Rozmowa

Więcej zaufania, więcej poezji, więcej dobra

piłka na plaży
fot. Pexels z Pixabay

Z Aleksandrą Dańczyszyn rozmawiamy o przenikaniu się sfer życia i literatury, o byciu zaangażowanym społecznie, a także o „roszczeniowych rodzicach” i tym, czego dziś potrzeba uczniom bardziej niż nowej listy lektur szkolnych.

Paweł Banach: Poetka, nauczycielka i osoba zaangażowana społecznie – chciałbym porozmawiać o tych trzech Twoich rolach. Zacznijmy od poetki, od Twojego ostatniego tomiku, „kiedy zaczniesz śpiewać”, wydanego w czerwcu 2023 roku. Na ile to był dla Ciebie projekt poetycki, a na ile jakaś forma zaangażowania społecznego lub… obowiązku?

Aleksandra Dańczyszyn: Śledząc wiadomości i wpisy w mediach społecznościowych na temat wojny w Ukrainie – zwłaszcza w jej pierwszych tygodniach – zauważyłam wiele wypowiedzi o uniwersalnym charakterze, takich, które warto byłoby pamiętać. Prawdziwe ludzkie historie ofiar tej wojny, jej bohaterów.

To było szokujące doświadczenie, zdać sobie sprawę, że na naszych oczach dzieje się to, co znaliśmy co najwyżej z filmów i historii o drugiej wojnie światowej czy nawet o walce o niepodległość w powstaniach… Uznałam, że jeśli tego nie zapiszę, to wszystko umknie – z biegiem czasu i w natłoku kolejnych treści – i nie da się już do tego wrócić. A czułam, że skoro te treści są bardzo ważne dla mnie, to może też są ważne dla innych.

Nie chciałam formułować ich w swoje własne wiersze – czułam coś wysoce niestosownego w tym, by w obliczu rozgrywającego się w Ukrainie dramatu przyjmować pozycję „siedząc w bezpiecznym miejscu, z kawką, pod kocykiem, będę tworzyć wiersze o tej tragedii”. Zależało mi na stworzeniu czegoś w rodzaju kroniki, takiego „reportażu poetyckiego”. Nie chciałam być obecna w tej książce, bo to nie jest moja historia – chciałam tę historię zapisać, zachować, przekazać dalej. W całym tomiku jest tylko jeden taki moment, gdy ujawniam swoje własne przeżycia, pisząc w jednym z wierszy „Igor chodzi po mieszkaniu / robi zdjęcia / ja płaczę”, ale tu chodziło tylko o opis konkretnej sytuacji, w której sama uczestniczyłam, nic więcej. Potem zaczęłam myśleć o kompozycji.

Z tych pierwszych tygodni wojny, z opowieści ludzi i o ludziach – przetłumaczyłam je tak, jak je czułam, więc nie zawsze są słowo w słowo – ułożyłam mozaikę. I wtedy pomyślałam, że te kolejne wypowiedzi nazwę aktami. Z jednej strony „akty” jako wydarzenia – akt dobroci, akt sprawiedliwości, a z drugiej strony „akt” przywołuje na myśl kompozycję dramatu. W tym duchu poukładałam te opowieści tematycznie i zobaczyłam okrucieństwo Rosjan, bohaterstwo Ukraińców, akty ofiarności, miłosierdzia, szacunku, siostrzeństwa…

Właśnie, „akt” zazwyczaj kojarzy się z czymś wzniosłym, odnoszącym się do wyższych wartości. Wojna w Ukrainie, można chyba tak powiedzieć, rzeczywiście była momentem, który zmusił nas do poukładania sobie pewnych rzeczy, do przypomnienia sobie o nich. I tu, odnosząc się do Twojego tomiku, te akty „stwarzają” jakąś rzeczywistość etyczną na nowo, porządkują ją. Choć dopiero teraz trafiło do mnie to odniesienie do teatru.

I to dosłownie jest dramat. Oglądamy go na własne oczy.

To jest w ogóle ciekawe doświadczenie – z jednej strony wirtualizacja tego konfliktu. Przez ten początkowy okres wojny oglądaliśmy na paskach informacyjnych, ile osób zginęło, tak samo było przy pandemii, śledziliśmy, ile ofiar dziś, ile zachorowań. Z drugiej strony, uczestnicząc w tym, co się działo i dzieje w Ukrainie, łatwiej jest zrozumieć, co się działo 1939 roku. Człowiek się zastanawiał, dlaczego świat nie reagował, a w sumie jesteśmy w sytuacji analogicznej. I teraz przed nami stoi to samo wyzwanie.

Czytając literaturę drugiej wojny światowej zawsze sobie wyobrażałam, że byłabym po stronie pomagającej Żydom – nie wyobrażam sobie, że mogłabym działać wtedy inaczej!

Mówi się, że tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono, ale nie zgadzam się z tym. Jeśli masz pewne kwestie przemyślane, określone wartości, to po prostu zgodnie z tymi wartościami będziesz postępować. Bo nimi żyjesz. Bo dobrze znasz samego siebie.

Po wybuchu wojny było poczucie, że coś trzeba zrobić. Dołączyłam do grupy pomocowej na Facebooku – zgłaszało się chęć przyjmowania uchodźców z Ukrainy do siebie do domu. Pewnej nocy pojawiła się informacja o sędziwym panu o kulach i jego ponadpięćdziesięcioletnim synu. Trafili do nas, przenocowali i pojechali dalej w świat. Później zamieszkała u nas dziewczyna, która była z wyboru muzułmanką. Okazało się, że potrafi robić na drutach i szydełkować, więc robiła różne zabawki, które potem sprzedawałam w jej imieniu na swoim Facebooku. Jestem wdzięczna wszystkim, którzy je wtedy kupowali. Dla tej dziewczyny to było ważne i pomocne nie tylko z powodów materialnych.

A propos tych zabawek – zorganizowałaś niedawno takie wydarzenie: połączenie prezentacji tomiku z kiermaszem, zbiórką dla artystów, rękodzielników z Ukrainy.

Tak, zebrane fundusze poszły bezpośrednio do tych osób, artystek. Większość z nich cały czas mieszka w Ukrainie.

Jak udało Ci się to zorganizować?

Chciałam pomóc uzdolnionym artystkom, które poznałam przez media społecznościowe. Widziałam dużo pięknych przedmiotów – tak dużo, że chciałam koniecznie pokazać je na żywo, zachęcić w ten sposób do zakupów. Czasami jest tak, że oglądasz coś ładnego online, a później o tym zapominasz – a kiedy możesz tego dotknąć, zobaczyć jakość wykonania i kupić, w jakiś sposób zostaje to zachowane. Wcześniej, przy premierze tomiku „tiszert z Bangladeszu”, też zorganizowałam taką wystawę rękodzieła, ale tylko jednej artystki – Natalii Gulievy-Smaglo.

Dodajmy, że „tiszert z Bangladeszu” to pierwszy tomik poezji wydany w Polsce w 2023 roku – dokładnie 1 stycznia, prawda?

[śmiech] Tak, wydawca postanowił intensywnie zacząć rok.

Wydaje się, że masz już swoją, ustaloną formę wypowiedzi – niezależnie od tomiku, mamy do czynienia z bardzo skondensowanymi, niemal hasłowymi utworami. Skąd to się wzięło? Masz jakieś swoje wzorce, ktoś Cię inspirował?

Sama często czytam krótkie wiersze. Nie lubię, kiedy w tekście jest wszystko powiedziane i wytłumaczone, kiedy nie ma miejsca na własne przemyślenia i interpretacje.

Lubię, kiedy czas czytania jest krótki, ale czas refleksji dużo dłuższy. Chcę, żeby moje wiersze były puentami przemyśleń, doświadczeń.

A teraz, myślisz o jakimś nowym projekcie? Myślisz, że pozostaniesz na tej drodze angażowania poezji społecznie?

Tak, widzę w tym więcej niż w skupianiu się na własnych, wewnętrznych refleksjach.

Ale „kochanie”, pierwszy tomik, był taki dosyć osobisty?

Każdy mój tomik jest osobisty, bo wynika z moich doświadczeń, przemyśleń, obserwacji. Zależało mi natomiast, żeby mój pierwszy tomik był o miłości. Może dlatego, że miłość jest podstawą wszystkiego. Tomik otrzymał bardzo dużo pozytywnych recenzji, raz też usłyszałam, że ktoś odnalazł w jednym z wierszy tego tomiku odniesienie do miłości matczynej, czego w założeniu nie planowałam. To była pierwsza książka – chciałam, żeby druga, „tiszert z Bangladeszu”, była o tym, co na świecie, o potrzebie reagowania, zauważania.

Znalazł się w niej wiersz „Uchodźca” – to historia Afgańczyka, który przyjechał do Polski, kiedy Talibowie przejęli władzę w jego kraju. Uczyłam go polskiego, to było co najmniej pół roku przed wojną w Ukrainie. Kiedy po jednej z lekcji z tym Afgańczykiem wróciłam do domu, naszła mnie refleksja, że mamy przecież u siebie tyle miejsca, a ten człowiek po zajęciach wyjeżdża z Warszawy gdzieś daleko, do ośrodka dla uchodźców, gdzie dzieli pokój z ośmioma innymi ludźmi. Czy nie mógłby u nas pomieszkać i rozpocząć nowe życie? Ale ze względu na różne procedury nie było to takie proste, żeby go do siebie zaprosić. Po jakimś czasie przelokowano go na obrzeża Warszawy, dosłownie obok lotniska na Okęciu, na odludzie.

Któregoś razu odwieźliśmy go tam po zajęciach polskiego i wtedy pomyślałam, że on przecież będzie patrzył stamtąd codziennie na te non stop przylatujące i odlatujące samoloty. I będzie wiedział, że nikogo ze swojej rodziny już nie spotka.

Opowiadał mi swoją historię – o bracie, którego Talibowie gdzieś przetrzymywali, z tego powodu on też miał problemy. On sam był dziennikarzem w telewizji afgańskiej, a jego ojciec jakimś wyżej postawionym wojskowym. Wtedy przyszło mi do głowy – jakby to było, gdybyśmy w ogóle my, Polacy, przyjęli uchodźców do swoich mieszkań? Później wymienialibyśmy się doświadczeniami – że ten uchodźca, który mieszkał u nas, zrobił to i to, a potem wyjechał tam i tam, został tym i tym… Minęło pół roku i faktycznie doszło do takiej sytuacji…

Nie chcę zbytnio spłaszczać, ale ta sytuacja, ten obraz z lotniskiem, o którym wspomniałaś, to jest bardzo poetyckie. Taki jeden z obrazów, które zapamiętujemy na całe życie. Tak kieruję myślami w tę stronę, ponieważ w rozmowie z Tobą silnie ujawnia się takie przeplatanie poezji z życiem, niemal dosłownie. Trochę wychodząc naprzeciw takiego myślenia, że wiersze, poezja to oderwane od rzeczywistości medytacje dla pięknoduchów.

Dlatego tym bardziej uważam, że poezja powinna być zrozumiała – jeśli ktoś po nią sięga, to po to, żeby ją zrozumieć i poczuć.

Czyli poezja, która nie jest skupiona na sobie?

Tak. Teraz skupiam się przede wszystkim na tym, aby pokazywać tę dobrą stronę życia. Nie jakiś hurraoptymizm,

nie chodzi o to, żeby udawać, że nic złego się nie dzieje, ale właśnie żeby pokazać, że pomimo tego zła można się cieszyć życiem i widzieć w świecie piękno. Wydaje mi się, że to jest obecnie trudniejsze niż zauważanie zła.

Niedawno natknęłam się na przemowę wodza Indian Hopi, który mówił, że pomimo wszelkich prześladowań, oni nie przestają śpiewać przy ogniskach, opowiadać sobie historii. To im pozwala przetrwać. Inny przykład – tworzące rękodzieło dziewczyny z Ukrainy. Mówią o tym, jak im pomaga to tworzenie, na przykład robienie zabawek, którymi ktoś będzie się cieszył. I to wszystko w momencie, gdy wokół giną ludzie, są mordowani. A one, zamknięte w domu czy w piwnicy, robią w tym czasie miniaturowe domki, przy świeczce, bo mają poczucie wyjątkowości sytuacji – przenoszą się przez to do innej rzeczywistości.

To jest już inny temat, roli sztuki jako takiej. Wydaje mi się, że współcześnie trochę się o tym zapomina. Można mówić, że takie słowa jak „serce”, „dusza”, „uczucie” są już niemodne, ale odcinając się od nich, odcinamy się w jakimś stopniu od naszego człowieczeństwa. Skupianie się na poszukiwaniu nowości czy zabiegach językowych prowadzi nas w miejsce, gdzie rzeczywiście trudno będzie odróżnić wiersze człowieka od wytworów sztucznej inteligencji.

Można zadać sobie pytanie, co będzie jak komputer będzie w stanie pisać za nas wiersze, co w sumie już się dzieje. Jaki sens będzie miało wtedy pisanie w ogóle?

Pamiętam, jak już dobrych dziesięć temu w Centrum Nauki Kopernik widziałam program, który był w stanie tworzyć sonety. Układ słów, wszystko się zgadzało.

Co jest w sumie dobre, bo zmusza do zadawania sobie pytania o sens samego pisania. Nie chodzi w nim przecież o samą czynność, bo to potrafi zrobić komputer, ale o to, co się z tym łączy, z czego to wynika, do czego się odnosi. Ale może na tym zatrzymajmy się i pomostem uczynionym z Centrum Nauki Kopernik przejdźmy do trzeciej z twoich ról, o których dziś rozmawiamy. Jesteś też nauczycielką. Różne są opinie o szkolnictwie. Wiemy, że czasem jest to bardzo mroczne środowisko [śmiech], ale mówiłaś o szukaniu dobra nawet w trudnych warunkach. Trochę ironizuję, ale powiedz, na ile jest to dla Ciebie misja, a na ile pasja? Jakbyś to umiejscowiła, w zestawieniu z pozostałymi rolami?

W każdym z tych przypadków to trochę misja i zdecydowanie pasja.

Polecasz pracę w szkole?

Polecam… pracę nauczyciela. Przez prawie siedem lat pracowałam w dwóch publicznych podstawówkach. Od jakiegoś czasu pracuję na własny rachunek, zdalnie i pracuje mi się lepiej, rozwijam swoje kompetencje – mam za sobą między innymi studia podyplomowe z literatury dla dzieci i młodzieży, zrobiłam specjalizację, żeby uczyć języka polskiego obcokrajowców, niedługo skończę psychologię pozytywną w zakresie wsparcia dzieci i młodzieży w edukacji. Cały czas wzbogacam swój warsztat polonistyczny czy w ogóle metodologiczny.

Teraz mam swobodę w układaniu grafiku, więcej czasu na wymyślanie lekcji i planowanie różnych innych działań, chociażby wspomnianych akcji promujących rękodzieło. Krótko mówiąc, pracuję sama dla siebie.

Twoi uczniowie wiedzą, że piszesz wiersze?

[po zastanowieniu] Tak, w szkole podstawowej wiedzieli, choć nie afiszowałam się z tym. Kiedy zaczęłam pracować, miałam swoją stronę internetową, ale myślałam, że jako nauczycielka może nie powinnam pokazywać, że robię coś jeszcze, że może będzie to źle odebrane. Mam wrażenie, że środowisko szkolne czasem nie potrafi być wspierające względem siebie. Można zapytać, jak w takim razie ma być wspierające względem uczniów?

Pamiętam przypadek uczennicy, która wcześniej mieszkała wiele lat za granicą i świetnie znała angielski. I poszła do nauczycielki z prośbą o dodatkowe zadania z tego języka, żeby realizować bardziej rozszerzony materiał niż reszta klasy. Nauczycielka zareagowała negatywnie, ambicjonalnie – zwróciła dziewczynce uwagę, że ta na kartkówce zrobiła jakieś błędy i zasugerowała, że skoro tak dobrze zna angielski, to może przygotuje jakieś wystąpienie w klasie. Zrobiła więc dużo, żeby podkopać samoocenę tej uczennicy, a nic wspierającego. Źle to zabrzmi, ale tak jak dużo mówi się o systemowych problemach edukacji, tak też trzeba zwrócić uwagę na ten tak zwany czynnik ludzki, bo czasem sami nauczyciele nie spełniają swojej roli.

Czyli nie system, a ludzie?

Nie mówię, że system jest doskonały, bo żaden taki nie będzie, ale dopóki będziemy tylko mówić o liście lektur czy skupiać się na temacie odchudzania podstawy programowej, a to są rzeczy najprostsze, dopóty nic się nie zmieni. Problem nie leży w ilości lektur szkolnych, lektur, których, spójrzmy prawdzie w oczy, uczniowie często nie czytają. Co z tego, że zrobisz sprawdzian z lektury, który jakoś tam nawet wypadnie pozytywnie, jeśli dzieci niewiele z tego zapamiętają i wywnioskują? Może lepiej byłoby tę godzinę poświęcić na przykład na rozmowy o lekturze, na czytanie jej fragmentów?

Żaden system nie „wchodzi” z tobą do klasy – na lekcji masz 45 minut, żeby realizować swój program. Każdy nauczyciel ma w tym pewną swobodę.

Nie można patrzeć w ten sposób, że jeśli podręcznik ma trzysta stron, to trzeba te trzysta stron zrealizować. A co, jeśli następny podręcznik będzie miał czterysta stron?

Ale chyba zgodzisz się, co zresztą sama zasygnalizowałaś, że jest również problem po stronie uczniów? Polegający na braku zaangażowania?

Tak, to żadna tajemnica, chyba każdy nauczyciel miał takie przypadki. Jako nauczyciele nigdy nie mamy wpływu na to, co uczniowie robią po lekcjach, czy czytają, czy spisują prace z Internetu – i dlatego uważam, że rezygnacja z prac domowych to dobra rzecz. Ja zrobiłam to już dawno, jeszcze na początku pracy w szkole. Zamiast tego mówiłam na przykład, że mamy dwie strony zadań i jak zrobimy je na lekcji, to nie będzie pracy domowej. To uczniów mobilizowało. A w domu może być różnie – na przykład miałam uczennicę, która z powodu sytuacji rodzinnej tydzień mieszkała z mamą, a tydzień z tatą. I kiedyś zgłosiła mi, że właśnie jest u taty, a książka została u mamy, więc ona przez tydzień nie będzie miała podręcznika. I co – czy miałam jej stawiać co dzień nieprzygotowania, a pod koniec tygodnia jedynki? Nie, trzeba wyjść naprzeciw, pomóc.

Inny przykład to pisanie wypracowań. Zwykle, jeśli ktoś ma napisać coś w domu, to albo szuka pracy w Internecie, chociaż żeby się zainspirować, albo pisze tę pracę przez tydzień, a nie przez godzinę, codziennie po kawałku, bo po prostu mu się nie chce. A na lekcji ma na to 45 minut, a ja mam przynajmniej pewność, że to praca samodzielna. Kończąc – w szkole brakuje czasem takich dobrych relacji, zbudowanych na zaufaniu.

Często rodzice nie ufają nauczycielom, nauczyciele nie ufają rodzicom ani dzieciom, więc dostrzegam w tym wszystkim raczej problem społecznego zaufania niż wysokości pensji czy ilości lektur.

Właśnie, wspomniałaś o rodzicach. Często też w dyskusji przewija się taka narracja o roszczeniowości rodziców względem szkoły.

Dla mnie taki „rodzic roszczeniowy” to jest rodzic, który chce dobrze dla swojego dziecka – to po pierwsze. Po drugie, myślę, że to chyba nasz problem społeczny, że jak tylko ktoś czegoś od nas wymaga, to od razu reagujemy obronnie. Jeśli jednak mamy wszyscy na celu dobro ucznia – to, że on ma się czegoś nauczyć, to szybko okazuje się, że tak naprawdę jesteśmy po tej samej stronie, więc zamiast budować podziały i walczyć między sobą, lepiej rozmawiać o uczniach.

Podobało mi się, co powiedziała moja dawna nauczycielka biologii, z którą się spotkałam, kiedy już obie byłyśmy nauczycielkami – że obecnie celem wychowania dzieci w szkole powinno być przywrócenie dzieci rodzicom. Na tej zasadzie, żeby pomóc rodzicom poznawać ich dzieci, pokazać, z czym sobie radzą, a z czym nie.

Jako nauczyciele nie powinniśmy koncentrować uczniów wokół siebie – nie powinno być celem nauczyciela, żeby dziecko lubiło go bardziej niż rodzica. Rodzic bywa roszczeniowy, ale też bywa w szkole traktowany jak intruz. To jest złe.

Wierzę, że taką dobrą współpracę na gruncie szkolnym można przenieść też na grunt domowy.

Czasem jest jednak takie oczekiwanie, prawda? Że to dziecko idzie do szkoły i że szkoła powinna się nim zająć.

Tak, mi zdecydowanie bliższy jest trend przeciwny.

Pozwól, że tutaj postawimy kropkę. Udało nam się trochę porozmawiać o trzech, nazwijmy to umownie, „rolach” Aleksandry Dańczyszyn. Może chciałabyś zdradzić coś o swoich dalszych planach?

Chciałabym te swoje role łączyć ze sobą. Obecnie między innymi uczę się prowadzić różne warsztaty, myślę o edukacji muzealnej, łączonej na przykład ze spotkaniami różnych pokoleń – uczniów, rodziców, dziadków.

Niech edukacja wychodzi ze szkoły, niech nie sprowadza roli ucznia jedynie do odbiorcy wiedzy, bo dziś uczeń ma wiedzę zawsze pod ręką, w smartfonie. A w spotkaniach, w opowieściach się uczestniczy.

Edukacja wychodząca ze szkoły, poezja wychodząca z książek?

O czymś takim myślę.

Życzę zatem powodzenia w tych kolejnych projektach i dziękuję za inspirującą rozmowę.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 229 / (21) 2024

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również: