoista dysharmonia ewolucyjna człowieka: zmiany genetycznie warunkowane nie nadążają za zmianami kulturowo i społecznie stymulowanymi – z różnorakimi negatywnymi i niekorzystnymi w „ostatecznym rachunku” dla człowieka skutkami tej dysharmonii rozwojowej, np. dysharmonii między rozwojem cech osobowych, emocjonalnych, mentalnych, adaptacyjnych i zdrowotnych z jednej strony, a rozwojem zdolności ściśle kognitywnych, technicznych, wynalazczych i matematyczno-cyfrowych (wyścig „rozumu cyfrowego” z „rozumem teoretycznym”).

Ponadto ulega on dysharmonii między sprawnościami informacyjno-komunikacyjnymi i „sieciowymi” (wyścig „świata wirtualnego” ze „światem realnym”); uzdolnieniami praktyczno-funkcjonalnymi, użytkowo-operacyjnymi a rozumiejącym, poznawczo wnikliwym, teoretyczno-intuicyjnym kontaktem z coraz bardziej skomplikowanym, wewnętrznie skonfundowanym oraz alienującym się w stosunku do przeciętnego człowieka światem zewnętrznym, zwłaszcza światem technologicznym i ekonomicznym.

Czy w procesie zmiany człowieka mamy dziś do czynienia z czymś, na co szczególnie powinniśmy zwrócić uwagę?

Charakterystycznym przejawem poważnego zakłócenia i „zamieszania” pojawiającego się na drodze rozwojowej (ewolucyjnej) człowieka jest dość zaskakujący punkt zwrotny: pewne, historycznie chyba bezprecedensowe, rozwidlenie głównych jej kierunków na regresywny lub quasi-progresywny oraz kierunek właściwy: naturalny, homotwórczy.

Kierunek regresywny, zwany tu mianem regresji antropologicznej, polega, ogólnie rzecz biorąc, na „cofnięciu” progresywnego trendu rozwojowego niektórych istotnych składników struktury psychicznej i osobowej człowieka, na „zwijaniu”, „zwężaniu”, ujednostronnieniu pewnych cech osobowości, mentalności, uczuciowości, predyspozycji poznawczych (zwłaszcza intuicyjnych, tzw. zdolności „wglądu bezpośredniego” itp.), czy na obniżaniu wrażliwości moralnej, proludzkiej, humanistycznej, a także sprawności i umiejętności „uczenia się” środowiska życia i przystosowania się do niego, adaptacji.

A na czym polega drugi kierunek?

Kierunek quasi-progresywny charakteryzuje się przede wszystkim tym, że priorytet rozwojowy uzyskują zdolności i umiejętności ilościowego, algorytmicznego ujmowania rzeczywistości i technologiczno-praktycznego jej przekształcania oraz modelowania, natomiast zdolności i umiejętności jakościowego, rozumiejącego i nieutylitarnego poznawczego jej „przyswajania” są oddalane na dalsze plany aktywności poznawczej. Są ograniczane i marginalizowane, hamowane w rozwoju i spychane na boczne tory procesu poznawczego.

W konsekwencji kierunek oznaczający harmonijny i progresywny rozwój wszystkich podstawowych składników struktury psychofizycznej człowieka: organizmu, systemu neurologicznego, mózgu, wyposażenia popędowo-instynktowego, emocjonalnego, wolicjonalnego, świadomości, cech osobowych i duchowości itp., nie przebiega już w ontogenezie człowieka „nowoczesnego” wystarczająco płynnie i prawidłowo, bez zakłóceń i zahamowań.

Proszę o przykłady takich zmian z życia codziennego.

Wskażmy choćby na dwa charakterystyczne typy omawianych zmian człowieka cywilizowanego naszych czasów.

Pierwszą z nich określa się jako zmiany ePokura (Pokurcz). Chodzi tu o taki rodzaj niekorzystnych zmian fizycznych (cielesnych) człowieka, który powstaje pod wpływem oddziaływania na organizm współczesnych urządzeń elektronicznych, takich m.in. jak komputery, smartfony, telefony komórkowe itp. Rozpoznawanymi przejawami owych zmian są m.in.: tępy ból stawów, ostry ból pleców, szyi i ramion, brak gibkości, przygnębienie, ograniczona ruchomość nadgarstka, pokrzywiona postawa fizyczna, zmieniony chód, odmienne komunikowanie się ludzkiego ciała z otoczeniem, głębokie uzależnienie się od użytkowych urządzeń elektronicznych, zawiązywanie się nowych, urządzeniami elektronicznymi wyznaczanych, nawyków bytowania codziennego itp.

Są to, ogólnie rzecz biorąc, poważne deformacje i dolegliwości ludzkiego ciała oraz wyostrzone przejawy zbytniego ujednostronnienia stylu życia przeciętnego człowieka. Utrwalanie ich i pogłębianie prowadzić może – przestrzegają badacze i znawcy tego negatywnego zjawiska – m.in. do degeneracji dysków kręgosłupa, niedorozwoju mięśni, uszkodzenia nerwów i do innych przypadków „psucia ciała”. Zaś – w sferze przyzwyczajeń i nawyków – do zachwiania prawidłowego i harmonijnego, umożliwiającego właściwy rozwój osobowy i mentalny trybu życia jednostki ludzkiej; do swoistego kalectwa cielesnego i umysłowego, nie mówiąc już o ewidentnej „kradzieży” zdrowia i cech dobrej kondycji fizyczno-psychicznej.

Obecna w wyrafinowanych urządzeniach elektronicznych nowoczesna technologia zagraża o wiele bardziej człowiekowi niż wcześniejsze rozwiązania techniczne – jest tak. m.in. dlatego, że jest ona atrakcyjna, „uwodzicielska”, „delikatna”, powszechnie użyteczna. Człowiek nie może i nie chce uwolnić się od niej – mimo że często czyni to go właśnie swoistym kaleką cielesnym i umysłowym.

Proszę o drugi przykład zmian.

Najbardziej typowym, cywilizacyjnie warunkowanym i stale poszerzającym się rodzajem zmian fizycznych i psychicznych, jest zespół przemian nazwanych przez amerykańskiego badacza Lorenza Altmana mianem dekompozycji osoby ludzkiej.

Chodzi o różnorodne zmiany cielesne, organiczne, fizjologiczne, a w konsekwencji też i psychiczne, powstałe wskutek ingerencji medycznej, farmakologicznej i technicznej w ludzki organizm, mózg, układ neurologiczny, a nawet w genotyp; ingerencji poprzez przeszczepy, transplantacje, wymianę narządów i tkanek, manipulację genami, w lżejszej zaś formie interwencji – poprzez dawkowanie leków psychotropowych, uśmierzających ból, uspokajających, czy choćby poprzez intensywne ćwiczenia na siłowni, solaria, aerobik itp.

Wszystkie te zabiegi bardziej lub mniej zmieniają człowieka: od „poprawiania” urody i doskonalenia sprawności fizycznych i umysłowych, do zasadniczej zmiany tożsamości jednostek ludzkich; od zażegnywania choroby i przywracania zdrowia do znacznego wzmocnienia ogólnej funkcjonalności organizmu i psychiki; od stopniowych ilościowych zmian psychofizycznych do znaczącej jakościowej przemiany całej ludzkiej osobowości.

Doświadczamy pozytywnych i negatywnych skutków tych zmian. Których jest więcej?

Negatywne zdają się przeważać. Dość często chodzi w nich – w zależności od takich czy innych sytuacji i okoliczności – o zwyczajne „wytrącanie człowieka z równowagi”, „rozkojarzenie”, „przesilenie nerwowe”, „rozstrojenie” jego psychiki, „wprowadzenie” w stan dyskomfortu życiowego, irytacji, niekiedy też agresji. Niemniej istotne jest też „wprawianie” go w stan większego lub mniejszego zamętu umysłowego i dezorientacji, w słabszą lub silniejszą frustrację, w mniej lub bardziej dotkliwą nerwicę, w „popadanie” w takie czy inne choroby cywilizacyjno-somatyczne i psychiczne itp.

W kulminacji tego, jak widać bardzo złożonego i zróżnicowanego, a generalnie destrukcyjnego procesu, dochodzić może do przemiany radykalnej, a mianowicie do zasadniczej zmiany lub destrukcji całej mentalności i tożsamości indywidualnej.

Co oznacza termin „rozwój w dół”?

Oznacza to swoisty zwrot procesu ewolucyjnego w kierunku regresywnym; kierunku przeciwstawnym temu, który kojarzy się zwykle z progresją ewolucyjną, a więc temu, który zamiast pomnażania wartości pomniejsza je, zamiast bogacenia kreowanych struktur wpływa na ich zubożanie, miast stałego uefektywniania ich funkcjonalnej sprawności i umiejętności „uczenia się” środowiska oraz lepszego przystosowywania się do niego zachodzi w nim stopniowe osłabianie tej witalno-adaptacyjnej właściwości jego podmiotów itp.

Rozmaicie określa się w literaturze przedmiotu ten – mówiąc paradoksalnie „rozwój w dół”, np. określa się go jako „ewolucję regresywną”, „inwolucję”, „regresję”, „degeneralizację”, „sakulinację”, „rozwój wadliwy” itp.

Czy to nie jest wymysł filozofów?

Nie. To swoiste „odstępstwo” czy ten „buntowniczy” zwrot w dominującym trendzie procesu ewolucyjnego nie jest już tylko hipotetycznym założeniem we współczesnych teoriach ewolucji (a jest ich wiele), ale empiryczną naukową konstatacją faktu/fenomenu bezspornego, faktu/fenomenu naukowo potwierdzanego zarówno w ewolucji biologicznej „prostych” organizmów żywych jak i – już na wyższym poziomie ewolucji gatunku ludzkiego, tzn. ewolucji psychicznej, kulturowej i społecznej.

Jest to jednak fakt niezwykle złożony i skomplikowany i o zasadniczym – bo decydującym o jakości i przetrwaniu podmiotów ewolucyjnych – znaczeniu.  Wiąże się on z nieharmonijnym i nierównomiernym rozwojem naturalnych dyspozycji i skłonności człowieka, do czego walnie przyczynia się obecnie dominujący system społeczno-ekonomiczny, tzn. globalny neokapitalizm.

Proszę o wyjaśnienie tej systemowej przyczyny.

Globalny neokapitalizm, jak żaden inny system, maksymalnie wyzwolił „twarde” tendencje i popędy natury ludzkiej. Stworzył dla nich potężne i skuteczne stymulacje oraz względnie optymalne warunki ich rozwoju oraz dogodne sposoby, narzędzia i środki niemal powszechnego ich zaspokajania. Równocześnie skutecznie przyhamował, stłumił, a nierzadko wręcz zablokował siły i impulsy „miękkie” – też integralnie przynależne naturze ludzkiej. Chodzi tu nie tylko o naturalne predyspozycje do altruizmu, bezinteresowności, solidarności, pomocniczości, czy o etyczną i estetyczną wrażliwość, ale nadto o takie subtelne cechy ludzkiej natury i mentalności jak: kontemplacja rzeczywistości, metafizyczna i religijna refleksyjność, głębsza duchowość wewnętrzna, żywsza uczuciowość i empatyczność itp.

Wyzwalając ponad miarę „twarde” popędy i skłonności, wśród nich: wybujały egoizm, skrajną interesowność, brak troski o „innego”, drapieżną rywalizację, nadmierną wojowniczość o „łup”, agresję i przemoc, nieumiarkowaną chęć posiadania i zysku, czyniąc je z reguły dominującymi w sferze ludzkich pragnień i dążności, planów i aspiracji życiowych, w pewnej mierze „wytrącił” ewolucję człowieka z jej wewnętrznej równowagi, harmonii i skierował jej pewne toki czy kierunki rozwojowe na jak gdyby boczny tor, poważnie zakłócając prawidłowości procesu ewolucyjnego człowieka.

Do czego to nas prowadzi?

W wyniku tego zasadniczego zakłócenia procesu ewolucyjnego stopniowo człowiek popada – w czasach obecnych w znacznym przyspieszeniu – w nieharmonijny i nierównomierny tok rozwoju swych naturalnych skłonności i predyspozycji, pogrąża się w pewne „ewolucyjne rozdarcie”, a nawet swoistą antynomię rozwojową oraz w niebezpieczne dla jego zrównoważonego rozwoju zahamowania i cofnięcia ewolucyjne, zwane regresją antropologiczną.

Stan ten oznacza głęboką deformację całościowo i harmonijnie pojętej istoty ludzkiej. Ściślej rzecz ujmując – oznacza on postępujący rozpad „koherencji życia wewnętrznego” człowieka, tzn. narastającą rozpiętość między tempem rozwoju intelektualnego, racjonalno-pojęciowego a rozwojem emocjonalnym i duchowym.

Ponadto oznacza on nader niebezpieczną rozbieżność między stosunkowo wolnym tempem rozwoju filogenetycznego a przyspieszonym rozwojem funkcjonalno-cywilizacyjnym człowieka; między zastojem a nawet regresją głębszej duchowości człowieka a bardzo szybkim tempem rozwoju jego umiejętności funkcjonalno-technicznych; między pragmatyzmem życiowym a sferą doświadczeń i przeżyć wyższych wartości oraz żywotności duchowej transcendencji: metafizycznej, religijnej, estetycznej.

„Fajne, lekkie, łatwe życie z mordą w śmietanie” – pisał Stanisław Lem w „Listach do Kandla”. Czy takie życie sprzyja zagrożeniu człowieczeństwa?

Pytanie to naprowadza nas na odmieniony typ konsumpcji w krajach wysoko cywilizacyjnie rozwiniętych i na odmienionego konsumenta, czyli na „nowoczesne” życie konsumpcyjne i na jego konsekwencje.

Proszę o wyjaśnienie.

Na początek przypomnijmy, czym charakteryzował się, niemal całkowicie już zepchnięty z forum rynku konsumpcyjnego w krajach cywilizacyjnie rozwiniętych, tradycyjny konsument, a czym zasadniczo wyróżnia się aktualnie „produkowany” i usilnie wprowadzany w jego miejsce na to forum konsument nietradycyjny; konsument w obecnym systemie społeczno-ekonomicznym najbardziej pożądany, z punktu widzenia jego potrzeb i możliwości rozwojowych oraz przetrwania bezwarunkowo konieczny.

Konsument tradycyjny, to taki nabywca, który wykazywał przyzwyczajenie do względnie stałych i stosunkowo niezmiennych produktów i usług. Przyzwyczajony był do określonego i raczej niezmiennego kręgu potrzeb, starał się poza ich krąg w zasadzie nie wykraczać, wykazywał większy lub mniejszy umiar w ich zaspokajaniu, wstrzemięźliwość, ograniczenie, określane nie tylko i nie tyle jego osobistymi możliwościami finansowymi, co – i przede wszystkim – pewnym zespołem przyjętych przezeń norm i zaleceń obyczajowych, moralnych, rytualnych, w pewnych przypadkach także religijnych; konsument nie traktujący konsumpcji, jako celu samego w sobie, ale jako niezbędną aktywność życiową i za powszedni środek regenerowania i rozwoju życia, chronienia zdrowia oraz pożądanej kondycji witalnej i duchowej.

A czym charakteryzuje się konsument współczesny?

Konsument nowoczesny jest diametralnym przeciwieństwem, totalną antytezą konsumenta tradycyjnego. Charakteryzuje się on takimi cechami swej mentalności i zachowania, które na ogół obce były jego historycznie wcześniejszemu „bratankowi”. A mianowicie: nie wykazuje on ustabilizowanego kręgu potrzeb i pragnień konsumpcyjnych; wyłamuje się poza granice tradycyjnie wypracowanego umiaru i wstrzemięźliwości w ich zaspokajaniu. Uległy jest „pokusom i atrakcjom” aktualnego rynku konsumpcyjnego, ma poczucie niesfinalizowanego w nim uczestnictwa; niedosytu w sferze własnych pragnień i pożądań czy po prostu różnych zachcianek konsumpcyjnych. Żądny jest coraz to nowych wrażeń, emocji, przyjemności, uciech i radości, związanych nie tyle z poczuciem posiadania zgromadzonych, skolekcjonowanych rzeczy i przedmiotów oraz różnorakich urządzeń, gadżetów i udogodnień, co z ich kupnem („czar zakupów”), instalacją, prezentacją itp.; traktujący konsumpcyjne pragnienia „użycia”, jako cele same w sobie, jako autonomiczne, a niekiedy nawet nadrzędne wartości życiowe; przy uznawaniu ich za zmienne, relatywnie nietrwałe (brak „stałych znaków” na prywatnej drodze konsumpcyjnego doświadczenia życia i świata).

Jakie są konsekwencje zmiany konsumenta?

Zmieniający się – i w znacznej mierze już zmieniony – konsument, w zróżnicowanych zakresach i wymiarach, jeżeli chodzi o konkretne jednostki i zbiorowości ludzkie, to – ujmując rzecz nie tylko z perspektywy konsumerskiej, a antropologicznej – zmieniający się w istotnej, choć nie zawsze w wyraziście postrzegalnej mierze człowiek; człowiek zmieniający się mentalnie, osobowościowo, behawioralnie, a także i duchowo – głównie zaś – w sferze dekonstrukcji hierarchii wartości i celów życiowych, sensu własnego życia i działania. Jest to zmiana ambiwalentna i po części pozytywna, w lwiej jednak części zdecydowanie – jak się wydaje – negatywna. Pozytywna może w tym sensie, że ożywia sferę zainteresowań człowieka dziedziną swoich, często zaskakująco inwencyjnych i wyrafinowanych wytworów (np. wytworów modą inspirowanych), że dość skutecznie uwalnia się od nudy i rutyny życiowej, że przysparza sobie swoistej rozrywki i, co prawda, niewyszukanej, ale autentycznej pociechy w zatroskanej i ciężkiej codzienności. Że jakoś mobilizuje i ukierunkowuje swoją pozazawodową i niepracowniczą część aktywności życiowej itp.

A negatywna przede wszystkim dlatego, że skutecznie odwodzi człowieka (podobnie jak kultura masowa i większość przekazów medialnych) od sfery wartości wyższych, pełniejszego udziału w kulturze wyższej, od poszukiwania głębszych sensów życiowych. Że ogranicza, zawęża i ujednostronnia postrzeganie świata, upraszcza style i modele życia; zubaża mentalnie i wyjaławia duchowo człowieka; blokuje, pozbawia czasu i energii niezbędnej do rozwoju i ekspresji lepszych i szlachetniejszych stron człowieczeństwa (zainteresowań poznawczych, wyższych pozytywnych emocji, nastawień pozaegotycznych, altruistycznych itp.), a spycha jednostki i zbiorowości ludzkie w stronę różnorakich doznań i przeżyć typu utylitarnego, hedonistycznego i egotyczno-indywidualistycznego.

Życie konsumpcyjne, czyli konsumeryzm praktykowany i przeżywany oznacza określoną postawę i aktywność życiową oraz swoisty stan mentalny i psychiczny.

W jakich czynnościach i zachowaniach przejawia się konsumeryzm?

Po pierwsze, w ożywionym i z dużą determinacją wewnętrzną podejmowanym zaspokajaniu szerokiej gamy różnorakich potrzeb oraz pragnień konsumpcyjnych: zarówno naturalnych jak i „sztucznych”; koniecznych i niekoniecznych, stałych, wymogami życia utrwalonych oraz zmiennych, czasowo kreowanych i przez „gospodarkę konsumpcyjną” narzucanych – przy uznawaniu tej aktywności za bezspornie priorytetową i naczelną czynność życiową oraz przy upatrywaniu w niej głównego celu życiowego, a nawet sensu codziennego bytowania.

Po drugie, w świadomym lub nieświadomym upatrywaniu w nadmiernej lub wyrafinowanej konsumpcji pewnej drogi ucieczki przed poczuciem pustki, jałowości, monotonii i bezsensowności życia, przed jego kłopotami i trudnościami lub po prostu przed złym samopoczuciem, od różnych negatywnych stanów psychicznych i sytuacji życiowych.

Z czego wynika psucie człowieka? 

W gruncie rzeczy sam człowiek wybrał drogę, na której znalazł – i znajduje – niebywałą szansę swego rozwoju, a zarazem nieuniknione sposoby i środki psucia siebie samego, a nawet poważnego zagrożenia dla swego przetrwania. Tą drogą jest rozwój głównie poprzez naukę i technologię oraz rynkowy system społeczno-ekonomiczny (dzisiaj globalny superkapitalizm). Na tej drodze człowiek nieustannie pnie się na szczyty rozwoju w dziedzinie nauk techniczno-informatycznych i biologiczno-fizycznych, stając się swoistym supermenem naukowo-technicznym.

Pnie się też na wysokie, historycznie bezprecedensowe, szczeble rozwoju gospodarczego, osiągając stale rosnące, ale nazbyt zróżnicowane sfery dobrobytu i dobrostanu i stając się istotą posiadającą coraz więcej dóbr materialnych i coraz bardziej ich „używającą”.

Równocześnie na skutek ambiwalentnego, dwuznacznego wpływu na niego nauki i techniki oraz takich typowych wytworów systemu „zysku i wyzysku”, jak pieniądz i powszechna komercja, nadmierna i nieracjonalna (szkodliwa) konsumpcja, wchłaniający go „świat wirtualny”, różne „wybryki” nowych technologii i nowoczesnych urządzeń technicznych oraz nie zawsze pozytywne oddziaływanie znacznej części głównego nurtu rynkowo i politycznie zależnych mass mediów, różnorako i prawdopodobnie nieodwracalnie – o czym była mowa wcześniej – „psuje” się, zubaża wewnętrznie, kieruje się „gorszą” stroną swej natury, pomniejsza swoje człowieczeństwo. W pewnej mierze, choć zabrzmi to być może niewiarygodnie, „odczłowiecza” się i schodzi na drogę stopniowego pozbywania się wielu zalet i cnót człowieka jakiego znamy – jakiego znaliśmy.

Kto korzysta, a kto traci, na psuciu człowieka?

Na dłuższą metę nikt na tym nie korzysta, wszyscy, tylko w niejednakowym stopniu, tracą. Najmniej poszkodowani są ci, którzy żyją poza kręgiem cywilizacji współczesnej, np. pewne plemiona zaszyte w brazylijskiej dżungli. Najbardziej poszkodowanymi są ludzie o bogatym potencjale duchowym i osobowym, intelektualnym i twórczym. Ludzie, dla których późnonowoczesny etap cywilizacji naukowo-technicznej i informatycznej stanowi coraz większe – często nie do pokonania – bariery rozwojowe. Zastanawiać może m.in. to, że ludzi „bogatych duchem” i ludzi mądrych w naszych czasach jest coraz mniej, zaś ludzi „duchem ubogich” i nie dość rozumnych, czy wręcz głupich, jest coraz więcej, zwłaszcza w kręgach polityki, władzy i bogactwa.

Jakiś przykład?

Arturo Pérez-Reverte – znany współczesny pisarz hiszpański – przypomina swoim czytelnikom ostrą, ale – jego zdaniem – w pełni zasadną i aktualną wypowiedź swego przyjaciela. Brzmi ona następująco: „Nie sądzę, żeby kiedykolwiek istniała epoka, w której kretyni osiągnęliby takie szczyty kretynizmu, jeszcze więcej głupków zasiadałoby w rządach, a idiotyzm jak wilgoć próbowałby się wcisnąć absolutnie wszędzie, przez szpary okienne i przez pory ciała. I to jest absolutna prawda”. I pisarz dodaje od siebie: „Były w innych czasach, rzecz jasna, okresy tępoty i fanatyzmu, bo to związane jest nierozłącznie z irracjonalną stroną ludzkiej natury. Były, oczywiście, wybuchy zbiorowej histerii, epidemie głupoty, żałosne mody i wszystkie te drące się dzikusy w Wielkanoc. Ale nigdy wcześniej zaraza nie rozprzestrzeniała się w takim tempie, a jej skutki nie były tak niszczące”. Pewnie trzeba się zgodzić z tym gorzkim twierdzeniem znakomitego pisarza i sławnego reportażysty.

Ktoś na odczłowieczeniu nas korzysta tu i teraz.

Doraźny „zysk” z cywilizacyjnego „psucia” człowieka odnosić mogą „ludzie władzy i pieniądza”, bowiem ludźmi osobowościowo i duchowo „pomniejszonymi” łatwiej jest rządzić, politycznie manipulować oraz społecznie sterować, ekonomicznie podporządkowywać, wyzyskiwać i ograniczać w praktyce społecznej prawa człowieka.

Jednakże w dłuższej perspektywie czasu zależność ta z reguły załamuje się i w taki czy inny sposób (rewolucyjny czy ewolucyjny) dochodzi do rozpadu opartego na niej porządku społecznego.

Jakim celom ma służyć dalszy rozwój cywilizacyjny?

Cywilizacyjnemu rozwojowi można i należy – wbrew licznym głosicielom przyszłego jego regresu a nawet mającego zbliżać się krachu – na wszystkie możliwe sposoby sprzyjać, wspomagać go, dynamizować, a przy tym rozsądnie – czego ewidentnie się nie robi – nim sterować oraz sprawować nad nim kompetentną i odpowiedzialną kontrolę. Nie mając oczywiście pewności, że „drzewo postępu wyda prawdziwe owoce” można tylko żywić jakąś niewielką nadzieję.

Trzeba przede wszystkim mieć skonkretyzowaną wizję tego, co w tym rozwoju koniecznie należy skorygować, poprawić i udoskonalić, a co zdecydowanie i z pełną konsekwencją odrzucić, wyeliminować czy zmarginalizować. Tak, by ów rozwój mógł lepiej niż dotąd służyć człowiekowi, możliwie najwydatniej sprzyjać jego samorealizacji, a przynajmniej mu nie szkodzić, a co gorsze, nie stwarzać dla niego poważnych zagrożeń.

Czy ktoś o tym mówi w debacie publicznej?

Taka wizja proludzko odnowionej i dla dobroczynnych celów odpowiednio usposobionej przemiany cywilizacyjnej we współczesnej literaturze naukowej i poważnej publicystyce społecznej coraz wyraźniej i coraz lepiej się konkretyzuje i coraz wyraźniej zarysowuje, i – co warto podkreślić – coraz bardziej przekonywująco uzasadnia się w niej konieczność – dla dobra i bezpieczeństwa człowieka – praktycznego urzeczywistnienia.

Gdzie mamy szukać ratunku?

Wyjścia z obecnego zapętlenia cywilizacyjnego człowieka i z pewnej pułapki rozwojowej, w którą się on nieopacznie wprowadził, i – co za tym idzie – uzyskania szans dla dalszego prawidłowego rozwoju oraz nastawień na własne sensowne „ulepszanie” i doskonalenie, a być może także na przetrwanie jako gatunku, poszukiwać należy poza utopiami, zarówno w rodzaju utopii przyszłościowych, jak i – zwłaszcza – poza utopiami skierowanymi ku przeszłości. Natomiast potrzebna jest i bezwarunkowo konieczna, śmiała, wręcz heroiczna „zmiana w perspektywie” myśli, intencji i działań na tej dziś najważniejszej – jak się wydaje – arenie spraw ludzkich, czyli na forum zasadniczych rozstrzygnięć w zakresie dążności i działań na rzecz dobrych perspektyw człowieka.

Co oznacza ta „zmiana w perspektywie”?

Po pierwsze, przyjęcie i urzeczywistnianie – o czym już wcześniej była mowa – realnej alternatywy w stosunku do sposobu funkcjonowania dominującego we współczesnym świecie systemu ekonomicznego, z jego zasadą „zysk ponad wszystko”, zwłaszcza alternatywy w zakresie dystrybucji uzyskiwanych zysków i wytwarzanych dóbr materialnych. Dość często głoszony pogląd o braku w tej dziedzinie alternatywy z punktu widzenia dobra wspólnego i perspektywicznego interesu człowieka jest nie tylko błędny, ale i skrajnie szkodliwy i destrukcyjny.

Po drugie, zasadniczą zmianę paradygmatu myślowego w aktualnie przyjętej i powszechnie praktykowanej koncepcji „rozwoju gospodarczego”, łącznie z jej złagodzoną odmianą, czyli tzw. rozwoju zrównoważonego; koncepcji strategicznie nieracjonalnej i realnie nieskalkulowanej w swych długofalowych możliwościach, a wyczerpującej możliwości surowcowe Ziemi i nie w pełni uwzględniającej bezpieczeństwo ekologiczne. Zasadnicza reorientacja w tej koncepcji i jej praktycznej realizacji wymaga radykalnego i dalekowzrocznego, ale jednak leżącego „w rękach ludzkich” globalnego rozstrzygnięcia.

Po trzecie, przywrócenie w możliwym stopniu naturze ludzkiej traconej przez nią – głównie pod presją społecznie „drapieżnego”, niekiedy wręcz nieludzkiego, destrukcyjnie i zaburzająco oddziałującego na nią rynkowego systemu ekonomicznego oraz jego wpływowych nawarstwień ideologicznych – równowagi.

Chodzi o przywrócenie zachwianej wśród wielu jednostek ludzkich równowagi w sferze instynktów, popędów, pragnień, naturalnych skłonności i nastawień, przy nadmiernym eksponowaniu egotycznej, interesownej, hedonistycznej, rywalizacyjnej i agresywnej strony, a tłumieniu, wycofywaniu z codziennego funkcjonowania jej strony altruistycznej, bezinteresownej, koncyliacyjnej, niehedonistycznej itp. Przywracanie w znaczącym stopniu takiej wewnętrznej harmonii w naturze ludzkiej nie jest i oczywiście nie będzie sprawą łatwą, ale jednak, przy pełnej determinacji i optymalizacji wysiłków społecznych, edukacyjnych i wychowawczych być może będzie, w pewnej przynajmniej mierze, możliwe.

Czy są  jakieś dalsze remedia na schorzenia współczesności?

Za realne remedium na schorzenia współczesności uznana może być m.in. koncepcja „kultury dialogu” i „ekonomii społecznej” papieża Franciszka.

Koncepcja ta zasługuje na uwagę i pozytywne odniesienie – zwłaszcza w sytuacji niedostatecznej, jak się wydaje, jej prezentacji i rekomendacji w głównych nurtach współczesnych środków medialnego przekazu i informacji społecznej. A w istocie rzeczy idzie o nader ważne i znaczące dla „tu i teraz” oraz przyszłości człowieka projekty. W najbardziej fundamentalnym i żywotnym interesie współczesnego człowieka nie można sobie pozwolić na ich marginalizowanie.

„Kultura dialogu” łączy się w tej koncepcji z postulatem „s p o ł e c z e ń s t w a  s p r a w i e d l i w e g o” i podstawowym jego warunkiem, jakim jest „s p o ł e c z n a  e k o n o m i a”, tzn. sprawiedliwa, egalitarna dystrybucja wytwarzanego dorobku ludzkiego. Nowy porządek społeczno-ekonomiczny winien wprowadzić sprawiedliwość w stosunki międzyludzkie, wyzwolić ludzi od nędzy i wyzysku, ujarzmić kapitał i uczynić z niego dobro wspólne, dostępne dla najszerszych warstw społecznych.

Co powinny robić „elity”, a co obywatele, którzy chcą bronić człowieczeństwa?

Pytanie odnosi się bardziej do przyszłości, aniżeli do dnia dzisiejszego. Bo na razie ani „elity”, ani też zwykli obywatele nie interesują się bliżej tym, co się obecnie dzieje z naszym człowieczeństwem, nie mówiąc już o tym, żeby w sprawę zagrożonego cywilizacyjnymi przemianami człowieczeństwa byli w większości swej zaangażowani i podejmowali jakieś ochronne działania. Zresztą wiedza o tym zagadnieniu jest wśród nich ciągle niewielka. To, co raczej okazjonalnie wzbudza wśród nich pewne zainteresowanie czy zatroskanie, to nie narastające przejawy cywilizacyjnej destrukcji człowieczeństwa i poważnych jego zagrożeń, to także nie realna możliwość swoistej regresji antropologicznej, ale zwyczajne i typowe, powtarzające się sytuacje pozbawiania ludzi człowieczeństwa lub jego ograniczania przez takie czy inne siły zewnętrzne i wydarzenia w dzisiejszym świecie, np. przez wojny, katastrofy przyrodnicze, kryzysy i załamania gospodarcze, głód, epidemie, a także przez różnych dzisiejszych ciemiężców i prześladowców, gwałcicieli i zbrodniarzy, dyktatorów i despotów, ludzi złej woli i dewiantów, itp., albo też przez przypadki ciężkich chorób lub zaburzeń psychicznych lub przez różne szczególnie dramatyczne i tragiczne sytuacje losowe i egzystencjalne. Inaczej mówiąc przedmiotem żywego zainteresowania stają się takie przypadki celowego pozbawiania lub okolicznościowej utraty człowieczeństwa, które zawsze miały – i nieuchronnie mają – swe niechlubne miejsce w ludzkiej historii i ludzkim bytowaniu – i nie były – nie są – w życiu ludzkim czymś szczególnym i bezprecedensowym.

Natomiast nie dość porusza ludzi obecny proces c y w i l i z a c y j n e g o  n i s z c z e n i a lub pomniejszania człowieczeństwa, to, co jest już zjawiskiem szczególnym i bezprecedensowym, globalnie wysoce groźnym i niebezpiecznym.

Co zatem „elity”, a co obywatele mogą – powinni – w tej sprawie robić; robić na dziś i na przyszłość? I jak wiele mogą zrobić?  

Możemy powiedzieć, że zapewne wiele w intencjach i zamiarach, a może nawet w planach i programach, natomiast chyba niewiele – ale nie przesądzajmy sprawy – w realnych dokonaniach i urzeczywistnieniach. Można dalej pytać: co scedować można i trzeba na „elity”, a co na obywateli, co zaś uznać za ich wspólne zadanie?

Do elit, zwłaszcza naukowych, twórczych i medialnych (na elity polityczne raczej trudno tu liczyć) należałyby, jak sądzę, przede wszystkim badania, głębsze wyjaśnienia charakteru społecznych mechanizmów, głównych przyczyn i uwarunkowań oraz złowieszczych skutków omawianego tu negatywnego procesu, znaczące poszerzanie i popularyzowanie o nim wiedzy; wiedzy ciągle niepełnej i niedostatecznie społecznie upowszechnianej.

Ważnym też zadaniem, i może nawet wyzwaniem tych środowisk, w związku z tą nader ważną, a przez większość ludzi nie dość uświadomioną i docenioną, „a r c y l u d z k ą  s p r a w ą” byłoby inspirowanie i ukierunkowywanie woli działania i wysiłku na rzecz tego, czego w cywilizowanym świecie dotąd nie starcza, a co jest absolutnie niezbędne dla koniecznego przyhamowywania lub przynajmniej osłabiania psucia i destrukcji człowieczeństwa. Chodzi tu o wszczęcie prac, możliwie w skali globalnej, może pod egidą ONZ i innych organizacji międzynarodowych, nad opracowywaniem projektów, z czasem może planów i programów, „ludzkiego rozwoju”.

O co chodzi?

Krótko mówiąc, chodzi tu o, z pozoru być może banalne, ale we współczesnym prawidłowym „zarządzaniu ludzkością” bezwarunkowo konieczne, działania na rzecz zabezpieczenia prawidłowego i bezpiecznego rozwoju człowieka. A rozwój ten oznacza zabezpieczenie społecznego dobra wspólnego czyli „prawdziwą” demokrację, ogólny dobrostan społeczeństwa, łącznie z dobrobytem materialnym, prawa człowieka, wolność i sprawiedliwość społeczną, bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, zdrowotność, humanizację relacji międzyludzkich, praworządność, wysoką kulturę, wszechstronną naukę i racjonalny postęp technologiczny. A w szczególności to rozważny i racjonalny rozwój gospodarczy, przemyślany i niedestrukcyjny stosunek człowieka do przyrody, właściwe rozwiązywanie głównych problemów ekologicznych (klimatycznych, surowcowych, energetycznych itp.); to przeciwdziałanie niszczycielskiej aktywności człowieka w odniesieniu do środowiska naturalnego i całej ekosfery, redukcja negatywnych skutków globalizacji, polepszanie stosunków międzynarodowych, eliminacja konfliktów zbrojnych, agresji politycznej i ekonomicznej.

Nie mniej ważna byłaby tu dbałość i troska elit społecznych oraz wszystkich obywateli o rozwój i stałe zabezpieczanie w życiu zbiorowym indywidualnego dobra wspólnego – przy założeniu, że każda wartość o charakterze osobowym może być również wartością zbiorową, wspólną. Chodzi tu o zróżnicowane osobowo możliwości rozwojowe każdej jednostki ludzkiej oraz „z natury rzeczy” przysługujące jej takie przymioty osobiste jak: godność, niezawisłość, tożsamość, uzdolnienia i zainteresowania, potrzeby życiowe, pragnienia i aspiracje indywidualne, a także naturalne zróżnicowania kulturowe i etniczne, wolność osobista i autonomia.

Na indywidualne dobro wspólne składa się też „lepsza” strona natury ludzkiej, tzn. sfera nieegotycznych, bezinteresownych, proludzkich i prospołecznych poruszeń i tendencji, otwartych na bliźniego postaw i nastawień, empatia dla „innych” i gotowość do współdziałania z nimi.

Bez skutecznych starań o zabezpieczenie możliwości rozwoju i realnego urzeczywistniania tak właśnie pojętego społecznego i indywidualnego dobra wspólnego[m4] , trudno mówić o jakiejkolwiek ochronie człowieczeństwa przed cywilizacyjną destrukcją. Tak jak trudno byłoby o tym mówić bez skutecznego działania na rzecz pomyślnego rozwiązania trzech naczelnych problemów współczesnego życia społecznego, a mianowicie postępującego psucia demokracji, globalnego kryzysu edukacji i wychowania oraz pogłębiającej się niewydolności systemów zdrowotnych i socjalnych.

A co powinni robić obywatele, którzy chcą bronić człowieczeństwa?

Na to pytanie jest mi trudno odpowiedzieć. Po pierwsze, dlatego, że nie wiem, czy jest ich na tyle dużo, by ich postawa w tej kwestii miała jakieś społeczne znaczenie. Przypuszczam, że we współczesnych społeczeństwach jest ich niewielu. Zwykli ludzie patrzą na siebie nie poprzez człowieczeństwo, które na ogół mgliście sobie uświadamiają, ale prościej: poprzez wygląd, charakter, osobowość, intelekt, emocjonalność, motywacje, wykształcenie, postawy, zasobność, stan posiadania, działania itp..

A po drugie – i może przede wszystkim – dlatego, że wśród nich – o czym już była mowa – stan zainteresowania i stan wiedzy o człowieczeństwie jest na ogół nikły. W tej sytuacji pytanie: co powinni oni robić w obronie człowieczeństwa jest w znacznej mierze bezprzedmiotowe. Ale może jednak niezupełnie, bo np. mogliby oni – jak sądzę:

– wzbudzać w sobie większe zainteresowanie problemami zagrożonego i realnie niszczonego lub ograniczanego człowieczeństwa;

– efektywnie wspierać te organizacje, środowiska, instytucje i osoby publiczne, które dostrzegają komplikujący się problem człowieczeństwa w kontekście współczesnych przemian cywilizacyjnych, próbując go artykułować i postulować działania naprawcze i praktyczne rozwiązania;

– mogliby też głosować w wyborach na te partie i ugrupowania polityczne, które wpisują w swe programy te cele i zadania, które pośrednio czy bezpośrednio chronić mogą człowieczeństwo i je wspierać.

Czy na koniec chce pan coś jeszcze dodać?

Tak, trzy stwierdzenia o kardynalnym znaczeniu dla tematu naszej rozmowy:

„Nasz świat zdolny jest do najlepszego i do najgorszego. Zawsze tak było, ale dzisiaj środki techniczne i finansowe podniosły możliwości dobra i zła; aktualny system światowy jest nie do utrzymania”. (Papież Franciszek, Adhortacja apostolska Evangelii Gaudium, nr 203)

„Bardziej niż kiedykolwiek przedtem jesteśmy postawieni – my, ludzie, mieszkańcy Ziemi – w sytuacji albo-albo: albo wkroczymy we wspólną przyszłość, albo skończymy w zbiorowej mogile”. (Z. Bauman: Retropia. Jak rządzi nami przeszłość)

Trzeba nieustannie pamiętać o tym, że „wyrzeczenie się człowieczeństwa w znanym nam sensie (…) oznaczałoby koniec ludzkiego świata”. (L. Kołakowski, Niepewność epoki demokracji, 2014)

Dziękuję za rozmowę.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 146 / (42) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również: