Smartfony, Wi-Fi i puszka Pandory – co wynika z badań promieniowania elektromagnetycznego (elektrosmogu)
Z prof. Dariuszem Leszczyńskim rozmawiamy o tym, jak Wi-Fi wpływa na nasze zdrowie, dlaczego decyzja Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem na temat promieniowania telefonów była szokiem dla biznesu i jak chronić się przed negatywnym wpływem smartfonów.
Justyna Pierzyńska: Czy mógłby pan opowiedzieć nam więcej o swoich badaniach dotyczących promieniowania elektromagnetycznego? Dlaczego zainteresował się pan tym tematem? Do jakich wniosków doprowadziły pana badania nad nim?
Dariusz Leszczyński: Zacząłem się interesować tym tematem w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pracując w fińskiej rządowej instytucji zajmującej się promieniowaniem dostałem zadanie zbadania wpływu fal elektromagnetycznych na zdrowie.
W latach dziewięćdziesiątych byłem współautorem raportu zawierającego przegląd tego, co było wiadomo na ten temat. Podczas przygotowania raportu uświadomiłem sobie, że do tej pory przeprowadzono wiele różnorodnych badań, ale w zasadzie nadal wiemy bardzo mało na temat wpływu pól elektromagnetycznych na zdrowie człowieka i trzeba zacząć systematyczne badania od początku. To znaczy zacząć od badań na komórkach najbardziej przydatnych do tych badań, czyli na komórkach ludzkich. Wtedy wyniki będą najbliższe rzeczywistości i użyteczne dla ludzkiego zdrowia.
Jeśli celem badawczym jest stwierdzenie, czy coś jest szkodliwe dla ludzkiego zdrowia, to wtedy oczywiście ludzkie komórki są najlepsze.
Jakie badania przeprowadzał pan razem ze swoją grupą badawczą?
Komórki można badać na wiele różnych sposobów, stosując różne testy, lecz często jest trudno udowodnić, że reakcję komórkową uzyskaną w badaniu rzeczywiście wywołał interesujący nas czynnik, czyli pola elektromagnetyczne, a nie na przykład wzrost temperatury spowodowany promieniowaniem mikrofalowym. Dlatego, aby uniknąć tego problemu, badania wymagają aparatury wysokiego standardu. W naszych badaniach biologicznych korzystaliśmy z proteomiki, metody, w której z komórek izoluje się setki, tysiące białek.
Skupialiśmy uwagę na tym, jak ilość i aktywność (poziom fosforylacji) różnych białek zmienia się po napromieniowaniu. Pozwoliło nam to zobaczyć, które białka mające określone funkcje w komórce zostały aktywowane przez promieniowanie elektromagnetyczne. Na tej podstawie wysuwaliśmy hipotezy, jak promieniowanie elektromagnetyczne może działać na komórki.
Jedną z pierwszych obserwacji, jakich dokonaliśmy, był fakt, że promieniowanie elektromagnetyczne aktywuje tak zwany ‘stress response’, czyli odpowiedź organizmu na sygnały zaburzające normalne procesy fizjologiczne.
Napromieniowywaliśmy komórki promieniowaniem o małej mocy, które było w granicach norm obowiązujących dla telefonów komórkowych, uzyskując pomimo tego odpowiedź stresową. Wskazuje to jasno, że promieniowanie elektromagnetyczne emitowane przez telefon wpływa na komórki także w granicach dozwolonych przez obecnie używane standardy. To promieniowanie jest rozpoznawane przez komórki jako czynnik zaburzający, który aktywuje szlaki biochemiczne mające zapobiegać tym zaburzeniom.
Badania na ludziach, które również rozpoczęliśmy, są konieczne do tego, żeby dowiedzieć się, jakie dokładnie procesy zachodzą w organach ludzkiego organizmu po napromieniowaniu polem elektromagnetycznym w ilościach dozwolonych przez przepisy.
Nasze pilotażowe badanie wykazało, że u człowieka pewne białka reagują na napromieniowywanie w ten sposób, że zmniejsza się lub zwiększa ich ilość.
Napromieniowaliśmy małe fragmenty skóry ludzi promieniowaniem z telefonu komórkowego o takiej mocy, która była w granicach dozwolonych norm. Potem izolowaliśmy białka z tych fragmentów, i okazywało się, że następowały tam zmiany w ilości pewnych białek. Wskazuje to, że promieniowanie działające na nas, kiedy używamy telefonu, może mieć wpływ na fizjologię naszego ciała. Nadal nie wiemy, czy to jest wpływ negatywny, czy pozytywny. Kontynuacja badań na ludziach została przerwana ponieważ fundusze obiecane na dalsze badania pozostały tylko obiecanką.
Czym pan się zajmuje obecnie?
Jestem w chwili obecnej na emeryturze. Nadal jednak jestem Chief Editor czasopisma naukowego, które założyłem w 2014 roku – „Radiation and Health”, będącego częścią Frontiers in Public Health wydawanego w Szwajcarii. Nadal zajmuję się wpływem promieniowania elektromagnetycznego na zdrowie. Piszę artykuły naukowe i prowadzę wykłady i wystąpienia na różnych konferencjach, szczególnie w Australii i Nowej Zelandii, a także w USA, Norwegii, Islandii, Niemczech i innych krajach. Publikuję również moje obserwacje i opinie na blogu naukowym, który utrzymuję od roku 2009.
Zajmuje się pan wpływem promieniowania elektromagnetycznego na zdrowie od lat 90. Obecnie w dyskursie publicznym jest przyjęte, że promieniowanie urządzeń takich jak smartfony nie jest niebezpieczne dla zdrowia. Tak głoszą różne oficjalne gremia, m.in. ICNIRP – Międzynarodowa Komisja ds. Ochrony przed Promieniowaniem Niejonizującym. Takie zapewnienia płyną też ze strony UE i jej Komitetu Naukowego ds. Pojawiających się i Nowo Rozpoznanych Zagrożeń dla Zdrowia (SCENIHR). Wielu youtubowych influencerów i popularyzatorów nauki w mediach społecznościowych przekonuje nas, że nie należy obawiać się ani promieniowania telefonów komórkowych, ani nowej sieci 5G.
Z drugiej strony, Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem traktuje promieniowanie telefonów komórkowych jako możliwy karcynogen (kategoria 2B). Niektórzy niezwiązani z oficjalnymi ciałami eksperci uważają, że kategoria ta powinna zostać podniesiona do 2A (pewny karcynogen). Czy to prawda, że w kwestii wpływu promieniowania elektromagnetycznego na zdrowie istnieje jakiś międzynarodowy konsensus naukowy, który mówi, że narażenie na ciągłe promieniowane różnych urządzeń w środowisku jest bezpieczne dla ludzkiego organizmu?
Według mojej najlepszej wiedzy taki konsensus nie istnieje. Natomiast pewne organizacje, jak wpływowy ICNIRP, przekonują, że konsensus istnieje i że promieniowanie elektromagnetyczne nie stanowi problemu. Inne organizacje, jak na przykład nowo sformowana komisja o nazwie ICBE-EMF – International Commission of Biological Effects of Electromagnetic Fields (Międzynarodowa Komisja ds. Biologicznych Efektów Pól Elektromagnetycznych), uważają, że promieniowanie elektromagnetyczne wpływa na nasze zdrowie i co więcej, jest bardzo szkodliwe.
Powiedziałbym, że w tej chwili nie jest do końca wiadome, czy pola elektromagnetyczne są dla nas szkodliwe, czy też nie.
Normy promieniowania, które są w chwili obecnej dozwolone, są rzeczywiście niskie. Ale to nie znaczy, że nie wpływają one na organizmy żywe. Jeśli komórki wykazują odpowiedź biologiczną na promieniowanie, tzw. reakcję stresową, to znaczy, że efekty zdrowotne są możliwe. Inną kwestią jest to, kto może zachorować z tego powodu, czy zdrowie każdego może być naruszone z powodu tego promieniowania? Na to pytanie nie ma obecnie odpowiedzi.
Każdy człowiek jest inny. Jedni są wrażliwi na czynniki środowiskowe, na przykład promieniowanie ultrafioletowe, inni nie. Jedni mają alergię na pyłki roślinne, inni nie. Niektórzy palacze dostają raka płuc, a inni nie, choć dym papierosowy to znany karcynogen.
Tak samo jest z promieniowaniem elektromagnetycznym. Jest to tak zwana indywidualna wrażliwość.
Wrażliwe osoby będą na nie reagowały. Jakikolwiek element naszego środowiska, czy jakikolwiek związek chemiczny, którego używamy jako lekarstwa, może wywoływać różne reakcje u różnych ludzi.
Czy wiąże się to też z tzw. EHS, czyli nadwrażliwością na promieniowanie elektromagnetyczne? Niektórzy lekarze podważają jej istnienie.
Wiadomo, że nie każde lekarstwo leczy każdego, podobnie nie każdy czynnik spowoduje uwrażliwienie u każdego. Możemy stwierdzić, że ludzie są różnie wrażliwi na promieniowanie ultrafioletowe, promieniowanie gamma, na promieniowanie ultradźwiękowe. Dlaczego więc nie mielibyśmy być w różnym stopniu wrażliwi na mikrofale, na promieniowanie elektromagnetyczne?
Problemem jest to, że nie wiemy, jak znaleźć i zdiagnozować tych ludzi, którzy są bardziej wrażliwi.
Do tej pory badania nad wpływem pól elektromagnetycznych na zdrowie koncentrowały się w zasadzie na tym, czy powodują one raka mózgu. Te badania trwają cały czas i, w mojej opinii, nie przyniosły nam jeszcze definitywnych konkluzji. Są badania, które wskazują na zwiększone ryzyko raka mózgu przy bardzo intensywnym używaniu telefonu komórkowego przez 10 lub więcej lat, są też inne, które nie wykazują takiej korelacji. Są to badania epidemiologiczne, a epidemiologia nie jest precyzyjną nauką.
W dzisiejszych czasach ludzie używają nie tylko telefonów komórkowych, ale także są pod wpływem różnorodnych „chemikaliów”, których wpływ na zdrowie może być modyfikowany przez równoczesną ekspozycję na pola elektromagnetyczne. Badań na ten temat po prostu brak. Summa summarum, niektóre z badań epidemiologicznych wykazują, iż promieniowanie może zwiększać prawdopodobieństwo zachorowania na raka mózgu.
Z drugiej strony, niemal wszyscy używają komórek od ponad 20 lat, ale mimo powolnego wzrostu zachorowań rak mózgu nie stał się jakąś epidemią.
Ten fakt jest podnoszony jako wskazujący na to, że obserwowany wzrost przypadków raka mózgu może być spowodowany tym, że medycyna dysponuje coraz lepszymi metodami diagnostycznymi i wykrywa bardzo wczesne stadia raka mózgu. Ale może być też inne wytłumaczenie. Ja uznaję, że różni ludzie są różnie wrażliwi. Czyli osoby bardziej wrażliwe mogą doświadczać zmian na poziomie komórkowym wywołanych przez promieniowanie elektromagnetyczne i zachorować na nowotwór. Natomiast większość z nas nie jest wrażliwa na tak niski poziom promieniowania i w związku z tym nie dostanie nowotworu mózgu z powodu używania telefonu komórkowego.
Tylko część z nas reaguje w sposób zdrowotnie negatywny na to promieniowanie. Tylko część z nas jest bardziej wrażliwa na ten poziom promieniowania, który jest w chwili obecnej dozwolony. Dlatego mówienie, że to promieniowanie jest nieszkodliwe, że właściwie nie ma ono wpływu na nasze zdrowie, jest dużą przesadą, ponieważ wielu rzeczy jeszcze nie zbadano w wystarczającym stopniu.
Jakich aspektów związanych z promieniowaniem jeszcze nie zbadano?
Jest bardzo mało badań na temat biochemicznych efektów promieniowania elektromagnetycznego na fizjologię człowieka. Jeśli chcielibyśmy to zbadać, to należałoby napromieniować osobę używając dozwolonych norm bezpieczeństwa, pobrać próbki krwi, moczu, śliny czy skóry i sprawdzić, jakie zmiany biochemiczne nastąpiły w nich w wyniku napromieniowania. Z niewyjaśnionych powodów takich badań praktycznie się nie robi. Do dzisiaj przeprowadzono tysiące badań wpływu promieniowania elektromagnetycznego na komórki i na zwierzęta, ale tylko kilka (mniej niż 10) badań o wpływie promieniowania na procesy biochemiczne u ludzi. Praktycznie nie wiemy, jak to promieniowanie wpływa na fizjologię i biochemiczne procesy u człowieka. Właściwie, w ogóle tego nie wiemy. Przeprowadzanie takich właśnie badań było celem mojej grupy badawczej, jednak niestety nie udało się go osiągnąć z powodu odcięcia nas od funduszy badawczych.
Problem polega na tym, że z jednej strony chcemy wiedzieć, czy promieniowanie elektromagnetyczne jest szkodliwe dla człowieka, czy nie. Z drugiej strony nie prowadzimy eksperymentów, gdzie człowiek byłby napromieniowany, a później biochemia i fizjologia tego człowieka byłyby badane.
Z czym to jest związane, że takich badań się nie prowadzi? Czy to są kwestie etyczne? Czy grają tu rolę jakieś interesy?
Nie, to nie są sprawy etyczne. Etycznie nie ma problemu, jeżeli w badaniach używa się promieniowania w ilości takiej, która jest poniżej dozwolonych norm, a nawet przy wykorzystaniu maksimum normy. W naszym badaniu wycinaliśmy kawałek skóry na przedramieniu o średnicy około pół centymetra, potem chirurg zaszywał ranę wolontariuszy, co powodowało u nich pewien dyskomfort, a nie mieliśmy problemu z uzyskaniem pozwolenia od komisji etycznej.
Problemem przy przeprowadzaniu badań jest często to, że wymagają one zaawansowanej aparatury, dobrze wyposażonego laboratorium i dobrego zespołu naukowców, którzy wiedzą, co robią. Niestety, wielu naukowców, którzy zajmują się proteomiką lub badaniem genów, nie jest wcale zainteresowanych robieniem eksperymentów, w których to właśnie promieniowanie elektromagnetyczne byłoby czynnikiem wpływającym na komórki lub ludzi.
Naukowcy nie chcą być powiązani z badaniami nad polami elektromagnetycznymi z dwóch powodów. Po pierwsze, trzeba dobrze znać fizykę promieniowania, a oni często nie są z nią dobrze zaznajomieni. Po drugie, boją się z powodu wszechobecnej propagandy i deprecjonowania badań nad wpływem pól elektromagnetycznych na zdrowie, określaniem takich badań jako czegoś w rodzaju „voodo-science”, czarnej magii. Zgodnie z oficjalną narracją nie może być przecież żadnych negatywnych efektów, ponieważ wszyscy używają komórek i… nadal żyją.
Jest obawa, że zajmując się tym tematem można sobie tylko zniszczyć karierę.
U naukowców funkcjonuje tutaj autocenzura, nie chcą się zajmować tematem, który jest ryzykowny, nie przyniesie im wielkiego prestiżu, a może spowodować tylko problemy.
Istnieje też autocenzura innego rodzaju. Naukowcy, którzy zajmują się polami elektromagnetycznymi, nie bardzo chcą iść w kierunku sprawdzania ich wpływu na zdrowie przy pomocy badań, w których można przeanalizować tysiące białek lub genów, bo reprezentanci przemysłu tego nie lubią. Argument przemysłu jest następujący: jeżeli badamy tysiące białek, istnieje duże prawdopodobieństwo, że znajdzie się wśród nich jakieś, które zareaguje na promieniowanie. Gazety to opublikują, choć w rzeczywistości wcale nie będzie jeszcze na sto procent wiadomo, czy zmiana w ilości lub aktywności danego białka ma jakieś efekty zdrowotne, czy nie. Dziennikarze zrobią z tego sensację, a przemysł będzie miał problemy.
Dlatego istnieje sprzeciw wobec robienia badań, w których bada się tysiące genów czy tysiące białek, bo tam „zawsze można coś znaleźć”.
Czyli jest z jednej strony presja ze strony przemysłu, a z drugiej autocenzura naukowców, utrudniająca wykonywanie tego rodzaju badań. Naukowcy zastanawiają się, czy jeśli zaczną badać wpływ promieniowania elektromagnetycznego na zdrowie, ich badania będą w ogóle dalej finansowane, skoro reprezentanci przemysłu pomniejszają znaczenie tego rodzaju badań. Paradoksalne jest to, że to właśnie proteomika jest jedną z podstawowych metod badawczych całego przemysłu farmaceutycznego. Jeżeli chcemy mieć nowe lekarstwa i nowe metody leczenia, to proteomika jest podstawą. Ale nie zbliżaj się z proteomiką do telefonów komórkowych! Gdy chcemy badać wpływ telefonów komórkowych na zdrowie, proteomika staje się nagle „złą metodą badawczą”.
Część ekspertów i obywateli twierdzi, że nurt „potrzebujemy więcej badań” przyczynił się w dużej mierze do tej sytuacji, jaką mamy, to jest – tak daleko to zaszło, że nie ma już siły, by to nie tylko zatrzymać, ale nawet zbadać. Z ich perspektywy „potrzebujemy więcej badań” ma sens jedynie wtedy, kiedy do zakończenia tych badań egzekwowane jest realnie moratorium (zakaz) na rozwój danej technologii. Inaczej technologia rozpowszechni się szybko (dzięki astronomicznymi zyskom z głupoty społeczeństwa „wierzącego” dilerom, że „nie szkodzi”), tak że już nic zbadać się nie da, bo nie ma już warunków kontrolnych i populacji kontrolnej. A zyski i powszechność sprawią, że nikt z tych, którzy mają władzę, nie będzie już miał żadnego interesu w powstrzymaniu tego „rozwoju”. Więc naukowcy domagający się funduszy, bo „potrzebujemy więcej badań”, zachowują się jak ofiara, prosząc o daninę od tych, których interes jest w tym, żeby ich badania albo się nie zdarzyły, albo nic nie wykazały, albo przynajmniej pokazały się tak późno, by można je było zamieść pod dywan i zdyskredytować twierdzeniem, że przecież od lat już tego używamy i jakoś żyjemy, a Wy sugerujecie „powrót do średniowiecza”.
I nie mówimy tu tylko o korporacjach telekomunikacyjnych, tylko o indywidualnej odpowiedzialności każdej osoby za używanie, za płacenie za to swoją pracą. Kiedy się dowiedzą, że uruchamiając Wi-Fi w domu i korzystając ze smartfonu, tabletu, TV z Wi-Fi i „serwując” to wszystko własnym rodzinom i dzieciom – czy będzie im aby psychologicznie „po drodze” powiedzieć: myliłem się i teraz doświadczam tego konsekwencji? I nauczyć się z tego i wyciągnąć wnioski? Czy raczej zakrzykną „nie może być tak źle” i że „potrzebujemy więcej badań” – zamykając szansę na myślenie, zrozumienie i uczenie się. Może potrzebujemy więcej Homo-Sapiens, a nie Konsumentów, krzyczących: „potrzebujemy więcej badań”. Co pan na to?
Odpowiedź jest tylko jedna, potrzebujemy więcej badań.
Brak badań biochemicznych na ludziach jest barierą w wyjaśnieniu czy biologiczne efekty pól elektromagnetycznych, same lub w kombinacji z innymi czynnikami środowiskowymi, powodują znaczące efekty zdrowotne. Odpowiedzi na podstawie obecnych badań to raczej spekulacje. Potrzebujemy badań biochemicznych na ludziach.
1 stycznia 2020 roku polski rząd podwyższył stukrotnie normy ekspozycji ludności na promieniowanie elektromagnetyczne, aby umożliwić wprowadzenie do Polski sieci 5G. Dopuszczalny poziom ekspozycji na PEM (natężenie pola elektromagnetycznego) wynosił 0,1 W/m² (wat na metr kwadratowy) dla częstotliwości używanych w sieciach komórkowych. Po zmianie limit został zwiększony do 10 W/m². Jest to limit, który obowiązuje również w innych krajach UE (dotychczas polskie normy były sto razy niższe). Zostało to dokonane zgodnie z zaleceniami Komisji Europejskiej, które z kolei oparte są na standardach WHO, a te znowu na rekomendacjach ICNIRP. Przy wprowadzaniu zmian Ministerstwo Zdrowia przekonywało, że nie ma żadnych dowodów na ich szkodliwość dla zdrowia. Jak pan ocenia tę zmianę z perspektywy czterech lat?
Normy, które obowiązywały przed 2020 rokiem w Polsce, pochodziły jeszcze z czasów radzieckich, i były inne niż w zachodniej Europie. Dlatego zdecydowano się na ich ujednolicenie, bo bez zmiany norm nie byłoby możliwe wprowadzenie technologii 5G.
Analogiczna sytuacja wydarzyła się w Indiach, gdzie normy promieniowania dla stacji bazowych najpierw obniżono dziesięciokrotnie, ponieważ ludzie narzekali na stacje bazowe. Jednak okazało się, że przy takim obniżeniu nie będzie można wprowadzić 5G i normy podwyższono.
Nikt nie zna odpowiedzi na pytanie, czy zmiana norm w Polsce ma jakiś wpływ na zdrowie Polaków.
Nie ma obecnie badań, które by jasno wykazywały, że z powodu podwyższonych norm ktoś zachorował lub zachoruje. Może być tak, że osoby bardziej wrażliwe mogą podwyższenie norm ekspozycji jakoś odczuć. Inną kwestią jest pytanie, czy będą to odczucia fizjologiczne, czy psychiczne. Oba warianty są możliwe, ponieważ niektórzy ludzie mogą zwyczajnie niepokoić się o swoje zdrowie w związku z podniesieniem norm, i taki niepokój też może wpłynąć negatywnie na ich samopoczucie – to jest efekt zdrowotny zgodnie z definicją zdrowia WHO. Natomiast niektóre osoby, bardziej wrażliwe biochemicznie na to promieniowanie, będą odczuwały jego wpływ na fizyczne samopoczucie. Niestety nie ma w chwili obecnej sposobu na to, żeby wykazać, że jakieś konkretne dolegliwości są spowodowane właśnie tym zwiększeniem norm promieniowania.
Istnieje też możliwość, że nigdy nie dowiemy się, czy pola elektromagnetyczne wpłynęły na nasze zdrowie.
Żyjemy w środowisku pełnym różnych innych wpływów, np. środowiskowych chemikaliów, jedzenia, napojów, oddychamy zanieczyszczonym powietrzem. Jesteśmy narażeni na tak dużo różnych czynników, że ten jeden dodatkowy wpływ z pól elektromagnetycznych może nigdy nie zostać w pełni zidentyfikowany.
Pomimo tego, jest oczywiste, że im więcej tego promieniowania jest w środowisku, tym większa jest potencjalna możliwość, że będzie ono miało na nas jakiś wpływ.
Oprócz tego, często bada się wpływ promieniowania na pewne komórki czy właściwości fizjologiczne człowieka, ale nie badamy tzw. ko-efektów, czyli oddziaływań promieniowania w połączeniu z innymi czynnikami środowiskowymi. Na przykład, nie wiemy, czy i jak zmienią się reakcje na promieniowanie ultrafioletowe naszej skóry, jeśli w tym samym czasie będzie na nią działało również promieniowanie 5G, które jest absorbowane właśnie przez skórę. Czy to będzie miało jakiś dodatkowy wpływ? Nie wiadomo, bo takich rzeczy w ogóle nie badano u ludzi. Pokazano natomiast, że taka możliwość istnieje u zwierząt. Wykazał to eksperyment na szczurach i myszach, w którym na gryzonie oddziaływano promieniowaniem telefonu komórkowego oraz promieniowaniem ultrafioletowym.
W 2011, kiedy IARC – Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem zdecydowała o klasyfikacji promieniowania elektromagnetycznego jako możliwego karcynogenu (kategoria 2B w skali IARC), istniało sześć podobnych badań na temat ko-efektów. Potem powtórzono jedno z nich i okazało się, że połączony efekt promieniowania z telefonu komórkowego i ko-efektywnego czynnika był większy niż efekt samego promieniowania. Wynika z tego, że w pewnych sytuacjach promieniowanie z telefonu może zwiększać efekty innych czynników albo na odwrót.
Kiedy zwiększamy normy dozwolonego promieniowania elektromagnetycznego, takie ko-efekty również mogą się teoretycznie zwiększyć.
Ale jest to tylko przypuszczenie. Nie mamy na to dowodów. Jest to w pewnym sensie „gdybanie”. Podobnym „gdybaniem” są twierdzenia, że wszystko jest na pewno bezpieczne, a promieniowanie telefonów nie wpływa negatywnie na zdrowie dorosłych ani dzieci. Takie definitywne twierdzenia nie są wystarczająco oparte na wynikach badań. Bardzo dużo badań możliwych efektów jeszcze brakuje, abyśmy mogli wygłaszać jakiekolwiek definitywne twierdzenia.
W Unii Europejskiej robi się badania stacji bazowych wifi, którymi jesteśmy w tej chwili otoczeni praktycznie wszędzie: w domach, w centrach handlowych itd. Badania te mają za cel dowiedzieć się, czy ta ogromna ilość emitowanego promieniowania, które dociera do nas, przekracza obowiązujące obecnie normy. Sprawdzają, czy wszystko odbywa się zgodnie z przyjętymi normami. Zakłada się z góry, że te normy i standardy są bezpieczne. Producenci stacji bazowych wifi są zobowiązani do przestrzegania obowiązujących norm promieniowania dla swoich produktów, ale takich produktów można zamontować wiele w każdym budynku, teoretycznie każdy z mieszkańców może zainstalować sobie własną. A priori uważa się, że nie stanowi to problemu dla zdrowia. Można tak jednak przyjąć tylko wtedy, gdy uznamy, że obecne standardy są takie, że rzeczywiście zdrowiu nie zagrażają. Nie wszyscy się z tym zgadzają. Według WHO i ICNIRP nie ma powodów do obaw.
Te dwie organizacje są tak wpływowe, że w zasadzie nie ma jak zakwestionować, że może być inaczej.
Jedynie wpływowy polityk lub wyrok sądu mogłyby znacząco zakwestionować opinie WHO i ICNIRP.
Porozmawiajmy więc o ICNIRP, Międzynarodowej Komisji Ochrony Przed Promieniowaniem Niejonizującym. To właśnie na podstawie rekomendacji naukowców z ICNIRP ustalane są normy, które potem stosuje WHO, Unia Europejska i inne państwa.
Mamy też innych naukowców, którzy krytykują normy ustalone przez ICNIRP, np. grupę o nazwie ICBE-EMF – Międzynarodowa Komisja ds. Biologicznych Efektów Pól Elektromagnetycznych (International Commission on the Biological Effects of Electromagnetic Fields). Ta komisja krytykuje obecnie obowiązujące normy jako zbyt wysokie. Wielu badaczy charakteryzuje ICNIRP jako swoiste towarzystwo wzajemnej adoracji, którego członkowie cytują jedni drugich, mając praktycznie te same opinie na kwestię promieniowania elektromagnetycznego. Nie ma tam prawdziwej naukowej dyskusji. Jakby pan wytłumaczył fakt, że ICNIRP posiada tak silną pozycję i jest w stanie narzucać standardy, które potem wszyscy stosują? Czy krytyka ICNIRP jest uzasadniona?
Krytyka jest oczywiście do pewnego stopnia uzasadniona, ja sam krytykuję ICNIRP od ponad dwudziestu lat. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę niestety obie wspomniane komisje są grupami wzajemnej adoracji. ICNIRP jest jednak znacznie starszy, istnieje od lat 90. i ma ogromne poparcie przemysłu i WHO.
ICNIRP zaprasza co jakiś czas nowych członków, kiedy starzy odchodzą na emeryturę. Różne organizacje, np. uniwersytety czy instytucje naukowe, mogą zgłaszać kandydatury do ICNIRP. Członkowie ICNIRP mogą także sami proponować swoich kandydatów, ale wybór nowych członków nie jest transparentny. Jest to wewnętrzna decyzja komisji, która nie jest jawna.
Nigdy do końca nie wiadomo, dlaczego ten czy inny naukowiec został wybrany.
Podobnie ma się sprawa z ICBE-EMF – Międzynarodową Komisją ds. Biologicznych Efektów Pól Elektromagnetycznych, organizacją, która jest krytyczna w sprawie obecnie obowiązujących norm promieniowania. Krytycznie nastawieni naukowcy sami zorganizowali się w „komisję”, bo bycie ciałem oficjalnym dodaje prestiżu ich opiniom. Jednak nie wiadomo, na jakiej podstawie i korzystając z jakich dokładnie kryteriów sformowano to ciało.
Problem z ICNIRP jest taki, że tam wszyscy członkowie mają tę samą opinię, a mianowicie, że promieniowanie elektromagnetyczne nie ma znaczącego wpływu na zdrowie. Natomiast w ICBE-EMF wszyscy są zdania, że promieniowanie jest na pewno szkodliwe, i co więcej, że fakt ten został już udowodniony.
Wewnątrz obu tych ciał nie ma prawdziwej debaty naukowej.
Żeby tzw. dobra debata mogła się odbyć, potrzeba, aby w gremiach debatujących nad tym problemem zasiedli ludzie, którzy mają różne poglądy. Jedynym organem, w którym prawdziwa dyskusja była możliwa, była komisja powołana przez Międzynarodową Agencję Badań nad Rakiem w roku 2011 (wtedy sklasyfikowano promieniowanie elektromagnetyczne jako potencjalnie rakotwórcze, kategoria 2B w skali IARC – przypomnienie autorki). Byli tam ludzie niezgadzający się ze sobą absolutnie. Ja sam uczestniczyłem w tych obradach. Tam trzeba było rzeczywiście debatować.
Przed rozpoczęciem obrad myślano, że debata IARC nie doprowadzi do sklasyfikowania promieniowania jako karcynogenu. Ogromną niespodzianką dla wszystkich i szokiem dla przemysłu okazało się, że IARC – Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem zadecydowała jednak o klasyfikacji promieniowania elektromagnetycznego jako potencjalnego karcynogenu (kategoria 2B w skali IARC). To pokazuje, że gdy zbiorą się naukowcy o różnych opiniach, może w trakcie debaty dojść do niespodzianek i ustalenia nowego konsensusu, a nie tylko do pieczętowania jakichś z góry założonych opinii.
Decyzja z 2011 roku była dla przemysłu tak dotkliwym ciosem, że w chwili obecnej odracza się jakąkolwiek nową analizę badań na temat wpływu promieniowania elektromagnetycznego na nowotwory.
Przez kogo ICNIRP jest finansowany?
ICNIRP pobiera finansowanie od różnych rządów. Duże dotacje płyną na przykład od rządów Niemiec i Australii. Teoretycznie oni nie są finansowani przez przemysł, chociaż w latach 90. główna część finansowania pochodziła właśnie od firm telekomunikacyjnych.
W maju tego roku na łamach periodyku naukowego „Environmental International” opublikowano artykuł na temat związku promieniowania elektromagnetycznego z możliwym zachorowaniem na raka u zwierząt i ludzi („Effects of radiofrequency electromagnetic field exposure on cancer in laboratory animal studies, a systematic review”).
Jest to szeroki przegląd dotychczasowych badań na ten temat. Co ciekawe, został on w części sfinansowany przez WHO. Autorzy konkludują, że istnieją teraz pewne dowody łączące promieniowanie telefonów komórkowych z dwoma typami raka u zwierząt, i że może to się przekładać na ryzyko także u ludzi.
Czy uważa pan, że ta publikacja ma potencjał zmienić stanowisko wiodących organizacji i decydentów w sprawie ochrony ludności przed promieniowaniem elektromagnetycznym? Czy jest to jakieś „światełko w tunelu”, dzięki któremu będzie można znów wskrzesić prawdziwą naukową debatę?
Moim zdaniem ten przegląd systematyczny, o którym pani wspomina, jest publikacją ważną. W 2011 r., kiedy debatowaliśmy nad klasyfikacją rakotwórczości promieniowania telefonów komórkowych, dowody z badań epidemiologicznych były najważniejsze. Jednak badania toksykologiczne na zwierzętach dostarczyły dowodów potwierdzających klasyfikację promieniowania telefonów komórkowych jako potencjalnego czynnika rakotwórczego (2B).
Obecny przegląd, który również wziął pod uwagę badania toksykologiczne na zwierzętach opublikowane po 2011 r., ponownie potwierdza pogląd, że promieniowanie telefonów komórkowych jest rakotwórcze u zwierząt i może być rakotwórcze dla ludzi.
Nie widać jednak wcale „światełka w tunelu”. Niemieckie Federalne Biuro Ochrony przed Promieniowaniem (BfS) opublikowało na temat cytowanego przez panią przeglądu bardzo krytyczną opinię. Twierdzi się w niej, że jest on wadliwy, a dowody, które przytacza, nie potwierdzają żadnych twierdzeń o rakotwórczości u ludzi.
Przypuszczam, że inne organizacje zazwyczaj zgadzające się z ICNIRP, takie jak na przykład ARPANSA w Australii, opublikują podobne krytyczne opinie. Dlatego twierdzę, że ta publikacja nie stanowi niestety żadnego „światełka w tunelu”.
Porozmawiajmy o tzw. nadwrażliwości na promieniowanie elektromagnetyczne (EHS). Mówił pan o tym, że ludzie są różnie wrażliwi na czynniki środowiskowe, jedni mogą rozwinąć taką przypadłość, inni nie. W naszym środowisku jesteśmy narażeni na coraz silniejszą ekspozycję na promieniowanie elektromagnetyczne, co może powodować, że dotknięci EHS będą czuli się coraz gorzej. Jak osoby, które mają EHS, mogą poprawić swoją sytuację w naszym społeczeństwie? Jaka będzie ich przyszłość?
Na to pytanie odpowiedź jest niestety bardzo krótka: takie osoby nic nie mogą zrobić. W zależności od tego, jakie źródła badań naukowych bierze się pod uwagę, osób z nadwrażliwością może być w społeczeństwie od jednego do dziesięciu procent. Nie wiemy, dlaczego jedni chorują, a inni nie. Do tego, żeby można było powiedzieć, dlaczego ktoś choruje, potrzebne są nam badania, czy to genetyczne, czy badania białek lub fizjologii. Mając je, moglibyśmy stwierdzić, jakie właściwości danej osoby powodują, że może on cierpieć z powodu nadwrażliwości na promieniowanie.
W tej chwili nadwrażliwość na promieniowanie elektromagnetyczne to diagnoza, którą chorzy w większości sami sobie stawiają.
Zrobienie obiektywnej diagnostyki EHS jest w tej chwili niemożliwe. Nie posiadamy do tego żadnych testów.
Najczęściej badania naukowe robi się w ten sposób, że po napromieniowaniu osoby uczestniczące w eksperymentach są pytanie, co czują. A przecież to, co człowiek czuje, może być zaburzone chociażby przez zwykły stres związany z wizytą w laboratorium. Wtedy nie wiadomo, czy symptomy takie jak zaczerwienienie i swędzenie twarzy rzeczywiście związane są z promieniowaniem, czy ze stresem spowodowanym obawą przed napromieniowaniem.
Innym problemem jest fakt, że ludzki organizm często reaguje na pewne bodźce z opóźnieniem. Nie wiadomo też, ile czasu po badaniu należałoby odczekać, żeby je ewentualnie powtórzyć.
Podsumowując, projektowanie i wykonanie takich badań to jest na dzień dzisiejszy niezwykle skomplikowana sprawa.
Dlatego wyniki badań nad nadwrażliwością są niewystarczająco dobre.
Jak stwierdziłem w mojej ostatniej publikacji w lipcu 2025 w czasopiśmie mHealth, obecnie nie ma metody, aby obiektywnie zdiagnozować wrażliwość na pola elektromagnetyczne.
Powiedział pan, że osób z nadwrażliwością może być od jednego do nawet dziesięciu procent społeczeństwa. To jest duża liczba.
Tak. Właśnie dlatego istnienie EHS jest w chwili obecnej negowane i sprowadzane do jakiegoś „zabobonu”. Mówi się, że jest to tylko produkt wyobraźni ludzi. Gdyby rzeczywiście zdołano w obiektywnych badaniach udowodnić, że taka nadwrażliwość istnieje, byłaby to bardzo duża sprawa, istotnie wpływająca na zdrowie i wydajność społeczeństw. Jeśli zdołalibyśmy wykazać, że obecne urządzenia emitujące promieniowanie elektromagnetyczne powodują to, że niektórzy z nas mają symptomy nadwrażliwości, społeczeństwa zostałyby postawione przed decyzją, jakie działania wobec tego należałoby podjąć. Czy potraktować te osoby jako tzw. collateral damage i poświęcić je dla dobra ogółu, czy jednak dostosować normy w taki sposób, żeby mogły one normalnie funkcjonować.
Przemysł boi się jak ognia ewentualnej konieczności obniżenia norm promieniowania, bo to spowoduje problemy techniczne.
Udowodnienie istnienia EHS byłoby ogromnym problemem nie tylko dla przemysłu, ale też wszystkich organizacji zajmujących się tzw. zdrowiem publicznym, które musiałyby podjąć jakieś działania w celu pomocy ludziom nadwrażliwym. Wykazanie, że promieniowanie elektromagnetyczne rzeczywiście może powodować EHS, byłoby otwarciem przysłowiowej puszki Pandory. Dlatego nie robi się wielu badań na ten temat.
Czy my, obywatele, nie powinniśmy żądać od polityków i biznesu przestrzegania zasady ostrożności? Mając na uwadze obecny stan rozwoju technologii bezprzewodowych, gdzie dziesiątki milionów urządzeń bezprzewodowych są produkowane i włączane każdego dnia.
Takie żądania są przedstawiane już od 30 lat i… komunikacja bezprzewodowa ma się coraz lepiej. To oczywiście sarkazm pokazujący, jaki wpływ mają tego rodzaju żądania, gdy nie są poparte solidną wiedzą naukową. Żądania są ignorowane.
Czy rację mają ludzie protestujący przeciwko stawianiu masztów telekomunikacyjnych w pobliżu szkół, na dachach domów i szpitali? Czy zgodziłby się pan z postulatem, żeby w takich miejscach nie stawiać masztów i stacji bazowych? Czy byłoby rozsądnie zabronić używania smartfonów w szkołach, albo w ogóle zlikwidować w szkołach bezprzewodowy internet?
Zgodziłbym się z niektórymi z tych postulatów.
Jeśli chodzi o dzieci i szkoły, to tam na pewno nie potrzeba bezprzewodowego internetu. W każdej klasie można postawić komputery z przewodowym internetem.
W szkole nie musi być wifi, szczególnie, że tak naprawdę nie wiadomo, jak ono wpływa na zdrowie dzieci.
Nie mówię tego dlatego, że wiem na pewno, że ma ono negatywny wpływ, ale właśnie dlatego, że tego nie wiadomo. A jeśli obecność wifi dodatkowo wpływa psychologicznie źle na rodziców, którzy zaczynają obawiać się promieniowania, to dlaczego po prostu nie zdecydować się w szkołach na korzystanie z przewodowego internetu?
Druga sprawa to samo używanie telefonów komórkowych. W tej chwili dużo mówi się o tym, że zakłócają one psychologiczny rozwój dzieci, wpływają negatywnie na relacje społeczne, przeszkadzają w nauce. Coraz więcej krajów zaczyna po prostu zabraniać ich użycia w szkołach. W Finlandii, w szkołach, które zabroniły używania telefonów w ciągu dnia szkolnego obserwowano polepszenie się wyników nauczania i relacji między dziećmi, bo w czasie przerwy musiały one bawić się ze sobą zamiast gapić się w ekran smartfona.
Jeśli chodzi natomiast o instalowanie masztów telekomunikacyjnych na dachach szkół, to na protesty przeciwko nim wpływa przede wszystkim efekt psychologiczny.
Maszt wysyła tysiąckrotnie mniej promieniowania niż telefon komórkowy przy głowie.
Podczas używania telefonu dostajemy dramatycznie więcej promieniowania od telefonu niż od stacji bazowej stojącej na dachu szkoły. Jeżeli w ciągu dnia szkolnego nie używamy telefonu, a w dalszym ciągu jesteśmy w pobliżu stacji bazowej, to jest to sytuacja praktycznie równoważna brakowi ekspozycji na promieniowanie. Jest to naprawdę minimalna ilość promieniowania.
Natomiast jeżeli maszt jest gdzieś dalej, nawet bardzo daleko, to nasz używany telefon będzie automatycznie zwiększać emisję promieniowania po to, żeby połączyć się z tym masztem. Telefon musi wysłać więcej energii, jeśli maszt jest daleko. Jeżeli maszt jest na moim dachu, czyli bardzo blisko, mój telefon wysyła znacznie mniej energii. To automatyka w telefonie powoduje, że im dalej jest stacja bazowa, tym więcej energii telefon musi wysyłać. W związku z tym, jeżeli stacja bazowa jest na dachu szkoły, a w szkole są używane telefony komórkowe, to nawet lepiej, że stacja bazowa jest blisko, bo wtedy użytkownicy będą się mniej napromieniowywać własnym telefonem podczas korzystania z niego. Można powiedzieć, że obawy o stawianie masztów w pobliżu szkół lub domów wynikają z nieporozumienia.
Jak możemy choć trochę ochronić się przed ewentualnym negatywnym wpływem telefonów komórkowych na nasze zdrowie?
Wybór telefonu i sposobu posługiwania się nim ma znaczenie. Jeśli trzymamy w kieszeni zwykły telefon starego typu, który nie jest podłączony do internetu, emituje on w celu skontaktowania się ze stacją bazową bardzo mało promieniowania. Ta ilość energii jest bliska zeru. Nie jesteśmy wtedy narażeni na promieniowanie, które potencjalnie mogłoby nam zaszkodzić.
Natomiast jeśli trzymamy w kieszeni smartfona stale podłączonego do internetu, sytuacja się zmienia.
Wtedy nasz telefon cały czas emituje energię, ponieważ potrzebuje jej nie tylko do skontaktowania się ze stacją bazową, ale też do ciągłego aktualizowania wszystkich aplikacji, które są na smartfonie.
Dlatego miejsce obok naszej kieszeni, gdzie trzymamy telefon, jest cały czas napromieniowywane. Z tego powodu najlepiej byłoby wyłączać w telefonie wifi i transmisję danych, jeśli w danej chwili ich nie potrzebujemy.
Niektórzy spekulują, że wzrost zachorowań na raka jelita grubego może być spowodowany faktem, że ludzie trzymają telefony w tylnej kieszeni spodni. Inni twierdzą, że mężczyźni nie powinni trzymać smartfona w przedniej kieszeni spodni, ponieważ promieniowanie może zaszkodzić plemnikom. Ja robiłem badania na temat wpływu promieniowania na plemniki na Uniwersytecie w Pretorii w Republice Afryki Południowej, a ich wyniki pokazały, że rzeczywiście promieniowanie hamowało pewne funkcje plemników w laboratorium. Czy jednak to samo dzieje się w żywym organizmie ludzkim pod wpływem telefonu w kieszeni, nie wiemy. Jest to jedna ze spraw, których nie badano.
Obecnie prowadzone są prace nad przyszłym wprowadzeniem sieci 6G. W Finlandii prowadzi je m.in. uniwersytet w Oulu. Czy 6G będzie się wiązało z dalszym podwyższaniem norm ekspozycji? Czy osoby z nadwrażliwością na promieniowanie elektromagnetyczne powinny obawiać się 6G?
6G to już będą nie mikrofale, tylko częstotliwości terahercowe. Jest to promieniowanie, dzięki któremu można przesyłać ogromną ilość informacji, ale tylko na bardzo krótkie dystanse. Wszystkie zabudowania, nawet liście, krople deszczu, stanowią przeszkodę nawet już teraz dla 5G.
5G nie przechodzi przez wiele materiałów, stąd potrzeba bardzo wielu stacji bazowych, żeby telefon mógł się z nimi połączyć.
W przypadku 6G będzie nawet więcej technologicznych problemów. Czy to będzie miało jakikolwiek wpływ na fizjologię, nikt nie wie, bo badań na ten temat nie ma.
I to jest właśnie problem: technologia komunikacji rozwija się bardzo szybko, natomiast badania biologiczne są kosztowne i bardzo czasochłonne.
Są zawsze w tyle za rozwojem technologicznym. W momencie, kiedy wprowadzono 5G, istniało na temat jego wpływu na organizmy żywe tylko kilka badań. Dopiero teraz, po wprowadzeniu 5G, przeprowadzane są badania post factum.
6G zostanie najprawdopodobniej najpierw wprowadzone dla przemysłu. Może być tak, że nigdy nie dowiemy się, jak 6G, 5G czy w ogóle promieniowanie elektromagnetyczne wpływa na nasze zdrowie. Powodem tego jest wielość czynników wpływających na nas równocześnie. Wyodrębnienie z tej wielkiej masy czynników wpływu pól elektromagnetycznych może być właściwie niemożliwe.
Czy istnieje jakieś pytanie w temacie wpływu pól elektromagnetycznych na zdrowie, którego jeszcze panu nikt nie zadał? Jakim innym kwestiom, oprócz tych poruszonych dzisiaj w naszej rozmowie, warto jeszcze się przyjrzeć?
Najważniejszą kwestią jest potrzeba badań na ludziach, żeby stwierdzić, jakie biochemiczne i fizjologiczne zmiany w organizmie człowieka powoduje promieniowanie pól elektromagnetycznych.
Inna ważna kwestia to potrzeba sformowania takich grup ekspertów, które nie byłyby grupami wzajemnej adoracji, a forami do prawdziwej naukowej dyskusji.
Czy jest szansa na to, żeby w przyszłości dyskusja o wpływie pól elektromagnetycznych na zdrowie stała się bardziej produktywna i bardziej naukowa niż w tej chwili?
Nie, ja tego nie widzę. ICNIRP jest bardzo silny. WHO przeprowadza w tej chwili nową ewaluację tego, co wiadomo na temat efektów pól elektromagnetycznych na zdrowie. Robi się to w ogromnej tajemnicy, a ludzie, którzy przygotowywali wstępne przeglądy badań na ten temat, są w większości afiliowani przy ICNIRP. Ci, którzy proponowali własne opinie niezgodne ze stanowiskiem ICNIRP, byli eliminowani. Dlatego myślę, że nowa ewaluacja WHO ogłosi, że w sprawie wpływu pól elektromagnetycznych na zdrowie nic złego się nie dzieje, nie ma powodów do obaw. Będzie to ostatni „gwóźdź do trumny” badań nad tym tematem. Nic się więcej nie zrobi.
Wobec tego ostateczna konkluzja naszej rozmowy wydaje się być zdecydowanie negatywna?
Tak, bardzo pesymistyczna.
Nic się nie zmieni.
Jeden z moich ostatnich artykułów poświęciłem właśnie potrzebie debaty naukowej.
Czy zamierza pan dalej udzielać się na różnych forach i wzywać do kontynuowania debaty, pomimo tak negatywnych widoków na przyszłość?
Tak, ponieważ potrzebujemy debaty takiego rodzaju, jaką zorganizowała Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem w 2011 roku.
Życzę panu powodzenia w dalszej pracy. Jest to bardzo ważna działalność. Dziękuję serdecznie za rozmowę.