fbpx

Rozmowa

Uchodźcom z Ukrainy trzeba pomóc. Ważne, żeby robić to mądrze

fot. neelam279 z Pixabay

Z Agnieszką Olszewską, prezeską fundacji, rozmawiamy o tym, jak pomagają uchodźcom z Ukrainy, jak robić to z głową i dlaczego lepiej jest dawać wędkę niż samą rybę. A także o przewrotności historii, emocjach i tragediach oraz zwyczajnym ludzkim współczuciu.

Małgorzata Jankowska: Jest pani prezesem Fundacji Europejskie Forum Rozwoju, co to oznacza na co dzień?

Agnieszka Olszewska: Jestem prezesem fundacji, która jednocześnie jest przedsiębiorstwem społecznym. Co to znaczy? Dokładnie to, że samy zarabiamy na realizację tego, co jest bliskie naszemu sercu. Zarabiamy, oferując komercyjne usługi księgowo-kadrowe, szkoleniowo-doradcze i wspieramy klientów w pozyskiwaniu dofinansowań. Zyski przeznaczaliśmy do tej pory głównie na pomoc osobom z niepełnosprawnością i pomoc organizacjom pozarządowym, działającym na ich rzecz, a także na organizację bezpłatnych szkoleń i doradztwa.

Jako prezes podmiotu dbam o prawidłową realizację działalności gospodarczej i statutowej. Zarządzam fundacją, pozyskuję klientów, dbam o jakość usług i o to, aby na co dzień dostrzegać te potrzeby, które są aktualnie najistotniejsze i w pierwszej kolejności wymagają finansowania. Dbam o odpowiedni poziom zysku. Bowiem zysk jest tym, co umożliwia nam niesienie szeroko rozumianej pomocy. Zysk i ludzie dobrej woli.

Co pani pomyślała, poczuła, kiedy dotarła do pani wiadomość o agresji Rosji na Ukrainę?

Od razu przypomniał mi się mój dziadek. W momencie wybuchu II wojny światowej miał 14 lat. Miałam z nim bardzo bliski kontakt. Często opowiadał mi o tym, co działo się we wrześniu w 1939 roku. Jakie były nastroje społeczne.

Dziadek opowiadał, że kiedy weszli Niemcy, to przeciętni ludzie byli przekonani, że to jest niemożliwe, żeby dwadzieścia lat po zakończeniu I wojny światowej znowu mogło dojść do tak wielkiego konfliktu. Nikt nie wierzył w wojnę. Ludzie tłumaczyli sobie, że przecież żyją w czasach cywilizowanych, że to jest XX wiek, 1939 rok, że wejdą Anglicy, Francuzi i pomogą. Że to będzie kilkudniowy konflikt. Sądzili, że to nie będzie poważny konflikt i w pierwszych dniach wojny żyli w przysłowiowej bańce mydlanej.

Mam wrażenie, że dziś jest podobnie, że mimo wojny na Ukrainie, my mentalnie jesteśmy w tej samej bańce mydlanej. Nie chcemy uwierzyć, że ta bańka w każdej chwili może pęknąć. A to, co dzisiaj stało się na Ukrainie, za chwilę może stać się także u nas. W pierwszych dniach wojny sama myślałam, że to niemożliwe, żeby w XXI wieku, w 2022 roku doszło do sytuacji, w której ludzie zaczną mordować ludzi tylko dlatego, że marzy im się trochę większy kawałek nieba. To była pierwsza myśl, potem szok i pewien paraliż z tym związany. Niemoc i pytanie, co teraz? Pamiętam, że przez pierwsze dwa dni siedziałam i oglądałam kolejne i kolejne wiadomości w telewizji, nie wierząc w to, co widzę.

Mimo tego, że mój dziadek całe życie mnie uświadamiał, że nigdy nie ma pewności jutra, to myślę, że odczuwałam ten sam poziom niedowierzania, co on w 1939 r. Bo jednak człowiek gdzieś tam w środku chce się czuć bezpieczny. I współczuje i pragnie wierzyć, że to go jednak nie dotyczy. A przynajmniej do momentu, kiedy nie zaczyna się to dziać w jego domu.

Mówiła pani o początkowym paraliżu, a po nim coś się stało?

Po paraliżu przyszedł czas na dyskusje wewnątrz organizacji o sytuacji, o tym, co można zrobić. Tym bardziej że w mediach zaczęto informować o napływających uchodźcach z Ukrainy i powszechnie prowadzonych zbiórkach.

To była też nasza pierwsza myśl – zróbmy zbiórkę. Czuliśmy potrzebę niesienia pomocy. Wiedzieliśmy, że nie możemy stać z boku i patrzeć na wszystko obojętnie, chcieliśmy działać.

Jednak każdego z nas ta wojna zastała w pewnej sytuacji życiowej. Mieliśmy już plany, umówione spotkania, wyjazdy, zaplanowane szkolenia… Potrzebowaliśmy czasu na samoorganizację i zaplanowanie działania. Przegrupowanie. Podzielenie zadań i obowiązków. Fundację tworzy niewielki zespół, więc nie mieliśmy takiego komfortu, że od razu mogliśmy kogoś zaangażować tylko „w pomaganie”.

Zanim podjęliśmy działania, minęły dwa dni. Od innych organizacji dowiedzieliśmy się, że zbiórki umożliwiły zebranie ogromnej ilości rzeczy. Mimo to w nas, ludziach i przyjaciołach fundacji, wciąż była potrzeba działania. Mówiliśmy sobie: „Zróbmy coś, nie zostawiajmy tak tych ludzi”. Ale nie chcieliśmy powielać tego, co już zostało zrobione. I wtedy odbyłam rozmowę telefoniczną z prezeską Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego Ethnos, które zaangażowało się w działanie punktu rejestracyjno-przerzutowego przy ulicy Piotrkowskiej 31. W trakcie tej rozmowy usłyszałam, że w punkcie na podłodze siedzą dwie młode mamy z maleńkimi dziećmi w wieku do roku i do trzech lat. Te dziewczyny nie miały w Polsce nikogo i nie miały gdzie przenocować. To był impuls. Podjęliśmy decyzję od razu, że chcemy działać w sposób celowy i pomagać konkretnym osobom, najlepiej takim, które w Polsce nie mają nikogo. Pojawił się pomysł znalezienia i wynajęcia mieszkania. Przeliczyliśmy pieniądze, ustaliliśmy budżet i zaczęliśmy działać.

W ciągu dwóch dni wykonaliśmy około trzydziestu telefonów, próbując znaleźć mieszkanie pod wynajem. Reakcje właścicieli były różne. Niektóre osoby zdecydowanie odmawiały, wiedząc, że to wynajem dla uchodźców. Inne mówiły o swoich obawach, jeszcze inne nie chciały słyszeć o wynajmie krótkoterminowym, a część ogłoszeń była już nieaktualna. W końcu udało nam się znaleźć dwupokojowe mieszkanie w Łodzi, w dobrym stanie technicznym.

Trafiliśmy na cudownego człowieka. Właściciel mieszkania stwierdził, że on też chce pomagać i chce się zaangażować.

Podzieliliśmy koszty w ten sposób, że pan zrezygnował z zapłaty za wynajem za pierwsze trzy miesiące i wziął na siebie koszt czynszu w pierwszym miesiącu. Dzięki temu zaoszczędziliśmy środki, które mogliśmy przeznaczyć na zakup niezbędnego wyposażenia.

Jak już znaleźliśmy mieszkanie, okazało się, że te dwie mamy, których sytuacja nas zainspirowała, mają już dom. Zadeklarowaliśmy, że chętnie pomożemy innym osobom. Wolontariusze z Piotrkowskiej 31 od razu przystąpili do działania. Dość szybko poinformowali nas, że jedzie do Łodzi rodzina, która tu nikogo nie ma. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto przyjedzie, w jakim wieku są dzieci. Podobno miała to być babcia, mama i troje dzieci. W drodze okazało się, że ojciec rodziny zginął na wojnie, a jadąca do nas jego żona jest w szoku. Dodatkowo jedno z dzieci wymagało bardzo specjalistycznego leczenia. A my tego do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy. Czekaliśmy na tych pięć osób całą noc, co chwilę dostając informację z Piotrkowskiej 31, że będą za godzinę, dwie, wieczorem itd. I mimo tego, że rodzina miała być początkowo za 1,5 h i praktycznie w kilka godzin zorganizowaliśmy wszystko na ich przyjęcie, nikt do nas nie dojechał. Bo pewnych rzeczy, jak się okazało, nie da się zaplanować. Szczególnie w chaosie wojny i informacji. Zwyczajnie musieliśmy się uzbroić w cierpliwość. Rano dostaliśmy informację, że ta rodzina w ogóle do nas nie dotrze, ale są inni potrzebujących.

W tym samym dniu do wynajętego mieszkania przyjęliśmy Lenę i Liudę – dwie mamy z łącznie trójką dzieci w bardzo trudnej sytuacji. Lena zdążyła zabrać tylko jakieś drobne rzeczy dla dzieci. Dla siebie nie zabrała nic. Na dodatek, po drodze rozpadły się jej buty. Więc w sumie do mieszkania dotarła w jednym. Pięć osób miało cały dobytek w jednej niewielkiej torbie podróżnej – mniejszej niż bagaż podręczny.

Jako fundacja kupiliśmy wszystko, co było potrzebne – począwszy od szczoteczek do zębów, poprzez bieliznę, obuwie, aż po pościel. Zakupy uzupełniliśmy zbiórką celową m.in. ubrań, kosmetyków i drobnego wyposażenia kuchennego.

Wszystkim osobom, które zaangażowały się w pomoc na tym etapie, bardzo dziękuję, całemu zespołowi Fundacji EFR, kierownikowi biura księgowego i wolontariuszom, szczególnie pani Dorocie Wojciechowskiej i panu Marcinowi Kopeć. Bez Was to by się nie udało. Dziękuję również Stowarzyszeniu Społecznie Zaangażowani i pani Agnieszce Reiske, za okazaną pomoc i gaszenie pożarów, kiedy kolejne osoby nie miały gdzie nocować i cudem znajdowały schronienie właśnie w tej organizacji.

I co dalej?

I to był początek góry lodowej, bo jak już pomogliśmy jednej rodzinie, to sami uchodźcy, czy wolontariusze z Piotrkowskiej 31 zaczęli dzwonić i mówić: „Słyszeliśmy, że macie państwo mieszkanie”, „Potrzebujemy mieszkania dla takiej to a takiej liczby osób, czy możecie pomóc”, „Potrzebujemy transportu, wózka inwalidzkiego, itd.”. Nasz telefon zaczął żyć własnym życiem.

Staramy się w miarę możliwości pomóc wszystkim, którzy się do nas zwracają. Duże wsparcie okazał Urząd Miasta Łodzi, który skontaktował się z nami i wyszedł z ciekawą propozycją. Poinformował nas, że są firmy, które chcą wspierać organizacje pozarządowe w udzielaniu pomocy uchodźcom. Urzędniczka przekazała informację, że wpisują nasz numer telefonu do bazy kontaktów. I rzeczywiście odezwała się już jedna firma, która chce pomóc, ale która była bardzo zaskoczona tym, że to na razie tylko „jedno mieszkanie”. Wytłumaczyliśmy, że z dostępem do mieszkań w tej chwili jest kłopot, a największym problemem po znalezieniu mieszkania jest przekonanie wynajmującego, żeby zgodził się podpisać umowę krótkoterminową na trzy do sześciu miesięcy. Dodatkowo wyjaśniliśmy, że jesteśmy małą organizacją i działamy na miarę swoich możliwości. I jeżeli są zainteresowani współpracą z nami, to możemy znaleźć kolejne mieszkania i pomóc kolejnej rodzinie, ale pod warunkiem, że wezmą na siebie przynajmniej częściowe koszty utrzymania mieszkania, a my np. koszty utrzymania rodziny. Rozmowy są w toku. Warto nadmienić, że koszt utrzymania takiej pięcioosobowej rodziny to kilka tysięcy złotych miesięcznie.

Umowę najmu zawiera fundacja?

Tak. My podpisaliśmy umowę jako fundacja z właścicielem lokalu. Konsultowaliśmy kwestie formalne z radcą prawnym, panią Agnieszką Krawczyk, która współpracuje z Ośrodkiem Wsparcia Ekonomii Społecznej Centrum KLUCZ. Pani Agnieszka przygotowała nam formularz kwaterunkowy. Potem szukaliśmy tłumacza. Znalezienie go było trudne, bo trzeba było przetłumaczyć dokument prawny w sposób profesjonalny. Uruchomiliśmy kontakty. Joanna Synowiec pomogła, za co serdecznie dziękuję. I tak to pomaganie wygląda.

Dobro zaraża i tworzy się efekt kuli śniegowej. Jedna osoba pomagająca wciąga kolejne osoby do pomocy. Każdy pomaga i daje od siebie to, co może. A dobro nawija się jak nić na szpulę. I wszystko działa, ale tylko dlatego, że to praca wspólna wielu osób.

W naszej fundacji zaangażowali się wszyscy. Każdy w czymś pomógł. I każdy pomógł tak, jak mógł. Były osoby, które przyniosły jedzenie, były osoby, które przywiozły zabawki, ubrania. Były osoby, które tłumaczyły. Były i są osoby, które jeżdżą i robią „naszej rodzinie” zakupy, pomagają w znalezieniu pracy.

Mimo że na początku drogi i po przeliczeniu budżetu organizacji okazało się, że nie dysponujemy milionami (uśmiecha się), zaczęliśmy pomagać tak, jak mogliśmy, i tak jak sytuacja nam na to pozwoliła. Byliśmy, czy też jesteśmy w stanie wygenerować budżet na utrzymanie jednego mieszkania, koszty wyżywienia i zakupu środków pierwszej potrzeby. Przy dwóch mieszkaniach zrobiłaby się z tego już dosyć duża kwota. Zapewne przekroczyłaby nasz roczny zysk. A biorąc pod uwagę obecną sytuację geopolityczną i ekonomiczną, nie możemy wydać całego naszego budżetu.

Pytała pani, kim jest jestem jako prezes? Jestem też, niestety, strategiem. Bowiem z jednej strony jest we mnie chęć pomagania, a z drugiej strony jest chęć utrzymania stabilności i bezpieczeństwa dla podmiotu, zatrudnionych w nim ludzi, zapewnienia bezpieczeństwa klientom, którzy nam zaufali, powierzając nam choćby prowadzenie swoich spraw księgowo-kadrowych. Utrzymania tego, co budowaliśmy przez ostatnie lata. I muszę pamiętać przede wszystkim o tym, że żeby móc pomagać, to muszę mieć za co. A nade wszystko muszę zapewnić ciągłość źródła finansowania tej pomocy.

Mimo bycia strategiem codziennie odbieram kilka telefonów z prośbą o pomoc w zakwaterowaniu. I mimo iż obecnie nie bierzemy na siebie kosztów utrzymania kolejnych mieszkań i ludzi, to pomagamy dalej. Właśnie poprzez szukanie mieszkań. Jako fundacja daliśmy schronienie pięciu osobom, ale dzięki nam dom znalazło około trzydziestu osób u przyjaciół naszej fundacji. Kojarzymy ludzi – dysponujących lokalami i ich poszukującymi. Jeżeli trzeba coś dokupić, czy komuś przekazać, organizujemy zbiórki celowe dla konkretnych osób. Ostatnio „załatwiliśmy” wózek inwalidzki dla dziecka z niepełnosprawnością. Zakupiliśmy też podstawowe artykuły spożywcze i przekazaliśmy je potrzebującym.

Będziecie wynajmowali następne mieszkania?

Tak, jeżeli będzie nas na to stać. Mamy zasoby osobowe. Chęć niesienia pomocy. Niewielkie, ale jednak doświadczenie. Potrzebujemy w tym zakresie pomocy. Trzeba bowiem pamiętać, że z jednej strony jest serce, a z drugiej strony jest rozum. W fundacji są zatrudnione osoby, które do niedawna same pozostawały bez pracy. Nie chcę kłaść na szali ich bezpieczeństwa. Chcę, żeby jak najwięcej osób skorzystało z pomocy fundacji, dlatego staram się pomagać na tyle, na ile pozwalają środki finansowe. Pomagać z głową. I pomagać nie szkodząc.

Jak odnajdują się w tej sytuacji osoby z Ukrainy?

Powiem szczerze, że są bardzo różne postawy i z różnymi postawami już się spotkałam. Lena i Liuda pochodzą z Wołynia…

I…? Historia zatoczyła koło?

Tak, to taka przewrotność historii. To trochę sytuacja osobista, bo moja rodzina zginęła na Wołyniu. Od dzieciństwa pamiętam opowieści osób, które stamtąd uciekły i przeżyły rzeź. Mam te opowieści w pamięci. I, mimo że minęło już wiele lat, to człowiek o tym pamięta, choć wybaczył. Dziś, po blisko osiemdziesięciu latach, trzeba iść do przodu i pomagać w taki sposób, w jaki chciałoby się otrzymać pomoc.

Nie patrzę na te osoby jak na ludzi, którzy byli odpowiedzialni za to, co się stało na Wołyniu. Patrzę na nich jednostkowo i jak na ludzi takich samych jak my, którzy zwyczajnie potrzebują dzisiaj naszej pomocy. Ale widać, że trudno im o tę pomoc prosić.

Na przykład „nasze dziewczyny” odczuwają zażenowanie. Jedna z dziewczynek jest chora. Jej mama całe życie była samodzielna i zwyczajnie krępowała się poprosić nas o leki dla dziecka. O zepsutym bucie Leny dowiedzieliśmy się w trzecim dniu jej pobytu.  

Każdą pomoc przyjmują z ogromną wdzięcznością i ze łzami w oczach. Nawet pełna lodówka w pierwszym dniu wywołała wzruszenie. Liuda zwyczajnie się popłakała, bo nie liczyła na tyle dobra i pomocy. Przez wiele dni żyła nie wiedząc, co się stanie z nią i jej dziećmi. Gdzie trafią? A okazało się, że spotkała ludzi, którzy bezinteresownie zgodzili się jej pomóc. Dlatego ani ona, ani Lena o nic same nie proszą. O nic poza pracą. O to proszę różne osoby i instytucje również ja. Dziewczyny nie chcą być ciężarem. I chcą się odwdzięczyć za to, że ktoś im pomógł. Nie chcą żebrać, bo tego nikt nie chce. Nie chcą być utrzymywane. Chcą pozostać dumne i samodzielnie. Tym bardziej, że tak przeżyły całe swoje życie. Obie mieszkały na wsi, miały gospodarstwa rolne. Całe życie pracowały, żyły ze swojej pracy, z pracy rąk. A dziś przychodzą i muszą prosić o pomoc. Czują się tym zażenowane.

Może to zabrzmi brutalnie, ale widząc ich postawę i dumę, chcę im to umożliwić. Chcę im dać samodzielność. Im i innym osobom w podobnej sytuacji. Dlatego w fundacji chcemy nie tylko dawać rybę, ale też wędkę, żeby można było tę rybę samodzielnie złowić.

Mamy takie poczucie, że problem – przepraszam, że nazywam sytuację problemem – dopiero się rodzi. Jak dotąd granicę przekroczyły ponad dwa miliony osób, a mówi się o możliwych trzech, pięciu milionach. I myślę, że jako społeczeństwo w pewnym momencie możemy nie dźwignąć skali zjawiska. Jeżeli nie będzie rozwiązań systemowych, centralnych, to w którymś momencie miejsca w naszych domach się skończą. Skończą się wolne mieszkania do wynajmu. I przede wszystkim pieniądze. Dlatego tak ważne jest, żeby przybywający dziś do Polski uchodźcy jak najszybciej się usamodzielnili. Tym bardziej, że oni sami chcą tego. Dlatego chcemy pomagać w znalezieniu pracy. Chcemy pomagać w usamodzielnianiu. I chcemy pomóc kolejnym osobom – tym na początku drogi.

Czy chciałaby pani o coś zaapelować?

Wszystkie osoby, które są zainteresowane współpracą z nami w zakresie udostępnienia/wynajmu mieszkania, zapraszamy do kontaktu. Warunki współpracy omówimy bezpośrednio.
Mamy bardzo dużo zapytań o pracę, jeżeli ktoś chciałby zatrudnić uchodźców, również zapraszam do kontaktu.

Podkreślę, że obecnie nie prowadzimy zbiórek ogólnych. Jeżeli zbieramy to konkretne rzeczy dla konkretnych osób. Jeżeli ktoś chce wesprzeć zbiórki, to również zapraszam do pozostawienia kontaktu, będziemy rozsyłać do zainteresowanych informacje o aktualnie potrzebnych artykułach.

Telefony do biura Fundacji EFR to: 533 402 036, 666 402 036
Pracownicy Fundacji udzielą wszelkich informacji.

Życzę powodzenia.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 117 / (13) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura Centrum KLUCZ

Być może zainteresują Cię również: