fbpx

Rozmowa

Trzeba było siedzieć cicho!

fot. Gerd Altmann z Pixabay

Małgorzata Jankowska

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 94 / (42) 2021

Z Bogumiłą Sawicką, pielęgniarką-sygnalistką rozmawiamy o ujawnieniu przez nią afery dopingowej w klubie piłkarskim i o cenie, jaką zapłaciła za swoją odwagę – utracie kontaktu z synem i ruinie własnego życia.

Na przełomie 2019 i 2020 roku media obszernie informowały o aferze dopingowej w klubie piłkarskim, o pielęgniarce, która ją ujawniła i przeszkodziła w podaniu dopingu grupie zawodników. Sprawa trafiła do sądu, mimo dowodów została umorzona i… wszystko wróciło do normy. Czy na pewno? Jaki los spotkał Bogumiłę Sawicką, którą szybko okrzyknięto odważną sygnalistką, a później równie szybko o niej zapomniano? Sprawdziliśmy. Oto ciąg dalszy tej historii. Czy dopiszemy do niej szczęśliwe zakończenie?

W jednej z wcześniejszych wypowiedzi powiedziała pani, że pani świat runął 15 października 2019 roku. Proszę przypomnieć, co się wtedy wydarzyło.

Tego dnia otrzymałam SMS-y – od mojej bezpośredniej przełożonej, również pielęgniarki i od szefa, lekarza-kardiologa, będącego jednocześnie prezesem centrum medycznego, w którym pracowałam – z informacją, że następnego dnia, 16 października, mamy pojechać do klubu piłki nożnej Pogoń Siedlce i tam podać dwudziestu jeden piłkarzom m.in. potas i inne produkty lecznicze w kroplówkach, czyli jako leki dożylne. Bardzo mnie to zdziwiło, podobnie jak moją koleżankę, która była ze mną na dyżurze. Nie miałyśmy żadnych dodatkowych informacji: czy im coś dolega, dlaczego w klubowej szatni? Nie miałyśmy pisemnego zlecenia podpisanego przez lekarza i zaczęłyśmy się obawiać. Wiedziałam więcej na temat dopingu niż moja koleżanka, dlatego poinformowałam ją, że może chodzić o płukanie dopingu albo nielegalne wzmacnianie organizmów zawodników.

Zgodnie z zawodową hierarchią najpierw interweniowałam u naszej bezpośredniej przełożonej i u szefa. Z koleżanką domagałyśmy się lekarskiego zlecenia na piśmie, ale nas zbywano. Dlatego wieczorem, po powrocie do domu, zadzwoniłam do Polskiej Agencji Antydopingowej (POLADA). Powiedziałam im, co się dzieje, do czego jesteśmy zmuszane. Poinformowano mnie, że następnego dnia rano skontaktuje się ze mną jeden z ich śledczych. Kiedy nazajutrz, 16 października, poszłam na dyżur, odebrałam telefon z POLADY. Śledcza poinformowała mnie, że w takim przypadku mamy robić wszystko, żeby przełożeni cofnęli decyzję albo, jeśli tego nie zrobią, mam zebrać dowody łamania prawa.

Zapytałam śledczą, czy nie byłoby lepiej, gdyby oni sami przyjechali z Warszawy do Siedlec i wkroczyli do akcji. Okazało się, że nie mają ludzi, czasu. Dlatego zbierałam te dowody, zabezpieczając zawodników, koleżankę i siebie od strony medycznej i procedur. Postąpiłam zgodnie z instrukcjami śledczej.

Nie zdołałam odwrócić biegu zdarzeń, ale odmówiłyśmy pojechania do szatni klubu, jak również na skutek naszych nacisków przełożona i szef wycofali się z podania potasu tym chłopakom.

Według procedur medycznych podawanie potasu w kroplówce w takich warunkach – jak klubowa szatnia – jest niedopuszczalne. Podawanie potasu w kroplówce wymaga ścisłego nadzoru lekarskiego i monitorowania funkcji życiowych pacjenta, bowiem potas może doprowadzić nawet do zatrzymania akcji serca. Aplikowanie go ludziom zdrowym i do tego w niewłaściwych warunkach, takich jak ta klubowa szatnia, jest niedopuszczalne.

Ponieważ nie pojechałyśmy do klubu, 16 października 2019 roku do gabinetu zabiegowego w przychodni przyjechało dwudziestu jeden zawodników. Wyegzekwowałam od szefa i trenera, że ze względu na zapewnienie bezpieczeństwa piłkarzom podczas podawania im tych leków, przyjmiemy tylko siedmiu z nich. Pozostałymi możemy zająć się następnego dnia.

Ponieważ ani ja, ani moja koleżanka nic nie wiedziałyśmy o ich stanie zdrowia i, jak sami mówili, „żaden lekarz ich nie badał”, przeprowadziłam z każdym z nich wywiad zdrowotny. Pytałam, czy są na coś chorzy przewlekle? Czy coś im w danej chwili dolega? Tłumaczyłam im, że to nie są suplementy diety tylko produkty lecznicze. Wyjaśniałam, na czym polega różnica między nimi. Poinformowałam o zagrożeniach wynikających z podania tych leków, które mieli otrzymać. 

Pięciu z nich chyba do końca nie było świadomych tego, co się dzieje, ale po uzyskaniu ode mnie informacji i tak wyrazili zgodę i podpisali oświadczenia świadomej zgody na wykonanie zabiegu medycznego w postaci podania leków dożylnych. Dwóch natomiast chyba miało pełną świadomość tego, co się dzieje, bo mówili nam, że u nich w szatni to się często zdarza. Był przy tym również ich trener i sam dosadnie powiedział, że gdybyśmy przyjechały do szatni i, jak to określił, „nie wydziwiały”, to mają tam nawet specjalne wieszaki do wieszania kroplówek, a iniekcje domięśniowe to robią sobie sami. Jeśli chodzi o lek domięśniowy, o którym mówili i w tym dniu też go mieli otrzymać, to była witamina B12, czyli kobalamina, która podobnie jak magnez znajdowała się w 2019 roku na „Liście substancji i metod zabronionych w sporcie”, gdyż wspomagają one znacząco wydolność organizmu.

Trener zachowywał się arogancko, krzyczał na nas, że się czepiamy, że mamy się nie odzywać, podważał nasze kompetencje zawodowe. Zadzwonił też przy mnie do mojego szefa, który powiedział mi, że robimy ceregiele, że mamy po prostu podawać te leki. No i tym siedmiu chłopakom podałyśmy. Ale bez potasu. Miałyśmy przygotowany nawet defibrylator.

Następnego dnia, 17 października, przyszło pozostałych czternastu zawodników. Ci z pierwszej grupy już ich poinformowali, co się działo u nas w gabinecie zabiegowym. Tym czternastu chłopakom przekazałam te same informacje. Każdy z nich na oświadczeniu napisał, że świadomie nie wyraża zgody na podanie leków oraz się pod tym podpisał i po prostu wyszli z gabinetu. Ich trener był z tego powodu bardzo niezadowolony. Przyszedł do nas do gabinetu po wyjściu piłkarzy i zaczął się domagać wydania tych leków, które nie zostały podane, bo, jak stwierdził, zostaną im podane w szatni. Kiedy odmówiłam, poinformował o tym mojego szefa, który polecił mnie i koleżance zgłosić się następnego dnia do niego na dywanik, bo, jak to określił, nie współpracujemy.

Kluczowymi dowodami, które zebrałam, były: podpisane przez zawodników zgody na wykonanie zabiegu medycznego, zlecenie podania tych leków z podpisem lekarza – który w końcu od niego uzyskałam, lista zawodników z podpisem trenera. To wszystko spakowałam tego samego dnia w kopertę i tak jak byłam umówiona ze śledczą, wysłałam listem poleconym do POLADY. Agencja poinformowała prokuraturę w Lublinie i przekazała jej zebrane przeze mnie dowody.

W tej sprawie zeznawałam też przed śledczymi z prokuratury w Lublinie, którzy przyjechali do mnie do domu. Odbyły się przeszukania w klubie, w domu mojego szefa, a także u mojej bezpośredniej przełożonej. Zebrano sporo dowodów.

I co było dalej?

Rozpoczęło się śledztwo i prokuratorskie postępowanie, lekarzowi i trenerowi postawiono zarzuty o spowodowanie zagrożenia dla życia i zdrowia ludzkiego oraz o próbę malwersacji, ale w dziwny sposób uznano, że mają niską szkodliwość i sprawę umorzono.

A ja zostałam szpiclem, dosłownie tak nazywała mnie moja przełożona w obecności koleżanek. A moje koleżanki, łącznie z tą, która była wtedy ze mną na dyżurze, zaczęły się bać. Starałam się tam pracować dalej, ale nie dało się. To był dla mnie ogromny stres. Poszłam na zwolnienie lekarskie. Nikt ze mną o tym nie rozmawiał. Wszyscy po kolei odwracali się ode mnie. Chyba ze strachu, bo każdy wiedział, z czym wiąże się kontakt ze mną.  

Izby pielęgniarek – ani ta naczelna, ani ta okręgowa – kiedy już dowiedziały się w grudniu 2019 roku o całej sprawie, nawet nie starały się mi pomóc.

Po tym wszystkim szukałam jakiejkolwiek pracy. Pracowałam w pieczarkarni, w kurnikach, zbierałam truskawki, jabłka. Bez jakiejkolwiek umowy, na czarno. Usłyszałam, że ktoś by musiał być samobójcą, żeby mnie zatrudnić. Sprawa była na tyle głośna tam, gdzie mieszkałam, że nie dało się ukryć, co się wydarzyło.  

W końcu w zeszłym roku w lipcu znalazłam pracę w DPS-ie. Byłam przeszczęśliwa. Pracowałam miesiąc na stanowisku pielęgniarki. Po miesiącu dopytywania się o umowę o pracę usłyszałam od kierowniczki, że już tam nie pracuję, a potem w SMS-ach przysłała mi odpowiedź, że „szef dla mnie umowy nie pisał”. Było to dla mnie szokiem i koszmarem. Przecież zajmowałam się tam ludźmi, wykonywałam zabiegi medyczne i pielęgniarskie i podpisywałam się pod nimi, pisałam raporty, a nawet nie mam świadectwa pracy potwierdzającego, że tam byłam.

Przeciwko mnie wysuwane były groźby karalne bezpośrednio zagrażające mojemu zdrowiu i życiu, które zostały potwierdzone policyjnym śledztwem ze wskazaniem winnego. Policja przekazała dowody prokuraturze, ale sprawa nie ujrzała wokandy, a sprawca chodzi nadal na wolności, bo prokurator i to postępowanie umorzył.

Na skutek stresu – niszczącego mnie od czasu ujawnienia afery dopingowej, który jeszcze pogłębił się w marcu 2020 roku po otrzymaniu z prokuratury pisma o umorzeniu postępowania w sprawie kierowanych wobec mnie gróźb – przeszłam załamanie nerwowe.

Co się wtedy wydarzyło?

Kiedy zaczęłam czuć się gorzej, wiedziałam, że będzie potrzebna hospitalizacja. Ktoś – nie wiem kto – wezwał kuratorkę i policję, bo zauważono, że zachowuję się dziwnie. To działo się dosłownie w ciągu jednego dnia. Trzeba było zorganizować opiekę dla mojego nastoletniego niepełnoletniego syna, którego wychowuję sama – jak zapewniła mnie kuratorka jedynie na czas mojego pobytu w szpitalu. Ponieważ jego ojciec ma odebraną władzę rodzicielską, nie mam rodziny, a sąsiedzi nie chcieli mnie znać, syn trafił do mieszkających w miejscowości oddalonej o kilkaset kilometrów od Siedlec znajomych, których znałam od ponad dwudziestu lat.

W szpitalu z każdym dniem było ze mną coraz lepiej, obyło się bez podawania leków, a po niecałym tygodniu wróciłam do domu. W wypisie napisano, że ze względu na stres przeszłam załamanie nerwowe.

Po wyjściu ze szpitala zadzwoniłam do opiekunów. Ponieważ nie odbierali ode mnie telefonów, pojechałam do nich, żeby zobaczyć się z synem. Na miejscu okazało się, że nie mogą mi pozwolić na spotkanie, bo odbiorą im mojego syna. Usłyszałam takie stwierdzenie bez żadnych dodatkowych wyjaśnień.  

W toku późniejszej korespondencji dowiedziałam się od opiekunki syna, że trzeba było wcześniej pomyśleć, jakie będą problemy, że niepotrzebnie ujawniłam sprawę, że im również stwarzam problemy…

Syn nadal u nich przebywa. Początkowo miałam z nim jeszcze kontakt zdalny za pomocą SMS-ów, Messengera, aż w końcu i ten kontakt się urwał. 

Jaki czynnik mógł spowodować, że nagle zaczęli się w ten sposób zachowywać. Jak pani sądzi?

Obawiam się, że błędnie opisano im moje zachowanie. Taki wniosek wysnułam na podstawie SMS-ów wymienianych z opiekunką.

Postanowiłam sprawdzić, co mi się zarzuca. Kiedy poszłam do sądu zobaczyć akta sprawy, nagle okazało się, że pół godziny przed moim przyjściem potrzebowała ich pilnie pani kurator. Ta sama, która zapewniała mnie, że syn wróci do domu po moim wyjściu ze szpitala.

A skąd u kuratorki pomysł wniesienia sprawy do sądu?

Nie wiem. Chciałam się tego dowiedzieć z akt sądowych.

Pojechałam też do kuratorium, żeby się zobaczyć z kuratorką, ponieważ nie odbierała ode mnie telefonów. Na miejscu dowiedziałam się, że spotkanie jest niemożliwe… z powodu Covidu. 

Odbyła się jedna rozprawa o odebranie mi władzy rodzicielskiej. Sędzina powiedziała, że nie widzi do tego podstaw. Wskazała potrzebę wykonania badań, ale ze względu na koronawirusa wszystko się przeciągało, a ja z każdym dniem miałam coraz mniej środków do życia. I w końcu w październiku ubiegłego roku musiałam wyjechać za granicę.

Staram się żyć, pracuję, ale tak naprawdę to nie jest życie. Do momentu ujawnienia sprawy sama sobie radziłam, utrzymywałam syna, płaciłam rachunki, spłacałam kredyty. Teraz nie stać mnie na nic. Oszczędności dawno mi się skończyły, a obecne zarobki ledwo starczają na utrzymanie.

Nie wiem, co mogę dalej zrobić, ale póki żyję, mam jeszcze nadzieję, że to się kiedyś zmieni. Chciałabym wrócić do Polski, gdzie jest mój syn, mój dom. Nie potrafię opisać tego, co czuję. Osoby, które mnie znały, potraktowały mnie jak odpad społeczny. Dla mnie to będzie trauma do końca życia. A ja nie mogłam inaczej postąpić.

Jakie jeszcze padają argumenty ze strony ludzi, którzy odwracają się od pani? Opiekunowie syna powiedzieli, że mogła pani wcześniej pomyśleć, jakie będą problemy. A inni? Koleżanki z pracy?

Początkowo koleżanki, które ze mną pracowały, były w szoku. Popierały mnie, ale w miarę jak postępował mobbing i szkalowanie mnie w pracy, zaczęły się odwracać. Żadna nie powiedziała mi: „mogłaś tego nie robić, mogłaś się zastanowić”. Każda po cichu mówiła, że nie do pomyślenia było to, co z nami robili i co mogłoby się stać, ale zamknięto im usta. Natomiast sąsiedzi, koleżanki z poprzedniej pracy powtarzali: „trzeba było tego nie robić, trzeba było się zastanowić, po co zgłaszałaś, po co nagłaśniałaś”. Kiedy zadawałam im pytanie: „Co by było, gdybym to zrobiła, a któryś z chłopaków by umarł?”, nikt mi nie odpowiedział.

Czy przed tym wydarzeniem otrzymywała pani upomnienia w pracy?

Nie. Pracowałam jako pielęgniarka, kształciłam się. Kurs za kursem, szkolenia. Pisałam standardy akredytacyjne, robiłam też inne uprawnienia mniej związane z pielęgniarstwem a bardziej z zarządzaniem w ochronie zdrowia. Nikt nie miał do mnie żadnych zastrzeżeń. Byłam nawet oddziałową w szpitalu na oddziale wewnętrznym.

Jest pani audytorką…

…tak, między innymi do spraw zarządzania systemami działań antykorupcyjnych, ale nie tylko.  Dotyczy to medycyny, korupcji w placówkach medycznych, korupcji w sporcie, w tym także działań dopingowych, nielegalnego dostarczania produktów leczniczych.

Jeśli już mówimy o niezgodnym z przepisami podawaniu leków w kroplówkach ludziom zdrowym, warto wspomnieć o tzw. barach kroplówkowych, czy barach witaminowych, których ogłoszenia łatwo można znaleźć w Internecie. W tych tzw. barach dożylne kroplówki z lekami podaje się, o zgrozo, ludziom zdrowym: na kaca, na odchudzanie, na poprawę metabolizmu…

To spory wydatek, na przykład taka na kaca kosztuje około 650 zł. Można znaleźć i takie ogłoszenia, które oferują nawet dojazd do klienta – i to dosłownie klienta, bo przecież nie można mówić, że do pacjenta, bo te osoby są zdrowe. Dla mnie, jako pielęgniarki, to jest tragiczne. Na szkoleniach na audytora mocno podkreślano, że to niedopuszczalne.

No właśnie, we wcześniejszych materiałach prasowych można znaleźć stwierdzenia, że to były przecież suplementy diety, substancje znane, stosowane w medycynie, więc o co tyle hałasu?

To nie były suplementy diety. To były leki, których podawanie obwarowane jest procedurami i wytycznymi medycznymi, polskim ustawodawstwem i nadzorem farmaceutycznym. Natomiast suplementy diety to są produkty zażywane doustnie – w kapsułkach, tabletkach, kroplach – mające bardzo małą zawartość danej substancji leczniczej, witamin. Leki mają ich o wiele więcej.

Już po ujawnieniu tej sprawy napisałam nawet dla POLADY ekspertyzę dotyczącą suplementów diety w sporcie i dopingu. Wskazałam, że jest to błąd wykładni – produkt leczniczy nie może być nazwany suplementem diety i na odwrót. Wyszczególniłam wszystkie procedury, ustawy, wymagania dotyczące podawania każdego z nich.

A gdyby ktoś powiedział, że wytoczyła pani tyle zastrzeżeń co do podania tych kroplówek, a może to wcale nie jest taka istotna sprawa?

Jakieś trzy lata temu był precedens, że zawodnik wstawił swoje zdjęcie z kroplówką na Instagram i został zdyskwalifikowany, bo nie było żadnych wskazań medycznych do podania mu tej kroplówki. Mało tego, wbrew procedurom sportowym, ani jego lekarz klubowy, ani trener nie zgłosili tego do tak zwanego TUE (wyłączenie dla celów terapeutycznych), czyli rejestru zajmującego się przyjmowaniem zgłoszeń o lekach zażywanych przez sportowców.

Czemu miały służyć kroplówki podawane tym młodym piłkarzom?

To, co oni dostawali, wzmacnia pracę mięśni, w tym mięśnia sercowego, poprawia przepływ tlenu we krwi, czyli zwiększa  wydolność ich organizmu. Jednak może zaszkodzić ludziom zdrowym.

Może jeszcze chodzić o wypłukiwanie dopingu. Płyny podane w kroplówkach szybciej przepłukują twardy doping na przykład EPO, czerwone krwinki krwi, czasami nawet pozyskiwane ze zwierząt. Jeśli zawodnicy zostaną na tym przyłapani, zostają zdyskwalifikowani. W sporcie dzieją się różne rzeczy, a kroplówki pomagają przed zawodami wypłukać to wszystko z organizmu, żeby podczas kontroli antydopingowej niczego nie wykryto.

W tym przypadku zarówno metoda, jak i ilość płynów były zabronione. Zawodnikowi nie wolno przyjąć w ciągu 24 godzin 100 mililitrów płynów dożylnie – czyli produktu leczniczego – chyba że są ku temu wskazania medyczne. A tutaj było 1000 mililitrów płynu z produktami leczniczymi bez żadnych wskazań.

Jaki jest obecnie pani status, jeśli chodzi o prawo wykonywania zawodu? Czy izby pielęgniarek wystosowały wobec pani jakiś zarzut?

Zarzutu nie, natomiast po umorzeniu spraw mojego szefa oraz trenera w prokuraturze w Lublinie, otrzymałam w marcu i czerwcu tego roku, drogą mailową, pismo informujące, że mam się stawić przed rzecznikiem do spraw odpowiedzialności zawodowej w Okręgowej Izbie Pielęgniarek i Położnych w Siedlcach. W piśmie jest tylko napisane, że w sprawie podejrzeń o spowodowanie zagrożenia dla życia i utraty zdrowia. I tylko tyle. Obecnie nie jestem w stanie pojechać na to spotkanie. Próbowałam załatwić sprawę korespondencyjnie – nie można.

Prokuratura nie postawiła mi żadnego zarzutu, natomiast izby pielęgniarskie – moim zdaniem – chcą doprowadzić do pozbawienia mnie prawa wykonywania zawodu. Od momentu ujawnienia sprawy niczego nie zrobiły, nawet nie wydały – tak jak chociażby POLADA – oficjalnego oświadczenia, co powinno być standardem w tak poważnych przypadkach.

Dlaczego uważa pani, że izby chcą pozbawić panią prawa wykonywania zawodu?

Nie mam wglądu do ich akt i nie wiem dokładnie, co mi zarzucają. Byłam u nich w styczniu i w lutym ubiegłego roku, kontaktowałam się z nimi w lipcu ubiegłego roku i prosiłam, żeby umożliwiły mi kontakt z prawnikiem izby, który poinformowałby mnie o zarzutach. Niestety prawnik nigdy nie miał dla mnie czasu. Jak mi tłumaczono to starsza osoba, która działa tam pro bono.

Wbrew moim prośbom nigdy nie pokazały mi akt, które jakoby zawierają dowody przeciwko mnie, a dobrze wiedziały, że dowody, które zebrałam dla POLADY, poświadczają, że nie złamałam procedur medycznych. A jeśli uważają, że stworzyłam zagrożenie dla życia i zdrowia tych chłopaków, to zgodnie z wewnętrznymi procedurami izby powinny to zgłosić do prokuratury. Nie zrobiły tego, ale chcą postawić mnie przed rzecznikiem ds. odpowiedzialności zawodowej. Dlatego podejrzewam, że chodzi o odebranie mi prawa wykonywania zawodu.

Tak naprawdę wyrosła przed panią ludzka ściana. Ludzie w pani otoczeniu dokonali ostracyzmu i uznali, że to koniec sprawy.

Po znalezieniu się w szpitalu miałam wrażenie, że każdy uznał, że zwariowałam. A ja nie życzę nikomu, żeby musiał przechodzić załamanie nerwowe. Do dziś mam w głowie to, co się ze mną działo. I jest to dla mnie nie do pojęcia, że tak mogłam się zachowywać, że to są takie emocje, nerwy, stres, że mój organizm, który zawsze był silny psychicznie i fizycznie, nagle poniósł totalną klęskę. Zachowywałam się nieracjonalnie, ale tylko w jednym dniu, tuż po tym, jak dowiedziałam się, że prokurator umorzył postępowanie wobec człowieka, który wystosował wobec mnie bezpośrednie groźby karalne.

Co musiałoby się zmienić, żeby pani mogła znów przynajmniej próbować wrócić do swojego dawnego życia. Czego pani potrzebuje?

Nie chodzi mi o nagłaśnianie sprawy, po prostu chcę mieć znów dom, który miałam, odrobić zaległości finansowe. Chcę tego, co miałam przez ostatnie dziesięć lat, które spędziłam w Siedlcach. Chciałabym mieć osoby, które są w stanie mnie zrozumieć, porozmawiać o tym ze mną. I może w końcu ktoś mi powie, co by było, gdybym to zrobiła, a któryś z chłopaków by umarł?

Potrzebuję pomocy prawnej, psychologicznej, a przede wszystkim pracy w Polsce.

Przypuszczam, że gdybym miała większe możliwości finansowe, to od początku moja sytuacja rozwijałaby się inaczej. Tak naprawdę nie stać mnie, żeby na przykład wziąć prawnika w sprawie odzyskania mojego syna, co jest dla mnie priorytetem. Ani w żadnej innej.

Do kogo zwracała się pani z prośbą o pomoc, o interwencję?

Kiedy po ujawnieniu sprawy zwróciłam się w styczniu 2020 roku do Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych Regionu Siedleckiego o pomoc w znalezieniu pracy, już wtedy sugerowano mi, że będzie wytoczone w mojej sprawie postępowanie dyscyplinarne i do tego czasu nie wolno mi podjąć pracy.

Nie wiedziałam, co się dzieje. W związku z tym napisałam pismo do Rzecznika Praw Obywatelskich z pytaniem, czy nadal mam prawo do wykonywania zawodu. Odpowiedź od RPO, w której dowiedziałam się, że nie zostało mi ono odebrane, otrzymałam na początku lipca 2020 roku.

Pomocy szukałam również w Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym, ale nie uzyskałam wsparcia, ponieważ najpierw byłam świadkiem, a później któryś z prokuratorów stwierdził, że jestem ofiarą poszkodowaną ujawnionym przestępstwem, ale i tym w końcu przestałam być. A teraz już sama nie wiem, czy jestem tylko świadkiem, czy jestem poszkodowaną przestępstwem, które ujawniłam.

Kontaktowałam się też z Fundacją Batorego. Długo rozmawialiśmy z panem Marcinem Waszakiem, ale też nie był w stanie mi pomóc. W przeszłości czynnie wspierali pro bono sygnalistów, ale od jakiegoś czasu skoncentrowali się na pracach nad ustawą o sygnalistach (dyrektywa unijna o sygnalistach powinna zostać wprowadzona do polskiego porządku prawnego najpóźniej do 17 grudnia 2021 roku – przyp. red.).

Pisałam do Państwowej Inspekcji Pracy. Byłam w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie, jednostce, która powinna pomagać rodzinie, ale nikt mi nie pomógł. Nie powiedział, co mam zrobić, dokąd pójść. Odwiedziłam wiele instytucji, ale tak naprawdę nawet nie znam mojego statusu. Czy jestem sygnalistką? W Polsce nie ma dalej stosownej ustawy, jest tylko dyrektywa Unii Europejskiej i jej wytyczne dotyczące sygnalistów.

Ktoś mógłby powiedzieć: przecież ta pani jednak podała kroplówki, to o co ma teraz zastrzeżenia do izb pielęgniarskich?

Po naciskach na mojego szefa uzyskałam jego podpis pod tym, co mamy podać. I te dowody też mam. Ma je również POLADA i prokuratura w Lublinie. Izby pielęgniarskie nie mogą mi zarzucić, że podawałam leki bez zlecenia lekarskiego, co jest niedopuszczalne według procedur medycznych. Prokurator nie postawił mi żadnych zarzutów.  

W jednym z komentarzy pod tekstem, który wcześniej ukazał się na temat pani sprawy, ktoś stwierdził, że przecież zdradziła pani tajemnicę zawodową. Co pani na to?

Nie zdradziłam żadnej tajemnicy zawodowej. Fakt, podałam, że zawodnicy byli zdrowi, ale nie podałam nigdzie ich nazwisk. O jakiej zdradzie mówimy? Przecież to prasa rozpisywała się na ten temat, z imienia i nazwiska wymieniano piłkarzy, trenera, lekarza. Nie ujawniłam publicznie danych, nie złamałam RODO, nie złamałam tajemnicy pielęgniarskiej.

Natomiast moje imię i nazwisko od razu wypłynęły w świat w Internecie. Było opisane, co zrobiłam. Podano, gdzie mieszkam i gdzie pracuję, a nawet, jaka jest moja sytuacja osobista.

Powiem pani, że jestem zszokowana, kiedy po wpisaniu w Google mojego nazwiska wyświetla się wszystko na mój temat. Każdy może sobie kliknąć i poczytać. Kiedy poszłam do nowej pracy, tak właśnie się działo. Przychodzi koleżanka, z którą dopiero co zaczęłam pracować, i mówi: „Zobacz, tutaj i tutaj o tobie piszą. Dlaczego nic nie mówisz?”. Dowiedziałam się nawet, że trafiłam do Wikipedii pod pojęciem sygnalista, gdzie również widnieją moje dane.

Nie robiłam rozgłosu wokół sprawy, nie zwróciłam się od razu do POLADY. Początkowo robiłam wszystko, co mogłam, w poradni – w moim miejscu pracy. Informowałam przełożoną, lekarza, będącego prezesem spółki zarządzającej przychodnią, że to jest niedopuszczalne.

Wszystko, co się wydarzyło i cała otoczka mówiąca, że to ja jestem tą najgorszą – to jest dopiero chore.

Każdy mój dzień to życie nadzieją, myślenie o moim synu, którego urodziłam jako wcześniaka i przez czternaście lat wychowywałam. Czasami spoglądam na jego zdjęcia, wyjeżdżaliśmy razem, łowiliśmy ryby. I nagle mi go po prostu odebrano. Obecnie to dosłownie walka o przetrwanie. Moje dotychczasowe życie nie było usłane różami, ale było moje.

Żyję dalej w takim napięciu emocjonalnym, że nie wiem, ile jeszcze można w ten sposób wytrzymać. Wiele w życiu przeszłam, ale teraz brakuje mi słów, żeby opisać moją obecną sytuację. Niech mi pani uwierzy, że chciałabym, aby ten koszmar wreszcie się skończył.

Straciłam swoje idee, marzenia, nie mogę pracować jako pielęgniarka, chociaż na razie nie pozbawiono mnie prawa wykonywania zawodu. Starałam się wrócić do pracy i skończyło się SMS-em, który mi napisała kierowniczka DPS-u, że „szef dla mnie umowy nie pisał”. Wtedy już wiedziałam, że gdziekolwiek trafię, to i tak pracy jako pielęgniarka nie znajdę, a jak znajdę, to każdy się dowie, co zrobiłam, że jestem sygnalistką. Czy dlatego muszę się każdego dnia bać i tego wstydzić?

A ja mam tylko jedno w głowie – niech mi pani uwierzy – nie wyobrażam sobie, żebym mogła postąpić inaczej.

Podobno w Polsce brakuje pielęgniarek. Jedna z nich, Bogumiła Sawicka, właśnie teraz potrzebuje naszej pomocy. Zwracamy się do Państwa z apelem. Jeśli ktoś pro bono mógłby udzielić pani Bogumile wsparcia psychologicznego, prawnego, zawodowego czy innego bardzo prosimy o kontakt na adres: sygnalisci@instytut.lodz.pl

Szanowni sygnaliści. Jeśli ktoś z Państwa chciałby jeszcze opowiedzieć Czytelnikom TSO swoją historię, opublikujemy ją. Jesteśmy też ciekawi opinii o tworzonej właśnie ustawie o ochronie sygnalistów. Polecamy adres: sygnalisci@instytut.lodz.pl

Czekamy na Was.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 94 / (42) 2021

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Rynek pracy # Społeczeństwo i kultura Obywatele KOntrolują

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.