fbpx

Felieton

Seria niefortunnych zdarzeń?

pojemniki na śmieci
fot. Manfred Richter z Pixabay

1 lipca 2013 roku weszła w życie w Polsce tzw. rewolucja śmieciowa. Śmieci z naszych domów stały się własnością gmin od momentu wrzucenia do puszki, a my płacimy im za ich odebranie. Od tego czasu możemy też lepiej śledzić, ile odpadów co roku jest wytwarzanych w naszych domach, wprowadzono bowiem dokładniejsze ewidencjonowanie odbieranych śmieci. Mieliśmy uporać się z dzikimi wysypiskami, nielegalnymi składowiskami i niskim poziomem recyklingu.

Już w styczniu 2018 roku Chiny przestały być wysypiskiem Europy. Nie chcą już od nas 24 rodzajów śmieci – zanieczyszczonego domowego plastiku, niesortowanego papieru, części odpadów z przemysłu i wydobycia. A szacuje się, że pozbywaliśmy się w ten sposób nawet 30 procent problemu. Kraje afrykańskie, zasypane śmieciami z Europy czy Ameryki też się buntują i w wielu z nich jedynie korupcyjne praktyki i nielegalny import pozwalają na podrzucenie europejskich śmieci daleko od Europy.

Trendy są jasne – co roku mimo zwiększenia świadomości społecznej wyrzucamy coraz więcej.

W 2018 roku statystyczny Polak „wyprodukował” 325 kg, a w 2019 r. 332 kg odpadów komunalnych. Dla porównania – 2010 r. to „tylko” 263 kg rocznie na osobę. W pandemicznym roku 2020 ta tendencja przyspieszyła – 342 kg. Dodatkowo, polskie rodziny siedzące w domach, rozejrzały się po nich i uznały, że trudno pracuje się w dwóch pokojach z dziećmi za ścianą. Rozhulało to rynek remontowo-budowlany, generujący ogromną ilość trudnych odpadów i – niestety – dzikich wysypisk.

I zapewne tendencja przyspieszyła nieodwracalnie – czas lockdownu i zdalnej pracy zmienił nasze nawyki i zmienił sposób kupowania. Coraz rzadziej idziemy do sklepu, zamawiamy wszystko przez internet, rozwinął się rynek dostaw pod drzwi towarów dotąd kupowanych stacjonarnie. Co za tym idzie, w obieg wprowadzanych jest coraz więcej odpadów opakowaniowych i służących zabezpieczeniu produktów w trakcie transportu do indywidualnego klienta. 40% śmieci w 2020 roku trafiało na składowiska – czyli każdy z nas wysłał tam w ciągu roku ponad 200 kg… Już prawie 1700 ha Polski zajmują składowiska śmieci. Te legalne.

W 2021 roku „wypracowaliśmy” już 358 kg śmieci na mieszkańca. Obecny, wojenny rok prawdopodobnie jeszcze nakręci problem odpadów bytowych, tych codziennie wyrzucanych do koszy pod zlewozmywakiem. Ale też tzw. gabarytów i pozostałości z remontów.

Nasze granice przekroczyło nawet 4,55 mln ukraińskich uchodźców, ogromną część z nich gościmy i będziemy gościć jeszcze długo. Zachowaliśmy się tym razem po ludzku i doceniamy, że są z nami. Zagospodarowywaliśmy dla nich każdy wolny kąt – mieszkanie po babci z meblami z PRL-u doposażaliśmy pralką od sąsiada i telewizorem wyszukanym w grupie „śmieciarkowej”, oddawaliśmy nadmiar ubrań, prawdopodobnie pierwotnie przeznaczonych do wyrzucenia, przedłużając życie tym przedmiotom. Ale każdy człowiek chce mieszkać wygodnie i według swoich potrzeb i gustu, a nie w poczuciu tymczasowości. Im dłużej te rodziny są z nami, tym więcej rzeczy będą potrzebować i wymieniać. Zwłaszcza, że są to głównie kobiety z dziećmi – każdy z nas wie, jak obecność dziecka w domu zwiększa ilość zakupów i… ilość śmieci. To osoby budujące swoje życie od nowa, potrzebujące mnóstwa towarów.

Dla rynku towarów i usług to miliony nowych konsumentów. Dla ich wytwórców – pracownicy, których od lat brakowało i okazja, by rozkręcić biznes. Ruszyły dodatkowe remonty i budowa mieszkań deweloperskich – ta ostatnia wyhamowana ostatnio podwyżką kosztów kredytów i podniesieniem wymagań wobec rodzin biorących kredyty. Ale budowy są w toku – więc trzeba będzie je wykończyć i urządzić.

Jestem przekonana, że będzie to kolejny rok rekordowych statystyk produkcji śmieci – przy gospodarce opartej o opakowania jednostkowe i jednorazowe, o marketing za pomocą opakowań i słabo wdrożoną odpowiedzialność producentów za wprowadzanie na rynek odpadów nie ma co spodziewać się cudu.

Dostrzegam jednak światełko nadziei. Skrajne sytuacje, których doświadczamy, bywają okazją do pobudki i do nauki. Wszechobecne maseczki antycovidowe na trawnikach i parkingach nie dały się przemilczeć i unaoczniły nam, jak bardzo nasze decyzje kupienia kilku drobnych rzeczy przekładają się na nasze otoczenie.

To, że musimy się z nimi zmierzyć także pod kątem gospodarki odpadami, nie pozwala odciągać trudnych wizerunkowo decyzji. Jeszcze w 2021 roku czytaliśmy: „Na system kaucyjny w Polsce trzeba będzie jeszcze długo poczekać” (Business Insider, 2.11.2021), w czerwcu 2022 roku pojawia się konkretny projekt ustawy, wracający do obowiązkowego depozytu za plastikowe butelki, aluminiowe puszki i szklane butelki. Szacuje się, że mądre wdrożenie ustawy pozwoliłoby uzyskać zbiórkę opakowań po napojach nawet rzędu 89%. Trudne do wprowadzenia, obciążające dla sklepów. Niepopularne, bo wymaga od nas większego wydatku przy zakupie i dźwigania butelek zwrotnych do sklepu, ale przecież konieczne i od lat działające w 17 europejskich państwach.

W mojej ocenie bardzo ważny w tej ustawie będzie element zmiany świadomości – nasze domowe śmieci zyskają konkretną wartość!

Mają ją już dla kontrahentów, zgłaszających się na komercyjnych platformach kojarzących ze sobą firmy wytwarzające odpady z firmami, które przetwarzają je na pełnowartościowe surowce wtórne. Ale my – indywidualni „producenci” odpadów nie doświadczamy ceny opakowania jako surowca. Nie wyciągniemy pewnie tej informacji od firmy odbierającej odpady z naszych śmietników. Nie napisze nam o tym samorząd, który najchętniej spaliłby wszystko w spalarni na osiedlu. Coraz częściej jednak jesteśmy pytani o oddanie np. starej lodówki, komórki – deficyty surowców wymuszają szersze, trudniejsze, bo bardziej detaliczne odzyskiwanie ich z wyprodukowanych wcześniej urządzeń. Zwrócenie uwagi na wartość jednego rodzaju odpadów powoduje, że uważniej przyglądamy się porozrzucanym na budowach kostkom brukowym czy wyrzucanym ze szkoły ławkom.

Dzielenie się rzeczami z ukraińskimi rodzinami także pozwoliło nam docenić, ile mamy, bez ilu rzeczy jesteśmy w stanie normalnie żyć. Otworzyło szerzej kanały służące oddawaniu, dzieleniu się, wymianom. To, co było zjawiskiem dość marginalnym, postrzeganym bardziej jako moda, teraz szybko awansowało w świadomości społecznej jako pełnoprawne zjawisko gospodarcze. Uruchomił się rynek drobnych usług – napraw, przeszyć, przeróbek. Często za sprawą emerytowanych fachowców, co może przy odpowiednich zachętach przywrócić ich na rynek pracy. I dzięki osobom, które zobaczyły, że ich hobby może stać się zawodem.

Wojna tuż za granicą spowodowała, że zaczynamy doceniać umiejętność własnoręcznych napraw czy drobnego wytwórstwa. Zachęcenie wracających do pracy emerytów to też szansa na wykształcenie tak brakujących nam fachowców. Konia z rzędem obecnie temu, kto znajdzie dobrego tapicera czy krawcową. Możemy to zmienić, bo zaczęliśmy doceniać fach w ręku i sami chcemy poradzić sobie z wszyciem suwaka czy odnowieniem szafki. Nie bez znaczenia jest też, że przyjechała do nas ogromna ilość osób z umiejętnościami, o których już sami zapomnieliśmy. Które nie były nam potrzebne, gdy wszystko gotowe czekało na nas w sklepie i w internecie – w potrójnym opakowaniu.

Największą sztuką jest wyciąganie nauki z najtrudniejszych czasów, uruchamianie rozwiązań systemowych opartych o te doświadczenia i niezapominanie o nich w czasach dobrobytu.

Będę to powtarzać do znudzenia. To zadanie dla nas – jako nieco bardziej świadomych konsumentów, postępujących odpowiedzialnie z tym, co nam już niepotrzebne i wymagających od producentów coraz bardziej prośrodowiskowych zachowań. Ale przede wszystkim to zadanie dla osób decyzyjnych, kształtujących naszą rzeczywistość stanowionym prawem i jego egzekwowaniem. System podatkowy, system wsparcia inwestycyjnego, doradztwa muszą dawać preferencje gospodarce obiegu zamkniętego. Potrzebne są też uprawnienia dla samorządów do przyznawania preferencji tego typu inicjatywom. Konieczne radykalne ograniczenie importu i niepopularne uszczelnienie nadzoru nad towarami przekraczającymi nasze granice.

Samorządowe magazyny i punkty naprawcze w PSZOK-ach mogłyby przekształcić się w cały system wsparcia dla lekceważonych dotąd firm i inicjatyw wielokrotnego wykorzystywania przedmiotów, naprawiania ich, przerabiania i modernizowania zanim staną się odpadami surowcowymi.

Problem zagospodarowania odpadów komunalnych musi przestać być tylko problemem samorządów. Obyśmy nie dali się omamić gadżetami i pozorami, a wymagali skutecznie decyzji opartych o wiedzę, dane i dobre praktyki.

Trzymam za to kciuki. Bo inaczej zaleją nas nasze własne i importowane śmieci. W kraju i w samorządach, które tak chętnie deklarują się jako odpowiedzialne środowiskowo i proklimatyczne.

Iceland, Liechtenstein, Norawy – Active citizens fund – logo

Projekt „Rady na odpady” finansowany przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię z Funduszy EOG w ramach Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Regionalny

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 133 (29) / 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekologia Rady na odpady

Być może zainteresują Cię również: