fbpx

Rozmowa

Tropiciele pestycydów

Badanie żywności
Badanie żywności, fot. źródło Artur Miszczak

Z dr. Arturem Miszczakiem rozmawiamy o badaniu żywności, o tym, co jemy, o jakości żywności na naszym rynku i szukaniu w niej pozostałości pestycydów.

Przemysław Stańczak: Czym zajmuje się Zakład Badania Bezpieczeństwa Żywności, którego jest Pan kierownikiem?

dr Artur Miszczak: To, co wykonujemy, fachowo nazywa się badaniem pozostałości środków ochrony roślin, a w praktyce chodzi o badanie pozostałości po opryskach, które wykonują rolnicy.

Dbamy o to, aby nasza żywność była wolna od zanieczyszczeń pestycydami. Jako zakład wykonujemy takie badania od ponad 20 lat i spotykamy się z rozlicznymi problemami.

Główna działalność zakładu jest związana z analityką, która nie mogłaby być wykonywana bez dostępu do odpowiedniej, niestety bardzo drogiej, aparatury. Dzięki niej możemy przeprowadzać odpowiednio szeroki zakres badań żywności. Problem polega na tym, że substancji chemicznych, które analizujemy, czyli pestycydów, jest dużo – grubo ponad tysiąc. Są wśród nich substancje zarejestrowane i niezarejestrowane, czyli wycofane z użycia – zarówno w Unii Europejskiej, jak i na świecie. Czasami trzeba sprawdzić towar, który przychodzi z zewnątrz, także spoza UE. Przy zastosowaniu wszystkich metod analitycznych potrafimy w tej chwili ocenić próbkę na obecność ponad 500 różnych substancji, które są pestycydami i metabolitami tych pestycydów, a których zawartość trzeba mierzyć, bo tego wymaga prawo.

Pracujemy w Instytucie Ogrodnictwa – Państwowym Instytucie Badawczym, który jest placówką badawczo-naukową, więc oczywiście prowadzimy prace przy realizacji różnego rodzaju projektów naukowych, ale nasza główna działalność to przede wszystkim współpraca z ministerstwami: Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Zdrowia. Jednym z większych realizowanych przez nas projektów są badania monitoringowe zlecane przez MRiRW, dotyczące sprawdzania prawidłowości stosowania środków ochrony roślin. Kontrolę faktycznie prowadzi Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORIN), która przesyła próbki pochodzące ze wszystkich upraw w Polsce. Celem jest weryfikacja, czy rolnicy prawidłowo stosują środki na swoich uprawach. Prawidłowe stosowanie tych środków oznacza stosowanie ich zgodnie z zaleceniami producenta, umieszczonymi na etykietach. Zagadnienia te reguluje prawo unijne i krajowe, gdyż za wprowadzanie do obrotu konkretnych środków ochrony roślin i nadzór nad ich stosowaniem odpowiada Minister Rolnictwa.

Poza tym obsługujemy jeszcze jednostki certyfikujące w rolnictwie ekologicznym, czyli sprawdzamy żywność ekologiczną. Jest to niewielki odsetek naszej działalności, której przeważająca część to działanie na rzecz prywatnych gospodarstw rolnych oraz różnej wielkości przedsiębiorstw sektora rolno-spożywczego. Jednak nikt albo prawie nikt nie robi tego z dobrej woli – prawo, a co za tym idzie wymogi stawiane przez kontrahentów handlowych, nakłada na producentów rolnych obowiązek zlecania badań pozostałości pestycydów w swoich produktach. Na przykład w zakładach produkcyjnych wdraża się systemy zarządzania jakością, tak zwane HACCP, które wymagają analizy krytycznych punktów procesu produkcji. Jednym z takich punktów są właśnie pozostałości pestycydów. Na wspólnym rynku europejskim funkcjonują ogólnounijne normy określające dopuszczalne ilości konkretnego pestycydu w danym produkcie. Jeśli ta wartość zostanie przekroczona, taki produkt nie może być wprowadzony na rynek.

Nasze laboratorium obsługuje również eksporterów, którzy wysyłają towar do różnych krajów i chcą sprawdzić, czy spełnia on obowiązujące wymogi. Codziennie otrzymujemy próbki do badań: różnych warzyw, owoców, produktów świeżych, suszonych i przetworzonych. Część przychodzi od państwowych służb, na przykład z PIORIN-u lub Sanepidu, a część od prywatnych zleceniodawców. Często obsługujemy nawet działkowców, którzy narzekają, że ktoś im opryskał ogródek i chcą sprawdzić, jakim środkiem.

W których produktach, czy też rodzajach żywności, które do Państwa trafiają, wykrywacie najwięcej pozostałości pestycydów? Czy można w ogóle określić taką grupę?

To jest częste pytanie: „co jest najgorsze?”, „co jest najlepsze?”. Nie jest łatwo w prosty sposób na nie odpowiedzieć. Jeśli wykonuje się wiele analiz, sytuacja wygląda w ten sposób, że za każdym razem, gdy sprawdzamy dane uprawy czy produkty, jest wśród nich jakaś grupa, w której naszymi metodami analitycznymi nie wykrywamy w zasadzie żadnych pozostałości. Jest również pewien odsetek próbek, w których pestycydów jest bardzo dużo, bo ktoś użył za dużo środków.

Na przestrzeni lat różne produkty miały swoje odmienne historie. Pamiętam, gdy kilkanaście lat temu był boom na eksport czarnej porzeczki do Niemiec, i wówczas rzesze ludzi zaczęły ją uprawiać – nawet ci, którzy się na tym nie znali, ale chcieli zrobić interes życia. Wtedy zaczęło się masowe stosowanie różnych środków ochrony roślin, nawet na wszelki wypadek, żeby jak najwięcej tej czarnej porzeczki wyprodukować i sprzedać z dużym zyskiem.

Opowiadałem później przez kilka lat na konferencjach, że to była najgorsza uprawa owoców, jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Tam było zawsze najwięcej przekroczeń i bardzo dużo wykrywanych pestycydów, nawet takich, które straciły już zezwolenie na stosowanie na obszarze UE. Gdy rynek się nasycił i zostali już tylko profesjonalni producenci, sytuacja wróciła do normy. Później podobnie było z kapustą pekińską. W tej chwili widzimy, że koperek i koper ogrodowy często są skażone sporymi ilościami pestycydów. Gdy wzrosła cena pietruszki, od razu zaobserwowaliśmy w niej wzrost pozostałości środków ochrony roślin, gdyż ludzie chcieli jak najszybciej zarobić. Jest taka korelacja.

Czy pamięta Pan, jaki produkt miał największe przekroczenie, ile wynosiło i jak to się miało do przyjętych norm?

Na to pytanie również nie ma prostych odpowiedzi. Dla kogoś z zewnątrz wydawałoby się, że sprawa jest oczywista – trzeba porównać wykrytą zawartość danego pestycydu do obowiązującej normy. Pozostałości po środkach ochrony roślin najczęściej wykrywane są w ilościach poniżej 0,1 mg/kg, ale zdarzają się wyjątki. Wartości podane w obowiązujących normach [rozporządzenie (WE) nr 395/2005] nie są stałe i podlegają zmianom. Wynika to z periodycznie przeprowadzanych ocen potencjalnej szkodliwości danych pestycydów, dokonywanych przez Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA).

Można tu przytoczyć przykład ostatnio wycofanego z użycia na obszarze UE, dotychczas bardzo szeroko stosowanego insektycydu – chloropiryfosu. Zanim go wycofano, jego norma dla jabłek wynosiła 0,5 mg/kg. Po zastosowaniu zgodnym ze wskazaniami był wykrywany w ilościach 20-30% obowiązującej normy, czyli w okolicach 0,1 mg/kg. Obecnie, po jego wycofaniu ze względu na szkodliwość (zwłaszcza dla dzieci), norma została zmieniona na 0,01 mg/kg. Czyli wykrycie na poziomie 0,1 mg/kg w stosunku do normy 0,01mg/kg to dziesięciokrotne przekroczenie, które wyklucza wprowadzenie produktu z taką zawartością chloropiryfosu na rynek. Wielkość przekroczenia zależy od normy, która aktualnie obowiązuje, więc te same wyniki, które wcześniej nie stanowiły przekroczenia, nagle okazują się być dziesięć lub więcej razy za wysokie.

Pestycydy, będące substancjami aktywnymi środków ochrony roślin, są chemicznie i przede wszystkim toksykologicznie substancjami o różnym znaczeniu dla naszego zdrowia oraz dla fauny i flory w otaczającym nas środowisku. Jeśli sprawdzimy próbkę na obecność 500 substancji, to do każdej z nich trzeba podejść indywidualnie. Niekiedy ciężko jest o jednoznaczną interpretację, zwłaszcza gdy mówimy o wykryciu pozostałości kilku substancji w jednej próbce. Norma może być bardzo rygorystyczna dlatego, że z jakiegoś powodu wycofano dany środek z użycia, albo producent nie zdecydował się przedłużyć jego rejestracji. Wówczas łatwo o wysokie przekroczenia, ale to, czy dana substancja w danym stężeniu jest trująca, czy nie, to już kwestia interpretacji wydanych przez toksykologów. Dlatego rzecz nie jest taka prosta, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Jako laboratorium chemiczne mamy za zadanie prawidłowo oznaczyć (jakościowo i ilościowo) pozostałości pestycydów w próbkach i ewentualnie odnieść je do norm obowiązujących w specjalnym rozporządzeniu dotyczącym dopuszczalnej zawartości pestycydów w żywności. Nie decydujemy bezpośrednio o dalszym losie badanego produktu.

Utarło się przekonanie, że polska żywność jest jakościowo lepsza niż ta „z Zachodu”. Jak to wygląda z perspektywy osoby, która na co dzień zajmuje się badaniem żywności? Czy naprawdę możemy być dumni z polskiego rolnictwa?

To jest w dużej mierze myślenie życzeniowe. Próbki, które otrzymujemy z poszczególnych krajów, różnią się trochę ze względu na inną kulturę rolniczą, historię, zarejestrowane preparaty czy klimat, więc wykrywamy pozostałości innych pestycydów. Np. na szpinaku pochodzącym z Węgier mogą być trochę inne pestycydy niż na szpinaku wyprodukowanym w Polsce, bo jest inaczej chroniony.

Uważam, że nasza żywność nie jest ani lepsza, ani gorsza od tak zwanej zachodniej. Żywność w UE jest obecnie zunifikowana – tworzymy jeden obszar gospodarczy, a prawo żywnościowe jest nadrzędne nad krajowym i jest jednakowe dla wszystkich krajów wspólnoty.

Podobne są procedury wprowadzania i wycofywania środków ochrony roślin oraz procedury obowiązujące rolników. W każdym z krajów UE prowadzone są badania monitoringowe pozostałości pestycydów i są one publikowane na stronach Komisji Europejskiej – w Polsce odpowiedzialny jest za to Sanepid, a my niekiedy ich wspomagamy. Badana jest żywność z półek sklepowych.

W specjalnych rozporządzeniach Komisji Europejskiej wymieniane są produkty, które w danym roku będą sprawdzane pod kątem konkretnych pozostałości. Na podstawie raportów przygotowywanych w oparciu o wspomniane badania można stwierdzić, że u nas nie jest ani lepiej, ani gorzej niż w innych krajach wspólnoty. Poziomy przekroczeń są podobne, w okolicach 2-3%. Mogą się nieznacznie różnić w zależności od pory roku wykonywania badań. W UE istnieje system wczesnego ostrzegania o niebezpiecznej żywności i paszach – RASFF (ang. Rapid Alert System for Food and Feed – przyp. red.) – służący do wymiany informacji o zagrożeniach wykrytych w żywności, paszach oraz materiałach przeznaczonych do kontaktu z żywnością.

W Polsce zgłoszenia przyjmuje Krajowy punkt kontaktowy RASFF w Głównym Inspektoracie Sanitarnym, jednak tylko w przypadku wiarygodnych dowodów zaistniałych nieprawidłowości. Najczęściej zgłaszane nieprawidłowości to zbyt duże pozostałości pestycydów, obecność mykotoksyn albo różnych bakterii. Nasz kraj niestety przoduje, i to wyraźnie, jeśli chodzi o wykrycia salmonelli i listeriozy w mięsie, najczęściej drobiowym. Tak więc nie byłbym hurraoptymistą w kwestii jakości polskiej żywności – przy czym należy podkreślić, że jest to kwestia zabezpieczeń na etapie produkcji i przetwarzania żywności, a problem dotyczy poszczególnych przedsiębiorstw, nie zaś danego kraju.

W ostatnich latach glifosat stał się symbolem toksycznego pestycydu, na całym świecie walczy się z jego stosowaniem. Natomiast inne środki, również znajdujące się w powszechnym użytku, nie są znane z nazwy i dyskusja o ich potencjalnej szkodliwości nie przedostała się do debaty publicznej. Czy w żywności trafiającej na nasze talerze możemy znaleźć pozostałości groźniejszych dla zdrowia pestycydów? Gdzie glifosat mieści się na takiej skali?

Wypowiem się tutaj jako niespecjalista, gdyż nie jestem toksykologiem. Po pierwsze, glifosat stał się taki rozpoznawalny między innymi dlatego, że wpisuje się w dyskusję nt. GMO. Wiele upraw kukurydzy i soi (w niektórych krajach, takich jak USA czy Brazylia – zdecydowana większość) jest związanych właśnie z glifosatem. Rośliny GMO, przynajmniej te pierwsze, miały gen odporności na glifosat i dlatego można było go stosować w ich uprawach. Koncern Monsanto powiązał swoje nasiona GMO z glifosatem i stąd wywodzi się popularność tego środka. Jest to chyba najczęściej używany składnik czynny pestycydów, czy też herbicydów. Jest tani, skuteczny. W tym leży problem.

Co do toksyczności: nie chodzi o to, na ile toksyczna jest pojedyncza cząsteczka preparatu, ale jak szeroko jest on stosowany. Mamy bardzo dużo zleceń badań np. od działkowców, którzy są poszkodowani ze względu na to, że sąsiad bezmyślnie spryskał glifosatem wszystko dookoła. Problemem jest więc stosowanie przez nieprofesjonalnych użytkowników.

Czy w takim razie rolnicy stosują go zgodnie z zaleceniami producenta? Wystarczy prześledzić fora internetowe, na których niektórzy wręcz chwalą się wykorzystywaniem glifosatu do desykacji (stosowanie środków chemicznych do wysuszenia roślin przed zbiorem – przyp. red.). Co można zrobić, aby ukrócić ten proceder?

Nie demonizowałbym tego problemu. Gdy mówimy „rolnicy”, pojęcie to obejmuje bardzo dużą grupę ludzi, którzy bardziej bądź mniej profesjonalnie zajmują się uprawami i różnie podchodzą do tematu stosowania środków ochrony roślin. Większość z nich jest uczciwa i stosuje glifosat zgodnie z zaleceniami, ale zawsze zdarzy się ktoś, kto źle wykonuje takie desykacje – wtedy wybucha dyskusja i uderza się w dramatyczne tony.

Państwo jako Instytut Spraw Obywatelskich uczestniczyliście w tworzeniu raportów konsumenckich m.in. nt. zawartości glifosatu w kaszach dostępnych w sklepach. Zgodnie z informacjami zawartymi w raporcie nt. kasz, istniało duże prawdopodobieństwo, że kupimy kaszę z przekroczeniami tej substancji czynnej, która w ogóle na tych uprawach nie powinna się znaleźć.

W 2021 r. wykonaliśmy zlecone przez PIORiN badanie na obecność glifosatu właśnie na uprawach prosa i gryki. Próbki pobierane były przez inspektorów z około 100 upraw na terenie całego kraju. Badania wciąż trwają, ale do tej pory efekt jest taki, że tylko w jednym gospodarstwie, które uprawia grykę i w jednym, które uprawia proso, wykryliśmy pozostałości glifosatu. Na dodatek nie było tam dużych przekroczeń, wyniki w niewielkim stopniu przekraczały obowiązującą normę.

Pojawia się zatem pytanie – dlaczego w innych kaszach glifosat był obecny? Może w poprzednich sezonach rolnicy stosowali go niewłaściwie, a w tej chwili stosują prawidłowo? A może takie raporty jak Wasz powstrzymały część osób przed nieprawidłowym użyciem?

To jednak pytanie do firm, które dystrybuują kaszę gryczaną i jaglaną: jak oni sprawdzają ten towar i skąd go mają, bo może pochodzi z importu.

Czy wiadomo, jakim kluczem posługiwał się PIORiN dokonując wyboru tych stu gospodarstw?

To są gospodarstwa produkcyjne, ale nie wiem, jakie dokładnie to były areały. Tak samo prowadzony jest monitoring innych upraw. Badamy tam pozostałości wszystkich pestycydów. W przypadku jabłek, marchwi, pietruszki czy brokułów wykryliśmy pozostałości różnych środków, zaś w przypadku gryki i prosa – mimo wykonania pełnego zestawu analiz – nie znaleźliśmy żadnych pestycydów oprócz jednej próbki z zawartością glifosatu. To są bardzo dobre wyniki.

W mediach można natrafić na wskazówki dotyczące domowych metod oczyszczania żywności z pozostałości pestycydów, konsumenci się nimi wymieniają. Jakie ma Pan zdanie na ten temat?

Na pewno nie można zbyć tego tematu jednym zdaniem. Fakty są takie, że UE jest obszarem, w którym nadzór nad pestycydami i dbałość o konsumenta z poziomu Komisji Europejskiej są największe na świecie. Nawet rozmawiając na forach internetowych można zobaczyć, że konsumenci z USA czy z Australii często zazdroszczą nam tak szczelnego systemu. Jeśli chodzi o pozostałości pestycydów, to np. jabłka z USA w większości przypadków nie mogłyby trafić do sprzedaży w Europie, bo nie spełniają norm unijnych. Tam stosuje się często taką substancję – difenyloaminę – która zapobiega oparzeliźnie powierzchniowej jabłek, żeby dobrze wyglądały. U nas stosowanie tego środka jest od dawna zabronione, ponieważ uważany jest za rakotwórczy, natomiast w Stanach używany jest on podobno w 80% sadów. Jest również kilka pestycydów, które w USA zostały wycofane z użytku, zaś u nas nadal są stosowane.

W Unii Europejskiej mamy system RASFF i system wycofywania żywności z rynku. UE poprzez Komisję Europejską nadzoruje i hamuje biznes przed działaniami, które prowadzą tylko do powiększania zysków. W USA jest inaczej, tam w większym stopniu rządzi biznes. Na przykład sprawy z glifosatem w tle rozwiązują bezpośrednio sądy. Teoretycznie konsument powinien mieć pewność, że jeśli dany środek ochrony roślin jest wprowadzany na rynek, to jest on gruntownie przebadany i nie powinien być szkodliwy nawet w niewielkich ilościach. Aczkolwiek ze względu na działania grup nacisku trudno w tym temacie o pewność – m.in. dlatego wprowadzany jest Europejski Zielony Ład, w ramach którego ma nastąpić redukcja stosowania pestycydów.

A wracając do kwestii oczyszczania żywności domowymi sposobami: na pewno mycie owoców i warzyw jest konieczne, bo zmywamy różne zanieczyszczenia, jak choćby kurz, ale także część pestycydów.

Zauważyłem dostępność na rynku różnych środków reklamowanych jako „oczyszczacze” z pestycydów. Producenci zachęcają w ten sposób do kupowania różnego typu specyfików, które de facto nie są sprawdzone i nie mają certyfikacji, że faktycznie usuwają pestycydy z owoców czy warzyw.

Istnieją różne rodzaje pestycydów: tak zwane powierzchniowe, wgłębne i systemiczne. Zmyć możemy jedynie te powierzchniowe, a i to tylko w pewnym stopniu. Aby skutecznie pozbyć się pestycydów z powierzchni owoców czy warzyw, musielibyśmy wymoczyć dany produkt w acetonie, alkoholu lub jakimś rozpuszczalniku organicznym, co z oczywistych względów nie wyszłoby nam na zdrowie. Chodzi o to, że na powierzchni każdego owocu, a nawet warzywa, znajduje się warstwa woskowa, która jest słabo rozpuszczalna w wodzie. Warstwa ta stanowi barierę ochronną dla każdej rośliny i to w niej najczęściej rozpuszczone są substancje pestycydowe, które są projektowane w taki sposób, żeby przylegać do rośliny i ją chronić. Dlatego aby pozbyć się ich w całości, musielibyśmy zlikwidować całą warstwę woskową z powierzchni danego obiektu, np. jabłka. Następnie mamy pestycydy wgłębne, które wnikają pod skórkę i w ten sposób chronią roślinę. Tych środków już nie zmyjemy. Istnieją również tzw. pestycydy systemiczne, które wnikają w całą tkankę rośliny i jeżeli są zastosowane, ich również w żaden sposób się nie pozbędziemy.

A do której grupy należy glifosat?

Glifosat jest tym wgłębnym. To jest herbicyd, który rozchodzi się po całej roślinie, bo inaczej by nie działał. Gdy niszczymy chwasty, nanosimy na powierzchnie zielone ten preparat i on wnika do środka, aż do korzeni i powoduje, że cała roślina w konsekwencji zasycha. Niektórzy, chcąc pozbyć się drzewa, nawiercają dziurkę i wstrzykują tam środek z glifosatem. On się wtedy rozchodzi po całej roślinie, po całym drzewie. Kiedy w laboratorium przygotowujemy próbkę, to mielimy ją na mączkę i długo wytrząsamy w odpowiednio dobranych rozpuszczalnikach organicznych, żeby wyciągnąć pestycydy z tkanki rośliny.

Mówiliśmy o raportach „kaszowych”, ale w tym samym cyklu wydaliśmy również publikację „Prześwietlamy polskie piwa”. Piwo należy do tak zwanych produktów złożonych i, o ile mi wiadomo, nie ma norm na pozostałości pestycydów w takich produktach. Czy uważa Pan, że stworzenie krajowych przepisów regulujących tę kwestię pozwoliłoby nam cieszyć się bezpieczniejszą żywnością?

Na pewno pożądane są wszelkie działania, które prowadzą do tego, że produkt będzie zdrowszy. Jeśli chodzi o produkty złożone, ciężko jest mówić tutaj o normach, gdyż normy odniesione są też do poziomu spożycia. Piwo nie jest ustabilizowanym produktem, bo mamy do czynienia z przeróżnymi napojami piwnymi. Natomiast normy powinny być spełnione dla produktów, które są jego komponentami, i tak jest w przypadku wszystkich złożonych produktów. Produkty wejściowe nie mogą zawierać przekroczeń i muszą być zgodne z obowiązującymi normami (np. pozostałości pestycydów, metali ciężkich, mykotoksyn itp.). Każdy zakład produkcyjny powinien udowodnić, że sprawdza komponenty służące do produkcji. Temu służą też systemy jakości HACCP. Jeżeli sprawdzamy dany produkt i podejrzewamy, że coś może być z nim nie tak, powinniśmy zgłosić to do właściwej instytucji.

W naszym kraju podobnymi sprawami zajmuje się Sanepid i to on powinien zweryfikować, dlaczego glifosat jest obecny w produkcie złożonym i czy na wcześniejszych etapach kontrolowany był jęczmień, słód, chmiel i inne składniki. To zaś jest zadaniem browarów i innych zakładów z sektora rolno-spożywczego.

Czy Pana zdaniem obecne regulacje unijne w wystarczający sposób zabezpieczają dobro konsumentów?

Myślę, że tak. Chociaż nikt nie jest nimi do końca zachwycony, bo każde prawo jest wynikiem kompromisu. Konsument chciałby bardzo dobrego, ekologicznego produktu bez żadnych chemicznych „dodatków”, a rolnik, producent żywności musi stosować odpowiednią ochronę, nawożenie itd. Łatwiej jest mu produkować z użyciem nawozów i pestycydów niż bez nich – i tutaj zawsze będziemy mieli konflikt interesów. Gdyby rolnicy zaprzestali stosowania środków ochrony roślin, plony byłyby mniejsze, a produkty droższe.

Prawo w tym obszarze nieustannie się zmienia. Zgodnie z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu mamy w Europie ograniczyć stosowanie środków ochrony roślin o 50%. Wie Pan, jaką burzę to wywołało? Oczywiście jako pierwsze zaprotestowały firmy agrochemiczne, które handlują tymi preparatami, bo to one stracą najwięcej. Przykładowo, ostatnio wycofuje się z użycia cały szereg preparatów grzybobójczych na bazie tiofanatu metylu. Niektórzy rolnicy stanowczo przeciwko temu protestują, nie zastanawiając się, czy stosowanie danego środka jest bezpieczne, tylko czy ułatwia im produkcję. Z kolei konsumenci protestują przeciwko stosowaniu pestycydów. Dla rolników bardzo wygodnie jest dosuszać zboża przed zbiorem za pomocą glifosatu, a my z tym walczymy. I tak jest cały czas.

Europa na tle świata przoduje w wycofywaniu pestycydów z użytku, ale firmy agrochemiczne, które tutaj już nie mogą sprzedawać swoich produktów, wysyłają je tam, gdzie prawo jest bardziej liberalne. Być może tą sprawą zajmie się Komisja Europejska, ponieważ jeśli firmy europejskie wysyłają do innych części świata zabronione w Europie środki, ich pozostałości wracają do nas w żywności, którą importujemy.

W naszym laboratorium dokładnie widzimy, że środki, które zostały wycofane z użycia w UE, jeszcze przez 2-3 kolejne lata pojawiają się w różnych uprawach.

Czy jako ekspert mógłby Pan doradzić naszym czytelnikom, w jaki sposób dokonywać świadomych wyborów konsumenckich i jak zagwarantować sobie, że żywność, którą pozyskujemy, jest bezpieczna?

To zależy, jaki poziom bezpieczeństwa nas interesuje. Jeżeli cała produkcja żywności odbywałaby się zgodnie z prawem, nie byłoby na rynku niebezpiecznej żywności. Natomiast nie żyjemy w świecie idealnym i jest pewne prawdopodobieństwo, że w niektórych produktach mogą znaleźć się większe ilości pestycydów. W miejscach, w których żywność nie jest nadzorowana, czyli w wolnej sprzedaży, w małych sklepach, jest większe prawdopodobieństwo znalezienia się towaru, który będzie zawierał zbyt wiele pestycydów.

Następny poziom bezpieczeństwa to rolnictwo ekologiczne. Towary z zielonym listkiem z natury są wolne od pozostałości środków chemicznych. Ostatnio kupiłem rodzynki ekologiczne, bo wiem z doświadczenia badawczego, że konwencjonalne często zawierają szereg pozostałości po różnych pestycydach. Na pewno istnieją luki do wypełnienia.

Obecnie walczymy o ustanowienie certyfikatu, który w niektórych krajach już funkcjonuje (np. w Czechach i we Francji pod szyldem No Pesticides), gwarantującego, że dany produkt jest wolny od pozostałości środków ochrony roślin. To byłaby bezcenna informacja dla konsumenta, że produkt, po który sięga w sklepie – choć nie pochodzi z upraw ekologicznych – jest wolny od pozostałości pestycydów.

Dziękuję za rozmowę.

Tekst ukazał się w gazecie „Aktywność Obywatelska” Nr 4 / (27) 2021

Narodowy Instytut Wolności – logo Fundusz Inicjatyw Obywatelskich – logo

Przygotowano w ramach projektu „Glifosat. Dialog obywatelski” realizowanego przez Fundację Ecorower. Projekt dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021–2030.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 126 / (22) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekologia # Zdrowie Chcę wiedzieć

Być może zainteresują Cię również: