Analiza , Książka

Wirtualna wojna światowa

żołnierz korzystający z technologii z tabletem
obraz rawpixel.com na Freepik

Paweł Mościcki

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 191 / (35) 2023

Jak to się stało, że dziś to liberałowie, obrońcy praw człowieka, zaprzysięgli demokraci najchętniej popierają wojnę? Gdzie zgubili swoje tradycyjne narzędzia krytyki militaryzmu czy imperializmu, argumenty przeciw klasowej i regresywnej naturze konfliktów zbrojnych? 

Bywają wreszcie i tacy, co głosić zwykli o cnocie:
„Cnota jest konieczna”; w głębi duszy wierzą 
jednak w to tylko, iż policja jest niezbędna.
Friedrich Nietzsche [1]

Wydaje się, jakby wojna przestała być dziś tabu, synonimem największego możliwego zła, tragedią, której uniknięcie stanowi najważniejsze zadanie każdego odpowiedzialnego polityka. Wojna zmieniła się w rzecz ekscytującą, moralną, oczyszczającą. Dlatego każde, nawet najbardziej dramatyczne informacje z pól bitewnych Ukrainy albo nie docierają do szerszej publiczności, albo stają się własną karykaturą. Upojeni własną prawomyślnością wydajemy się całkowicie znieczuleni na tragedię, ponieważ we własnych głowach zmieniliśmy ją już w wyższą Sprawę, na której ołtarzu warto złożyć dowolną liczbę ofiar.

Jak mawiał Julien Assange, ludzie raczej nie pragną wojny sami z siebie. Trzeba ich do tego namówić za pomocą kłamstwa. Sprawić, by zaczęło im się wydawać, że wojna przynosi więcej pożytku niż szkód. Parafrazując poetę, można by powiedzieć, że od jakiegoś czasu okłamuje się nas coraz lepiej i piękniej.

Dlatego warto być może poświęcić dziś trochę czasu na lekturę książki Jamesa Der Deriana „Virtuous War”, w której ów badacz historii dyplomacji i dyrektor Centrum Międzynarodowych Badań nad Bezpieczeństwem na uniwersytecie w Sydney, przygląda się niektórym ze źródeł naszych obecnych bolączek.

Czym jest MIME-NET?

W książce wydanej najpierw w 2001, a następnie wznowionej i uzupełnionej w 2009 roku, Der Derian konstatuje pojawienie się w przestrzeni społeczno-politycznej osobliwego splotu pomiędzy tym, co wirtualne (virtual) i tym, co cnotliwe (virtuous). Ta konwergencja dochodzi najsilniej do głosu w formie cnotliwej wojny (virtuous war), której istnienie i sensowność reguluje coś, co nazywa on MIME-NET (Military-industrial-media-entertainment network), siecią militarno-przemysłowo-medialno-rozrywkową. Nietrudno zauważyć, że nazwa ta nawiązuje do pojęcia kompleksu militarno-przemysłowego, o którym wspomniał po raz pierwszy Dwight Eisenhower w swym pożegnalnym przemówieniu prezydenckim z 1961 roku. 

MIME-NET nie jest ani pojedynczą instytucją, ani konkretnym konsorcjum, lecz raczej nowym systemem masowej produkcji rzeczywistości i form jej przeżywania, w której centrum mieści się sprawiedliwa wojna.

Pole jego wpływu roztacza się od centrów dowodzenia, gdzie testuje się nowe technologie prowadzenia i symulowania wojen, przez medialne instytucje odpowiadające za transformację konfliktu zbrojnego w rozrywkę dostosowaną do nowego typu przekazu na żywo, gry komputerowe uczące żołnierzy i cywilów odpowiednich reakcji w czasie rzeczywistym, aż po język i obrazy w polu uniwersyteckim, filmowym czy artystycznym.

Pojawienie się tego nowego „wirtualnego sojuszu” oddzielnych dotychczas sfer doświadczenia Der Derian śledzi poprzez lektury teoretyków nowych mediów oraz podróże po centrach szkoleniowych US Army, targach nowych technologii wojennych, rozmowy z uczestnikami i analitykami konfliktów, udział w symulacjach i testach nowych produktów przemysłu zbrojeniowego. Powstała w ten sposób niejednorodna forma książki ma odpowiadać jednoczesnej różnorodności i spójności różnych aspektów MIME-NETu. Umknąć zbyt spójnej i jednostronnej wizji samego problemu.

Jak zauważa Der Derian, słowa virtual i virtuous mają wspólną etymologię  i znaczyły historycznie potęgę przypisaną bóstwom oraz cechy charakterystyczne słusznego zachowania. Dopiero w nowoczesności ich znaczenia zaczęły się odróżniać, odpowiadając moralnie neutralnej, technologicznie rozumianej wirtualności z jednej, a związanej z etycznym życiem cnotliwości z drugiej strony. „Teraz mogą połączyć się znowu dzięki aktualnym wysiłkom wprowadzenia etycznej zmiany za pomocą środków technologicznych i wojennych” [2]. Nie tylko virtual virtuous znów się uzupełniają, ale wspólnie budują też potęgę nowego bóstwa, jakim jest globalna władza Stanów Zjednoczonych, prawdziwego deus ex machina, Boga technologicznego zarządzania światem. MIME-NET wydaje się nierozdzielny z amerykańskim imperializmem, który rozciąga się daleko poza granice instytucji wojska ku samym metafizycznym podstawom aktualnej rzeczywistości.

Der Derian pokazuje w swych analizach jak budowano „przestrzeń wojny w Zatoce i kampanii powietrznych w Bośni i Kosowie”, w których „zabijanie utrzymywano, na ile było to możliwe technologicznie i etycznie, w przestrzeni zarazem wirtualnej i cnotliwej. Przed 11 września cnotliwa wojna, opierając się na komputerowej symulacji, medialnej manipulacji, globalnym nadzorze i usieciowionej sztuce wojennej, była przeznaczona do tego, aby odstraszać i dyscyplinować wszelkich potencjalnych wrogów” [3]. Celem tych zabiegów było zaś „połączenie technicznej i etycznej wyższości” [4] w konfliktach o możliwie najniższym poziomie strat.

Współczesna sztuka wojenna opiera się na systemach koordynacji, planowania i szkolenia wykorzystujących technologie wirtualne do tego, żeby modelować, a następnie wytwarzać rzeczywistą wojnę.

Obejmuje to zarówno symulacje „rzeczywiste”, z udziałem realnych ludzi i sprzętu, jak i generowane komputerowo scenariusze różnych etapów działań militarnych, a nawet modelowanie zróżnicowanych i wielostronnych ruchów strategicznych w różnych miejscach świata. Nowe technologie pozwalają więc zorkiestrować te różne typy symulacji w jeden całkiem spójny system.

„Gdy dojdą do tego Dolina Krzemowa, media i Hollywood, niebezpieczeństwa się potęgują i mnożą. Pomyślcie o »Faktach i aktach«, które spotykają się z »Matrixem«”[5] – pisze Der Derian.

Kompleksowy charakter MIME-NETu prowadzi do sytuacji, w której cały świat staje się technologicznie i moralnie udoskonalonym produktem. Tyle tylko, że, jak mówi jeden z jego rozmówców, „wszystko poza wojną wydaje się w nim symulacją” [6]. Rzeczywistość zostaje bowiem trwale przekształcona w pole operacyjne, w którym to coraz bardziej sprawna technologia generuje coraz bardziej precyzyjnie wyznaczone efekty. Co za tym idzie nie ma już miejsca na coś tak kruchego i staroświeckiego jak polityka czy dyplomacja, które kazałyby znacznie ograniczyć rozrost tego technologiczno-moralnego Lewiatana. Im bardziej staramy się odgórnie modelować świat, tym mniej liczymy się z jakimkolwiek oporem, niezgodą czy innością. A jeśli już, to rozpatrujemy je tylko w kategoriach usterki lub przeszkody. Chyba że uda się je zoperacjonalizować, w czym zresztą MIME-NET jest także niezastąpiona. 

W tej sztucznie, wirtualnie ujednoliconej rzeczywistości – można też rzec: w urzeczywistnionej wirtualności – która jest zarazem nieodróżnialna od zbiorowego przeżycia moralnego wzmożenia, znika całkowicie sama idea polityki. „Przestaje być ona polem negocjacji i staje się ekranem, na którym wyświetlają się zapierające dech w piersiach efekty wirtualne, od cyfrowych gier wojennych przez konwencje partyjne po rejestrowane na żywo bombardowania” [7]. Nic dziwnego, że te najbardziej zaawansowane techniki zbrojeniowe i propagandowe są całkowicie bezradne w konfrontacji z najprostszym, a zarazem podstawowym pytaniem: jak żyć we wspólnym świecie z tymi, którzy naprawdę się od nas różnią? Naprawdę mają inne interesy i inne metody działania?

Jedyną odpowiedzią, jaką widać dziś na horyzoncie, jest jeszcze więcej militarnych innowacji i jeszcze więcej propagandowych udoskonaleń, tak żeby móc wspólnie uchylić zasadność tych wątpliwości. Nie wiadomo tylko czy w sytuacji, gdy całkowicie podporządkowaliśmy rzeczywistość jej wirtualnemu modelowi, zauważymy w ogóle moment, w którym nieodwracalnie ją zniszczymy. 

Inwersja relacji między realnością a jej symulacją prowadzi do zawieszenia polityki również na poziomie samego planowania. To już nie technologia służy realizacji koncepcji wypracowanej przez rządy, lecz rozwój wirtualnych narzędzi wytwarza konkretne strategie działania, narzuca scenariusze przyszłości. Właściwie sama różnica między planem a jego realizacją zaczyna być problematyczna, dlatego tradycyjne narzędzia krytyczne, pokazujące niespójność między tymi dwoma rejestrami, stają się często bezużyteczne. Jak przekonuje Der Derian współczesnych wojen by nie było, gdyby nie rola mediów, które za każdym razem przygotowały pod nie grunt, zorganizowały emocje i wyprodukowały przyzwolenie na ich kontynuację. Reszta dzieje się już niejako na autopilocie.

Obserwując trwający dziś konflikt w Ukrainie, można odnieść wrażenie, że schemat wirtualno-moralny działa na hiperobrotach i już nawet operacje w terenie podporządkowane są generowaniu fal oburzenia i ekscytacji w mediach społecznościowych, tworzących zamkniętą pętlę z dyskursem publicznym i przekazem mediów korporacyjnych.

Współczesna wojna odbywa się w globalnej wiosce potiomkinowskiej, w której wydarzenia, emocje, racje i strategie stanowią jeden nieprzerwany, wirtualno-moralny strumień zbiorowej świadomości. Pozostaje ona wciąż absolutnie głucha na wszystko, co w jakikolwiek sposób miałoby kwestionować sens wojny,

dlatego jedynym produkowanym przezeń efektem jest jeszcze bardziej wirtualna i jeszcze bardziej cnotliwa wojenna narracja, która bez oporu wciąga w swój bieg horror cierpienia, głupotę elit politycznych, odrodzenie najbardziej niebezpiecznych ideologicznych formacji, jawne przykłady terroryzmu i niespotykaną dotąd skalę cenzury. Wszystko to w imieniu coraz bardziej wzniosłego i coraz trudniej uchwytnego Dobra.

Konstrukcja wirtualno-moralnej narracji wymaga istnienia wroga dostosowanego do potrzeb systemu. Cnota domaga się zbirów, których będzie mogła napiętnować i przykładnie ukarać. Ten mechanizm działa w obie strony, dlatego im bardziej odrażającego stworzy się wroga, tym większą moralną czystość można odgrywać samemu. To dlatego wszyscy kolejni oficjalni wrogowie USA byli w medialnym obrazie „zredukowani do plakatu z poszukiwanym złoczyńcą” [8]. Konkretniej, stanowili wciąż nowe wcielenia Hitlera, czyli synonimu Zła Absolutnego, z którym się nie rozmawia i którego moralnej niższości nikt nie będzie się starał relatywizować.

W ten sposób też wyklucza się zawczasu jakiekolwiek rozmowy o dyplomacji, pokoju, interesach, ustaleniach, itd., ponieważ nie da się rozmawiać z wcielonym diabłem. A skoro po drugiej stronie stoi ktoś tak zepsuty, my tu musimy stać w miejscu cnoty, moralności i ogólnie obowiązujących zasad. W związku z tym nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby zastanawiać się czy na pewno je uosabiamy. 

Produkowanie wirtualnego wroga odbywa się w myśl jeszcze jednej reguły: „im bardziej cnotliwa intencja, tym bardziej musimy wirtualizować wroga” [9]. Umieszczamy się więc od razu w polu całkiem wyimaginowanym i prowadzimy wojnę przede wszystkim z własną projekcją, której spójność musimy następnie podtrzymywać z równą konsekwencją, z jaką produkujemy nową aparaturę wojenną.

Jeśli cały czas wojujemy z cieniem Hitlera żadne konkretne racje oponentów, ich mniej lub bardziej uzasadnione żądania, nie mają prawa nawet pojawić się w polu widzenia. Mogłyby bowiem zagrozić całej konstrukcji, w tym samej idei moralnej wojny w obronie całego świata. Przywiązanie do wojennego formatu prowadzenia polityki widać zresztą również w tym, że do rangi wroga urastają w nim wydarzenia, procesy czy nagłe okoliczności. Dlatego od dziesięcioleci, równolegle do konfliktów zbrojnych z różnymi krajami, globalny hegemon prowadzi też wojnę z narkotykami, terrorem, korupcją, wirusem, ociepleniem klimatu, itd. 

Zarządzanie wirtualno-moralną walką wymaga umiejętności utrzymania równowagi między całkiem sprzecznymi, jak mogłoby się wydawać, kategoriami. „Na powierzchni, cnotliwa wojna oczyszcza dyskurs polityczny podobnie jak pole bitwy. Cnotliwe wojny muszą przypominać ich reprezentację, rozwijać się przez permanentny nadzór i telewizyjne relacje ‚na żywo’ i promować wizję bezkrwawej, humanitarnej, higienicznej wojny” [10].

Zarazem jednak powód jej prowadzenia musi być maksymalnie przerażający, żeby uzasadnić moralną konieczność jej prowadzenia. Aseptyczna, wirtualna operacja technologiczna musi połączyć się z walką na śmierć i życie z bezwzględnym i krwiożerczym zagrożeniem. Śmierć ma być obecna wszędzie jako zagrażające widmo, a zarazem realne straty generowane przez wojnę będą ukrywane, żeby koszty wojny w zbiorowej świadomości pozostały jak najniższe. Im bardziej krwawy będzie jej realny przebieg, tym bardziej wybielony będzie stawał się jej obraz, a argumenty na jej rzecz – bardziej uwznioślone.

Pomimo swojej wirtualnej natury MIME-NET wytwarza samych realistów. Wszyscy politycy grają znawców twardych realiów, media domykają obraz świata rządzonego prawami wiecznej wojny, a odbiorcy wiedzą dzięki temu, gdzie trzeba stać i z jakiego powodu. W przeciwieństwie do tych stojących twardo na ziemi ekspertów każdy adwokat dyplomacji czy deeskalacji ma się wydawać naiwnym idealistą. Zarazem jednak owa postawa bezdusznego realizmu nie wiąże się z żadną odpowiedzialnością za „reprodukcję świata, który wydaje się ona jedynie rejestrować” [11]. Opiera się przecież na wirtualnej konstrukcji, która podporządkowuje sobie, a nie rozpoznaje twardą rzeczywistość. Realizm jest w istocie idealizmem oddanym maszynie wojny, która działa poprzez nieustanną „fetyszyzację broni, idealizację państwa, wirtualizację przemocy i globalizację obiegu medialnego” [12].

Gdy ogląda się przywódców państw NATO nie widać w nich, wbrew kostiumowi, realistów rozwiązujących trudny splot sprzecznych interesów, próbujących chronić swoich obywateli, ale właśnie naiwnych idealistów, którzy brną we własne urojenia, nie licząc się z żadnymi rzeczywistymi kosztami.

Realizm tych grup, jak pisze Der Derian w odniesieniu do ich poprzedników, „stał się wirtualny” [13]. Podobnie jest zresztą z analitykami, ekspertami, intelektualistami czy artystami, którzy od lewa do prawa rozprawiają nad wymyślonym przez nich samych światem. Próbują rozwiązać problem, nie zauważając, że został on od początku źle postawiony.

Ten rzekomy realizm amerykańskich i europejskich elit nie jest jednak jedynie iluzją, w której gubi się kontakt z realnością. Postawa ta jest w istocie nihilizmem, który pod jakiekolwiek realne wartości i znaczenia otaczającego świata podkłada technologiczno-moralizatorski fantom stworzony tylko dla dalszego rozrostu i tak rozdętych ponad wszelką miarę zysków korporacji. Pisał o tym już dawno cytowany przez Der Deriana Jean Baudrillard: „Dzisiejszy nihilizm jest nihilizmem przejrzystości i w pewien sposób jest bardziej jeszcze radykalny, bardziej zasadniczy niż jego wcześniejsze, historyczne postacie, gdyż owa przejrzystość, owa płynność nierozerwalnie łączy się z przejrzystością i płynnością systemu i wszelkich teorii, które roszczą sobie prawo do tego, by poddać go analizie” [14]. Odkąd rzeczywistość nie stawia już oporu swojej wirtualnej symulacji, na horyzoncie nie ma nic poza nihilizmem. 

Konsekwencją tego głębokiego nihilizmu jest oczywiście ogrom realnych, choć niemal niezauważalnych powszechnie, cierpień generowanych przez MIME-NET na całym świecie. Wojna z terroryzmem, prowadzona przez USA zupełnie nie tam, gdzie były jego realne źródła i sponsorzy, pochłonęła według niedawnego raportu Brown University 4,5 miliona ofiar i doprowadziła do przymusowej migracji między 38 a 60 milionów ludzi [15]. Jej autorzy wciąż jednak nie zniknęli z platform telewizyjnych i wciąż niosą swoje przesłanie polityki opartej na cnocie i moralności. Pozostali całkowicie nietknięci przez tę tragedię i całkowicie impregnowani na jakąkolwiek odpowiedzialność.

A globalna społeczność, wyćwiczona w rzekomo najbardziej ambitnych etycznych standardach, do dziś milczy na ten temat jak zaklęta. W imieniu rules based order, którego namiestnikami amerykańscy i europejscy politycy obwołali się sami, można popełniać dowolne zbrodnie. „Nieograniczona cnota staje się terrorem” [16] – jak pisał cytowany w książce Jean Berthe Elshtain, mając zapewne w pamięci słynne wystąpienia Robespierre’a na ten temat.

W ramach tak doskonale domkniętego systemu, w którym zbrodnia jest cnotą, fantazja rzeczywistością, a technologia rozwiązuje wszystkie problemy polityczne, każda próba wyłamania się, sprzeciwu czy alternatywnej wizji może zostać bez problemu wchłonięta, dokooptowaną, bądź ustawiona w pozycji podejrzanego spisku. Dziś niemal każdy, kto próbuje podchodzić do międzynarodowych problemów politycznych od innej strony niż MIME-NET, staje się w mgnieniu oka wrogiem publicznym.

Prędzej czy później dogonią go policjanci moralności, którzy w najlepszej wierze reprezentują interesy światowej oligarchii. Cnota zamieniona w terror, globalna kontrrewolucja przeciw resztkom niezależności i rozumności wieszczy, jak pisał Baudrillard, „zwycięstwo innego nihilizmu, innego terroryzmu, nihilizmu i terroryzmu samego systemu” [17]. Jest to terroryzm łagodny, elegancki, humanitarny, ale zabija tak samo, a może nawet bardziej bezwzględnie niż ten, który miewał  jeszcze niekiedy nieczyste sumienie.

Czytając książkę Der Deriana trudno nie nadać szczególnej wagi czasowi, który upłynął od momentu jej napisania. Zależnie od tego, którą wersję weźmiemy pod uwagę, minęło 22 albo 14 lat. Czy w międzyczasie MIME-NET zyskał czy stracił na sile? Czy dziś jest gorzej czy lepiej niż wtedy?

Wojna w Ukrainie pokazuje, że dyskurs antywojenny jest niemal całkiem martwy, poddany został systematycznej destrukcji i dziś niegdysiejsi krytycy bezsensownych wojen należą niekiedy do najbardziej nieprzejednanych i najbardziej cnotliwych w swym mniemaniu agentów śmierci. Ofiary w ludziach nie wywołują w nich żadnej refleksji, podobnie jak coraz czarniejsze scenariusze przyszłości czy krytyczne opracowania źródeł i stawek tego konfliktu.

Jak każdy człowiek pochłonięty wojenną obsesją na słowa takie jak „pokój” czy „dyplomacja” reagują wrogością i moralnym (a jakże!) oburzeniem. Na horyzoncie nie widać więc ani końca wojny, ani możliwości zapobiegnięcia kolejnym, jeśli takie będzie jeszcze gdzie prowadzić.

Jak walczyć z potęgą MIME-NETu?

Der Derian formułuje w książce pięć strategii walki z potęgą MIME-NETu, które warto przytoczyć niezależnie od tego, jak słabe mogą się wydawać wobec tej paraliżującej machiny.

Obejmują one różne tryby kontrowania systemu: kontr-teoretyczny, kontr-pojęciowy, kontr-faktyczny, kontr-historyczny i kontr-medialny. Wszystkie razem zmieniają się w Kontr-Pentagon, któremu patronować mają najważniejsi analizowani w książce teoretycy: Friedrich Nietzsche, Walter Benjamin, Charles Perrow, Gilles Deleuze czy Paul Virilio [18]. Podejście kontr-teoretyczne oznacza konieczność „powstrzymania skutków wojny informacyjnej”, która zawęża myślenie o świecie do „realizmu” i stworzenie „prawdziwie agnostycznego i otwarcie pluralistycznego podejścia do najbardziej palących światowych zagrożeń” [19].

Odkręcanie teoretycznej ramy, w jakiej funkcjonują uczestnicy życia publicznego, musi posługiwać się innymi pojęciami niż te suflowane przez MIME-NET. Stąd konieczność wprowadzenia wymiaru kontr-pojęciowego, czyli opracowania „nowego pojęcia prewencji i rozwiązywania konfliktów; albo czegoś, co nazywam pokojem informacyjnym” [20]. Tak jak wirtualna „siła wojen informacyjnych opiera się na zdolności łączenia systemów znakowych z systemami uzbrojenia”, tak działanie kontr-pojęciowe powinno zajmować się stopniowym rozdzielaniem tych splotów i budowaniem takich systemów znakowych, którym odpowiadać będzie najpłynniej świat pokoju.

Nie ma możliwości przekroczenia tego wirtualnego rubikonu bez odwołania się do trybu kontr-faktycznego.

Wydaje się, że budowanie takich kontr-faktycznych narracji może iść w dwie strony. Po pierwsze, wyobraźmy sobie jak wygląda świat, który rządzi się całkiem odmiennymi prawami niż nasz. Po drugie, wyobraźmy sobie, że w aktualnej wojnie pozycje ulegają zamianie.

Myślę, że połączenie tych dwóch wymiarów myślenia alternatywnego powinno rozpoczynać każdą refleksję o trwających konfliktach. Nie można ich zakończyć nie wyobrażając sobie siebie na miejscu swojego wroga, co dla myśli uzbrojonej w cnotę jest oczywiście niewyobrażalnym skandalem.

Ale tylko w ten sposób można wytrącić machinie wojennej monopol na realizm i moralność. I zacząć naprawdę myśleć.

Czwarty tryb wymieniony przez Der Deriana opiera się na porządku kontr-historii, czyli narracji, która wymyka się aktualnej wersji premiowanej przez przemysł zbrojeniowy i sponsorowane przez niego think tanki. Ta opowieść jest prawdziwa tylko w świecie, w którym wojna jest normą, a jej popieranie – normalnością. Alternatywną historię mogą stworzyć tylko kontr-media, ponieważ żadna z korporacyjnych instytucji medialnych czy uniwersyteckich nie będzie nią zainteresowana. Trzeba więc rozwijać niezależne ośrodki medialne, niezależne instytucje zajmujące się krytyczną myślą historyczną, polityczną i filozoficzną. Innymi słowy – wszystko, co gwarantowałby nam ustrój demokratyczny, gdyby nie ukradziono go dawno temu i nie wywieziono gdzieś w nieznane miejsce. To, co zostało, niemal nie przypomina już świata, dlatego być może każdy, kto pisze przeciw systemowi odtwarza go – przynajmniej w swoim przekonaniu – od zera.

James Der Derian, Virtuous War. Mapping the military-industrial-media-entertainment network (2001), Routledge, New York & London 2009

Źródła:

[1] Friedrich Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, przeł. Wacław Berent, Zysk i S-ka, Poznań 2000, s. 85.
[2] James Der Derian, Virtuous War. Mapping the military-industrial-media-entertainment network (2001), Routledge, New York & London 2009, s. XXXI.
[3] Tamże, s. 233
[4] Tamże, s. 233.
[5] Tamże, s. 243.
[6] Tamże, s. 82.
[7] Tamże, s. 200.
[8] Tamże, s. 101.
[9] Tamże, s. 101.
[10] Tamże, s. 31.
[11] Tamże, s. 38.
[12] Tamże, s. 37.
[13] Tamże, s. 37.
[14] Jean Baudrillard, O nihilizmie, w: tegoż, Symulakry i symulacja, przeł. Sławomir Królak, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2005, s. 189.
[15] Por. How Death Outlives War, [dostęp 19 lipca 2023].
[16] James Der Derian, Virtuous War. Mapping the military-industrial-media-entertainment network (2001), dz. cyt., s. 200.
[17] Jean Baudrillard, O nihilizmie, dz. cyt., s. 195.
[18] James Der Derian, Virtuous War. Mapping the military-industrial-media-entertainment network (2001), dz. cyt., s. 34.
[19] Tamże, s. 253.
[20] Tamże, s. 254.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – logo

Zadanie „Wydawanie internetowego Tygodnika Spraw Obywatelskich” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 191 / (35) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Nowe technologie # Świat

Być może zainteresują Cię również: