Rozmowa

W piekarni żyjemy jak w rodzinie

Krzysztof Parol i Agnieszka Łaska, Spółdzielnia Socjalna Piątkowska z Głowna
Krzysztof Parol i Agnieszka Łaska, Spółdzielnia Socjalna Piątkowska z Głowna, fot. Instytut Spraw Obywatelskich

Z Krzysztofem Parolem, menadżerem i jednym z pomysłodawców Spółdzielni Socjalnej Piątkowska z Głowna rozmawiamy o wielkim odznaczeniu, małej codzienności i realiach pracy w piekarni.

Justyna Matusiak: Niedawno, bo w połowie czerwca, odebrałeś Brązowy Krzyż Zasługi. Na oficjalnej stronie Prezydenta RP czytam, że: „nadawany jest osobom, które położyły zasługi dla państwa lub obywateli spełniając czyny przekraczające zakres ich zwykłych obowiązków, a przynoszące znaczną korzyść państwu lub obywatelom, ofiarną działalność publiczną, ofiarne niesienie pomocy oraz działalność charytatywną”. Jakie to uczucie odbierać takie wyróżnienie?

Krzysztof Parol: Wielkie zaskoczenie. Ceremonia nadawania odznaczeń była zaplanowana w ramach Ogólnopolskiego Dnia Przedsiębiorcy organizowanego w Łodzi. Nie spodziewałem się, że chodzi o odznaczenie państwowe. Myślałem co najwyżej, że będzie to jakieś wyróżnienie branżowe. Kiedy się dowiedziałem, że chodzi o Brązowy Krzyż Zasługi, pomyślałem, że to żart. Takie prima aprilis tylko w czerwcu. Natomiast samo uczucie? Czasy są dziwne i z jednej strony jest radość i olbrzymia satysfakcja, że zostałem doceniony i ktoś zauważył moje działania w ekonomii społecznej. A ta ekonomia społeczna, dla odmiany, jako część całej naszej gospodarki, została zauważona dzięki mojej działalności. Natomiast z drugiej strony, przy swoim „życiorysie politycznym”, to ordery od obecnej władzy przyjmuje się trochę niezręcznie. Mimo że w politykę od lat zaangażowany nie jestem. Niewiele osób z mojego środowiska wie o odznaczeniu i to jest właśnie dziwne. Żyjemy w takich czasach, że coś co powinno być odbierane jednoznacznie pozytywnie i co powinno być powodem do satysfakcji, jest dwuznaczne. Ale czasu się nie wybiera, a władza jest, jaka jest.

Jak wróciłeś do firmy, to co powiedziałeś?

U mnie w firmie nikt o tym nie wie.

Nie myślałeś o tym, żeby to wykorzystać marketingowo?

Gdyby to była nagroda dla firmy, pewnie bym tak zrobił, ale nie jest. W tym wypadku musiałbym sam siebie promować, a nie chciałem tego robić. Chyba dopiero dwa dni przed odznaczeniem miałem kontakt z rzecznikiem prasowym prezydenta Polski i wtedy się dowiedziałem, że chodzi o odznaczenie państwowe. Już wtedy wiedziałem, że to jest grubsza sprawa, bo przecież Prezydent RP nie daje medali z kartofla (śmiech).

Krzysztof Parol na ceremonii wręczenia odznaczeń podczas Gali IV Ogólnopolskiego Dnia Przedsiębiorcy,
13.06.2023r. Łódź

Odklejmy się na chwilę od nagrody, bo to jest wtórna rzecz wobec tego, co robisz. Chciałam zapytać Cię o to, w jaki sposób Ty sam o sobie myślisz – jakim przedsiębiorcą jest Krzysztof Parol?

Myślę, że przede wszystkim jestem przedsiębiorcą dojrzałym, który przeszedł praktycznie całą tą drogę budowania przedsiębiorczości w Polsce, od transformacji w ‘89 roku do dzisiaj. Nie powiem, że ja budowałem podwaliny po tą przedsiębiorczość, ale uczestniczyłem w poszczególnych zmianach i stąd mogę powiedzieć, że cała historia tych trzydziestu paru lat działania i przedsiębiorczości w Polsce, to w jakimś stopniu też moja historia.

Mój teść prowadził w Głownie piekarnię. Zaprosił mnie do współzarządzania nią, choć nie miałem o tym zielonego pojęcia. Byłem tylko ekonomistą z wykształcenia, bez doświadczenia w branży. Po kilku latach teść zmarł, a ja zostałem rzucony na głęboką wodę, bo przyszło mi przejąć interes.

Podejmowałem wiele działań o charakterze instynktownym i myślę, że na tym generalnie polega rozwój. Mam parę takich zasad w polityce zarządzania firmą, których się trzymam. Po pierwsze – nigdy nie robię olbrzymich kroków. Zawsze uważałem, że polityka małych kroków w firmie jest najlepsza. Robisz krok i patrzysz czy możesz zrobić jeszcze dwa, trzy kroki do przodu, czy jednak trzeba się cofnąć. Potem rozglądasz się i zastanawiasz, jak to wszystko działa i próbujesz znowu. Staram się nie działać na zasadzie, że skaczę gdzieś daleko, a później się okazuje, że coś przeskoczyłem i ciężko to nadrobić.

Po jakimś czasie od tych wydarzeń zaczęło się głośno mówić o ekonomii społecznej i powiem szczerze, że nie wiem czy mnie, jako przedsiębiorcy, ten temat nie uratował w sensie ekonomicznym i mentalnym. Był to trudny okres dla branży. Po 2010 roku interes mocno spowolnił i zacząłem się zastanawiać, co ze sobą zrobić.

W tym samym czasie realizowaliśmy z przyjaciółmi ze Stowarzyszenia Prodesse projekt mający na celu wesprzeć proces usamodzielniania osób z niepełnosprawnościami. Podczas jednej z wielu wspólnych dyskusji ktoś rzucił: „A może zaczniemy zatrudniać osoby, które są poza rynkiem pracy i nie wiedzą, co ze sobą zrobić? Spróbujmy znaleźć dla nich jakieś sensowne wyjście z tej sytuacji.”.

Wtedy temat spółdzielni socjalnej jeszcze się nie pojawił. Nawet nie wiedzieliśmy, że istnieje coś takiego jak przedsiębiorczość społeczna, ale zaczęliśmy szukać rozwiązań formalnych, żeby zrealizować nasz plan.

Pojawił się pomysł pod tytułem: trzeba tych ludzi wydobyć z niebytu i przywrócić do życia społecznego i zawodowego. Teraz już wiemy, że myśleliśmy o ekonomii społecznej, choć tak tego nie nazywaliśmy.

Wiedzieliśmy, że chcemy rozpocząć reintegrację tych osób i z perspektywy czasu muszę przyznać, że kilkanaście osób, które tu się przewinęło (w piekarni – przyp. red.), ostatecznie zafunkcjonowało w samodzielnym życiu. Dlatego czuję się w jakimś stopniu spełnionym przedsiębiorcą społecznym. To, o czym myśleliśmy, nie sprawdziło się w 100% przypadków, ale w zdecydowanej większości nastąpiła pewna reintegracja społeczna. I chyba to jest największy sukces, że ci ludzie normalnie mogą korzystać z życia.

Postawiłeś na tych, na których niewielu stawia. Jaka była reakcja otoczenia? Pukali się w głowę i mówili „Krzychu, z kim ty chcesz pracować? Co ty robisz?”

Właśnie nie! Miałem pozytywny odzew od większości osób, które mnie otaczały. Od razu trzeba tu zaznaczyć, że nad pomysłem spółdzielni socjalnej nie pracowałem sam, tylko z grupą ludzi. I dlatego, wracając jeszcze do tych wszystkich odznaczeń, zawsze twierdzę, że nagrodę powinien dostać zespół, z wami włącznie. Zespól kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu osób, które pomogły i dały pomysły, energię, swój czas i sprawiły, że wygląda to tak, a nie inaczej. Wielu ludzi ma świetne pomysły tylko, że od momentu koncepcji do jej realizacji jest często tyle trudności, że przez brak wsparcia nawet najlepszy pomysł upada. Ja miałem to szczęście, że otrzymałem olbrzymie wsparcie od wielu osób i nie słyszałem tekstów typu: Czy ty wiesz, na co się porywasz?

Kiedy byłem jeszcze samorządowcem, przyszedł do mnie wicestarosta (zgierski – przyp. red.) i mówi: „Gratuluję, słyszałem, że masz przedsiębiorstwo społeczne w Głownie. Możesz na mnie liczyć”. Nie spodziewałem się takiej reakcji. Nie trafiłem na swojej drodze na ludzi, którzy by pukali się w głowę i mówili: Na co ty się porywasz, człowieku, po co ci to? Wręcz przeciwnie, miałem wokół siebie ludzi motywujących, mówiących coś na zasadzie: To niezłe wyzwanie!

No właśnie, a propos wyzwania – z jakimi wyzwaniami zmagasz się w tym momencie? Ty jako przedsiębiorca, jako człowiek, który daje szansę tym, którym trudniej na rynku pracy?

Na pewno nadal walczę. Zdecydowanie jestem bardziej świadomy tego, na czym polega przedsiębiorstwo społeczne. Wiem też, z kim współpracuję, jakie są zagrożenia, a jakie plusy i jak to wszystko poukładać, żeby się nie wpakować na minę, bo nie ma co ukrywać, to jest największe zagrożenie. Szczególnie dla ludzi, którzy nigdy nie współpracowali z osobami niepełnosprawnymi. Może im na samym początku zabraknąć cierpliwości, a właśnie cierpliwość i systematyczna praca to podstawa. Na tym też chyba polega reintegracja społeczna. Ci ludzie, jak każdy z nas, chcą ciągle nabywać nowych kompetencji, a przez to zwiększają poziom swojej pewności i lepiej funkcjonują w społeczeństwie i w pracy. To jest właśnie, wracając do mojej filozofii zarządzania firmą, działanie krok po kroku. Choć po drodze robi się masę błędów. Pamiętam, że na samym początku rzucałem im hasło: Zróbcie to, zróbcie tamto. Mówiłem coś ogólnego. Później przychodzę sprawdzić i albo nie jest to zrobione, albo jest zrobione słabo. To mnie nauczyło, że muszę być bardzo konkretny, a najlepiej jeszcze dzielić obowiązki tak, że każdy ma swoje do zrobienia. Z czasem te moje instrukcje były coraz mniej szczegółowe albo dotyczyły tylko rzeczy, które były nowe. Kiedy pracownicy wchodzili w role i zadania powtarzalne dzień za dniem, to już nie było problemu z rozumieniem, co i jak ma być zrobione. Jak się pojawiało coś nowego, to trzeba było ich tego nauczyć. Teraz już nie muszę dawać tylu instrukcji, bo wiem oni sobie dają radę.

Zastanawiają mnie Twoje motywacje i zapytam troszkę przekornie: nie łatwiej byłoby rzucić hasło takim „zwykłym” pracownikom?

Dobre pytanie. Nie wiem czy potrafię na nie odpowiedzieć. Relacje pracodawca – pracownik w dzisiejszym świecie to nie jest fajna sprawa. Ja czasami nawet wolę współpracować z grupą „moich” niepełnosprawnych. Oni potrafią być wdzięczni za to, co się dla nich robi.

Ważne, żeby mieć świadomość ich ograniczeń wynikających z niepełnosprawności, których nie przeskoczysz. Z drugiej strony, jeśli masz dobrze ułożone takie zwykle relacje międzyludzkie, nie na zasadzie hierarchii, ale współpracy, to chyba łatwiej uzyskać od nich określone efekty niż od niejednego pracownika pełnosprawnego.

Dziś wiele osób jest roszczeniowych, chcą pracować mniej, a zarabiać więcej. To wszystko jest logiczne, wydaje się nawet sensowne, tylko trzeba pamiętać, żeby nie popaść w skrajność wynikającą z egoizmu. Róbmy swoje jak najlepiej, miejmy za to godziwe wynagrodzenie, ale dbajmy też o to, żeby nie ucierpiała firma, dzięki której jakoś tam żyjemy.

No właśnie: „jakoś tam żyjemy”. Jak? W jakim momencie jesteście wy jako spółdzielnia. Ostatnio rozmawialiśmy w 2017 roku, minęło od tego czasu ponad sześć lat. Co się zmieniło?

Zespół mamy w miarę stały. Jeśli jest jakaś fluktuacja, to na takiej zasadzie, że jedna osoba odchodzi, druga przychodzi. Te zmiany są zwykle związane z sytuacjami życiowymi czy ze stanem zdrowia danego pracownika, ale generalnie skład osobowy jest od dłuższego czasu ten sam. Pracownicy znają już zasady funkcjonowania w firmie. Wiedzą, co do nich należy, na co sobie mogą pozwolić, a na co nie. Poczuli, że są za coś konkretnego odpowiedzialni i że wiele od nich zależy. Co do sytuacji zewnętrznej, to nie było łatwo. Ledwo się rozwinęliśmy jako firma, a przyszła pandemia. Rok temu wybuchła wojna w Ukrainie, inflacja, olbrzymi skok cen surowców energetycznych, paliw kopalnych. Nie ukrywam, że to był trudny czas. Zwykłe, zdrowo funkcjonujące przedsiębiorstwa też miały problemy, niektóre nawet upadały. Przebrnęliśmy przez to wszystko, co jest olbrzymim sukcesem.

Od samego początku przyjąłem zasadę, że zysk w tej firmie jest rzeczą drugorzędną. Jak go osiągniemy – ok. Najważniejsze, żebyśmy mieli płynność finansową i nasze zobowiązania regulowali na bieżąco.

Z tym było wyzwanie, ale przebrnęliśmy to wszystko dzięki współpracy z kontrahentami, z których część chciała i mogła poczekać na pieniądze. Ale wszystkie daniny zusowsko-skarbowe, opłaty za energię i pozostałe kluczowe rachunki realizowaliśmy na bieżąco.

A jak odbiła się na was inflacja? Wasze produkty są wysokiej jakości, w związku z tym chleb nie kosztuje 2 zł, tylko znacznie więcej. Czy widzicie spadek zainteresowania?

Nie, na szczęście nie. Mamy prawie połowę lipca, a u mnie nie ma efektu wakacji. Nawet mamy lekki wzrost. Tamten rok był chyba najcięższy. Szczególnie te wzrosty cen tuż po wybuchu wojny w Ukrainie, takie skokowe o kilkadziesiąt procent, na przykład ekogroszku, mąki, to nas strasznie sponiewierało. Na szczęście w połowie roku wpadłem na pomysł, że muszę utrzymać płynność finansową i wystąpiłem o pożyczkę do TISE (Towarzystwo Inwestycji Społeczno-Ekonomicznych – przyp. red.). Pożyczkę otrzymaliśmy, no i to nas uratowało, bo to była taka kroplówka, choć może to zbyt delikatne słowo.

Deska ratunkowa.

O tak. Do dzisiaj mamy wszystko popłacone. Tą pożyczkę będziemy spłacać sukcesywnie, ale to właśnie ona pokryła te kilkadziesiąt tysięcy strat, które wygenerowaliśmy w związku ze wzrostem kosztów. Niektóre wzrosty były horrendalne, np. właśnie opału. Musimy go kupować co parę tygodni, mąkę też. Wcześniej za jedną dostawę ekogroszku (ok. 3 tony – przyp. red.) płaciliśmy np. 3000 zł – 3500zł. Cena, właściwie z dnia na dzień, wzrosła do kilkunastu tysięcy.

Cena za jedną dostawę mąki (ok. 10 ton – przyp. red.) wzrosła z 12 tys. zł do 26 tys. zł. A podwyżka cen pieczywa była ograniczona. My jesteśmy małym miastem i tu nie ma czegoś takiego jak towar wyższej jakości. Chleb to chleb, a że ty robisz to w uczciwy sposób, nie sypiąc jakichś spulchniaczy, polepszaczy czy innych dodatków, które zwiększają objętość, a co za tym idzie obniżają koszty, to już inna sprawa. My tutaj naszej filozofii nie zmienimy. Obojętnie co by się działo.  

Nie miałeś takiej myśli, żeby zrobić coś taniej?

Nie, właśnie nie. Ja obawiam się, że jest to droga donikąd. Kiedy raz zejdziesz z tej ścieżki to po pierwsze część ludzi zapamięta, że, mówiąc ładnie, straciłeś cnotę przyzwoitości, a z drugiej strony to jest taka pokusa, która zawsze źle się kończy. Bo kiedy zaczniesz za bardzo kombinować, to może się okazać, że z tej jakości wcześniejszej zostanie tylko jakiś cień.

Jak patrzysz na historię spółdzielni czy jest coś takiego, co byś dzisiaj zrobił inaczej? Zmienił, poprawił?

Trudne pytanie. I wiąże się chyba z tym, jak ewoluowała, nawet w świadomości naszych rządzących, ekonomia społeczna, która dopiero w ubiegłym roku doczekała się ustawy. Gdyby te wszystkie programy pomocowe pojawiły się wcześniej, to już na przykład temat energii odnawialnej miałbym załatwiony. Jeszcze przed pandemią szukałem finansowania na fotowoltaikę, ponieważ stwierdziłem, że musimy obniżać koszty energii. Tak samo z programem Przedsiębiorstwo Społeczne +, który daje możliwość dofinansowania kosztów zatrudniania pracowników. Takie rozwiązania powinny być dostępne praktycznie od samego początku działania ekonomii społecznej. My jako przedsiębiorcy ponosimy społeczne koszty zatrudniania osób z tzw. obszaru wkluczenia społecznego. Dostajemy refinansowanie części wynagrodzenia z PFRON-u, to są super pieniądze, ale nie rozwiązują wszystkich problemów. Teraz mamy do czynienia z rewaloryzacją tej pomocy (od stycznia 2023 PFRON podwyższył kwoty wynagrodzeń – przyp. red.), ale nie jest ona adekwatna do systematycznego wzrostu płacy minimalnej. Gdyby więc wcześniej pojawiły się takie programy albo ja bym na nie wcześniej trafił, bo może też nie wszystko wyłapałem w porę, to byśmy mieli zapewnione bardziej miękkie lądowanie w czasie kryzysu. A tak mieliśmy moment taki naprawdę dramatyczny i już zastanawiałem się, czy w następnym miesiącu będę miał pieniądze na wypłaty. To już było takie przeciąganie kołdry z jednego końca na drugi, a wiadomo, że przy krótkiej kołdrze zawsze ktoś zmarznie.

Czy bym zrobił coś innego? Nie wiem, chciałbym po prostu w odpowiednim czasie trafić na wsparcie, z którego mógłbym skorzystać.

W takim razie redukcji zatrudnienia nie robiłeś?

Nie, jeżeli już to następowała ona samoistnie, ktoś odchodził, ktoś inny przychodził. Patrząc na rozwój spółdzielni z perspektywy czasu, to było u nas zatrudnionych dwanaście osób, a teraz mamy piętnaście. Biorąc pod uwagę, że z tego dziewiątka jest niepełnosprawnych, to jest solidny wynik.

Ostatnie pytanie, które ci chciałam zadać, to pytanie o przyszłość. Czy masz marzenie, które chciałbyś jeszcze zrealizować z tymi ludźmi?

Marzeniem dla mnie podstawowym jest to, o czym mówiłem przed chwilą: żebyśmy mogli pozyskać wsparcie z programów pomocowych, do których aplikujemy. Nie wiem, czy to, co napisałem znajdzie uznanie w oczach oceniających. Ci ludzie mnie nie znają i nie wiedzą, jak tu działamy. Jedyne co zobaczą, to tylko parę wskaźników i trochę tekstu lepiej czy gorzej napisanego. Zawsze się trochę o to boję.

Większych marzeń na ten moment nie mam, bo firma nie działa tak, że przychodzisz i zawsze może być super. Jak jest super dzień albo dwa, to się zastanawiasz, co za chwilę się zwali na głowę, szczególnie w firmie produkcyjnej, gdzie jest masa różnych czynników. Czynnik ludzki, maszyny, zewnętrzne łańcuchy dostaw i tak dalej. Wiele rzeczy nie jest zależne od nas. Ostatnie lata w pewien sposób nam uświadomiły kruchość tego wszystkiego. Niby wszystko jest poukładane, a taki wirus (koronawirus – przyp. red.) to wszystko zburzył. Pokazał nam środkowego palca i powiedział: Widzicie jacy wy jesteście słabi? Jestem bardzo ostrożny w takim popadaniu w samozadowolenie. Moim marzeniem na ten moment jest to, żeby te projekty zafunkcjonowały, żeby dzięki nim mieć dobry standing finansowy i swobodę do działania. A jeśli nie będziemy się martwić o bieżące finansowanie, to sądzę, że też pojawią się dodatkowe pomysły. Czas pokaże.

I na tym polega urok życia.

Dokładnie. Uważam, że ekonomia społeczna uratowała mój schyłkowy okres produkcyjny, bo już mi niedaleko do wieku emerytalnego. Kiedy działałem jako zwykły przedsiębiorca,  wyzwania biznesowe w pewnym momencie stały się powtarzalne – nowy rok, znowu coś nowego wprowadzę i tak w kółko. Ciągłe zmaganie się z tymi samymi problemami, a im więcej problemów, tym mniejsza motywacja do działania. Wejście w temat reintegracji społecznej mnie ożywiło!

Uratowaliśmy wiele osób niepełnosprawnych, wyciągnęliśmy ich z jakiegoś niebytu, pokazaliśmy im inną drogę. Dostali szansę, by zobaczyć, że jest inne życie, poza domem.

Zafunkcjonowaliśmy też w ich środowisku na tyle, że ludzie przychodzą i pytają, czy pojawiło się jakieś miejsce pracy. To świadczy o tym, że zbudowaliśmy dobrą markę w świadomości społecznej i to mnie bardzo cieszy. Oczywiście największym powodem satysfakcji są moi pracownicy, którzy często do mnie przychodzą ze swoimi osobistymi problemami. Wiedzą, że jestem takim przedsiębiorcą, który czasami musi opieprzyć, ale potrafi też wysłuchać.

Przedsiębiorca terapeuta?

Może nie do końca, ale jak ktoś przyjdzie do mnie z problemem zupełnie niezwiązanym z pracą, to co mam zrobić? Ostatnio na przykład przyszedł do mnie klient, którego siostra urodziła dziecko. On został chrzestnym. Ja biegałem, żeby zdążyć wszystko załatwić, a on spokojnie opowiadał o chrzcinach, pokazywał zdjęcia (śmiech). Już nawet dawałem mu do zrozumienia, że nie mam teraz czasu i mówiłem: „Daniel, może nie teraz, tylko jutro”, ale nie zniechęciło go to. Dalej przychodzi, pokazuje zdjęcia, cieszy się. Dzieli się takimi rzeczami, bo czuje, że jest to w pewnym sensie przedsiębiorstwo rodzinne i możemy mieć do siebie zaufanie. W zwykłej firmie chyba by to nie przeszło.

Dziękuję za rozmowę.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 192 / (36) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekonomia # Społeczeństwo i kultura OWES Instytutu

Przejdź na podstronę inicjatywy:

Co robimy / OWES Instytutu

Być może zainteresują Cię również: