fbpx
III Forum Geopolityczne, Łódź, 06.10–09.10.2021 r., ZAREJESTRUJ SIĘ!

W Polsce mamy teraz gorączkę poszukiwań gazu łupkowego

Z Andrzejem Szczepańskim* rozmawia Bartłomiej Kuraś i Jarosław Sidorowicz

Gazeta Wyborcza, 24-25 marca 2012 r.

BARTŁOMIEJ KURAŚ, JAROSŁAW SIDOROWICZ: Utarł pan nieco nosa Amerykanom ostrzącym sobie zęby na nasz gaz łupkowy.

PROF. ANDRZEJ SZCZEPAŃSKI: Przeraziłem się, że ktoś w ogóle wpadł na pomysł, by szukać gazu łupkowego w malowniczej dolinie Popradu, tuż przy granicy ze Słowacją. Jako członek Komisji Dokumentacji Hydrogeologicznych przy Ministerstwie Środowiska wystąpiłem przeciwko amerykańskim firmom, które chcą to robić akurat tutaj.

Co w tym strasznego?

Koszty przyrodnicze byłyby ogromne. To piękna okolica, bogata w lasy z urokliwymi polanami. Nie chciałbym, by została zdewastowana. Gdziekolwiek zostanie podjęta eksploatacja gazu łupkowego, wjedzie ciężki sprzęt, powstaną wiertnie, instalacje rurociągowe. To już nie będzie ten sam krajobraz.

Do doliny Popradu należą tereny gmin Muszyna, Piwniczna czy Krynica, bogate w znakomite i unikalne w skali Polski wody mineralne. To bogactwo tej ziemi. Poszukiwanie gazu łupkowego naraża te tereny na poważne ryzyko. Dlaczego? Uwolniony z łupków gaz dostanie się do wody i zajmie się ona ogniem jak w słynnej scenie z filmu „Gasland” Josha Foxa?

Nie. Ta filmowa scena robi wrażenie, ale to incydentalny przypadek. W Polsce nie na tym polega główne zagrożenie. Poszukiwania gazu łupkowego – o czym prawie się nie mówi – będą przebiegały w rejonach z podziemnymi zasobami wody. Trzeba więc odpowiedzieć na pytanie, czy robimy wszystko, by przy okazji nie zniszczyć tych zasobów. Wniosek o koncesję w dolinie Popradu pokazuje, że niewiele brakuje, byśmy dopuścili do nieodwracalnych strat w zasobach naszych najlepszych wód. A już kolejna amerykańska firma wystąpiła z podobnym wnioskiem dotyczącym Podhala i Pienin, gdzie poszukiwania zaszkodziłyby wodom geotermalnym służącym do ogrzewania budynków i rekreacji w cieplicowych basenach.

Jeśli mineralne ujęcia wód Muszynianka, Kryniczanka czy Piwniczanka nie zapłoną, to co im się może stać?

Możemy je bezpowrotnie stracić już przez samo poszukiwanie na tym terenie złóż gazu. Amerykanie zaproponowali, że będą to robić bez wierceń, metodą sejsmiczną, którą eufemistycznie nazywają bezinwazyjną. Polega ona na ustawieniu obok siebie kilku ogromnych ciężarówek z płytami wibracyjnymi. Uderza się w podłoże kilkutonową płytą wibracyjną. To wzbudza fale w podłożu, które mogą powodować nawet pęknięcia domów. Aparatura wywołuje wstrząsy pozwalające określić, co znajduje się pod ziemią. Ale przy okazji mogą one spowodować zanik naturalnego dwutlenku węgla w wodach mineralnych. Ponadto są to tereny górskie zagrożone osuwiskami. Wstrząsy mogą wyzwolić osuwiska, które zagrożą stosunkowo płytko położonym źródłom wód mineralnych, odetną je od zasilania przez opady.

W Polsce mamy teraz gorączkę poszukiwań gazu łupkowego. Dziwi mnie, że ktoś dopuszcza poszukiwania w takich miejscach. Moim zdaniem wnioski dotyczące szczególnie cennych terenów nie powinny być brane pod uwagę. Tymczasem sprawa dotycząca tych terenów jest rozpatrywana w Ministerstwie Środowiska już przez kilka miesięcy i ostatecznej decyzji – mimo negatywnego stanowiska Komisji Dokumentacji Hydrogeologicznych – wciąż nie ma.

Kiedy ministerstwo zwróciło się do mnie w ubiegłym roku o zaopiniowanie wniosku dotyczącego doliny Popradu, usłyszałem, że sprawa jest pilna i oczekuje się wydania opinii w ciągu trzech dni. Potem jednak kilkakrotnie o całe tygodnie odraczano posiedzenia komisji, która miała zająć się sprawą. Argumentowano, że amerykański inwestor musi mieć czas, by przygotować odpowiedź na moje zarzuty. Sugerowano mi, że niepotrzebnie dezawuuję ich wniosek. Pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją, choć w Komisji Dokumentacji Hydrogeologicznych zasiadam już ponad 30 lat.

A co z innymi rejonami kraju? Tam można szukać?

Na Niżu Polskim obejmującym znaczną część kraju też trzeba uważać, by na przykład nie wychłodzić wód geotermalnych – choćby w rejonie Torunia, gdzie z nich korzysta ojciec Tadeusz Rydzyk – i nie zniszczyć zasobów wody pitnej.

Polska jest stosunkowo uboga w wodę. W przeliczeniu na jednego mieszkańca jesteśmy na przedostatnim miejscu w Europie pod względem zasobów wody pitnej. Od lat obserwujemy spadek średniej intensywności opadów. W ubiegłym roku susza trwała od sierpnia aż do grudnia. Tak długiego okresu bez opadów, zwłaszcza na południu kraju, nie notowano, odkąd prowadzi się pomiary. Ilość wody płynącej rzekami maleje. Jeśli nie ma opadów, rzeki i jeziora zasilane są z wód podziemnych, co wpływa na stan tych ostatnich. Trzeba o nie dbać.

Strefa wodonośna wód słodkich występuje u nas przeważnie na głębokości 200-250 metrów. Łupki występują poniżej 1000-1500 metrów. Teoretycznie bezpośredniego zagrożenia więc nie ma, bo te podziemne zbiorniki wód są położone wyżej niż skały łupkowe, w których może występować gaz. Szczelinowanie, jeśli będzie prowadzone racjonalnie, bez nadmiernych ciśnień, pod stałą kontrolą, nie powinno doprowadzić do zagrożeń, jak choćby przebicia z niższych warstw do warstwy skał wodonośnych.

Nie powinno, czyli pewności nie ma?

Wszystkiego nie zdołamy przewidzieć. Wiele zależy od budowy geologicznej rejonu, gdzie prowadzi się poszukiwania. Jeśli występują tam podziemne uskoki, to płaszczyzny uskokowe mogą stać się naturalną drogą dla uchodzącej pod ciśnieniem wody służącej do pozyskiwania gazu łupkowego z poziomu niższego na wyższy. Taka woda jest zanieczyszczona związkami chemicznymi. Jeśli nawet w niewielkim stopniu, zawsze jest to groźne dla wody pitnej.

Niebezpieczna jest też możliwość rozpuszczania skał przez wtłaczanie wody podczas procesu pozyskiwania gazu łupkowego. Powstaną wtedy wody solankowe, które mogą przebić się do zbiorników wód słodkich.

Kolejny problem to pozyskiwanie ogromnych ilości wody na potrzeby wiercenia. Dla pojedynczego odwiertu i procesu szczelinowania potrzeba od 10 tys. do 15 tys. metrów sześciennych wody w ciągu roku. To tyle, ile niewielkie kaszubskie jeziorko. A tych odwiertów mają być setki. Pierwsze pytanie brzmi: skąd wziąć takie ilości wody?, a drugie: co zrobić z już zużytą?

Jeśli wodę pobierze się z rzeki i zatłoczy do głębokiego poziomu, to zostaną zubożone zasoby wód powierzchniowych. Takiej zużytej wody nie będzie można bezpośrednio wpuścić z powrotem do rzeki. Zgodnie z ramową dyrektywą wodną Unii Europejskiej już w 2015 roku wszystkie rzeki, jeziora mają mieć przynajmniej trzecią klasę czystości. Woda wykorzystana przy pozyskiwaniu gazu łupkowego musiałaby więc być oczyszczona. Ale to są koszty idące w dziesiątki milionów złotych.

Niektórzy geolodzy uważają jednak, że taki proces oczyszczenia nie jest wcale trudny. Twierdzą też, że warstwa izolująca między złożami gazu łupkowego a zasobami wód jest na tyle szczelna, że nie ma zagrożenia przecieku i skażenia.

Jak już wspominałem, uważam, że niektórym ludziom w Polsce udzieliła się gorączka łupkowa. Na przykład Amerykanie chcący wszcząć poszukiwania w rejonie Krynicy, Piwnicznej i Muszyny zdołali przekonać jednego z moich kolegów po fachu, że to w ogóle nie będzie miało żadnego wpływu na wody mineralne, i on przygotował taką ekspertyzę na posiedzenie Komisji Dokumentacji Hydrogeologicznych. Jego stanowisko zostało przyjęte ze zdziwieniem.

Co do procesu oczyszczania wody, to oczywiście wszystko można zrobić. Niektóre kraje produkują przecież wodę pitną, odsalając wodę morską. Tylko to są ogromne koszty. Wodę wykorzystaną w procesie pozyskiwania gazu łupkowego mogłaby uzdatnić tak zwana oczyszczalnia membranowa. Ale wybudowanie takiej oczyszczalni tylko w jednym miejscu to koszt około 50 mln zł. Poza tym coś trzeba jeszcze zrobić z osadem pozostałym w oczyszczalni. Można przetworzyć go na kompost, ale pod warunkiem że nie będzie zawierał metali ciężkich. A tu jawi się kolejny problem – są przecież formacje skalne zawierające izotopy promieniotwórcze. W Stanach Zjednoczonych w wodach zwrotnych z odwiertów łupkowych w niektórych miejscach stwierdzono pewną koncentrację izotopów. U nas, niestety, nie prowadzi się badań pod tym kątem.

Jeśli chodzi o ryzyko skażenia podziemnych zasobów wody pitnej, to rzeczywiście przy grubej na kilkaset metrów warstwie iłów zagrożenia nie ma. Nie wszędzie jednak ta chroniąca warstwa iłów jest tak gruba. Wystarczy zwiększone ciśnienie i może uruchomić się proces przeciekania.

To co pan radzi, panie profesorze? Lepiej dać sobie spokój z tym gazem łupkowym?

Mimo wszystko uważam, że szukać trzeba. W końcu gaz łupkowy jest szansą dla naszego kraju na uniezależnienie się energetyczne. Z tego mogą być bardzo wymierne korzyści dla społeczeństwa. Tyle że szukać trzeba bardzo ostrożnie, a nie gdzie i jak popadnie. Żeby te odwierty nie przyniosły nam więcej strat niż korzyści. Bo wtedy będziemy biedniejsi, niż jesteśmy, a nie bogatsi.

* Prof. dr hab. inż. Andrzej Szczepański (ur. 2.10.1941 r.) jest geologiem, od 1995 r. profesorem zwyczajnym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Specjalizuje się w hydrogeologii, gospodarce wodnej i ochronie środowiska.

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

Obywatele KOntrolują

Być może zainteresują Cię również:

Lepszy transport
Tiry na tory

Megaciężarówki u bram! Weź udział w konsultacjach Komisji Europejskiej

Na podstawie głosów interesariuszy (branży transportowej, organizacji pozarządowych, państw członkowskich) oraz zwykłych obywateli Komisja przygotuje propozycję, która następnie przekształci się w obowiązujące prawo. Zachęcamy wszystkich sympatyków kampanii "Tiry na tory" do wzięcia udziału w konsultacjach. Zajmie to tylko kilka minut, a może wpłynąć na stanowisko Komisji.

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.