fbpx

Książka

W poszukiwaniu tradycji

W poszukiwaniu tradycji okładka

Nr 7 (2020)

Książka składa się z czterech rozdziałów. Pierwszy jako preludium opowiada historię z roku 1914 – odwołując się również do historii komitetów obywatelskich z 1989 roku. Pozostałe trzy są wariacjami na temat osób (społeczników), organizacji (instytucji) i tego, co określamy mianem trzeciego sektora. To swoiste silva rerum, w którym znalazły się moje przemyślenia o sprawach ważnych dla działalności społecznej. A jednocześnie to zaproszenie do dyskusji….

okładka książki W poszukiwaniu tradycji

Zachęcamy do lektury fragmentu książki Piotra Frączaka – W poszukiwaniu tradycji. Dwa dwudziestolecia pozarządowych inspiracji, Warszawa, 2013

W poszukiwaniu idei

Słychać czasem zarzut, że cała koncepcja trzeciego sektora opiera się na czystej negacji – nie rządowy i nie komercyjny. Jest w tym trochę racji. Łatwo poprzestajemy na frazesach, nie chcąc wnikać w to, co jest szerszym kontekstem naszej działalności. Pomagamy dzieciom z trudnościami, ale czy po to, aby przystosowały się do otaczającego świata, czy po to, by dały sobie radę występując przeciw niemu? Chcemy obronić przed wycinką drzewo, czy chcemy, by nie wycinano bez wystarczających powodów drzew? O swoistej rewolucji w latach 70. pisał Staś Gawroński, że „był to już najwyższy czas na radykalne działanie, które sięgnęłoby samych korzeni problemów, przekroczyło granicę bezkrytycznej i niewystarczającej dobroczynności i które obnażyłoby wewnętrzną słabość całego systemu społecznego. Zdecydowanie potwierdził się polityczny wymiar pracy na rzecz ludzi z marginesu społecznego jako działania zmierzające do zmiany społeczeństwa, które często samo ów margines tworzy” [159].

Wydaje się, że dziś jest kolejny czas przewartościowań. Oto, mamy dość jasno zarysowaną utopijną wizję społeczeństwa obywatelskiego [160] – społeczeństwo oparte na aktywności i samorządności, budowane od dołu na zasadach radykalnie demokratycznych, w którym podstawowymi wartościami są wolność, godność ludzka i dobro wspólne. Jednym słowem: banał. Coś, co znajdziemy w wielu manifestach, deklaracjach, dokumentach. A przecież jest coś, co nie pozwala nam wprowadzać tej wizji w życie, coś, co powoduje, że istnieje przepaść między tym, co mówimy, a tym, jak myślimy i jak działamy. Czy naprawdę nie da się zrealizować tego co deklarujemy? Może potrzebna jest „tylko” radykalna zmiana myślenia i działania? Takie nowe myślenie w działaniu. Jesteśmy w sytuacji osoby, która próbuje pogodzić dwa zupełnie sprzeczne poglądy. Nie chcemy zrezygnować z naszego stylu życia, jednocześnie jednak wiemy, że taki styl życia prowadzi nas i świat w kierunku, który nas nie satysfakcjonuje. Co z tym robimy? Albo uciekamy od złych myśli, pocieszając się, że przecież jakoś to będzie i że po nas choćby potop, albo próbujemy uspokoić nasze sumienie, podejmując mniej lub bardziej spektakularne działania, które w istocie całego procesu nie zatrzymują i przypominają raczej listek figowy niż remedium na problemy. A jakie jest remedium?

Wiele osób, które nagle podejmują wyzwanie i zaczynają działać wbrew swoim interesom – uznając, że dobro wspólne jest ważniejsze od indywidualnego, poświęcają się dla innych. Czy potrafimy sobie taką zmianę myślenia i zachowania wyobrazić? Wielokrotnie w historii ludzie pokazywali, że są skłonni do poświęceń w imię wyznawanych wartości. Najbliższe są mi przykłady ruchu egzekucyjnego w Polsce w XVI wieku (gdy część szlachty dla dobra wspólnego oddawała posiadane przez siebie królewszczyzny) czy fenomen „narodnictwa” w Rosji lat siedemdziesiątych XIX wieku. Tysiące młodych ludzi, wykształconych i często z bogatych domów, wbrew grożącym im represjom, uznało za swój obowiązek uświadomienie chłopstwa i robotników. Dlaczego? Bo – ich zdaniem – wykształcenie i dobrobyt uzyskali w dużym stopniu przez wyzysk klas pracujących. I poszli, narażając się na represje. A czymże innym były działania z czasów II Rzeczypospolitej, o których pisałem wcześniej? I tu naprawdę nie chodzi o jakieś wielkie poświęcenie się. Tu chodzi przede wszystkim o poświadczenie czynem wyznawanych przekonań. Jesteś przeciwko zabijaniu zwierząt? Nie jedz mięsa. Bo jeśli protestujesz przeciwko polowaniu wcinając kanapkę z cielęciną, to jesteś po prostu niewiarygodny. Jeżeli opowiadasz się za demokracją, ale złości cię, że inni mają swoje zdanie i nie chcą robić tego, co ty im zaproponujesz – jesteś niewiarygodny. Jeśli organizujesz zbiórkę dla biednych, ale sam nie dałeś ani grosza – jesteś niewiarygodny.

Jeśli nie zaczniemy poważnie traktować własnych deklaracji, to i nasze organizacje nie będą realizowały celów, dla których zostały powołane. Jeżeli działamy dla zabawy (takie mamy hobby), nie ma w tym nic złego, o ile tej zabawy nie ubieramy w górnolotne słowa. Nie głośmy, że budujemy demokrację organizując sąsiedzkiego grilla. Pewnie bez takiej wspólnoty na poziomie podwórka trudno o prawdziwą demokrację, ale wspólne jedzenie to jeszcze nie partycypacja w rządzeniu. Wiele współczesnych działań społecznych ma wartość reklam, w których trzeba się odwoływać do szokujących sformułowań czy skojarzeń, choć kryje się za tym niezależna od przekazu banalna treść. Animuje się, partycypuje się, monitoruje się, propaguje się, a w rezultacie udaje się tylko, że osiąga się jakieś cele. Nie jest źle, jeśli ktoś próbuje, ale mu się nie udaje – jest źle, gdy ktoś udaje, że próbuje i w dodatku sam w istocie nie wierzy w to, co deklaruje. Bierze na swoją działalność środki publiczne, nie dałby jednak na taki cel nawet grosza z własnych pieniędzy. Gdyby działalność polskich organizacji przynosiła rezultaty, to – patrząc na ilość wydanych środków pomocowych, choćby na partnerstwo z samorządem (od środków PHARE poczynając, a na dotacjach amerykańskich i funduszach unijnych kończąc) – powinniśmy mieć dawno współpracę idealną. Jak jest naprawdę, każdy widzi.

Tak jak musimy zmienić swoje nastawienie do rzeczywistości, tak samo musimy zmienić nasze organizacje. One mają być wzorem dla tworzącej się wizji idealnego społeczeństwa obywatelskiego, kto zaś nie stara się być wzorcem, ten nie tylko nie przyczynia się do zmiany, ale szkodzi ideałowi. Prawda jest jednak oczywista – znana zarówno wyznawcom różnych religii w różnych czasach i krajach, jak i ateistom związanym z ruchami samoorganizacji: zmiany trzeba zacząć od siebie. Musimy się zmienić jako osoby, musimy zmienić nasze organizacje i tym samym cały sektor. Wtedy sektor ten stanie się głównym czynnikiem zmiany społecznej i pozwoli zbliżyć się do naszej wizji.

Podsumowując, trzeba powiedzieć, że wizja idealnego społeczeństwa obywatelskiego jest całkiem dobrze opisana (m.in. W dokumentach strategicznych Unii Europejskiej) i co więcej, istnieje teoretycznie konsensus, że to dobry kierunek. Brakuje jednak wiary, że takie zmiany są możliwe, i determinacji, a więc gotowości rzeczywistego poświęcenia, na rzecz ich wprowadzenia. Poprawność polityczna każe mówić o partycypacji, o włączaniu w ramach dobrego rządzenia, o partnerstwie. Jednak brak jest politycznej determinacji, aby potraktować te deklaracje na tyle poważnie, aby oddać przynajmniej część władzy obywatelom na szczeblu państw członkowskich. Tu konieczny jest zinstytucjonalizowany nacisk organizacji społeczeństwa obywatelskiego.

Straszne słowo „infrastruktura”

Obok ideologii (tej wspólnej misji) konieczne jest powstawanie na wszystkich szczeblach (od lokalnego, poprzez krajowe aż do międzynarodowego) powiązań instytucjonalnych, infrastruktury.

Kojarzy się z infrastrukturą materialną – budynkami, drogami. I, moim zdaniem, dobrze. Infrastruktura to coś, co pozwala działać, co jest niezbędne, jest formą metaorganizacji. Tak jak dla działań obywatelskich poszczególnych osób infrastrukturą są organizacje i ich zaplecze, udostępniające miejsce na spotkanie, pomagające coś zorganizować, zebrać środki, tak dla organizacji wsparciem są instytucje infrastruktury. Tak jak organizacje nie mogą działać bez społeczników, bez społecznego poparcia, tak infrastruktura sektora nie może i nie powinna działać bez organizacji.

Wiele osób myli potrzebę istnienia infrastruktury z jej jakością. Infrastruktura nie jest potrzebna, bo przecież efekty jej działania są ciągle słabe. To tak, jakby ktoś chciał skasować służbę zdrowia w Polsce, bo jest niewydolna. Jest niewydolna, ale jednocześnie jest niezbędna. Co jednak nie znaczy, że nie trzeba o jej reformie, nawet bardzo radykalnej, rozmawiać.

Infrastruktura powinna wypełniać trzy podstawowe funkcje: wspierać, integrować i reprezentować (o tym za chwilę), ale też do tych funkcji można podchodzić z różnych pozycji – służebnej i mobilizacyjnej. Ze służebnością mamy do czynienia, kiedy organizacja infrastrukturalna powstaje w odpowiedzi na potrzeby organizacji pozarządowych, jest po to, aby te potrzeby zaspokajać. O mobilizacji powiemy, gdy infrastruktura powstaje po to, by realizować pewną przyjętą wcześniej misję. W Polsce po 1989 roku mamy do czynienia głównie z organizacjami, które przyjmują formy działania organizacji służebnych, ale (głównie z uwagi na zewnętrzne finansowanie i oczekiwania sponsorów) realizują zazwyczaj projekty zakładające jakiś cel. Nie jest to sytuacja komfortowa ani dla organizacji, które otrzymują wsparcie (dostają niekoniecznie to, co jest im akurat potrzebne, ale to, co mają do zaoferowania instytucje infrastruktury), ani i dla pracowników realizujących działania infrastrukturalne, którzy dystansując się od ideologicznej misji (są po to, aby służyć), nie są motywowani potrzebami organizacji (realizują negocjowane ze sponsorami projekty).

Organizacje masowe i federacje – integracja i reprezentacja

Jak już wcześniej wspominałem, struktura dzisiejszych organizacji wygląda znacząco inaczej niż tych z pierwszej połowy XX wieku, kiedy to mieliśmy wiele organizacji masowych o strukturze oddziałowej. Kto chciał działać, nie musiał zaczynać od założenia organizacji, ale mógł włączyć się w prace instytucji już istniejących, o szerszym zasięgu. To było naturalne. Cele były lokalne, ale kontekst dużo szerszy (chociaż nikt wtedy jeszcze nie słyszał hasła „myśl globalnie, działaj lokalnie”). Wokół poszczególnych idei (wsparcie dla najbiedniejszych, edukacja społeczeństwa, wsparcie dla wojska) organizowali się ludzie i organizacje. Ciekawym pomysłem było federowanie organizacji wokół jednej silniejszej. Przykładem może być Polski Biały Krzyż, który „miał koordynować i wspomagać pracę innych organizacji charytatywnych. W ciągu 1919 roku przystąpiło do Białego Krzyża 228 organizacji, z których 69 posiadało status kół PBK, liczących 19 233 członków, a ponadto 3 212 osób posiadało członkostwo indywidualne”, a np. do zadań Zarządu Okręgu PBK należało „regulowanie wzajemnej pomocy i stosunków zrzeszonych organizacji, podział pracy, pośredniczenie w kontaktach z Zarządem Naczelnym…” [161].

Związków i federacji o celach branżowych było wiele. Ale było to coś naturalnego. „Różnica między związkami stowarzyszeń, a samemi stowarzyszeniami polega jedynie na tem, że związki koncentrują zazwyczaj same tylko stowarzyszenia, a temsamem są stowarzyszeniami stowarzyszeń” [162]. Dlatego organizacje łączyły się często z powodu wspólnych ideowych wartości i politycznych afiliacji. Ciekawym przykładem działań niebranżowych było Zjednoczenie Polskich Stowarzyszeń, które miało „zabierać głos publicznie, wyrażać opinię narodowo myślącego ogółu i podejmować akcję w granicach środkami jakiemi rozporządza, uwarunkowanych we wszystkich sprawach bieżących dotyczących interesów społeczeństwa i państwa” [163].

Patroni i instruktorzy – czyli formy wsparcia

Rozwój społeczeństwa obywatelskiego opiera się na współpracy i pomocy ze strony innych instytucji obywatelskich. Jego siła zależy od współpracy i wzajemnego wsparcia. Ci co wspierają odwołują się już to do własnego doświadczenia, już to zbadanych przez siebie dobrych przykładów. Patroni ruchu spółdzielczego, tacy jak ks. Szamarzewski czy Franciszek Stefczyk, najpierw założyli u siebie kasy pożyczkowe, by potem uczyć innych. Dziś to wygląda inaczej. Ktoś, kto chciałby na własnym doświadczeniu uczyć się, jak założyć spółdzielnię socjalną, ma powody, by się obawiać, że za rok strategia administracji pójdzie w jakimś innym kierunku, a on zostanie z nikomu niepotrzebną wiedzą (bo bez wsparcia takie spółdzielnie nie będą powstawać). Kwestia doświadczenia nadal gra podstawową rolę, chociaż dziś doświadczeniem może być udział w licznych (choć nieudanych) eksperymentach lub prowadzenie szkoleń, których rezultaty nie są oczywiste. W okresie II Rzeczypospolitej idea patronatu, ta znana z ruchu spółdzielczego, realizowana była w katolickich stowarzyszeniach młodzieży. „Niezmiernie ważną rzeczą jest, by patronat przejęty był zasadami chrześcijańskiej myśli społecznej. Prócz tego znać musi dokładnie zasady pracy organizacyjnej. Z próżnego nie nalejesz! Konieczną też jest rzeczą, by patronat uświadomił sobie znaczenie swego stanowiska, które najlepiej określić jako doradcę-przyjaciela zarządu, stowarzyszenia i wszystkich jego członków. Patronat, wolny od wszelkich chęci rządzenia i autokratyzmu, powinien umieć delikatnie, z daleka kierować sprawami stowarzyszenia i pamiętać, że odpowiedzialnym wobec członków jest przede wszystkim zarząd, na którym też ciężar pracy spoczywać musi” [164]. Patron jest więc osobą o dużym autorytecie, która przyglądając się pracy organizacji, mówi, co jest dobre, a co złe, i to nie tylko, choć to też bardzo ważne, w kwestii zarządzania. Organizacje, które powołane są. by pielęgnować i realizować wartości, powinny mieć kogoś z zewnątrz (może być to patron [165], a może po prostu wolontariusz czy osoba, której się pomaga), kto oceni, czy te wartości są nadal w organizacji przestrzegane.

Warto tu dodać, że wsparcie udzielane społecznikom w II Rzeczypospolitej różniło się od tego, z czym mamy do czynienia dzisiaj. Wsparcie nie dotyczyło jedynie tego jak, ale także tego co i po co się robi. Gdy instruktorzy Towarzystwa Straży Kresowej wspomagali samoorganizację terenów wschodnich (np. w okolicach Białegostoku czy Chełmna), mieli przygotowane propozycje – spółdzielnia kredytowa, budowlana, spożywcza, rolnicza, dom ludowy itp. Nie mówili: zorganizujcie się i „róbta co chceta”, mówili: macie problem z pożyczaniem gotówki, z zakupem nasion? Mamy dla Was pomysł (sprawdzony w Wielkopolsce, w Galicji, w Kongresówce), jak rozwiązać ten problem, a nie tylko jak się zarejestrować. Tu jako ciekawostkę warto przytoczyć sprawozdanie jednego z instruktorów, który w czasie ostatnich czterech miesięcy 1918 roku „«na pracę złużył» 476 godzin, na podróże 772 godziny, przemierzając w sumie 3090 km. Konno przebył kilometrów 220, koleją 2 416, automobilem – 88 i piechotą – 366” [166]. Na koniec więc artykuł z jednej z wielu gazet (de Tocqueville mówił o koniecznym związku stowarzyszeń z prasą, a strony internetowe chyba jeszcze nie w pełni przejęły tę funkcję) wydawanych dla wsparcia wysiłku Straży Kresowej. To numer Echa Grodzieńskiego z 24 sierpnia 1921 roku.

Dobry przykład

„Wyniszczone ziemie kresowe wymagały i wymagają dużego nakładu pracy dla podniesienia tam, a nawet zorganizowania na zupełnie nowych podstawach życia gospodarczego. Warunki ekonomiczne wszak dzisiaj stanowią, jak dla całego społeczeństwa, tak i dla jednostek pierwszorzędne znaczenie dla ich bytu i rozwoju. Odbudowa ziem kresowych musiała się przeto zacząć od stwarzania nowych placówek gospodarczych w rodzaju stowarzyszeń spożywczych, rolniczo handlowych, kółek rolniczych itp. Niezmiernej wagi są w takich wypadkach organizacje zawodowe, które podtrzymują rzesze swoich członków w urabianiu potrzebnych warunków życia i jednolitą akcją w tym lub innym kierunku utrzymują całość i zwarty front wobec wrogich przejawów ciężkich chwil.

Instruktorzy Straży brali i biorą udział również w pracach Komitetów pomocy rolnej, komisji kontyngensowych, oraz współdziałają z Towarzystwem popierania przemysłu ludowego. Jak praca ta jest organizatorską i intensywną służyć może za dowód fakt, że na samym terenie okręgu brzeskiego zorganizowane zostało przy współudziale instruktorów Towarzystwa Straży Kresowej około 60 stowarzyszeń spożywczych i rolniczo handlowych, liczących razem około 30 tysięcy członków!


[159] S. Gawroński, Ochotnicy miłości bliźniego. Przewodnik po wolontariacie, Biblioteka Więzi, Warszawa 1999, s. 32.
[160] Szerzej opisałem to w artykule „W poszukiwaniu pozarządowej utopii, czyli idealna wizja polskiego sektora obywatelskiego”, w: Trzeci Sektor nr 26/2012.
[161] E.J. Kryńska, Polski Biały Krzyż (1918–1961), Trans Humana, Białystok 2012, s. 77.
[162] C. Łagiewski, „Z teorji i w sprawie teorji stowarzyszeń”, w: Przewodnik Społeczny 1919–1920. s. 17.
[163] Księga Pamiątkowa Pracy Społecznej 1918–1928, Warszawa 1928, s. 62.
[164] Ks. W. Adamski, „Co robić po założeniu Stowarzyszenia?”, w: Przewodnik Społeczny 1919–1920, s. 66.
[165] Projekt Stowarzyszenia Szkoła Liderów oparty na zasadzie tutoringu jest bliski temu podejściu, podobnie jak i idea tzw. Aniołów Biznesu.
[166] N. Zielińska, Towarzystwo Straży Kresowej 1918–1927, Verba, Lublin 2006, s. 143.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 7 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.