Książka

Siva Vaidhyanathan: Antisocial media

Antisocial media
Okładka książki Sivy Vaidhyanathana "Antisocial media".

Nr 42 (2020)

„Antisocial Media…” to atak na obecny model biznesowy Facebooka na wszystkich frontach. Autor opisuje manipulacje, jakim poddawany jest użytkownik po to, aby uzależnić go od Facebooka. Ten „największy na świecie system inwigilacji” gromadzi dane o dwóch miliardach użytkowników. Żaden inny nośnik reklam nie może się równać z tym, co oferuje serwis Zuckerberga. Oferta gazet, magazynów i telewizji wypada przy tym bardzo blado. W systemie Zuckerberga produktem jesteśmy my – i nasza uwaga – z opisu wydawcy.

Zachęcamy do lektury książki. Wydawcy dziękujemy za udostępnienie fragmentów do publikacji.

Siva Vaidhyanathan: Antisocial media. Jak Facebook oddala nas od siebie i zagraża demokracji, wydawnictwo W.A.B., 2018.

System operacyjny naszego życia

Być może wkrótce nie będziemy musieli na nic kierować naszej uwagi. Jeśli pięć największych firm technologicznych na świecie spełni swoje życzenia, sprzedadzą nam serię urządzeń, z których każde ma sprawić, że nasze codzienne zadania staną się nieco mniej uciążliwe. Urządzenia te będą monitorowały nas bez potrzeby bezpośredniej interakcji. Uchwycą nasze zamiary i pragnienia w tych nielicznych chwilach, gdy odwrócimy wzrok od ekranu i klawiatury. Niektóre z tych urządzeń znajdują się na naszych biurkach. Inne są wbudowane w samochody. Niektóre tkwią w termostatach i sprzęcie domowym. Inne pod naszą skórą. W 2016 roku największa firma reklamowa na świecie wprowadziła sprzęt o nazwie Google Home. Jest to głośnik z wbudowanym mikrofonem, na stałe podłączony do serwerów i algorytmów Google’a. Zawsze włączony, słucha rozmów i dźwięków w całym domu. Urządzenie to łączy zgromadzone informacje z bogatym dossier Google’a o użytkownikach. Ma w sposób spersonalizowany odpowiedzieć na zapytania słowne i prośby o muzykę. Google Home stanowi reakcję na Echo Amazona, który także stoi na biurku, nieustannie gotowy przyjąć zamówienia na produkty i szybko je dostarczyć. Najnowsza wersja Siri Apple’a również jest w stanie słuchać cały czas, nieustannie się ucząc pragnień swojego właściciela. Dzięki wszystkim tym urządzeniom na naszych biurkach oraz mobilnym sensorom, które coraz częściej nosimy przy sobie, „brokerzy uwagi” nie muszą już konkurować o naszą uwagę.

Mamy pięć najpotężniejszych firm cyfrowych: Facebook, Alphabet (właściciel Google’a), Microsoft, Amazon i Apple. Przez większość roku 2017 były to najbardziej dokapitalizowane przedsiębiorstwa na świecie. Nazywamy ich liderami „sektora  technologicznego”. Niemniej są to zupełnie różne firmy, które robią dla nas różne rzeczy. Rywalizują ze sobą o wykwalifikowaną siłę roboczą, jednak na rynkach komercyjnych raczej nie stanowią dla siebie konkurencji. Facebook i Google walczą o reklamy sieciowe i mobilne, lecz zbierają i sprzedają naszą uwagę w odmienny sposób, ponieważ inaczej używamy ich serwisów. Apple prosperuje dzięki sprzedaży komputerów. Microsoft nadal żyje z handlu i leasingu oprogramowania dla konsumentów i firm. Amazon to sieć towarowa, której większość zysków pochodzi z dostarczania usług sieciowych.

Mimo wszystko firmy te konkurują w szerszym, bardziej wizjonerskim sensie. Każda z nich kumuluje wysiłki w celu zdominowania następnego etapu handlu cyfrowego: chodzi o strumienie danych, które będą monitorować, monetyzować i zarządzać naszymi pojazdami, domami, urządzeniami domowymi i ciałami.

Wyścig nie toczy się już o to, kto dostarczy system operacyjny naszych laptopów i komputerów stacjonarnych. Konkurencja na tym polu ustabilizowała się i została podzielona między Microsoft i Apple. Nie chodzi też aż tak bardzo o to, co będzie domyślnym systemem operacyjnym naszych urządzeń mobilnych. Mamy tu duopol iOS Apple’a i Androida Google’a, które dystansują wszelkich konkurentów, obie firmy zaś świetnie prosperują na tym rynku. Pięciu największych graczy dzieli pewną długoterminową wizję: chce zostać systemem operacyjnym naszego życia.

Taki system mierzyłby nasze aktywności oraz stany i bezustannie kierował naszymi decyzjami. Dane, do których te wizjonerskie firmy chciałyby mieć dostęp, będą spływać z naszych ubrań, samochodów, a więc z naszych ciał. Najczęściej taka wizja danych przepływających przez wszystko i raportujących do centralnego, kontrolującego, zarządzanego za pomocą algorytmu komputera, nazywana jest „Internetem rzeczy”. Nie jest to jednak właściwe określenie. Ta sieć dotyczy ludzi, nie rzeczy. Firmy sektora technologicznego stopniowo wprowadzają osobistych asystentów, nowe interfejsy, samoregulujące się termostaty, samochody bez kierowcy, okulary czy zegarki z podłączeniem do sieci, wreszcie gogle rzeczywistości wirtualnej. W ten sposób liczą na zyskanie zaufania konsumentów i ciał regulujących rynki, by móc wyznaczyć standardy transakcji, które sprawią, że tego rodzaju system operacyjny będzie mógł pracować gładko i skutecznie. Jeśli ta wizja dojdzie do skutku, zniknie wyraźna granica między mediami a tym, co nimi nie jest. Zniknie rozróżnienie na treści i obiekty. Wszelkie przedmioty i ciała staną się mediatyzowanymi treściami.

Taka perspektywa powinna nas zaniepokoić. Jak mamy stawić temu czoła? Jak stworzyć słownik, zestaw teorii i reakcji, które odpowiedzą na to wyzwanie? Z pewnością powinniśmy porzucić dyskusję o internecie rzeczy. Abstrakcyjna wizja „Internetu” pokazuje nam sieć złożoną z sieci, serię połączeń, które wszystkie razem tworzą otwartą, dostępną, niezawodną platformę, gdzie można budować i wysyłać wiadomości bez ograniczeń.

W zasadzie „Internet” zawsze był mitem. Nigdy nie stał się globalną, otwartą, rozproszoną „siecią sieci”, która jest w stanie połączyć całą ludzkość.

W większości miejsc na świecie zdigitalizowana sieć wcale nie jest taka otwarta ani tak dobrze dystrybuowana, a także niekoniecznie opiera się na sieciach komputerów, które stanowią podstawę komunikacji internetowej w Stanach Zjednoczonych. Gdy wysyłasz wiadomość przez sieć mobilną AT&T, niekoniecznie odbywa ona podróż po internecie z naszych marzeń. Przechodzi ona przez mocno uregulowany system działający na podstawie własności. Jeśli korzystasz z iPhone’a, wiadomość ta przechodzi przez mocno uregulowane urządzenie działające na podstawie własności. Jako że wysyłamy coraz więcej danych za pomocą tych urządzeń, które trzymamy przy sobie przez cały dzień, owe przepływy informacji nie stanowią części jakiejś oddzielnej sfery czy „cyberprzestrzeni”. Podstawowa architektura systemu operacyjnego naszego życia będzie jeszcze bardziej zamknięta i restrykcyjna. Firmy i rządy szybko uczą się o ryzyku wynikającym z połączenia termostatów, robotów, samochodów i zegarków w dość otwartej sieci. Jest ona niezabezpieczona, a połączeni za jej pomocą ludzie zawodni. Ruchy polityczne działające w złej wierze, kryminaliści, wrogie państwa czy zwykli dowcipnisie mogą przekierować lub wyłączyć delikatny system przepływu danych. Tak więc w miarę jak tworzenie tego systemu posuwa się do przodu, bezpieczeństwo bierze górę nad interoperatywnością. Sieci danych raczej będą działać na podstawie własności, a dostęp do nich stanie się ściśle kontrolowany. Aby taki system połączonych obiektów i ciał mógł właściwie funkcjonować, kontrolę nad nimi musiałaby sprawować jedna firma lub konglomerat kilku przedsiębiorstw. Taka perspektywa skoncentrowanej władzy powinna przyćmić obecne niepokoje związane z duopolem Facebooka i Google’a. Którakolwiek z nich zdominuje system operacyjny naszego życia, zyska ogromną władzę i stanie się nieprzejrzystą „czarną skrzynką”, zarządzającą wieloma aspektami życia w sposób nietransparentny i pozbawiony odpowiedzialności przed kimkolwiek. Błędnie pojmujemy ten gąszcz cyfrowych technologii oraz ról, jakie odgrywają one w naszym życiu, gdy zakładamy, że „ten Internet” ma własną logikę i koniecznie musi posiadać pewne cechy (otwartość, neutralność itd.) lub stanowi specjalną „przestrzeń”, która działa według własnych reguł i norm, zamiast poszerzać te, które już mamy, i podważać inne. Co ważniejsze, błędnie rozumiemy skutki technologii, gdy udajemy, że funkcjonują one lub istnieją poza naszymi ciałami i relacjami międzyludzkimi.

Wszyscy jesteśmy zanurzeni w sieci danych, które tworzą system operacyjny naszego życia. A dane te będą przez nas przepływać. Jak w każdym innym systemie technologicznym, to my kształtujemy te technologie tak samo – jeśli nie bardziej – jak one kształtują nas. A myśląc o „Internecie” lub „Internecie rzeczy” zamiast o konkretnych technologiach i firmach oraz o tym, jak wchodzą one w interakcje z naszymi umysłami i ciałami, tracimy z oczu prawdziwe drzewa z tego wyobrażonego lasu.

Pośród tych pięciu firm Facebook jest najbardziej wszechobecny i najniebezpieczniejszy. Odgrywa on specyficzną rolę w wyścigu o to, kto stanie się systemem operacyjnym naszego życia. Jest on najbardziej wpływową firmą medialną na świecie. Kształtuje przesłanie, które politycy, dyktatorzy, przedsiębiorstwa, religie i ponad dwa miliardy ludzi pragną przekazać światu. Staje się on coraz bardziej dostarczycielem wiadomości czy też treści, które chcą stać się wiadomościami. Jest najpotężniejszym i najskuteczniejszym systemem reklamowym w historii. Stanowi coraz częściej wybierane medium propagandy politycznej. Facebookowi nie udało się dotąd stworzyć urządzeń, które dokonałyby inwazji na nasze domy lub stały się nieodłącznym elementem naszego ciała, wziął sobie za cel zarządzenie naszym życiem osobistym, komercyjnym i politycznym poprzez konstelację usług i aplikacji. Coraz więcej ludzi na całym świecie spędza mnóstwo czasu, gapiąc się w komórki, wchodząc w interakcje na Facebooku, Messengerze, Instagramie i WhatsAppie. Dane, które generują użytkownicy serwisów firmy Facebook, kształtują te serwisy. A decyzje dotyczące designu aplikacji, jakie podejmują inżynierowie firmy, kształtują to, jak postrzegamy świat i jak w nim funkcjonujemy. Ten złożony zestaw różnych pętli sprzężenia zwrotnego, obfitego przepływu danych osobistych oraz sposobu, w jaki odczuwa się wszechobecność i użyteczność Facebooka, sprawiły, że ta właśnie firma wysunęła się na czoło wyścigu.

Spośród siedmiu najczęściej używanych platform medialnych Facebook jest właścicielem czterech. Są to sam Facebook, Messenger, WhatsApp i Instagram. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko te media społecznościowe, które operują poza Chinami, Facebook jest właścicielem czterech spośród pięciu, jedynie YouTube, będący w rękach Google’a, zajmuje miejsce nieopanowane przez Facebooka i znajduje się na pozycji drugiej. Twitter, często mylnie uważany za partnera lub konkurencję Facebooka, zajmuje odległą dziesiątą pozycję na liście wszystkich platform mediów społecznościowych. Posiada on zaledwie 350 milionów zarejestrowanych kont (w porównaniu z 2,2 miliarda kont Facebooka w 2018 roku), jednak spora część z nich to boty lub automatyczne konta rozsyłające reklamy. W kategoriach rzeczywistego wpływu na prawdziwych ludzi żadna firma cyfrowa czy medium społecznościowe nie może mierzyć się z zasięgiem i potęgą Facebooka. Jest on czymś wyjątkowym. Ma jednak bezpośredniego rywala. Jak każdy prawdziwy rywal, stanowi on także inspirację. Facebook wcale nie jest najskuteczniejszą firmą w pozyskiwaniu, utrzymywaniu i wykorzystywaniu ludzkiej uwagi. Pierwsze miejsce w tej ka­tegorii zajmuje chiński Tencent, który stworzył najefektywniejszą aplikację pośród mediów społecznościowych na największym rynku świata: WeChat.

Posiadając blisko miliard użytkowników, WeChat wtopił się w ich życie tak mocno, że Facebook mógłby tylko o czymś takim pomarzyć. WeChat oferuje usługę przesyłania zdjęć i wiadomości, która przypomina Facebooka, Instagram i Twittera. Zapewnia także funkcje przeszukiwania sieci podobne do tych, jakie oferuje Google. Oprócz informacji i komunikacji użytkownicy WeChat mogą korzystać z serwisów dających możliwość kupowania w automatach, płacenia rachunków, wymiany prezentów, skanowania kodów QR, przeprowadzania transakcji bankowych, umawiania wizyt u lekarza, przeszukiwania katalogów bibliotecznych i zamawiania książek, a także z gier korzystających z rzeczywistości rozszerzonej, na przykład Pokemon Go. Użytkownik WeChat może wykonywać wiele codziennych podstawowych czynności bez odrywania wzroku od ekranu telefonu czy nawet przełączania się między różnymi aplikacjami. Platforma ta stanowi model jednej aplikacji, która może stać się systemem operacyjnym naszego życia.

Facebook wbudował podobne do tych dostarczanych przez WeChat usługi w różne aplikacje. Mark Zuckerberg zaś otwarcie tęskni za możliwością powrotu do Chin, tak by Facebook mógł bezpośrednio konkurować z WeChatem. Gdy zastanawiamy się nad rolą, jaką wszystkie ludzkie decyzje odgrywają w systemie WeChata lub Facebooka, musimy uznać, że jesteśmy mediatyzowani w takiej samej mierze jak wszelkie elementy kulturowego wyrażania lub informacji.

Media społecznościowe nie są już tylko mediami społecznościowymi. Wszystkie firmy i usługi medialne próbują się nimi stać. Więzi w obrębie społeczności są „lepkie”, tak by mogły odpierać innych starających się o przyciągnięcie uwagi. Kontakty społeczne stanowią również wartość w momencie segmentowania rynku oraz targetowania przekazu.

W miarę jak Facebook staje się coraz bardziej wideocentryczny, a wielkie sklepy w rodzaju Amazona wchodzą w sektor produkcji rozrywki, różne formy medialne zbiegają się w jednym punkcie. Obserwacje i relacje dotyczące ekonomii politycznej Facebooka z roku 2010 mogą nie mieć już odniesienia w roku 2020. Co, jeśli w ciągu następnych dwudziestu lat „media społecznościowe”, a w zasadzie „media” staną się czymś jeszcze bardziej wszechobecnym i potężnym w naszym życiu?

Przyczepiając urządzenia, które przesyłają dane, do naszych rąk – na przykład telefony czy zegarki – już staliśmy się węzłami w sieciach, wspierając dążenia jednej albo kilku firm w kierunku tego, by stać się systemem operacyjnym naszego życia. Mogłoby to być jeszcze bardziej niepożądane. Można jeszcze dokładniej zmierzyć nasze zainteresowania i preferencje, a nawet nasze fantazje. A firmy mogą zyskać nawet większą opartą na informacji zwrotnej kontrolę na polu, które jest jeszcze bardziej napakowane uzależniającymi bodźcami niż najlepszy smartfon. W 2014 roku Facebook kupił Oculus Rift, jedną z bardziej rozwiniętych firm zajmujących się rzeczywistością wirtualną nakierowaną na konsumentów. Zuckerberg postawił sobie za cel pozyskanie miliarda użytkowników zanurzonych w wirtualną rzeczywistość za pomocą wyprodukowanego przez Oculus urządzenia. W tym celu w 2017 wypuścił na rynek nowy zestaw, który kosztował około 200 dolarów, o wiele mniej niż poprzednia wersja urządzenia. Dwa dni przed wejściem Oculusa na rynki rysunkowy Zuckerberg odwiedził wirtualne Portoryko, podczas gdy tamtejsi mieszkańcy zmagali się ze skutkami powodzi i zniszczeniami po przejściu huraganu Maria. Firma transmitowała na żywo obrazy, w których udało się zawrzeć dwa przykłady naruszenia etyki: turystykę katastrof i promocję produktu. Zuckerberg pojawił się jako awatar „teleportowany” w różne miejsca za pomocą facebookowego narzędzia Spaces. Tymczasem sam siedział w siedzibie firmy w Menlo Park w Kalifornii, bezpieczny i suchy, z zestawem Oculus na głowie, owinięty w kable elektryczne. Potem nieśmiało przeprosił za ten zadziwiający brak współczucia, twierdząc, że w ten sposób chciał „zwrócić uwagę” i że kierowała nim troska o Portorykańczyków. Jednak smutna prawda wygląda tak, że jeśli rzeczywiście się troszczył, nikt w jego ideologicznej bańce nie miał żadnych wątpliwości co do tego pomysłu. Jak dowiemy się w rozdziale 4, Zuckerberg nie odróżnia tego, co dobre dla Facebooka, od tego, co dobre dla ludzkości. Wszystko, co nie stanowi części jego firmy, jest środkiem do pokazania transformującego świat potencjału następnego produktu. Zuckerberg zakłada, że jeśli jego zamiary są chwalebne, z pewnością czyni dobro.

Gdy w 2016 roku po raz pierwszy demonstrował Oculus Rift, powiedział: „Chodzi o to, że rzeczywistość wirtualna stawia ludzi na pierwszym miejscu. Chodzi o to, z kim przebywacie. Jak już tam traficie, możecie robić razem, co tylko chcecie – podróżować na Marsa, grać w gry, walczyć na miecze, oglądać filmy i teleportować się do domu, by spotkać się z rodziną. W tym środowisku możecie doświadczyć wszystkiego”.

Jak już tam traficie, Facebook nie tylko prześledzi każdy wasz gest i myśl w trakcie podróży na Marsa czy walki na miecze, lecz również przeanalizuje wasze społeczne zaangażowanie w rzeczywistości wirtualnej – tak jak robi to już za pomocą aplikacji Facebooka. Dowie się o was jeszcze więcej, niż wie w tej chwili. Jeszcze skuteczniej będzie was nakłaniał, namawiał i kierował, byście odczuwali na określone sposoby i kupowali określone produkty. Rzeczywistość wirtualna jest czymś więcej niż potencjalnie rewolucyjną technologią stymulacji poprzez zanurzenie. To ostatnia wersja klatki Skinnera. Może ci się wydawać, że to gra o większą stawkę niż kiedykolwiek przedtem. Ale takie same wrażenia odnosi każdy pionek na szachownicy.

Facebook już monitoruje nasze ruchy i motywacje. Liczy na to, że za pomocą rzeczywistości wirtualnej uchwyci nasze głosy, fantazje i ruchy ciała bez konieczności pozyskiwania wyraźnej zgody na te działania. Jeśli Facebook stanie się systemem operacyjnym naszego życia, będziemy mogli ignorować jego istnienie, a on i tak będzie odpowiadał, monitorował, nagrywał, profilował, sortował i dostarczał danych – a nawet więcej. Przed nami długa droga do tego, by ludzkość została na stałe podłączona i monitorowana przez kilka firm. Echo Amazona, Google Home i Oculus Rift to obecnie tylko gadżety dla najbogatszych. Ale ten model jest oczywisty: system operacyjny naszego życia będzie dotyczył naszych ciał, naszej świadomości i naszych decyzji. Uwaga będzie czymś dodatkowym. Władza zostanie bardziej skoncentrowana, a manipulacji nie będzie końca. W takim świecie nie będzie cierpliwości dla autonomii ani przestrzeni na demokrację. To będzie leniwy, narkotyczny świat. Nie będzie to żaden z dystopijnych, opartych na masowym niewolnictwie światów, jaki widzimy w „Matriksie”. Będzie trochę nudny i trochę ekscytujący. To będzie taka egzystencja jak ta przedstawiona w „Nowym wspaniałym świecie”.

[…]

Technopol

Od czasów Brytyjskiej oraz Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, które sprawowały władzę nad rozległymi terenami, milionami ludzi i kontrolowały najcenniejsze szlaki handlowe, żaden organizm nie skupiał w swoim ręku tyle globalnych bogactw i władzy, co Google oraz Facebook. Warto zauważyć, że w odróżnieniu od kompanii te dwie firmy wyrobiły sobie taką pozycję bez stosowania przemocy i z zaledwie marginalnym wsparciem państwa. Podobnie jak Kompanie Wschodnioindyjskie obie korporacje usprawiedliwiają swoją gorliwość oraz niejasne sprawki w różnych miejscach świata, odwołując się do misjonarskiego ducha – w końcu za ich sprawą świat staje się lepszy, prawda? Osiągnęły to wszystko, zapraszając nas do siebie. Podeszły nas, żebyśmy pozwolili im stać się dla nich środkiem do zdobycia władzy i bogactwa. Za naszą zgodą zaczęły przerabiać naszą tożsamość i nasze czynności na dane, zapoczątkowując duży ruch ideologiczny, który Neil Postman przewidział i opisał w 1992 roku.

„Technopol to stan kultury. To również stan umysłu. Polega na deifikacji techniki, co oznacza, że kultura poszukuje sankcji w technice, znajduje w niej satysfakcję i przyjmuje od niej rozkazy” – pisał Postman. Ta ideologiczna dominacja wymagała poświęcenia wszystkich do tej pory niezachwianych przekonań. I tak podupadło zaufanie do instytucji, tych starych i tych współczesnych. Porządki, systemy i tradycje uchodzą za podejrzane lub nadające się do obalenia tylko ze względu na datę ich powstania, jakby trwałość była znakiem słabości, a nie siły. Lokalne tożsamości oraz tradycje tracą wartość. Stają się cenne wyłącznie jako surowiec do remiksów, parodii, atrakcji turystycznych, makatek i zabawy, a nie jako manifestacja głębokiej narracji czy więzi międzyludzkich.

Nauka sprowadza się do szukania, kopiowania i wklejania, a nie imersji, refleksji i deliberacji. Medytacja staje się hobby, sposobem na wakacje dla na tyle zamożnych, żeby mogli zapłacić za ten czas, a nie praktyką zapewniającą jednostce kontakt z siłą wyższą lub dającą poczucie celu. W pełnej złości i niepewności reakcji na globalny technologiczno–kulturowy zawrót głowy religia staje się prymitywna, krucha, uproszczona, pozbawiona korzeni, przekonana o swojej nieomylności. Wszyscy mają wartość pieniężną. Wszyscy są zagrożeni. Wszyscy są zaniepokojeni. Wszyscy są wyczerpani. W obliczu ideologicznej zmiany górą są ci, którzy ją przewidzieli i narzucili: podgrupa już uprzywilejowanej i elitarnej grupy. Postman pisze:

„W Technopolu najwygodniej się czują ci, którzy są przekonani, iż postęp techniczny stanowi najwyższe osiągnięcie ludzkości, a zarazem jest instrumentem, który pozwoli rozwiązać nasze największe dylematy. Wierzą oni, że informacja jest niekwestionowanym błogosławieństwem, a jej ciągłe i niekontrolowane wytwarzanie oraz rozpowszechnianie oferuje większą wolność, możliwości twórcze i spokój umysłu”. Postman nie dożył 2010 roku, więc nie mógł zobaczyć napisu, jaki pojawił się przed kościołem w mojej okolicy: „Bóg ma na to aplikację”. Na widok tych słów z uśmiechem rozparłby się w fotelu i mrugnął okiem, zadowolony, że to on nazwał siłę, która opanowała świat.

„Technopol eliminuje możliwości alternatywne dokładnie tak, jak to odmalował Aldous Huxley w Nowym wspaniałym świecie” – pisał Postman. „Nie delegalizuje ich. Nie sprawia, że się stają niemoralne. Nie odbiera im nawet popularności. Czyni je niewidzialnymi, a zatem również nieistotnymi”. Zatem o ile ciągle czytamy książki, chodzimy na wykłady, dyskutujemy z ludźmi przy barze czy u fryzjera, wszystkie te czynności – „światy myślowe”, jak określał je mój mentor – znikają ze sfery ważnych wydarzeń. Jeśli coś nie wydarzyło się na Facebooku (lub, coraz rzadziej, w mniej istotnych serwisach: na WeChacie, Twitterze, YouTubie, Weibo, Snapchacie lub Insta gramie), nie wydarzyło się wcale. Technopol, tłumaczył Postman, nie nastąpił nagle. Wpełzał do naszej kultury od początków XX wieku. Postmanowi wydawało się, że apogeum osiągnął, kiedy telewizja zdominowała nasze umysły i życie. W roku, w którym Postman opublikował książkę ze słowem „technopol” w tytule, Bruce Springsteen śpiewał o tym samym zjawisku: „Fifty-seven channels and nothin’on” [Pięćdziesiąt siedem kanałów i nie ma co oglądać].

Obecnie straciliśmy już rachubę kanałów. Sęk w tym, że jest za dużo do oglądania.

Garstka instytucji, które filtrowały informacje, przekazując nam te sprawdzone i pochodzące z wiarygodnych źródeł, ledwie wiążą koniec z końcem, a ich pracę zaburzyła kulturowa i rynkowa potęga Google’a i Facebooka. Otacza nas nadmiar podejrzanych, płytkich, zmanipulowanych i wyolbrzymionych treści. Facebook sprzyja wyolbrzymieniom. Wyolbrzymienia sprzyjają Facebookowi.

Oczywiście już nie chodzi o „Internet”, jeśli w ogóle kiedyś o to chodziło. Gra toczy się o władzę i wpływy sprawowane za pośrednictwem zestawu technologii, które synergicznie pracują nad zwiększeniem wydajności ludzkiej pracy. W skład tego zestawu wchodzą potężne komputery, które mogą przetwarzać gigantyczne ilości danych, wykorzystując złożone i elastyczne algorytmy, niedrogie sposoby przechowywania danych, szybkie łącza i maleńkie komputery, które nosimy przy sobie lub na sobie. Gra toczy się o system operacyjny naszego życia.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 42 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Nowe technologie # Społeczeństwo i kultura # Świat

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.