Felieton

Wolność bez cyfrowego śladu. W obronie gotówki

portfel z monetami i banknotami
Obraz Steve Buissinne z Pixabay

Justyna Łobodzińska

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 251 / (43) 2024

W latach 90. najlepszym wodnym akwenem Europy była Chorwacja. Jeździło się tam autem, wiedza o trasie, płatnych odcinkach i winietach przekazywana była pantoflowo, a ceny na miejscu były znośne. Nocleg znajdowało się szukając napisu Zimmer Frei i na ogół była to, pamiętająca czasy Tito, willa oddzielona wąską i wijącą się drogą od lazurowego Adriatyku. Skałki odstraszały rodziny z hałaśliwymi małymi dziećmi, a na kamiennych półkach rozkładało się mniej lub bardziej tekstylne towarzystwo.

W dobrej ekipie zawsze się znalazł jakiś kucharz, który wyławiał ośmiorniczki na kolację i lingwista, który dogadywał się z właścicielem wynajmowanego obiektu. Pamiętam, jak któregoś wieczoru taki właśnie dorodny Chorwat przyszedł skasować nas za resztę noclegu. Chudzi i bladzi mieszkańcy socjalistycznej Europy tak nie wyglądali. Postawił na stół butelkę z palinką i automatycznie włożył do małej koszulki na klacie dwa, czekające na niego, banknoty. Zazdrościliśmy mu. I nie wiem czego bardziej. Czy tego opalonego atletycznego ciała czy nonszalancji z jaką potraktował nasze oszczędności? Wystawały mu te marki, z tej opiętej kieszonki, niczym poszetka. Nadczłowiek posiedział z nami na długość jednego szota przyniesionego alkoholu i zostawił nas samych, a my mogliśmy kontynuować fascynujący temat kart kredytowych.

Wiatr odnowy wiał

Uwielbialiśmy je. Pokolenie naszych rodziców zachłysnęło się wolnością i winami pitymi na Węgrzech podczas studenckich OHP-ów, a my mieliśmy wszechpotężny plastik, który określał Twoją wartość. Lepszy American Express czy platynowa Visa City Banku? Wiralową historię zapewnił jeden znajomy, który na zakończenie studiów prawniczych kupił sobie kartą kredytową samochód. Wszedł do salonu Subaru i zapłacił. To było lepsze niż absolutnie wszystko. Jaką trzeba mieć zdolność kredytową, by tak można było zrobić! Z pogardą wspominaliśmy środowisko finansjery mijającego stulecia, która nosiła pęki banknotów zwinięte gumką, albo włożone w tę skórzaną okładkę, w której przytrzymywał je pół klucz wiolinowy. Rzecz równie archaiczna jak etui-książeczka do telefonów komórkowych.

Tym razem towarzystwo na wyjeździe było bankowe, więc płatnicze historie się mnożyły. Jedna osoba wprowadzała karty kredytowe w Polsce i można było do niej dzwonić o dowolnej porze dnia, a ona z pamięci podawała gdzie jest jaki bankomat. „Kredyt Bank jak jedziesz od centrum na Kozienice? Przy Puławskiej!”. Inny kompan był odpowiedzialny za bezpieczeństwo środków pieniężnych i to wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że ten środek płatniczy jest równie zawodny jak każdy inny. Temat fałszerstw środków płatniczych jest stary jak świat, a dorastając w latach 80. przeszedłeś jeszcze dodatkowo przyspieszoną lekcję bezpiecznej wymiany waluty…

Tym bardziej wydawało mi się, że karty kredytowe są idealne.

Zdarzało się oczywiście, że bankomat „zjadł” kartę, dlatego pokłosiem traumy tamtego okresu jest to, że zawsze miało się tych kart kilka. Oczywiste było też szybkie zastrzeżenie w przypadku zgubienia (technicznie rzecz biorąc zgłaszało się jako kradzież, ale kradzież się wtedy nie przydarzały), chociaż był z tym problem, gdy lądowałeś za granicą i koszt połączenia z infolinią banku robił się wysoki. Dowiedziałam się też tamtego lata, jak można wyciągnąć pieniądze z bankomatu bez obciążania rachunku i chociaż nigdy z tego nie skorzystałam, bardzo jestem ciekawa czy banki uszczelniły ten rodzaj oszustwa.

Od apteki w Hongkongu po kabriolet w Nicei

Pierwsze płatnicze oszustwo, którego padłam ofiarą, zdarzyło się w Azji w 2004 roku.

Mówiono mi, żeby nie używać kart płatniczych w Hongkongu, ale z każdego wyjazdu wracało się z bezwartościowym bilonem, który zapełniał na wieczność domowe szuflady i gotówki zawsze miałam mało.

Sytuacja miała miejsce w aptece, gdzie kupowałam lek na ból głowy, którego zresztą używam od lat. Młody sprzedawca, koło którego siedział kot, przeciągnął kartą i terminal mu się rozsypał. Zaczął go składać, on się dalej rozsypywał, więc wyjął spod lady inny i wtedy płatność przeszła.

Zanim wróciłam do Polski okazało się, że już zdążyłam sobie wynająć samochód w Nicei.

Mam nadzieję, że chociaż był to kabriolet, bo proces odwoławczo reklamacyjny trwał półtora roku i o ile dobrze pamiętam, nie odzyskałam całości kwoty.

Chwilę później pojawiła się histeria ze sczytywaniem kart umieszczonych tylko w portfelu. Nie potrafię powiedzieć, ile osób straciło środki w autobusach czy skupiskach ludzkich, ale futerały ochronne sprzedawały się świetnie. Nie potępiając nikogo też z nich korzystałam. Tak „na wszelki wypadek”.

Pod koniec 2024 roku listę najpopularniejszych oszustw z użyciem kart recytujemy jak dekalog. Nie zawsze znamy ich bankową, często anglojęzyczną nazwę, ale słyszeliśmy o nich. Nadużycia można by mnożyć, warianty rozwijają się dynamicznie, ale mianownikiem wszystkich jest wirtualność posiadanych środków. To czyni przestępstwo łatwiejszym i narażonym na niższe ryzyko. Co więcej, stworzenie szablonu wyłudzenia jest najbardziej czasochłonną częścią, a potem można go powielać w nieskończoność. Cinkciarz złapany na oszustwie ryzykował zdrowie i schowane za pazuchą środki, a tu twórca wykroczenia jest nieuchwytny. Z rozbawieniem słyszy się czasem o kradzieży wolnostojącego bankomatu, ale chęć dobrania się do fizycznej gotówki wydaje nam się bardziej ludzka.

Tokeny, SMS-y autoryzacyjne, kody. Potwierdź!

Nie znam osoby, która nie straciłaby albo nie była poddana próbie oszustwa. Każdy miał dziwny telefon z banku, podejrzanego SMS-a, nieprawidłowo pobraną kwotę albo przynajmniej zakup w sklepie internetowym który nie dotarł. [wg. danych NBP tylko w I kwartale 2024 r. liczba oszustw przy użyciu bezgotówkowych instrumentów płatniczych wyniosła 105,6 tys., a ich wartość – 165,9 mln zł – przyp. red.]

Mniej lub bardziej doświadczeni przez los staramy się stosować zasady bezpiecznego korzystania z wirtualnych środków, będąc równolegle coraz bardziej poirytowani kolejnymi etapami edukacji klienta, którymi jesteśmy poddawani.

Wielopoziomowa weryfikacja tożsamości jest czasochłonna. SMS z autoryzacją wymaga od nas znalezienia miejsca odłożenia telefonu, PIN przy kasie zmusza nas do nałożenia okularów, powiadomienia o transakcjach przychodzą w najmniej oczekiwanym momencie, a konieczność zmiany hasła doprowadza nas do szału.

Pracowałam kiedyś w miejscu, gdzie hasła musieliśmy zmieniać co miesiąc. Nie można było tego zignorować, bo system sam to wymuszał. Wszyscy stosowali ten sam algorytm. Imię dziecka lub partnera z cyfrą zmienianą co 30 dni. Tych haseł i kodów jest tak dużo, że coraz trudniej je zapamiętać. Są tacy, którzy mają notesiki z kodami, inni przyklejają na biurku karteczki z kodem, a jeszcze inni zapisują je w telefonach jako numery telefoniczne. To ma uczynić nas bezpiecznymi? Kiedyś sprzedawczyni w Biedronce mnie przepraszała, że jest po urlopie i pozapominała kody. Odpowiedziałam, że są niesamowici, że tyle tych cyfr pamiętają, ale chyba nie uwierzyła, że ja naprawdę uważam kasjerów za nadludzi.

Namierzalność cyfrowych przestępstw jest niska. Nie jest to wina naszej borykającej się z problemami kadrowymi policji, bo problem jest ogólnoświatowy, a świat prawa i bezprawia dawno nie były tak technologicznie daleko od siebie. Różnice w systemach prawnych poszczególnych krajów utrudniają współpracę i wymianę danych, co sprawia, że skuteczność ścigania takich przestępstw jest ograniczona. Interpol zauważa także, że obecnie brakuje jasnego zrozumienia pełnego wpływu cyberprzestępczości, co komplikuje tworzenie strategii na poziomie operacyjnym oraz prawidłowe przydzielanie zasobów do ścigania tego typu przestępstw.

Co z tego, że potrafimy podać przedstawicielom władzy współrzędne GPS zagubionego urządzenia? Trudno jest nawet złożyć podanie z oświadczeniem o próbie wymuszenia środków, bo skoro udało się zapobiec, to przestępstwa nie było. A jak znikają to na zawsze. Pewnie gdyby nadać skradzionym wirtualnym środkom jakieś niezmywalne oznaczenie, można by obserwować ich drogę podobnie jak to robią właściciele skradzionych Iphone’ów. Och, jesteście akurat w Agadirze! Mam nadzieję, że macie widok na morze!

Rzeczywistość bez cyfrowego śladu

Głównym zarzutem do gotówki jest właśnie ta jej nienamierzalność. Przekazywane z rąk do rąk, gdzieś w równoległym uniwersum, walizki pełne banknotów budzą skojarzenia z półświatkiem. Obszarem szarych cwaniaków, którzy chcą ominąć Urząd Skarbowy nie pozostawiając nigdzie cyfrowego śladu. Bo wirtualne pieniądze są transparentne! Łatwo można sprawdzić, ile kosztował fryzjer, pobyt w hotelu i gdzie kupujemy mięso. Natomiast korzystanie z gotówki budzi podejrzenia, że są to jakieś „lewe pieniądze”. Jaki może być inny powód, że ktoś kupuje telewizor za gotówkę? Wysuwają się wtedy głowy z kolejki, żeby popatrzeć jak wygląda ten KTOŚ. Może pracuje w jakimś warsztacie? A może jest rolnikiem i rano sprzedawał na rynku?

Wiadomo, tam gdzie przyjmują tylko gotówkę, jest taniej, ale boli nas, że oni to sobie od razu „do kieszeni” chowają. Może mieli ślub i to z kopert? W kwestii oceny dobrobytu innych jesteśmy bezlitośni, ale skąd indziej można mieć prawdziwe pieniądze? W innym przypadku musiałby jechać do bankomatu, a te jak wiadomo znikają i jest ich coraz mniej. No i mają dzienne limity, czyli musiałby jechać kilka razy…

Gotówka daje niezależność i władzę. Nie jesteśmy podatni na cyfrowe zagrożenia, ataki hakerskie i kradzież danych. Jesteśmy niezależni od technologii, bo nie musimy mieć dostępu do internetu i urządzeń elektronicznych.

Przy awariach sieci, braku zasilania i problemach technicznych, gotówka funkcjonuje bez przeszkód.

Kartka powieszona na drzwiach piekarni, że dziś brak płatności kartą, powoduje, że po bułki tego poranka nikt nie wejdzie. Gotówka czyni nas bezpiecznymi w kontekście destabilizacji. W sytuacjach kryzysowych, takich jak awarie systemów bankowych, dezintegracja sieci finansowych czy konflikty, gotówka jest niezmiennie niezawodnym środkiem wymiany. Gotówka zwiększa naszą prywatność. Nikt nie widzi ani jak się nazywamy, ani jaka jest wysokość zgromadzonych przez nas środków. Relacja klient – sprzedawca jest jednorazowa i zamknięta. Płacąc gotówką nie zadłużamy się, bo korzystamy ze środków nie debetowych, które fizycznie mamy.

Jednym z najbardziej obleganych stołecznych muzeów jest Centrum Pieniądza NBP. Są osoby, które twierdzą, że to dlatego, że wejście jest bezpłatne, ale dni bezpłatne ma wiele placówek muzealnych, a tu kolejki do wejścia są przez cały tydzień. Co ciekawe, największy tłum jest nie przy ekspozycji z symulacją giełdy papierów wartościowych czy w sali poświęconej historii bankowości. Największy tłum jest przy pancernej gablocie, w której leży milion złotych. Milion zebrany w 10-złotówkach. Milion o łącznej wadze 70 kg. Drugie takie tłoczne miejsce jest przy sztabce złota, którą można podnieść. W obu tych miejscach można podsłuchać cudowne rozmowy dużych i małych, co by z takimi pieniędzmi można było zrobić. I nikt nie podaje racjonalnych zakupów, za które płaci się kredytem. Widząc milion prawdziwych pieniędzy wszyscy marzymy o rzeczach wielkich, beztroskich i radosnych.

Bo dotyk i widok prawdziwych pieniędzy zwiększa nasze poczucie szczęścia.


Logotypy: Komitet do spraw Pożytku Publicznego, Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, Rządowy Program Fundusz Inicjatyw Obywatelskich na lata 2021-2030 NOWE FIO, ESG PRO Sp. z o.o.

Projekt „Masz gotówkę – masz wybór!” realizowany przez ESG PRO Sp. z o.o. sfinansowano ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021-2030

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 251 / (43) 2024

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekonomia # Społeczeństwo i kultura Broń gotówki

Być może zainteresują Cię również: