Analiza

Raport o wojnie w Iraku

wojna w Iraku
fot. Mike Cook z Pixabay

W 20. rocznicę wybuchu wojny w Iraku przypominamy „Raport o wojnie w Iraku”, którego autorem jest Tomasz Gabiś. Materiał powstał w okresie styczeń-listopad 2003 roku.

Autorowi dziękujemy za udostępnienie fragmentów do publikacji. Zachęcamy do lektury całego raportu.

Wstęp

(…)

Poznawcza niepewność, która towarzyszy nam, kiedy próbujemy dowiedzieć się, co naprawdę się działo i co nadal się dzieje, z konieczności ogarnia nas także wówczas, kiedy usiłujemy dociec, jakie były przyczyny i cele „wojny”. Jak odróżnić cele zasadnicze od drugo- i trzeciorzędnych, jak rozróżnić świadomie założone cele od ubocznych lub nieprzewidzianych skutków, które ex post uznaje się za właściwe cele? Niełatwo zorientować się w olbrzymiej masie komentarzy, spekulacji, domysłów i hipotez.

Uważa się na przykład, że wojnę wywołali chciwi amerykańscy nafciarze albo Pentagon, żeby móc testować nowe systemy broni i uzasadniać zwiększone wydatki na wojsko.

Dramatyczne pytanie zadane przez b. sekretarza stanu Madeleine Albright − „mamy najwspanialszą armię na świecie, ale co ona ma robić?” − znalazło prostą odpowiedź: „Jak to co? Toczyć wojny”.

Rzecz jasna, trzeba mieć, z kim toczyć wojny, a znalezienie tego kogoś nie jest wcale proste. Już w 1991 roku zdawał sobie z tego sprawę Colin Powell, kiedy ostrzegał: „Think hard about it. I’m running out of demons. I’am runnig out of villains” (cyt. za: David N. Gibbs, Washington’s New Interventionism: US Hegemony and Inter-Imperialist Rivalries, „Monthly Review”, wrzesień 2001).

Kiedy ma zajęcie armia, znika groźba bezrobocia w sektorze zbrojeniowym, w którym pracuje kilka procent obywateli amerykańskich (szacuje się, że w branżach i sektorach związanych lub orientujących się na przemysł zbrojeniowy pracuje prawie 30% siły roboczej w USA).

Są tacy, którzy twierdzą, że prezydent Bush poszedł na wojnę, żeby odwrócić uwagę społeczeństwa od rozmaitych problemów wewnętrznych. Według innych to spece od politycznego marketingu wymyślili wojnę, żeby pomogła Republikanom i prezydentowi w wyborach. Pisarz Kurt Vonnegut wysunął przypuszczenie, że chodziło o wielkie wydarzenie medialne i dostarczenie masom rozrywki – zatem wojna jako „reality show”. Zdaniem innego pisarza Normana Mailera wojna ma służyć jako środek moralnej odnowy, tak jak ją sobie wyobrażają środowiska prawicy amerykańskiej. Chodziłoby zatem o wytworzenie „jedności moralno-politycznej narodu”, zagrożonej przez hedonizm, przez partykularyzm grup etnicznych i rasowych. Są tacy, którzy podejrzewają, że chodzi o przesunięcie środków w budżecie z wydatków socjalnych na wojskowe, bo według republikańskiej prawicy wydatki socjalne demoralizują społeczeństwo. Inni uważają, że to wojna religijna i ideologiczna. Jeszcze inni, że za wybuch wojny odpowiedzialna jest wrodzona, genetycznie uwarunkowana agresywność i brutalność Anglosasów, którzy co jakiś czas „muszą rzucić jakimś państwem o mur”. Wskazuje się na wpływową grupę neokonserwatystów będącą czołową siłą „partii wojny” – dla nich każda wojna prowadzona przez USA jest dobra, bo wtedy wzrasta popyt na ich usługi, gdyż cieszą się dużym uznaniem jako propagandyści i intelektualiści potrafiący bardzo umiejętnie uzasadniać słuszność i celowość każdej wojny.

Niektórzy komentatorzy mówią o „teatralnym militarnym show”, o pokazie siły, który ma wywołać „szok i przerażenie” u potencjalnych rywali i u poddanych światowego imperium, o wysłaniu ostrzegawczego sygnału do wszystkich, którzy chcieliby się sprzeciwić woli globalnego suwerena.

Są tacy, którzy doszukują się źródeł decyzji o wojnie w psychologicznych relacjach ojciec-syn: syn chce udowodnić ojcu, że potrafi lepiej – tam ten nie był na tyle zdecydowany, żeby zająć Bagdad: Bush młodszy chce pokazać ojcu i całej rodzinie, że potrafi: „przyniosę Ci, my dear daddy, skalp Saddama, żeby ci sprawić radość i abyś był ze mnie dumny”. Inni znowu twierdzą, że motywem była chęć zemsty: „Saddam chciał zabić mojego tatę”. Pojawiła się nawet teoria, że prezydent Bush, który miał w przeszłości problemy z nadużywaniem alkoholu, ciągle walczy z tymi problemami, dlatego jego otoczenie stara się czymś go zająć, wciągnąć w wir wydarzeń, aby nie powrócił do nałogu – wojna byłaby więc elementem terapii odwykowej.

Wszystkie te teorie – nieraz naiwne, nieraz zabawne i złośliwe, a niekiedy zapewne zawierające ziarno prawdy – nas tutaj nie interesują, gdyż chcemy patrzeć na wojnę w Iraku poprzez pryzmat „absolutnej” geopolityki, geostrategii i geoekonomii, pozostawiając na boku kwestie ideologiczne, psychologiczne, wewnątrzpolityczne, społeczne etc.

Przyjęta przez nas perspektywa wyklucza, rzecz jasna, akceptację przyczyn i celów wojny wymienianych publicznie przez prezydenta Busha i jego współpracowników. Gdybyśmy je bowiem zaakceptowali, zmuszeni bylibyśmy w konsekwencji uznać prezydenta Busha, wiceprezydenta Cheneya, sekretarza obrony Rumsfelda, sekretarza stanu Powella za durniów, „oszołomów” i nieodpowiedzialnych żółtodziobów całkowicie pozbawionych politycznych kwalifikacji do sprawowania władzy.

Ponieważ jednak uważamy, że są to doświadczeni, odpowiedzialni, inteligentni politycy, to musimy wykluczyć, że chodziło im o likwidację irackiego arsenału broni masowego rażenia zagrażającej Stanom Zjednoczonym, o obalenie tyrana i wyzwolenie spod jego władzy ludu irackiego, o udzielenie Irakijczykom błogosławieństwa takich wartości jak „wolność”, „demokracja”, „prawa człowieka” itp.

Jest sprawą oczywistą, że Irak nie posiadał broni masowego rażenia, a nawet, jeśli jakimiś jej zasobami dysponował, to i tak nie był w stanie jej użyć. Gdyby było inaczej, to czy tak odpowiedzialny polityk jak prezydent Bush zdecydowałby się na atak? Oczywiście, że nie. Przy podejmowaniu decyzji o wojnie prezydent Bush musiał zakładać, że Irak broni masowego rażenia nie posiada. Gdyby był przekonany, że Irak dysponuje bronią masowego rażenia, której rzeczywiście jest w stanie użyć, to oznaczałoby to, że życie tysięcy lub nawet dziesiątków tysięcy żołnierzy amerykańskich jest mu obojętne, że nie liczy się z możliwością ogromnych strat w ludziach. Należało przecież spodziewać się, że właśnie w przypadku rozpoczęcia wojny, prezydent Saddam Husajn, przyparty do ściany, zapędzony w ślepy róg, zdesperowany, zagrożony utratą władzy, a nawet śmiercią może zdecydować się na użycie broni masowego rażenia. Jest zatem sprawą oczywistą, że prezydent Bush musiał posiadać informacje wywiadowcze mówiące jasno, że Irak nie dysponuje bronią masowego rażenia. Wolno zakładać, że jednym z powodów, dla których w 1991 roku prezydent Bush starszy postanowił nie zajmować Bagadadu, była obawa, iż prezydent Saddam Husajn może dysponować bronią masowego rażenia i będzie w stanie jej użyć. W 2003 roku taka obawa była bezpodstawna, dlatego wojna mogła wybuchnąć i Bagdad został zajęty.

Decyzja o wojnie z Irakiem, państwem słabym, które w 2003 roku nie przedstawiało żadnego realnego niebezpieczeństwa nawet dla Kuwejtu, była jednak obciążona wielkim politycznym ryzykiem. Łatwo było przewidzieć koszty polityczne: wzrost antyamerykańskich nastrojów na całym świecie, rozpad tzw. koalicji antyterrorystycznej, spory, konflikty etc. Do tego dochodzą koszty sfinansowania wojny, okupacji i odbudowy Iraku. Odpowiedzialny polityk taki jak prezydent Bush nie ryzykowałby poniesienia takich kosztów politycznych i finansowych, gdyby nie bardzo istotne powody geostrategiczne, geopolityczne i geoekonomiczne. Jest absurdem przypuszczać, że polityczne kierownictwo Stanów Zjednoczonych poświęci życie własnych żołnierzy i wyda miliardy dolarów w imię ideologiczno-moralnych chimer nazwanych „demokratyzacją”, „wyzwoleniem narodu irackiego”, „obaleniem tyrana”, „prawami człowieka” etc.

Takich wojen i interwencji Stany Zjednoczone nie podejmują, gdyż są to wojny niesprawiedliwe. Wojna z Irakiem była wojną sprawiedliwą właśnie dlatego, że jej celem nie było „obalenie tyrana”, „zaprowadzenie demokracji”, „wyzwolenie narodu irackiego” etc. Była wojną sprawiedliwą, gdyż służyła osiągnięciu realnych, niezwykle ważnych celów politycznych.

Günter Grass w polemicznej furii nazwał prezydenta Busha politycznym psychopatą. Trudno doprawdy o większą pomyłkę – prezydent Bush i pozostali członkowie kierownictwa politycznego USA to doświadczeni i odpowiedzialni politycy, najwyższej klasy gracze polityczni: ich decyzję o wszczęciu wojny poprzedziły długie narady, chłodny namysł i staranne, przeprowadzone na zimno kalkulacje. Jednak działając w politycznych ramach masowej demokracji nie mogli oni publicznie wyjawić prawdziwych celów wojny, gdyż i tak nie zostałoby to zrozumiane przez tzw. opinię publiczną, która nie potrafi postrzegać wojennego konfliktu jak tylko w kategoriach moralnych, czyli walki Dobra ze Złem.

Dlatego fakt, że kierownictwo polityczne USA używa propagandy, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, nie powinien stać się okazją do formułowania moralnych oskarżeń pod jego adresem. Istotne jest tylko to, żeby się nią nie sugerować, jeśli chce się dotrzeć do prawdziwych powodów i celów wojny w Iraku (pośrednio odczytać je możemy z książek, memorandów, raportów Zbigniewa Brzezińskiego, Richarda Perle’a, Paula Wolfowitza i innych).

Dodajmy na marginesie, że ani prezydent Bush nie jest politycznym psychopatą, jak sądzi autor Blaszanego bębenka, ani politycznym psychopatą nie był (jest) prezydent Husajn. Twarde rządy Saddama Husajna, jego bezwzględne tłumienie przejawów opozycji i buntu, oznacza, że nie kierowały nim irracjonalne motywy i samobójcze impulsy, lecz spotęgowana wola utrzymania się przy władzy i dla realizacji tego celu racjonalnie dobierał środki odpowiednie dla sytuacji, w jakiej się znajdował.

William A. Douglas w wydanej w 1972 roku i poświęconej powojennej polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych książce Developing Democracy przytacza ujawnione po latach i dostępne dziś dla badaczy dokumenty pokazujące wewnętrzne dyskusje w najwyższych kręgach władzy, podczas których debatowano, co i gdzie należy promować w świecie – demokrację czy formy rządów autorytarnych. Tu widać jasno, jak mało zewnętrzna retoryka, oficjalna ideologia i propaganda ważą przy podejmowaniu istotnych decyzji politycznych.

George Kennan w studium planowania politycznego Departamentu Stanu z 1948 roku pisał: „Musimy obywać się bez jakiegokolwiek sentymentalizmu, musimy przestać myśleć o prawach człowieka, podnoszeniu standardu życia i demokratyzacji”, a przecież tenże sam Kennan i politycy czytający jego rady, kiedy występowali przed radiową czy telewizyjną publicznością, mówili właśnie o prawach człowieka, demokratyzacji etc.

Prof. John Mearsheimer, doradca prezydentów Reagana i Busha seniora, w książce The Tragedy of Great Power Politics (Nowy Jork 2001) napisał: „Za zamkniętymi drzwiami, elity, które robią narodową politykę bezpieczeństwa, mówią najczęściej językiem władzy, a nie zasad, i Stany Zjednoczone działają w systemie międzynarodowym zgodnie z tym, co dyktuje logika realizmu. W istocie, widoczna przepaść oddziela publiczną retorykę od rzeczywistego prowadzenia amerykańskiej polityki zagranicznej”.

Niektórzy mają za złe sekretarzowi obrony Donaldowi Rumsfeldowi, że 20 lat temu w grudniu 1983 roku jako specjalny wysłannik prezydenta Reagana przybył do Bagdadu, spotkał się z prezydentem Husajnem, wymienił z nim przyjacielski uścisk dłoni i zapewnił go o przyjaźni USA i dalszym materialnym wsparciu dla Iraku, będącym wówczas zaprzyjaźnionym państwem, kluczowym buforem i strategicznym atutem dla Stanów Zjednoczonych, które wcale nie potępiły prezydenta Saddama Husajna za agresję na Iran, wręcz przeciwnie, przez całe dziesięć lat wojny pomagały mu na wszelkie możliwe sposoby. Oburzeni krytycy potępiają Donalda Rumsfelda za to, że kiedyś gawędził sobie przyjaźnie z „rzeźnikiem z Bagdadu”, natomiast dziś na konferencjach prasowych i w wywiadach telewizyjnych nie znajduje słów moralnego oburzenia dla irackiego tyrana. Możemy być jednak pewni: sekretarz stanu czyni tak wyłącznie na konferencjach prasowych i w wywiadach telewizyjnych. Jest mu bowiem głęboko obojętne, czy prezydent Husajn był tyranem, który zjadał troje dzieci na śniadanie. Ważne jest dlań tylko to, czy Saddam Husajn przeszkadza, czy też pomaga w realizacji ważnych celów politycznych Stanów Zjednoczonych. W 1983 roku pomagał, w 2003 roku przeszkadzał – oto proste wyjaśnienie faktu, dlaczego w 1983 roku prezydent Husajn był „sojusznikiem”, a w 2003 roku – „wrogiem”.

To właśnie niesamowita elastyczność elity politycznej USA, jej niesłychana wprost umiejętność czysto instrumentalnego traktowania ideologiczno-propagandowych uzasadnień, jej posunięty do granic absolutnego cynizmu realizm polityczny przewyższający znacznie „perfidię Albionu”, jej drapieżna bezwzględność i spotęgowana wola władzy, jej nie mający sobie równych w dziejach świata makiawelizm, jej brak jakichkolwiek skrupułów przy desygnowaniu na wrogów dawnych sojuszników i zawierania sojuszy z dawnymi wrogami sprawiły, że odniosła tak ogromny polityczny sukces.

Dlatego też celem poniższej analizy nie jest oskarżanie amerykańskiej elity o stosowanie „podwójnych standardów”, demaskowanie jej hipokryzji („Mówią Biblia, a myślą bawełna”) czy też dyktowany opozycyjną postawą wobec USA moralno-polityczny atak na to państwo i jego polityczne kierownictwo. Problemy polityczne należy rozpatrywać na zimno i bez uprzedzeń, a strategiczne cele i środki wielkiej polityki rozpatrywać „poza dobrem i złem” (jak to ktoś żartobliwie ujął „Jenseits von Bush und Böse”).

Powiadają niektórzy, że na ścianach klas szkolnych w USA wisi Deklaracja Niepodległości, ale polityką kieruje Machiavelli. Wykazywanie, że istnieją spore różnice pomiędzy Deklaracją Niepodległości a realną polityką prowadzoną przez USA, jest zajęciem całkowicie jałowym (co nie znaczy, że nie można traktować Deklaracji Niepodległości jako znakomitego posunięcia polityczno-propagandowego, które było częścią realnej polityki).

Dlatego przyjmujemy zasadnicze formuły imperialne w erze masowej demokracji takimi, jakie są: wróg to diabeł, interwencja wojskowa i narzucenie przyjaznego rządu to wyzwolenie i odbudowa demokracji, inkorporowanie do swojej strefy wpływów to przyłączenie do wolnego świata, akcja imperium jest zawsze reakcją na zagrożenie, każda interwencja imperium jest działaniem w samoobronie, każdy atak imperium jest kontratakiem etc.

Nie zamierzamy tracić czasu na rozważanie, czy owe formuły są „prawdziwe”, czy też „nieprawdziwe”, nie interesują nas debaty nad tym, czy wojna była legalna, czy nielegalna, bo cóż po prawniczych dyskusjach i dyplomatycznych rytuałach, konsultacjach i negocjacjach, rezolucjach i formalnych argumentach w sytuacji, kiedy globalny suweren już dawno podjął decyzję, ustalił dzień i godzinę ataku oraz określił formę wojny i jej zasięg. Interesuje nas wyłącznie to, co Anglosasi nazywają „power politics”, a Niemcy „Machtpolitik”, czyli w tym przypadku wielka planetarna strategia Waszyngtonu, której celem jest zdobycie władzy nad światem (ustanowienie imperium światowego), celem, który jedynie skalą różni się od celów takich jak zdobycie władzy nad Związkiem Działkowców czy nad powiatem złotoryjskim. (…)

Rewolucyjni neokonserwatyści, czyli nowa imperialna prawica

(…)

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że neokonserwatyści to po prostu tuba Pentagonu lub firma PR wynajęta przez przemysł zbrojeniowy (złośliwi nazywają „The Weekly Standard” „prywatnym biuletynem Pentagonu”).

Tak jednak nie jest: neokonserwatyści są samodzielnym i niezależnym środowiskiem ideowo-politycznym, które doskonale rozumie, że siła militarna jest jedynym instrumentem, który może zapewnić imperium światowemu rzeczywistą przewagę nad innymi państwami i blokami regionalnymi. Ulokowali się w Pentagonie słusznie przeczuwając, że tam bije źródło władzy na najbliższe dziesięciolecia.

Równocześnie zdają oni sobie sprawę z tego, że bez poparcia establishmentu związanego z bezpieczeństwem narodowym i bez wsparcia ze strony producentów broni nie będą w stanie odegrać roli politycznej na miarę swoich ambicji. Dlatego neokonserwatyści wszystkie swoje bardzo liczne analizy, raporty, memoranda, komentarze i artykuły prasowe etc. opierają na kilku podstawowych „dogmatach”: zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego zawsze rosną, budżet zbrojeniowy jest zawsze za mały w stosunku do zagrożeń i potrzeb, unowocześnianie sił zbrojnych jest zawsze zbyt powolne, wojna prowadzona przez imperium jest zawsze dobra i sprawiedliwa (dlatego mimo, iż należeli do zaciekłych krytyków prezydenta Clintona to jego akcję wojskową przeciw Serbii gorąco poparli). (…)

Ropa naftowa jako broń polityczna

(…)

Opanowanie złóż irackich nie służy tedy ani obniżeniu ani podwyższeniu ceny ropy, ale zdobyciu narzędzia, które pozwoli w zależności od sytuacji politycznej odpowiednio manipulować podażą a co za tym idzie ceną ropy po to, aby osiągnąć cele polityczne uznane w danym momencie za priorytetowe (kto ma ropę, ten ma władzę – tak uważają stratedzy w Waszyngtonie). Nie to, czy cena jest niska czy wysoka, jest najważniejsze, ale to, że USA pragną dla siebie zarezerwować prawo podjęcia ostatecznej decyzji, jaka ma być podaż i cena ropy.

Móc trzymać rękę na kurku z ropą i kontrolować jej podaż przykręcając kurek lub go odkręcając w zależności od sytuacji, móc w sytuacjach krytycznych zamykać „śluzy” w przepływie ropy i ewentualnie odmówić dostępu innym – temu miała służyć wojna z Irakiem.

Jest to zwornik całego systemu kontroli nad światowym wydobyciem i handlem ropą, dodany do kontroli militarnej szlaków morskich, cieśnin i przesmyków, która umożliwia kontrolę nad trasami tankowców z ropą. Ten system kontroli nie ogranicza się do mórz i oceanów, ale obejmuje również kontrolę nad lądowymi kanałami przesyłu ropy i gazu ziemnego. Dotyczy to pierwszym rzędzie Azji Środkowej i Zakaukazia, gdzie nie przypadkiem w latach 90. USA stopniowo wzmacniały swoją obecność wojskowo-polityczną, i gdzie występuje wielowymiarowy splot geopolitycznych i ekonomicznych interesów USA, Rosji i Chin.

(…)

Atak na Irak i przejęcie irackich pól naftowych pokazuje, że amerykańskie imperium światowe chce być obecne politycznie i militarnie (wykluczając lub ograniczając tym samym obecność innych) wszędzie tam, gdzie znajdują się złoża ropy i gazu ziemnego, gdzie przebiegają i krzyżują się rurociągi i gazociągi, gdzie biegną lądowe i morskie szlaki transportowe, i gdzie znajdują się „wąskie gardła” przepływu ropy, chce określać przebieg nowych rurociągów i gazociągów, wpływać na ich budowę, na kierunki przepływu surowców energetycznych, określać zyski z ich sprzedaży, regulować ruch „czarnej krwi”, czyli kontrolować krwioobieg światowej gospodarki energetycznej. Potrzebne jest to także po to, aby pewnym zakresie kontrolować politykę wewnętrzną wszystkich krajów świata (wszystkie są albo konsumentami albo producentami ropy i gazu). Nie może tego czynić, przynajmniej na dłuższą metę, tak jak czyniły to dawne imperia kolonialne to znaczy poprzez bezpośrednią widoczną kontrolę administracyjną i polityczną. Imperium światowe nie może bezpośrednio określać konstytucji, praw, podatków, systemu edukacyjnego itd. krajów, nad którymi sprawuje władzę, pragnie zatem wpływać na politykę wewnętrzną tych krajów poprzez kontrolę nad światowym systemem energetycznym, pozwalającą w pewnym zakresie kontrolować gospodarki wszystkich krajów świata a w konsekwencji ich politykę wewnętrzną. „Bitwa o dominację energetyczną”, jak zatytułowali swój artykuł na łamach „Foreign Affairs” (marzec/kwiecień 2002) Edward L. Morse i James Richard, toczy się i nasila (Morse i Richard jako uczestników bitwy wymieniają Rosję i Arabię Saudyjską, nie wspominając, zapewne przez skromność, o swoim własnym kraju). Ropa pozostaje źródłem strategicznej władzy i materialnego bogactwa. Dwaj amerykańscy autorzy stwierdzili ponad 10 lat temu: „Nie ma żadnego innego surowca, który miałby tak kluczowe znaczenie jak ropa; nie ma paraleli wobec zależności rozwiniętych i rozwijających się od zasobów energetycznych Zatoki Perskiej; te zasoby są skoncentrowane na obszarze, który pozostaje relatywnie niedostępny i wysoce niestabilny, a posiadanie ropy dostarcza nieporównywalnej z niczym bazy finansowej, która pozwoli ekspansjonistycznej władzy realizować jej agresywne zamiary” (Robert W. Tucker, David C. Hendrickson Imperial Temptation 1992). Opanowanie irackiej ropy i kontrola nad ropą Bliskiego Wschodu uniemożliwi innym „ekspansję” i „realizowanie agresywnych zamiarów”, natomiast pozwoli na „ekspansję” i „realizowanie agresywnych zamiarów” Stanom Zjednoczonym – przy czym w obu przypadkach „ekspansję” i „agresywne zamiary” należy rozumieć w kategoriach politycznych (osiągnięcie lub utrzymanie przewagi polityczno-militarnej), a nie moralnych.

Cytowany wyżej Michael Klare napisał, że „jeśli USA będą kontrolować pola naftowe nad Zatoką Perską, będą miały w uścisku gospodarkę światową”. Zdaniem Klare`a Waszyngton ma nadzieję, że kontrola ropy nad Zatoką Perską połączona z przewagą 10 lat w technologiach militarnych nad wszystkimi innymi głównymi państwami świata zagwarantuje supremację Ameryki na następne 50-100 lat. Dla osiągnięcia takiego celu warto było pójść na Bagdad i przelać trochę krwi. Jak wiadomo ropa jest gęstsza i cenniejsza niż krew, która w przeciwieństwie do ropy jest surowcem odnawialnym.

(…)

Geopolityka Imperium Mundi

(…)

Natychmiast, kiedy Związek Sowiecki zaczął się rozpadać, USA rozpoczęły geopolityczną ofensywę na wszystkich frontach (lata 90. to pierwsza faza przygotowania i przeprowadzania historycznie nowego globalnego porządku). Ledwo upadł mur w Berlinie dokonały interwencji w Panamie, która oprócz utrzymania kontroli nad Kanałem Panamskim i wysłania sygnału do innych krajów Ameryki Środkowej i Południowej, że na kontynencie nic się nie zmienia, miała ważny wymiar ideologiczno-propagandowy: była pierwszą po wojnie interwencją, której nie uzasadniano zagrożeniem ze strony komunizmu i Związku Sowieckiego lecz koniecznością „zmiany reżimu”. Po wygraniu z ZSRR na froncie europejskim, następuje uderzenie od południa na Irak, które, jak pisaliśmy wcześniej, jest bezpośrednim wkroczeniem do środka „Wielkiego Obszaru” o wielkim znaczeniu geostrategicznym, dobijającym ciosem w Związek Sowiecki i sygnałem ostrzegawczym dla jednoczącej się Europy. W następnych latach trwa ofensywa w Europie i w Azji Środkowej. Za prezydentury Clintona realizowany jest program Partnerstwo dla Pokoju, który w Europie przynosi w efekcie przesunięcie NATO na wschód. Krótko po przyjęciu do NATO Polski, Czech i Węgier następuje w 1999 roku uderzenie na Bałkanach, reorganizacja tego regionu i „zmiana reżimu” w Serbii, która jest ważnym obszarem całej przestrzeni naddunajskiej: Belgrad to brama do Bałkanów i miejsce, z którego panuje się nad szlakami komunikacyjnymi do Salonik i Stambułu, Serbia leży na geopolitycznej osi łączącej strategicznie Europę Zachodnią z Turcją. Bałkany to tarcza obrotowa pomiędzy Europą Środkową, Morzem Śródziemnym i Bliskim Wschodem.

Celem akcji USA na Bałkanach było osłabienie integracji europejskiej i zablokowanie wpływów Unii Europejskiej w Europie południowo-wschodniej, wypchnięcie Rosji z Bałkanów, przesunięcie NATO w kierunku południowo-wschodnim ku Bliskiemu Wschodowi, ku Izraelowi, ku Irakowi. Rosja odcięta już praktycznie od Bałtyku (poza enklawą kaliningradzką), miała zostać odcięta od szlaków Morza Czarnego.

Akcja przeciw Serbii zgodna była z logiką geopolitycznych zmian w Europie po 1989 roku. Wcześniej układ geopolityczny stworzony przez USA po 1945 roku opierał się w przestrzeni lądowej na Niemczech, w przestrzeni morskiej na Norwegii, która blokowała Związkowi Sowieckiemu wyjście na Morze Północne, i skąd blisko było do portu w Murmańsku, na Danii, która blokowała wyjście przez Bałtyk na Morze Północne, na Grecji i Turcji, która tworzyły pierwszą blokadę przy wyjściu z Morza Czarnego na Morze Śródziemne i na Włoszech i Gibraltarze, które zamykały wyjście na Atlantyk. Po upadku Układu Warszawskiego a potem po rozszerzeniu NATO na wschód Stany Zjednoczone odbiły z rąk Rosji Sowieckiej Wrota do Serca Lądu, ale pozostawała Jugosławia, w której Rosja miała nadal wpływy. Dlatego Jugosławia była systematycznie rozbijana od wewnątrz przez kilka lat a w 1999 roku USA zadały ostateczny cios, atakując resztkę Jugosławii z Serbią. Jugosławia przestała istnieć, Rosja została wypchnięta z tamtego regionu, zbałkanizowany obszar dostał się pod kontrolę amerykańską. USA zyskują dostęp do lotnisk, baz i poligonów w Bośni, Kosowie, Macedonii. W Rumunii do ich dyspozycji jest baza lotnicza, poligon w Babadag i wojskowy port Mangalia na Morzu Czarnym, w Bułgarii dwa lotniska wojskowe i dwa poligony.

Po opanowaniu Bałkanów USA mają pod swoją kontrolą Wrota do Serca Lądu – czyli pas od Przylądka Północnego po Turcję. „Anakonda” wzmacnia uścisk od zachodu i od południa, gdzie od połowy lat 90. w ramach „Partnerstwa dla Pokoju” umacnia się polityczna a w pewnym stopniu i wojskowa obecność USA na Zakaukaziu, w rejonie Morza Kaspijskiego i w Azji Środkowej, czyli na terytoriach do tej pory niedostępnych dla USA. Wysłannicy USA nawiązują kontakty wojskowe z postsowieckimi republikami w tamtym regionie, podpisywane są kontrakty na dostawy sprzętu wojskowego i broni. Zielone Berety odbywają ćwiczenia od 1996 roku w graniczącym od północy z Afganistanem Uzbekistanie, kilkudziesięciu uzbeckich oficerów przebywało od 1995 roku na szkoleniu w USA i studiowało na amerykańskich uczelniach wojskowych, w Taszkiencie działają firmy i instytucje związane z amerykańskimi służbami specjalnymi. W 1998 roku odbyły się ćwiczenia, w ramach których 500 żołnierzy 82 Airborne Division po 23 godzinach lotu z Fortu Bragg zrzuconych zostało na terytorium Kazachstanu. Powołano do życia Środkowazjatycki Batalion Utrzymania Pokoju, Rangersi szkolili siły specjalne Kirgistanu. W 1999 roku Kongres przyjął ustawę o Strategii Jedwabnego Szlaku, aby „wspierać gospodarczą i polityczną niezależność państw Południowego Kaukazu i Azji Środkowej”. Różne formy kooperacji wojskowo-politycznej zostały nawiązane z Gruzją, Armenią i Azerbejdżanem. W Gruzji na przykład przebywa 150 instruktorów wojskowych szkolących „siły szybkiego reagowania” które mają bronić strategicznych miejsc w Gruzji, szczególnie rurociągów.

USA tworzą zasuwę ryglującą Rosję na południowej flance, chcą kontrolować ważne szlaki transportowe. Rosja, napisał na łamach tygodnika „Der Spiegel” (5. VII. 1999) Christian Neff, ma zostać zamknięta za kordonem i zdegradowana do roli papierowego tygrysa.

(…)

Siła i słabość Imperium Mundi

(…)

W chwili obecnej amerykańskie Imperium Mundi nie ma rywala w żadnym istotnym wymiarze władzy, żadna koalicja nie stanowi dlań strategicznego zagrożenia. Imperium posiada najbardziej zaawansowaną technologicznie armię, dowodzoną przez najwyższej klasy profesjonalistów, może przerzucać swoje kontynentalne armie na oceaniczne odległości, wydaje na zbrojenia połowę wszystkich wydatków tego typu na świecie, jego klasę rządzącą cechuje polityczna odwaga i wola władzy. Imperium dominuje nad strategicznymi zasobami (ropa) czyli nad systemem energetycznym świata, nad systemem finansowym (hegemonia dolara) i nad wszystkimi ważnymi z geostrategicznego punktu widzenia obszarami świata, łącznie z przestrzenią powietrzną, okołoziemską i kosmiczną. Globalny system energetyczny, globalny system finansowy i globalny system militarny zarówno w sensie globalnego zasięgu jak i globalnej obecności wojskowej – amerykańskie imperium światowe panuje nad tymi trzema systemami dziś i pragnie panować zawsze. Wrogowie imperium wieszczą jego upadek, ale fakt, że imperium kiedyś upadnie jak wszystkie imperia (Ferdynand Braudel: „Historia prędzej czy później odbiera swoje dary”) nie ma znaczenia dla konkretnej analizy historycznej i politycznej. Przewidywanie upadku nie uwzględnia siły aktualnych struktur władzy imperialnej, a używanie kategorii typu „imperial overstretch” jest podejściem ahistorycznym. „Upadek imperium” to ahistoryczna spekulacja, która zakłada, że budowa i funkcjonowanie imperium winny zgadzać się z jakimś idealnym wzorem, gdzie zyski i koszty muszą się w każdym momencie bilansować. Tymczasem dzieje imperium dzielą się na różne okresy, występują w nich rozmaite dysproporcje, rozszerzenie imperium może oznaczać „nadmierne rozciągnięcie”, ale równocześnie przynosić rozszerzenie puli zasobów, rekrutów, klientów, wasali, trybutariuszy etc. (pomijamy to, że w pewnych okolicznościach więcej niebezpieczeństw niż „imperial overstretch” może nieść z sobą „imperial understretch”). Istnieją co prawda sprzeczności i konflikty w łonie imperialnej klasy rządzącej, pomiędzy różnymi sektorami gospodarczymi oraz pomiędzy sektorem gospodarczym a wojskowym, który zyskuje na autonomii i władzy w czasie wojny, pomiędzy cywilnymi politykami i profesjonalnymi agencjami wojskowymi i wywiadowczymi etc., ale konflikty te nie są specjalnie groźne dla imperium, które ma trwałe i ustabilizowane od dawna instytucje państwowe, polityczne i medialne zaangażowane w budowę imperium.

Cały system polityczny, Kongres, obie najważniejsze partie, wszystkie gałęzie biurokracji, banki, korporacje przemysłowo-handlowe i mass media są wkomponowane w strukturę imperialną. W elicie imperialnej panuje konsensus co do globalnych celów i priorytetów politycznych, choć nie zawsze co do metod i taktyki ich osiągania.

Istnieje również konsensus w kwestii wartości i idei: Republikanie i Demokraci, chrześcijańscy fundamentaliści i liberałowie, bankierzy i funkcjonariusze korporacji – wszyscy niezależnie od niuansów poruszają się w imperialnej strukturze ideologicznej.

Nie można też nie doceniać zdolności klasy imperialnej do transferu do metropolitalnej prowincji imperium zasobów i środków, bogactw i zysków z całego świata potrzebnych do utrzymania imperium, jej umiejętności rekrutowania agentów, klientów i najemników służących imperium, ich wysoko rozwiniętej sztuki kupowania, korumpowania, zastraszania etc. Stąd wieszczenia o rychłym upadku imperium są rodzajem ideologii konsolacyjnej dla ideologiczno-politycznych wrogów imperium oraz dla „baronów” i „lordów” rządzących największymi prowincjami, którzy czują boleśnie władzę imperium i boją się, że imperium może ich pozbawić zasobów i środków, które woleliby zatrzymać dla siebie. Ale nawet jeśli „upadek imperium” uznamy za „wishful thinking” zakłócające realną ocenę sytuacji, to nie oznacza to, iż należy ulegać propagandzie imperialnej, która stara się narzucić wyidealizowany obraz imperium i wpajać wszystkim poddanym przekonanie, że imperium jest wszechpotężne a jego ideologiczne wartości są wartościami uniwersalnymi: poddani imperium mają wierzyć, że bomby zrzucane przez imperialne bombowce nie są bombami, które służą osiągnięciu takich czy innych celów politycznych, ale „bombami etycznymi” torującymi drogę „nowemu ładowi moralnemu”.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 167 / (11) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Świat

Być może zainteresują Cię również: