Rozmowa

Survival to kwestia psychiki. Jak możesz przygotować się na sytuacje kryzysowe

Mężczyzna podziwiający widok gór
fot. Ekaterina Sazonova on Unsplash

Z Krzysztofem J. Kwiatkowskim rozmawiamy o tym, że warto konfrontować się z trudnymi sytuacjami, warto wystawiać swoje ciało na próby, ale nie warto bać się drugiego człowieka.

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. Survival po polsku. Filozofia życia).

Rafał Górski: „Zawsze było tak, że każdy miał dostęp do radia na baterie. A ile osób dziś ma urządzenie komunikacyjne, które nie jest zależne od technologii cyfrowych i elektrycznych? Nie powinniśmy zakładać, że odporność, jaką mieliśmy, gdy dorastaliśmy, jest taka sama teraz, ponieważ społeczeństwo uległo cyfryzacji”. Tak zaapelował wicepremier Wielkiej Brytanii Oliver Dowden do obywateli w grudniu 2023 roku. Wskazał konieczność przygotowania się na ewentualne pandemie, klęski żywiołowe, ataki cybernetyczne. Co Pan na to?

Krzysztof J. Kwiatkowski: Na pewno powinniśmy być przygotowani na różne trudne sytuacje i raczej w każdym domu, który ma oświetlenie elektryczne, znajdują się jakieś świeczki i w razie przerwy w dostawie prądu, będzie można to światełko zapalić. To nie jest nic nienaturalnego, powinniśmy być zaopatrzeni w rozmaite rzeczy, które nam się przydadzą w trudnej sytuacji.

Sprawa jest dużo poważniejsza, kiedy sytuacja kryzysowa trwa dłużej, bo zapasy się wyczerpują i może nam ich starczyć na miesiąc, dwa. Gdyby zrobiło się naprawdę groźnie, to okazałoby się, że powinniśmy mieć całą piwniczkę zapełnioną podobnymi rzeczami. Trudno jest mi wyrokować, bo sam nie przeżyłem takich ciężkich sytuacji.

Wicepremier Wielkiej Brytanii wspomina też o radioodbiornikach na baterie w wypadku braku prądu czy ataku cybernetycznego. Kiedy przestajemy mieć łączność ze światem, nie słyszymy komunikatów, które mogą być do nas nadawane. I co wtedy?

Mam dwa radia na baterie. Wyjeżdżałem w Bieszczady i tam czasem słuchałem radia z ciekawości, żeby nie tracić kontaktu ze światem. Bieszczady właściwie rozpoczęły moją erę survivalową, choć wtedy nie używałem słowa „survival”.

A zaczęło się od tego, że w latach 90. organizowałem dla dzieci moich przyjaciół i znajomych dwutygodniowe wyjazdy w dzikie Bieszczady. Znaleźliśmy sobie bardzo dobre miejsca i jeździliśmy tam przez ponad dziesięć lat.

Zaprzyjaźniliśmy się z tym światem. Właśnie tam jeden z chłopców użył tego słowa. Powiedział: „To zupełnie tak, jakbyśmy uprawiali survival”. Zastanowiłem się i stwierdziłem, że to określenie faktycznie pasuje. My po prostu zorganizowaliśmy sobie życie: musieliśmy chodzić dosyć daleko po posiłki, kupować różne zapasy w sklepiku, mieć narzędzia, które nam pomagały żyć w lesie, czyli jakieś noże, toporki. Miałem, oczywiście, na to zgody Nadleśnictwa, żeby nie było problemów. Wszyscy uczyli się po prostu bytowania.

Mieliśmy to, co sobie sami zorganizowaliśmy, robiliśmy piesze wyprawy. Niektórzy gotowali po raz pierwszy w swoim życiu. Nikt w domu im tego nie pokazywał, a tu musieli sobie coś ugotować. Tłumaczyłem, w jaki sposób ma to przebiegać, jak przyprawić. Cudnie było. Tuż koło nas płynął wspaniały, czysty strumień, więc nie było problemu z wodą do picia czy do mycia. Mieliśmy wielką frajdę.

Wtedy pojawił się pomysł napisania książki „Survival po polsku”? Zacytuję z niej szczególnie ciekawy dla mnie wątek: „Survival nie wymaga, by ktokolwiek musiał łowić ryby i się nimi żywić, by musiał rozpalać ognisko trąc kawałki drewna (można to w dalszym ciągu robić przy użyciu zapałek albo zapalniczki), by musiał przechodzić w pełnym rynsztunku przez bagna oraz musiał spać w szałasie, własnoręcznie sporządzonym z patyków i skóry żubra”.

Kiedy po powrocie do domu zerknąłem do internetu, okazało się, że rzeczywiście nasz wyjazd miał troszkę formę survivalu. Wtedy jeszcze nie miałem świadomości, że survival to tak naprawdę praca z psychiką człowieka.

Trzeba było umieć opanować pewne dziecięce niepokoje, lęki, kiedy na przykład koło nas pojawiały się ślady niedźwiedzi. Nabieraliśmy wszyscy, łącznie ze mną, samodzielności i uczyliśmy się przełamywania strachu.

Przecież byliśmy w tym lesie również w nocy, kiedy robiło się ciemno! Dla mnie ciemność nie jest problemem, ale dla wielu osób początkujących to był problem.

Przebywaliście w lesie zupełnie bez elektryczności?

Mieliśmy latarki. To było jedyna elektryczność używana przez nas, bo czasem trzeba było sobie w nocy poświecić.

Czym jest survival po polsku?

Zanim survival dotarł do Polski, był bardzo popularny w innych krajach. Dużo dowiedziałem się o survivalu uprawianym w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii.

Jak o tym przeczytałem, to moja pierwsza myśl była taka, że w naszych polskich warunkach też możemy zakosztować takich przyjemności. Bo survival to jest, niewątpliwie, rzecz przyjemna i dająca ogromne przeżycia.

Moi podopieczni mieli, mniej więcej od dziesięciu do siedemnastu lat, czasem byli troszkę starsi. Nigdy wcześniej nie uczestniczyli w czymś takim, a tu spędzali dwa tygodnie w dzikim lesie, gdzie nie było nic, tylko nasze zaopatrzenie. I okazywało się, że wszystko idzie im dobrze, nawet rozpalanie ognia. A przecież to była dla nich nowość, bardzo często zupełnie nie wiedzieli, jak się do tego zabrać, a potem radzili sobie fantastycznie.

Na jednym z obozów zebraliśmy ze strumienia kamienie, wygrzebaliśmy mnóstwo mułu rzecznego i zbudowaliśmy piec – autentyczny piec, z paleniskiem, kominem, miejscem, gdzie się wstawiało duży garnek i mogliśmy sobie coś gotować. To nie była taka typowa prowizorka, tylko stworzyliśmy własną cywilizację.

Jak to, co Pan opowiada w swoich książkach, można przełożyć na praktykę zwykłego Kowalskiego, który nie żyje w dzikim lesie w Bieszczadach, tylko po prostu funkcjonuje w większym lub mniejszym mieście? Czy taka osoba w ogóle może mieć jakikolwiek związek z survivalem po polsku? Czy to się jakoś łączy?

Tak, już istnieje pojęcie miejskiego survivalu. Nazywamy tak sposób radzenia sobie na wszelkich tak zwanych „zakazanych ulicach”, gdzie mieszkają ludzie, którzy są mniej kulturalni i gdzie, zwłaszcza wieczorem, można oberwać.

W moim mieście, w Łodzi, jest taka ulica o nazwie Wschodnia i Łódź od zawsze wiedziała, że to jest ulica zakazana po zmroku. Przez jakiś czas byłem kuratorem nieletnich i właśnie na Wschodniej miałem podopiecznego, który wracał o dziwnych porach do domu. Chciałem to sprawdzić, więc tam poszedłem, ale nie zastałem go w mieszkaniu. Zaczęło się robić ciemno, więc postanowiłem poczekać na niego przed bramą. Nagle po drugiej stronie ulicy pojawiło się kilku mężczyzn, którzy się lekko zataczali. Kiedy mnie zobaczyli, zrobili gwałtowny zwrot i skierowali się w moją stronę. Szybko oceniłem sytuację i ruszyłem w ich kierunku. Spotkaliśmy się pośrodku drogi. Powiedziałem do nich: „Panowie, macie jakiegoś papierosa, bo już nie wyrabiam…”. Ludzie tego typu wiedzą, co to znaczy brak papierosa. Nagle wyciągnęli swoje paczki i powiedzieli, żebym się częstował. A na moje oko mieli początkowo wyraźnie inne zamiary. Może myśleli: „Co tam jakiś obcy stoi, zaraz go zaczepimy!”. Ale wszystko obróciło się na moją korzyść. Oczywiście, wziąłem tego papierosa, czasami sobie popalam.

Z tego, co Pan mówi, odczytuję, że survival po polsku to sztuka odnajdywania się w różnych sytuacjach, niekoniecznie komfortowych, radzenia sobie z nimi. Przypomina mi się w tym miejscu to, co pisał Andrzej Trembaczowski w książce „Zanim wyruszysz, czyli coś o survivalu”: „Wyrzeczenie się wygód hartuje. Wyrabia charakter, zwłaszcza takie wspaniałe cechy, jak dzielność, wytrwałość, odpowiedzialność, odwaga. Cechy przydatne każdemu człowiekowi, zanikające, niestety, w mięczakowatych społeczeństwach”.

Można tak powiedzieć. Przede wszystkim powinniśmy mieć zdolność szybkiego oceniania sytuacji. Czy ona jest zagrożeniem dla nas, czy nie. Czy jesteśmy w stanie sobie poradzić, bo znamy jakieś sposoby, czy też musimy pokombinować. Zauważyłem, że raczej jestem wyjątkiem, jeśli chodzi o szybkość znajdowania rozwiązań.

Bardzo szybko przychodzi do mnie pomysł, wiem, jak się zachować. Bywałem w różnych nieprzewidzianych sytuacjach. Kiedyś w nocy, w terenie, na kompletnej obczyźnie popsuł mi się samochód. Rozejrzałem się, gdzie widać jakieś światła i poszedłem do ludzi, zapytać o mechanika, uzyskać jakąś pomoc. Okazało się, że dobrze trafiłem.

Już wiele lat temu nabyłem takiej zdolności, że nie jestem porażony tym, co się dzieje. I to bardzo mi pomagało w pracy w Ośrodku Wychowawczym z tzw. trudnymi chłopcami. Byłem zawsze zrównoważony, spokojny, ogarniałem wszystko szybko i znajdowałem wyjście. W takim miejscu jak ośrodek wychowawczy to był dla mnie po prostu cud. Bardzo szybko łapałem dobry kontakt z chłopcami, którzy zmagali się z różnymi zaburzeniami. Oni czuli się tam przecież więźniami, a każdy wychowawca to był wróg. Niektórzy szybko się przyzwyczajali, a inni byli długo bardzo nastroszeni, nie dało się z nim pogadać… Czy będę mógł użyć brzydkiego słowa?

Dobrze.

Akurat miałem wolny dzień, ale lubiłem sobie wpaść do Ośrodka i zobaczyć, co się dzieje. Przy drzwiach stali chłopcy, którzy się ze mną przywitali. „Dzień dobry, Panie Krzyśku!” –  krzyknęli radośnie. Wchodzę na trzecie piętro i widzę, że na samym końcu, przy balustradzie stoi chłopak, którego nie znam. Pytam: „Jesteś nowy? Teraz przyjechałeś?”, a ten krótko odpowiada: „Spierdalaj”. Odpowiedziałem: „OK, spierdalam” i zacząłem schodzić na dół po rzeczy, po które przyszedłem. I już wychodzę z budynku i widzę, że on tam stoi. Podchodzi i mówi: „Proszę Pana, ja bardzo przepraszam, że do Pana tak powiedziałem… Ja nie wiedziałem, że do Pana tak nie można mówić”. Po prostu chłopcy go poinstruowali, kto ja jestem i jak należy się do mnie odnosić. No, to była rzeczywiście niezwykła niespodzianka.

Lubiłem tę robotę w Ośrodku. Miałem tam kolegę, który zmarł w ubiegłym roku. Razem prowadziliśmy grupę i to był nasz autentyczny raj. Myśmy kochali to miejsce ze względu na to, jak ułożyły się relacje między nami i wychowankami. Któregoś dnia zadaję swoim chłopakom takie pytanie: „Powiedzcie mi, na czym to polega, że wy nie sprawiacie nam żadnych kłopotów? Dlaczego jest tak dobrze?”. Powiedzieli: „Panie Krzyśku, trzeba być nie wiadomo jakim idiotą, żeby coś takiego zepsuć”.

Rozumiem, podeszli do tego praktycznie, bardzo racjonalnie.

„Znajomość samego siebie jest właśnie podstawowym kluczem do przetrwania”. Proszę o rozwinięcie tej refleksji z Pana książki.

Znam mnóstwo ludzi, którzy po prostu żyją: chodzą, jedzą, załatwiają swoje sprawy, natomiast na pytania: „Powiedz mi, jaki jesteś? Opowiedz mi o swojej psychice” w ogóle nie potrafią odpowiedzieć.

Ja jestem bardzo świadomy samego siebie. Wiem, na co mnie stać, wierzę w siebie, wiem, że sobie poradzę w każdej sytuacji. I stąd jest we mnie taka swoboda, nie spinam się w ogóle. Ja nie byłem wychowawcą krzyczącym, zawsze rozmawiałem, tłumaczyłem, mieliśmy z podopiecznymi normalne relacje. A wychowankowie zwykle nienawidzili wychowawców, nie chcieli się poddać, nie zamierzali z nikim rozmawiać, wykonywać poleceń.

A jak, Pana zdaniem, nasi Czytelnicy mogliby się zastosować do tej refleksji. Jak przeciętny Kowalski może rozwijać znajomość siebie na co dzień?

Pierwszy problem, który stoi przed ludźmi, to jak się zachowywać wobec innych ludzi. Bo z krzesłem się nie pokłócę, najwyżej się wścieknę, jak się pode mną złoży, bo zbyt gwałtownie usiadłem. Ja bym nie zareagował w gwałtowny sposób, po prostu bym stwierdził, że krzesło się zepsuło i to wszystko. Natomiast ludzie natychmiast mają złe emocje i nagle wariują. Uważam, że jeżeli ktoś ma to poczucie, że sobie radzi, to nie ulega tak łatwo złym emocjom, bo jest pewien, że będzie dobrze.

Ludzie na ogół nie znają swoich możliwości, nie wypróbowują się w rozmaitych sytuacjach. Czasem mamy do czynienia z kilkoma osobami, które wyglądają groźnie, czasem mamy jednego przeciwnika, który chwieje się na nogach i ma ochotę kogoś walnąć. Natychmiast coś w nas zaczyna wzbierać i nie wiadomo: uciekać czy nie? A może on będzie szybszy? My tego nie wiemy, bo nie wiemy czegoś o sobie. Jeżeli umiemy zagadać, zachować się w określony sposób, to jesteśmy bezpieczni. Czasem może być to sposób, którego byśmy się po sobie nie spodziewali. Jestem szczęściarzem, bo mam pomysły natychmiast. Myślę, że to dzięki temu, że uczestniczyłem w bardzo wielu zdarzeniach, nabyłem doświadczenia. Mam cechy pozwalające mi łatwo wygrzebać się z jakiejś pułapki.

Poza tym zawsze byłem czynny, nie było we mnie bierności, nie musiałem się do niczego zbierać, robić głębokich analiz, bo mnogość doświadczeń pozwala właśnie na szybkie reakcje.

Czyli jakimś sposobem na to, żeby tę zdolność przetrwania w sobie wyrabiać, jest doświadczanie różnych sytuacji?

Tak i niesiedzenie w jednym klimacie. Mam fajnych kolegów, jestem tylko z nimi… Czasem warto poznać niefajnych kolegów. Ja poznawałem niefajnych kolegów, którzy później robili się fajni, dzięki temu, że oni poczuli, że są aprobowani przeze mnie. Dobrze się razem czuliśmy.

Zacytuję jeszcze jeden fragment: „Powinniśmy uznać, że trzydniowa, a dla niektórych nawet tygodniowa, przerwa w jedzeniu nie powinna nikogo drastycznie osłabić. Będąc niewolnikami własnego komfortu, nie potrafimy poradzić sobie z poczuciem głodu. Sam nauczyłem się nie odczuwać negatywnych emocji podczas trzydniowego niejedzenia, dlatego bywam zdziwiony, kiedy ktoś jęczy, że od trzech godzin niczego nie jadł, bo obiad się spóźnił”.

Bardzo się ucieszyłem, że Pan wspomina o głodówkach. Ja je nazywam postami. Sam od dwóch miesięcy ćwiczę to doświadczenie. Kiedyś nie wyobrażałem sobie, że można nie jeść przez, załóżmy, 36 godzin, a Pan mówi nawet o trzech dniach.

Zaciekawiło mnie to, że przeglądając literaturę związaną z survivalem, zauważyłem, że rzadko pojawia się ten wątek – że post jest elementem survivalu, który warto sobie dozować, bo dzięki temu uczymy się sztuki przetrwania.

Nagły post u kogoś, kto tego nie doświadczał, powoduje frustrację. Taka osoba czuje się fatalnie, zwłaszcza że organizm faktycznie reaguje w sposób bardzo nieprzyjemny: pojawia się pustka w brzuchu, nie czujemy żadnych smaków. To wszystko powoduje, że możemy być rozdrażnieni, wściekli, a nawet nieszczęśliwi. Tymczasem nie jest to zjawisko obce człowiekowi. Pomyślmy o ludach głodujących, które mają to na co dzień i też czasem przez kilka dni nie jedzą. Po prostu są do tego przyzwyczajeni. Głód człowieka, który jada regularnie, jest zupełnie innym głodem niż głód człowieka, który bardzo długo nie jadł, ale jest do tego przyzwyczajony.

Dlaczego mamy tak dużo porad na temat tego, jaki nóż survivalowy mamy sobie kupić albo jaki plecak czy spodnie, natomiast jest taka znikoma ilość tekstów i materiałów związanym z zagadnieniem jedzenia i postu?

Survivalowcy uznali, że survival może się odbywać tylko wtedy, kiedy mam bardzo dobry nóż, odpowiednie ciuchy itp. A przecież mogę mieć jakieś strzępki ubrania na sobie…

Jeśli chodzi o post, to sprawa jest taka, że nieprzyzwyczajony organizm stwarza problemy. Organizm, który nauczył się głodówki, jest zupełnie spokojny. Mamy w sobie bardzo duże zapasy, naprawdę. Możemy korzystać z życia nie jedząc przez długi okres i to było sprawdzane w trudnych czasach, na przykład okupacji.

Jest coś dziwnego w tym, że ludzie są głodni zwłaszcza wtedy, kiedy wiedzą, że mają blisko sklep. Bo kiedy byliśmy naprawdę oddaleni od sklepu, to okazywało się, że niektórzy nie mieli ochoty specjalnie wędrować i decydowali: „No dobra, to dzisiaj nic nie jem”. Zresztą zawsze można mieć jakieś zapasy, na przykład suchary, które nie są jedzeniem, ale człowiek czuje, że coś pochrupał i to daje ulgę. Oczywiście nie mówimy o głodzeniu się, nie o to chodzi.

Jakie jeszcze polecałby Pan testy, które by nas przygotowywały do sztuki przetrwania, do momentu, kiedy na przykład wystąpi dwu-, trzy-, czterotygodniowy brak w dostępie do prądu lub jakiś cyberatak, o którym coraz częściej mówi się w debacie publicznej. Co można jeszcze innego testować w takich warunkach, które mamy dzisiaj – raczej cieplarnianych niż kryzysowych?

Jedną z takich rzeczy jest samotność, bycie samemu. Nie mieć nikogo, do kogo można się odezwać i poprosić o pomoc czy o poradę.

Następna rzecz: my cały czas korzystamy z dobrodziejstw cywilizacyjnych. Ja wielokrotnie spałem po prostu na trawie, w lesie, też zimą. Byliśmy wtedy na wyjeździe zimowym z kolegami. Najpierw spaliśmy w namiocie, potem któryś zrobił sobie szałas. Ja próbowałem spać w śpiworze na legowisku z gałęzi, żeby uniknąć bezpośredniego kontaktu ze śniegiem, żeby nie roztapiać go ciałem i nie mieć później mokrej odzieży, która zacznie zamarzać na mnie. Po pierwszej nocy na zimnie odkryłem jedną rzecz: bezwzględnie będę unikał spania w butach. Okazało się, że buty powodują, że nogi straszliwie marzną. Być może jest wtedy słabsze krążenie. Bez butów spałem już spokojnie. Było to moje pierwsze doświadczenie.

A propos zimna, to kiedyś też pozwoliłem sobie zimą cały tydzień spać przy otwartym oknie, zakręconym kaloryferze, tylko pod kocem, bez piżamy. Okazało się to chyba dla mnie zbawienne, ponieważ od tamtego czasu w ogóle nie marznę. Nie noszę rękawiczek i nie mam zmarzniętych rąk. Po prostu mój organizm się przestawił.

Ludzie mają bardzo elastyczny organizm. Jeżeli oczywiście nie serwujemy mu doświadczeń drastycznych takich jak kąpiel w przerębli. Wtedy jest źle. Ale mnóstwo ludzi przecież morsuje i nie umiera od tego, ale trzeba się przygotować.

Ja mimo że nie mam na sobie tkanki tłuszczowej, która by mnie chroniła, nie marznę. Sprawdziłem, że to możliwe i byłem przeszczęśliwy. A ludzie się wszystkiego boją. Jeżeli się nie spróbuje, nie doświadczy, to nie ma się też satysfakcji.

Co jeszcze możemy testować, oprócz samotności, postu, spania w lesie?

Może obecność niedźwiedzia. Kiedyś niedźwiedź przechodził przez drogę, na której się znajdowałem. Pewnie zabrzmi to śmiesznie, ale na mój widok zrobił w tył zwrot i sobie poszedł. Nie był nastawiony agresywnie i dlatego opuścił to miejsce. Myślę, że mogło się tak zdarzyć między innymi dlatego, że nie okazywałem strachu. Naprawdę. Zwierzęta czują nasz strach i wtedy mogą zaatakować.

Przypomina mi się tytuł książki „Jak przeżyć koniec świata, który znamy”. Autor polecał, żeby od czasu do czasu robić sobie taki test w mieszkaniu, w domu, wśród rodziny: po powrocie z pracy w piątek wyłączamy elektryczność i tak funkcjonujemy przez weekend, i doświadczamy różnych sytuacji, które nas czegoś uczą.

Owszem, wyłączenia światła się zdarzają. Ja nie potrzebuję świeczki do poruszania się po swoim mieszkaniu, bo wiem, gdzie co stoi i gdzie skręcić. Może byłoby troszkę trudniej, gdybym znajdował się w cudzym mieszkaniu, ale przecież mam ręce. One pomagają mi wytropić ewentualne przeszkody. Wzrok też się przyzwyczaja do ciemności. Nie ma ciemności absolutnej, chyba że wszystko byłoby zamurowane.

Wracając do Pana książek: odnotowałem sobie, że pierwszą zaczął Pan pisać w 1993 roku. Co ważnego zmieniło się od tamtego czasu w temacie, który dzisiaj poruszamy?

Niewiele. Po prostu w kolejnych książkach znalazłem więcej pomysłów, żeby coś opisać. Wtedy to było moje pierwsze pisanie, wprawka powiedziałbym. Mam nadzieję, że udane. Od tamtej chwili wiele osób odważyło się na survivalowanie, więc to oznacza, że temat ma aprobatę i wielu ludziom się bardzo podoba.

Przypomniał mi Pan moją historię, kiedy kilkanaście lat temu zacząłem uczestniczyć w maratonie ekstremalnym po Beskidzie Wyspowym o nazwie „Kierat”. To bieg na orientację – sto kilometrów w trzydzieści godzin. Pamiętam swoje pierwsze przejście – ukończyłem je, ale podeszwy stóp były zmasakrowane. Teraz, po kilkunastu latach, te stopy mają się już całkiem dobrze, bo jeżdżę co roku. To też jest jakaś forma uczenia się, przyzwyczajania organizmu do ekstremalnej sytuacji.

Jest na to jedno słowo: trening. Jeżeli coś się robi i to się nam udaje, to następnym razem robimy to w bardziej odważny sposób, a później próbujemy jeszcze odważniej.

Skoro tamto wyszło, to i teraz wyjdzie, mimo że mam mniej odzieży na sobie czy w ogóle idę boso… Łaziłem boso po śniegu i nie doznałem żadnych przykrych wrażeń.

Gdyby ktoś zaciekawiony tą naszą rozmową, chciał zacząć swoją przygodę z survivalem, to jaką książkę proponuje Pan na początku przeczytać? Spośród tych, które Pan napisał.

Nie umiem powiedzieć, naprawdę. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie, bo to są sprawy indywidualne… A kiedy do książki wróci, to znajdzie następne rzeczy dla siebie. Sądzę, że tak to się odbywa. Mogę za to polecić ostatnią książkę, jakiej jestem współautorem Leśny survival”.

A Pan ceni jakąś książkę szczególnie? Jakąś, którą Pan przeczytał, a która nie jest Pana autorstwa?

Mam dużo książek o survivalu i są one w sumie dosyć podobne, dlatego że zajmują się przede wszystkim technikami radzenia sobie w rożnych sytuacjach. Ja znacznie mocniej poszedłem w stronę psychiki ludzkiej, bo to ona sprawia, że możemy nic nie mieć i przeżyjemy. Ważna jest umiejętność opanowywania paniki, znajomość własnego organizmu, pewność tego, że szybko znajdziemy jakieś rozwiązanie w danej sytuacji. Przecież jeżeli nocujesz w lesie i zmarzniesz w nocy, to nie jest wstyd udać się do ludzi z wioski i poprosić o przenocowanie.

Bardzo dużo nauczyłem się od ojca, który nie zajmował się ze mną survivalem, ale organizował nam różne wyprawy. Naszą najważniejszą wyprawą była rowerowa wyprawa na Pojezierze Mazurskie. Tam nocowaliśmy pod drzewami, ojciec rozpalał ognisko, ja  uczyłem się przy okazji.

Pamiętam, jak pewnego razu ojciec po prostu wszedł do jakiegoś domu i spytał, czy pani gospodyni byłaby nam w stanie zrobić obiad, za który zapłacimy. Pani spytała: „A co panowie by chcieli zjeść?“. Ojciec odpowiedział: „No, mogą być kluski na mleku, po prostu“. „A może jajecznica?“. „No, jajecznica mogłaby też być.“ „A może ziemniaczki zrobię?“ I ona tak pytała, pytała i nagle postawiła przed nami wszystko to, co wymieniła (śmiech).

Spojrzeliśmy na siebie i westchnęliśmy. Po zjedzeniu tego wszystkiego ciężko nam było iść, tak byliśmy napchani żarciem. Spotyka się dobre dusze, które widząc kogoś, kto zwraca się do nich z prośbą, natychmiast są gotowe do pomocy. To jest bardzo ważne. Ojciec po tej naszej wyprawie powiedział: „Pamiętaj, jeżeli masz problem – idź do ludzi. Zawsze ktoś ci pomoże”. I faktycznie, ludzie bardzo chętnie pomagają. Jeżeli oczywiście mówi się ładnym polskim słowem, wygląda się przyzwoicie, w oczach jest sympatia. Ludzie to wyczuwają.

Pana ojciec tym stwierdzeniem: „Jeżeli masz problem – idź do ludzi”, daje nam taką konkretną radę, jak przeżyć. A jakie Pan ma rady dla osób, które chcą rozpocząć swoją przygodę z survivalem?

Jest takie proste powiedzenie: „Nie panikuj”. Patrzymy na ludzi, którzy panikują i widzimy, że mówienie „nie panikuj” nic nie daje. W momencie kiedy ktoś panikuje, trzeba go po prostu przygarnąć, objąć ramieniem, pocieszyć, powiedzieć dobre słowo i zapewnić: „Słuchaj, ja Ci pomogę, jakby co”. Wtedy rodzi się w kimś nadzieja. Jeżeli ja powiem: „Przestań panikować” i sobie pójdę, to – sorry – to nic nie zmieni. To jak uszczypliwa uwaga typu: „Nie wariuj. Człowieku, no co Ty?”.

No dobrze, a jakaś trzecia rada?

Zacznij, człowieku, robić jak najwięcej nowych rzeczy, których dotąd nie robiłeś. Oczywiście – nie wysadzaj się w powietrze, tylko rób to, co jest ci nieznane. Zrób to po raz pierwszy, a później powtórz.

Zauważysz, że drugi raz wyszło ci lepiej, trzeci – jeszcze lepiej, a później już jesteś mistrzem. To buduje doświadczenie. Powtarzanie powoduje, że poznajesz siebie i wiesz, co ci pomaga, a co przeszkadza. I nie dawaj się pokonywać. To jest ogromna siła.

Ostatnie pytanie: jakiego pytania w temacie survivalu nikt Panu jeszcze nie zadał i jaka jest na nie odpowiedź?

(śmiech) Nie wiem… Pytań zawsze było dużo: o samą istotę survivalu, co z tego mam, czy ja to lubię? Czasem pojawiały się pytania o bycie samotnym. Stwierdziłem, że to dla mnie żaden problem. To jest przyjemność, żeby wyjść samodzielnie z trudnej sytuacji. Radocha wynika z tego, że umiem wybrnąć. W dodatku sumowanie takich doświadczeń powoduje, że człowiek nagle czuje się prawie niepokonany.

Nigdy się nie zawahałem czy wtrącić się w jakieś trudne sytuacje między ludźmi, którzy chcieli sobie dać po mordzie. Wkraczałem, podchodziłem, spokojnie mówiłem do nich i wszystko kończyło się dobrze. Ja po prostu nie mam obaw, tak zwane „lumpy” mnie nie przerażają. Zagaduję do nich, pytam: czy tu jest jakiś dobry sklep z piwkiem w pobliżu? Czy poczęstują papierosem? To są bliskie im tematy, w związku z tym łatwo jest im odpowiedzieć i nagle mamy coś wspólnego. Warto pamiętać o języku wspólnotowym.

Dziękuję za rozmowę.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 235 / (27) 2024

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura # Zdrowie

Być może zainteresują Cię również: