fbpx

Rozmowa

Wołyń 1943 – ludobójstwo okrutne. Pamiętamy!

Śmierć Lachom - sprofanowany w nocy z 9 na 10 maja 2009 r. pomnik polskich profesorów we Lwowie, zamordowanych przez hitlerowców
Śmierć Lachom - sprofanowany w nocy z 9 na 10 maja 2009 r. pomnik polskich profesorów we Lwowie, zamordowanych przez hitlerowców / wikimedia CC-BY-SA-3.0

Z dr Lucyną Kulińską rozmawiamy o ludobójstwie na Wołyniu, o tym kto szukał prawdy, a kto milczał w tej sprawie oraz czego powinna nas nauczyć rzeź na Kresach.

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. „Wołyń – ludobójstwo niepotępione”. Treści zawarte w materiałach nie muszą odzwierciedlać poglądów i opinii Redakcji oraz Instytutu Spraw Obywatelskich).

Rafał Górski: „Znane są natomiast niebywałe ekscesy, jakich dopuszczali się banderowcy podczas rzezi. Np. pięcioletnią dziewczynkę Zosię zmuszono do wypicia kubeczka krwi jej ojca, ściętego na pniu drewutni na oczach dziecka. Innej dziewczynce Hani, w zbliżonym wieku, kazano zjeść kawałek mięsa z ciała jej ojca. Dziewczynce tej banderowcy w przystępie „wspaniałomyślności” darowali życie mówiąc: „Żyj na chwałę Stepana Bandery”. W marcu 1944 r. w lesie między Modryniem, a kolonią Saharyń, znaleziono zwłoki zamordowanej nagiej dziewczynki w wieku około 14 lat, wbitej na pal” – to fragment z Pani książki „Dzieci kresów” (2 tom). Proszę o komentarz.

Lucyna Kulińska: Wobec polskich ofiar na Kresach stosowano wyjątkowo okrutne tortury. Otóż ma to swoją nazwę w prawie międzynarodowym – jest to genocidum atrox, czyli „ludobójstwo okrutne”. Przy takim ludobójstwie liczba rannych jest mała w stosunku do zabitych. Zbrodniarze chcieli dopaść i zabić każdego. To świadczy o ich intencji – celem napadu na dane osoby czy całą wieś była chęć unicestwienia Polaków. Ocaleli tylko ci, którzy byli w stanie gdzieś się ukryć.

Kim były ofiary?

To jest bardzo ważne.

W tym wypadku ofiarami ludobójstwa byli cywile, a eksterminacja objęła przede wszystkim polskich chłopów, wielodzietne, często biedne rodziny. Napadano i podpalano całe polskie wsie, dobytek rabowano a mieszkańców zabijano – wszystkich od starca nad grobem po nienarodzone dziecko w łonie.

Szczególnie tragiczne były zbrodnie w rodzinach mieszanych – na rozkaz nacjonalistów ukraińska rodzina musiała się „oczyścić” przez zabicie polskiego współmałżonka i wspólnych dzieci…

Gdzie mordowano?

Zbrodnie miały miejsce nie tylko na Wołyniu, ale i w kilku sąsiednich obszarach: dawnym województwie lwowskim, stanisławowskim, tarnopolskim, także poleskim i lubelskim, a nawet mazowieckim i krakowskim. Zachęcam czytelników do przyjrzenia się „Mapie miejscowości II RP, w których Ukraińcy dokonali ludobójstwa na narodzie polskim 1939-1947”. Dane zaznaczone na mapie są przerażające. Ukazują bowiem skalę zrealizowanej przez OUN-UPA eksterminacji. Mapę sporządził za granicą pragnący zachować anonimowość polski patriota-emigrant. Włożył on w to ogromny wysiłek.

To absurd, żeby społecznicy musieli wykonywać taką pracę.

W ten sposób prywatni sponsorzy zastępują powołane do tego i wysokopłatne instytucje państwa. Kiedy o tym myślę, przypomina mi się dramatyczny apel śp. Leona Karłowicza, jednego ze świadków i komentatorów tej zbrodni, wypowiedziany ponad 20 lat temu:

„Może w końcu obudzi się sumienie w polskim narodzie, a przede wszystkim w rządzących krajem, w politykach, uczonych, dysponentach mediami, którym z nieznanych do dziś powodów – bliżsi zdają się być sprawcy straszliwych rzezi niż ich bezbronne ofiary. Może przemówią do wyobraźni Polaków zbiorowe mogiły, rozsiane po całym Wołyniu, a o których tak często wspominają autorzy relacji. Wymazane z map setki polskich wsi, spalonych i wyniszczonych tak dokładnie, by najmniejszy ślad po byłych ich mieszkańcach nie pozostał. Może przemówią krwawe blizny, noszone przez jeszcze żyjących, po ranach doznanych od noży, siekier, żelaznych łomów”.

Ile osób zostało zamordowanych?

Wiemy, że 150 tys. Polaków  zamordowanych i zmarłych w wyniku działań OUN-UPA i miejscowych Ukraińców to absolutnie minimalna liczba. Uwzględniając także tzw. ofiary późniejsze (zmarłe w wyniku ran zadanych w czasie napadów, wypędzenia ze swoich siedzib, a co za tym idzie głodu, chorób itp.) spokojnie możemy mówić o 200 tysiącach, a nawet więcej.

Do tego gdy uwzględnimy wszystkich obywateli polskich (czyli Żydów, Ormian, Cyganów, Rosjan, a i samych Ukraińców), bo nie zapominajmy, zdaniem nacjonalistów Ukraina „miała być czysta jak szklanka wody”, liczba ta może wzrosnąć do pół miliona. Co ciekawe, o takiej właśnie liczbie mówił w swych przeprosinach dla Polaków Leonid Kuczma, pierwszy premier, a potem prezydent Ukrainy.

O czym świadczą te statystyki?

O tym, że mamy do czynienia z niewyobrażalnie wielką ZBRODNIĄ dokonaną na naszym narodzie z najniższych rasistowsko-grabieżczych pobudek, jedynie pokrytych nazistowską ideologią i hasłami budowy „wolnej Ukrainy”. Nie możemy zapominać, że największych mordów dokonano, gdy po bitwie pod Stalingradem rosyjska machina wojenna wchodziła już w granice II Rzeczpospolitej. Jasnym było, że o żadnej „wolnej Ukrainie” mowy być nie mogło. W tej sytuacji masowe mordowanie Polaków nie miało żadnego sensu politycznego. Prawdziwe intencje sprawców najlepiej oddaje  jedno z popularnych haseł UPA, które zapisali we wspomnieniach świadkowie: w tłumaczeniu brzmi to tak „ Może i Ukrainy nie będzie, ale i Lachów (Polaków) tutaj nie będzie…”.

Kto mordował?

Winę za tę zbrodnię ponoszą członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, kolaborujące z oboma okupantami formacje ukraińskie (nie tylko z Niemcami, ale i Sowietami) oraz zaagitowana przez nie miejscowa ludność chłopska. Prowodyrami nie byli bynajmniej ludzie prości, ale wykształceni, najczęściej na polskich uczelniach, Ukraińcy i kler greckokatolicki i prawosławny, który do dziś nie rozliczył się z tych zbrodni.

Dopiero podczas czytania Pani książek dotarło do mnie, że ludobójstwo można podzielić na „standardowe” i „okrutne”. Rozumiem, że to, co działo się w obozach koncentracyjnych w Polsce, na przykład w Auschwitz, możemy zakwalifikować do „ludobójstwa standardowego”.

Dokładnie tak. Jeszcze lepszym przykładem na to jest Zbrodnia Katyńska, której obecnie nie kwalifikuje się jako zbrodni wojennej, tylko jako ludobójstwo. Jest jednak faktem, że mordowani w Katyniu oficerowie byli żołnierzami i ginęli od strzału w tył głowy, natomiast na Wołyniu śmierć wiązała się z niewyobrażalnymi torturami: obdzieraniem ze skóry, przecinaniem piłą, nabijaniem na płoty i pale, obcinaniem członków, gwałtami na młodych kobietach i dzieciach… Szczególnie narażeni na przedśmiertne męki byli chłopcy i młodzi mężczyźni w wieku 14-22 lat. Po hajdamacku – wyłupywano im oczy, kastrowano, wypuszczano wnętrzności.

Oprawcy rzadko używali broni palnej, przede wszystkim zabijali przy pomocy narzędzi gospodarskich, takich jak: siekiery, widły, noże, drągi. Często całe polskie rodziny ginęły żywcem w podpalanych domostwach, bo mordercy ryglowali drzwi, a uciekających przez okna zabijali strzałami. W licznych wypadkach mieszkańców polskich wsi zapędzano do stodół czy kościołów, które następnie podpalano.

Od lat pochylamy się nad tym, co wydarzyło się w Jedwabnem. Wie o tym niemal świat cały, a takich stodół, gdzie mordowano Polaków na Kresach, były setki. Nie wie o nich nikt, mamy zapomnieć.

Jak te liczby mają się do dzisiejszej wojny na Ukrainie?

Współczujemy cywilom ukraińskim, którzy są ofiarami wojny, giną, ale popatrzmy na to z innej strony. Propaganda grzmi o „strasznym ludobójstwie”, ale fakty są takie, że po pierwsze trwa wojna, wzajemny ostrzał od którego giną ludzie, a po drugie według oficjalnych danych przez pierwsze trzy miesiące wojny zginęło ok. 1,5 tys. Ukraińców (według danych ONZ na dzień 24 maja w Ukrainie zginęło 3942 cywili – przyp. red.) . Chcę państwu uświadomić, że ta liczba odpowiada ilości zamordowanych w jednym dniu, w  jednej polskiej wsi – Hucie Pieniackiej.

Jakie były przyczyny rzezi na Wołyniu?

Gdy szukałam odpowiedzi na pytania dotyczące tego okrucieństwa, trafiłam na pracę „Traktat o przemocy” Wolfganga Sofsky’ego. Autor twierdzi, że okrucieństwo, brutalność, tkwi w środku człowieka. Czy jednak dojdzie do agresji, zależy od siły zorganizowania i siły społeczeństwa, państwa. Tak się stało, gdy Polska została najechana przez wrogów w 1939 roku. Mniejszości narodowe ją zamieszkujące, szczególnie Ukraińcy, skorzystali z okazji i przy pomocy okupantów, a potem sami postanowili Polaków ograbić, wydać na zsyłki, narazić na represje, a nawet w końcu wymordować.

Pozostaje otwarte pytanie: Skąd u Ukraińców tak wielka rządza mordu i wyszukanych form znęcania się nad ludźmi? Czy te potworne tortury, które dotknęły polskie rodziny, to przypadek odosobniony, czy Polacy mieli już takie doświadczenia w przeszłości?

I jaka jest odpowiedź?

Plonem moich poszukiwań była książka „Hajdamacy”. Okazuje się, że tak okrutne mordy dotykały Polaków od wieków. Dochodziło do nich jeszcze przed powstaniem Chmielnickiego czy Koliszczyzną. Równie długą tradycję mają hajdamackie rytuały, jak „święcenie noży”, czyli sakralizowanie przez popów ukraińskich narzędzi służących do mordu. W tym rozumieniu kler greckokatolicki czy prawosławny uczynił z ludobójstwa Polaków „święte dzieło”.

Również zwróciłem na to uwagę – siekiery, noże czy kosy były święcone, zanim zostały użyte przez oprawców. Gdy czytałem Pani książki, zastanawiałem się nad innymi ludobójstwami, które miały miejsce w przeszłości. Dwie dekady temu zwiedziłem więzienie w Kambodży, w Phnom Penh, gdzie Czerwoni Khmerzy torturowali i mordowali ludzi. To była podobna skala okrucieństwa. Z kolei w książce „Duch króla Leopolda. Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce” autor, Adam Hochschild, opisuje wstrząsająca relacja z piekła, w którym Belgowie wymordowali blisko osiem milionów ludzi. Belgowie, którzy dziś uczą nas demokracji i poszanowania praw człowieka.

Dla mnie klasycznym przykładem ludobójstwa „okrutnego” było to, do czego doszło w Rwandzie. Dokonało go plemię Hutu, bestialsko mordując wszystkich przedstawicieli plemienia Tutsi, których udało im się dopaść. Zostało wymordowanych około pół miliona ludzi. Tutsi byli przystojniejsi, wysocy, inteligentniejsi, zajmowali w Rwandzie wyższe stanowiska – to budziło w zakompleksionych swą niższością Hutu zazdrość, chęć odwetu. Oczywiście do ostatecznej rozprawy trzeba było jeszcze dyskretnego „podszczucia” do rzezi. Tym zajęli się sprzyjający Hutu – Francuzi. Analogie nasuwają się same.

Jakie cechy odróżniają  zbrodnie wojenne od ludobójstwa okrutnego?

Jedną z głównych cech takiego ludobójstwa poza stosowanymi bestialskimi metodami zabijania jest bardzo wysoka liczba zamordowanych kobiet, dzieci, osób starszych w stosunku do mężczyzn. Z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Jeżeli mamy do czynienia z walką, a nawet obroną, to giną głównie mężczyźni w sile wieku bądź młodzi chłopcy, którzy im pomagają. Tu napadano na całe wsie i osady, w progach swoich domostw ginęły całe polskie rodziny (80% zabitych zginęło wraz z najbliższymi). Wśród polskich ofiar było bardzo dużo dzieci poniżej 12. roku życia i staruszków powyżej 70. roku życia. To dowód, że obiektem ataku byli niewinni cywile. Na tych, którym udało się uciec, urządzano polowania – po polach, lasach, drogach. Takie „polowania na ludzi” opisywał we wspomnianej wcześniej książce Sofsky.

A co Panią szczególnie poruszyło?

Bardzo zszokowało mnie to, że Ukraińcy mordowali swoich polskich współmałżonków i wspólne dzieci.

Na Wschodzie było tak, że jeżeli ojciec był Polakiem, to synowie też musieli zginąć, ponieważ ochrzczono ich w kościele. Córka natomiast miała szansę przeżyć, jeżeli za matką Ukrainką była ochrzczona w cerkwi. W przypadku ukraińskich kobiet egzekucji dokonywali jej bracia lub ojciec. Jak stawała w obronie męża i synów, była dotkliwie bita, czasem na śmierć.

Potworne było to czysto rasistowskie podłoże takich czynów. Nawoływanie do „oczyszczenia krwi”, „Ukrainy czystej jak szklanka wody”, „usunięcia „kąkolu z pszenicy” itp. Na tym polegała potworność tego ukraińskiego szowinizmu!

Jest to tym bardziej tragiczne, że na terenach gdzie doszło do rzezi, o żadnym „wikińskim” czy „tyrolskim” (Ukraińcy nazywali siebie po wejściu Niemców na ziemie ukrainne „Tyrolczykami wschodu”, co jest to zapisane w źródłach) genotypie nie można mówić, są to wierutne bzdury i kłamstwa. Jeśli już, to o niebo więcej tam lackich Mazurów i Tatarów. Jednoznacznie potwierdzają to aktualne badania genetyczne prowadzone w Europie.

W książce „Ludobójstwo niepotępione” wymienia Pani 136 tortur fizycznych i okrucieństw wobec polskich mężczyzn, kobiet i dzieci stosowanych przez terrorystów z OUN-UPA, w tym m.in.: (42) Przecinanie tułowia na pół piłą ciesielską, (71) obcinanie piłą obu nóg, (80) krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół, (91) wbijanie dziecka na pal, (101) zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku, (118) zakopywanie żywcem w ziemi po szyję i ścinanie później kosą głowy. To jest przerażająca i wstrząsająca lista. Po jej przeczytaniu przypomniał mi się Zygmunt Bauman i jego książka „Nowoczesność i zagłada”, którą zacytuję: „Mówiąc bez ogródek, mamy powody do obaw, ponieważ żyjemy nadal w tym samym modelu społecznym, który umożliwił Zagładę i który nie posiadał żadnych mechanizmów obronnych pozwalających jej zapobiec”. Czy Pani zdaniem mamy obecnie powody do obaw? Czy jest możliwy powrót do masowych mordów, takich jak na Wołyniu i czy nauczyła nas czegoś ta rzeź?

Z nawrotami barbarzyństwa trzeba liczyć się zawsze, szczególnie wtedy gdy zbrodnie przynosiły zyski mordującym, a nie zostały należycie ukarane, a co gorsza potępione. Tak było z Ukraińcami. Od ponad 20 lat usiłowałam uświadomić kolejnym polskim władzom, że niereagowanie na odradzanie się nacjonalizmu ukraińskiego to sprowadzenie na Polskę śmiertelnego zagrożenia, bo Rosjanom Ukraińcy rady nie dadzą, a wszelkie straty zrekompensują sobie na nieumiejących nienawidzić i mających za krótką pamięć Polakach.

I jaki był efekt?

W tej kwestii poniosłam całkowitą klęskę. Nacjonalizm ukraiński kwitnie i na Ukrainie i w Polsce, dostaje realne wsparcie ze strony naszego rządu. Banderowskie pieśni rozbrzmiewają w Polskich miastach, symbole ukraińskie dominują polskie… W ten sposób depcze się pamięć i honor pomordowanych. Tymczasem na Ukrainie nawet te nieliczne polskie upamiętnienia jak to w Hucie Pieniackiej czy Bykowni są bezczeszczone, odmawia się Polakom prawa do ekshumacji, by ambasador Melnyk mógł bezczelnie kłamać o tym, że to Polacy na Wołyniu mordowali Ukraińców.

A jak zachowujemy się my, obywatele?

Jeśli chodzi o społeczeństwo, to sytuacja mi przypomina tę na chwilę przed wybuchem rzezi na Wołyniu.

Polakom nie mieściło się w głowach, że coś im może grozić ze strony ukraińskich sąsiadów. Nie uciekali ze swoich wsi, nawet gdy ich ostrzegano. Mieszkali na wsi, nie chcieli porzucać domów, ziemi, zwierząt gospodarskich, całego dorobku życia. Mówili: „Przecież my tym ludziom nic złego nie zrobiliśmy, myśmy ich nie okradli, nie napadli, dlaczego mamy uciekać, zostawiać swoje gospodarstwa?”.

Mieszkańcy wsi nie zostali, niestety, ostrzeżeni przez nasze władze podziemne, że czyha na nich ze strony Ukraińców tak wielkie niebezpieczeństwo. Zdziesiątkowani wywózkami przedstawiciele podziemia i tak stacjonowali głównie w miastach. Nawet wtedy, kiedy już widzieli pożar na horyzoncie w innej wsi, tłumaczyli to w ten sposób, że może jej mieszkańcy zrobili coś złego ukraińskim sąsiadom. A potem ginęli wszyscy, zaskoczeni rozmiarem nienawiści i nieludzkości napastników – wcześniej zwykłych sąsiadów… To obok małej liczebności Polaków na wołyńskich wsiach, braku odsieczy ze strony polskiej partyzantki, było przyczyną tak potwornych strat.

Ale jak to się ma do czasów współczesnych?

W jakimś sensie jesteśmy w tej chwili w podobnej sytuacji jak przed wojną. Wmawia się nam, że musimy Ukraińców kochać, tak jak i przed wojną ukrywa się przed społeczeństwem rozmiary popełnianych przez nich przestępstw przeciwko ludziom, mieniu i państwu polskiemu. Oswaja się Polaków z ich szowinizmem. To niedopuszczalne, to wielki błąd… Psuje i Ukraińców i Polaków. Oni wyciągną w swoim czasie pieniądze i z Polaków i z Rosjan, a przy okazji całego świata zachodniego. Źródłem tej wojny jest właśnie nietolerancja w kraju wielonarodowościowym – kto tego nie widzi, ten jest ślepy. Na zbudowanie solidnego państwa nie wystarczy 30 lat. Każda droga „na skróty” kończy się źle.

Proszę o przykład.

Zamykanie szkół z językiem mniejszości.

Trudno mówić na Ukrainie o polskich szkołach, ale były „polskojęzyczne”. Ale i z nich sukcesywnie eliminowany był język polski. Zresztą, co to za polska szkoła, na której jak we Lwowie Ukraińcy umieścili medalion z popiersiem dowódcy UPA Romana Szuchewycza, który wydał oddziałom rozkaz „wszystkich Lachów w pień ciąć”.

Od początku władze Polskie nie reagowały, nie ujęły się za Polakami, nie broniły. To taki wstyd. Pozwalaliśmy na coraz większe szykany wobec resztek mieszkających tam Polaków, a rosły one wraz z narastaniem ukraińskiego nacjonalizmu. Polskiej ludności zostało więcej jedynie w pewnych miejscach za Zbruczem – przede wszystkim w rejonie Winnicy czy Żytomierza. Ale i tam Ukraińcy niekoniecznie są wobec nich życzliwi.

Jakiś przykład?

W roku 2014, gdy rozpoczął się konflikt rosyjsko-ukraiński, przyjechali na moją uczelnię studenci z Ukrainy. Poznałam wtedy historie dwóch młodych 18-letnich studentów z polskim rodowodem z okolic Winnicy. Trafili do Krakowa dzięki ogromnemu wysiłkowi finansowemu swoich rodziców. Wyjechali do Polski, aby ocalić życie, gdyż, jak twierdzili, Ukraińcy nie wysyłali na front na Donbasie pod rosyjski ostrzał swoich chłopców, ale tych z polskich domów, które nawet specjalnie oznaczali. Kompletnie nieprzeszkoleni nie przetrwaliby na wojnie zbyt długo. Kiedy do Winnicy zaczęli przywozić masowo trumny z Polakami, uciekli…

Czy uczymy się na własnych błędach?

Niestety nie. Można nawet zaryzykować tezę, że im więcej dawaliśmy Ukrainie, im bardziej ustępowaliśmy, tym bardziej nas tam lekceważono. Być może to taka cecha ludów ze Wschodu, że traktują ustępstwa, nawet robione z wysokich pobudek, rozdawanie prezentów i świadczeń za oznakę słabości. Kto płaci „trybut”, ten jest niewolnikiem. Jak daje, to widocznie go na to stać i może dać jeszcze więcej i tak się to kręci. Pojawiają się coraz nowe żądania, o dziwo bezrefleksyjnie są spełniane. To wysoce demoralizujące.

Samo wpuszczenie milionów Ukraińców na teren Polski, praktycznie bez kontroli, uważam za karygodne i nieodpowiedzialne. Nie pomyślano o cenie, jaką przyjdzie nam, Polakom, za taką niefrasobliwość zapłacić. To już się dzieje. Nieuchronnie czeka nas narastająca fala przestępczości kryminalnej i innych patologii. To nieuniknione. O wdzięczności proszę zapomnieć. Jak propagandowy szum opadnie, a strumień pieniędzy zacznie wysychać, beneficjenci mogą poczuć się oszukani i zaczną na Polakach egzekwować i wymuszać spełnianie ich oczekiwań sami.

Dlaczego tak Pani sądzi?

Wielu Polaków przekonało się, że Ukraińcy są bardzo roszczeniowi. Jeżeli władza, która te wszystkie dobra dała, obietnice porobiła, to trudno je będzie odebrać. Robienie z nich „nowych obywateli” w celu wygrania wyborów przez partie rządzące też może okazać się złudne. Są zorganizowani, szybko założą własne partie i koterie i po wejściu do samorządów i parlamentu zapewnią sobie finansowanie i benefity. Np. nie dopuszczą do cofnięcia jakichkolwiek przyznanych im przywilejów. Polacy będą musieli je spełniać, finansować. Przeciwników pozbędą się szybko. Mają już nawet listy proskrypcyjne polskich działaczy patriotycznych i kresowych. Już wiele miesięcy temu przyszły o tym informacje.

Ludzie za poruszenie tematów banderyzacji czy ludobójstwa ukraińskiego są włóczeni po sądach. Sądy ich skazują z paragrafu – bicza, czyli tzw. mowy nienawiści. Zamyka się ludziom usta. Postępki ukraińskie mają zostać bezkarne, a Polaków się gnębi.

Proszę o przykłady.

Od wielu lat gnębieni są działacze kresowi. Ostatnio represje się nasiliły. Szczególnie prześladowani są pani Katarzyna Sokołowska prowadząca Fundację „Wołyń Pamiętamy”, czy zbierający relacje ostatnich świadków ludobójstwa pan Jacek Międlar. Są włóczeni po prokuraturach i sądach. W ich domach dokonuje się rewizji.

Za umieszczenie wlepki na samochodzie z portretem przekreślonego portretu Bandery z powództwa Ukraińców dostaje się wyroki skazujące! Gdzie my żyjemy? Atakowany i zastraszany przez Ukraińców jest człowiek, który na własnej kamienicy w Łodzi umieścił mural wspominający ofiary ludobójstwa, a na całych ścianach polskich miast malowane są kilkunastometrowe portrety Zełeńskiego.

Dlaczego Rzeź Wołyńska jest przemilczana i niepotępiona?

Zbrodniarzom sprzyja wszystko. Dostali czas na niszczenie dokumentów, teraz wymierają ostatni świadkowie, a wielu i wcześniej bało się mówić, bo po tych strasznych przejściach żyli w traumie. Za komuny jeżeli rodzina została wymordowana przez sowietów czy Ukraińców, to trzeba było na ten temat milczeć, bo groziły kłopoty. Tak naprawdę niewiele się zmieniło po 1989 roku. Teraz jest jeszcze gorzej – krytykujący nacjonalistów i kult Bandery wyzywani są od „ruskich onuc”. Ocaleli z pogromów muszą we własnej Ojczyźnie przepraszać, że żyją, że uciekli spod noża i siekiery „najlepszych przyjaciół”. Faktem jest, że z niewiadomych powodów wszystkie władze pookrągłostołowe ponadstandardowo sprzyjały Ukraińcom kosztem Polaków.

 A jak zachowywali się naukowcy?

Co do historyków – niestety okazali się oportunistami. Od czasów komuny do dziś temat polskości województw wschodnich i ukraińskiego ludobójstwa był zakazany, więc go nie podejmowali. Do tego badaniem stosunków polsko-ukraińskich zajmowali się i zajmują przede wszystkim ludzie narodowości ukraińskiej. Oczywiście zaważyło to na jakości i… stronniczości w interpretacji dziejów polskich Kresów. Polskich badaczy podejmujących te trudne tematy jest dosłownie garstka.

Historycy, a jest ich w Polsce naprawdę wielu, w tym sam premier, mogliby nie dopuścić do sytuacji, w jakiej jesteśmy teraz. Mogliby bez problemu w ramach uczelni wszystko co dotyczy tego ludobójstwa przebadać i to powiat po powiecie. Zliczyć straty ludzkie, materialne, pozbierać relacje. Było na to po 1989 roku wystarczająco dużo czasu. Nie zrobiono tego. Doszło do tego, że gdyby w latach 90. organizacje społeczne takie jak Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Nacjonalistów Ukraińskich z Wrocławia, czy Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Wołynia z Zamościa nie rozpoczęły pracy, dziś nie posiadalibyśmy nawet ułamka relacji, wspomnień, czy dokumentów dotyczących tego ludobójstwa.

Jak nasze Państwo pomagało?

W zasadzie nie pomagało. Czasem udawało się organizacjom kresowym uzyskać od państwowych instytucji niewielkie kwoty na wydawnictwa czy upamiętnienia. Jednak gdyby nie pomoc niektórych samorządów i zaradność samych członków, to działalność ta byłaby wręcz niemożliwa.

W tym samym czasie organizacje ukraińskie na swoją głównie antypolską działalność dostawały bardzo poważne kwoty. Nawet nie policzono ofiar ludobójstwa. Robiono to tak, by tego nie zrobić! Początkowo powierzono to zadanie Fundacji Ośrodka Karta, jednak nie wywiązała się z tego zadania. Później razem z krakowska Fundacją Czynu Niepodległościowego chciałam robić to w Krakowie, ale nie udzielono nam na ten cel żadnej pomocy ani grantu. Ostatecznie IPN powierzył tą sprawę dr. Tomaszowi Berezie, który dostał do pomocy jedynie dwie osoby i to nie na etatach. Jak sam powiedział, przy takim trybie pracy stworzenie pełnej bazy zajęłoby 30 lat. Nie sposób porównać tego z pieczołowitością przy ustalaniu ofiar żydowskich, z nakładami na muzeum Polin. Tu wysoka liczba strat okazała się niepożądana.

Dlaczego?

Przecież teraz, by uzyskać odszkodowania, przyprawia się Polakom „gębę” sprawców. Żydzi, ba nawet Ukraińcy, oczekują rekompensat. Polacy jako ofiary okazują się „niewygodni”.

Dlaczego bohaterowie „Dzieci Kresów” przeżyli i mogli opowiedzieć swoje historie w opracowanych przez Panią czterech tomach „Dzieci Kresów”. Kto im pomógł?

Część osób, które zdawały nam relacje, zawdzięczała życie swoim ukraińskim sąsiadom, większość zapobiegliwości własnych rodzin lub przypadkowi. Co ciekawe ostrzegającymi byli często ludzie starsi, żebracy wioskowi, ludzie kalecy i inni „odmieńcy”, a tak naprawdę dobrzy ludzie, którzy nie mogli pogodzić się, że ich polscy sąsiedzi mają wkrótce zostać okrutnie zgładzeni.

Ostrzegali Polaków, niestety nie zawsze skutecznie, by opuszczali domy i uciekali… Część dzieci ocalało „cudem”. Pod ciałami zamordowanych matek, w czasie mordów schowane pod łóżkami, na szczytach drzew ukryte w gałęziach… Musimy jednak pogodzić się z faktem, że na Wołyniu ani jedna polska rodzina nie została w komplecie.

Mówi się, że sowieckie oddziały przebierały się za banderowców.

To kompletna bzdura. Było wręcz odwrotnie – we wszystkich znanych mi przypadkach, to Ukraińcy urządzali takie maskarady. Aby dopaść Polaków, zakładali mundury węgierskie, niemieckie czy rosyjskie, często ubrania typowe dla sowieckiej lub polskiej partyzantki. Przebrani Ukraińcy wchodzili na tereny wsi bez żadnego problemu, ponieważ Polacy rosyjskich partyzantów się nie bali, a niejednokrotnie korzystali z ich ochrony.

Co dawało szanse na przeżycie?

Jedyną szansą na ocalenie była szybka ucieczka. Rolnikom jednak bardzo trudno było zostawić całe domostwo, pole i zwierzęta bez opieki. Uchodźcy spod banderowskiego noża ciągnęli istnymi „marszami śmierci” z Wołynia w kierunku Lwowa, Lublina, Warszawy. Nie było to proste, bo GG oddzielała od Wołyń granica.

Jak reagowali Niemcy?

Generalnie obojętnie. W fazie późniejszej wspomagali UPA bronią i dostawami. To fakt, że gdyby nie wkroczyli Rosjanie, to Ukraińcy wyniszczyliby Polaków do nogi. Niemcy podstawiali węglarki i wywozili Polaków do obozów przejściowych, a potem na roboty do Niemiec. Chcę podkreślić ogromną rolę Rady Głównej Opiekuńczej i Polskich Komitetów Opiekuńczych w ratowaniu rodaków. Gdyby nie oni, ta hekatomba byłaby jeszcze większa. Z funduszy pozyskiwanych od Niemców, ale przede wszystkim od Polskiego Państwa Podziemnego zapewniali uciekinierom żywność, leki, odzież, zapomogi. Niestety, wiele osób, które docierały do miast, było już nie do uratowania. Rozległe rany, oparzenia, ciężkie choroby prowadziły do nieuniknionej śmierci. Nie było wszak antybiotyków.

22 maja 2022 roku Marek Budzisz na portalu „wPolityce.pl” w tekście pt. „Stepan Bandera i polityka Polska wobec Ukrainy” napisał: „Nowego systemu bezpieczeństwa, nowej regionalnej roli Polski i nowych szans rozwojowych, które przed nami się rysują, nie powinniśmy poświęcać w imię próby narzucenia Ukrainie polskiej oceny postaci Stepana Bandery. Nawet, jeśli mamy wszelkie powody, aby uważać go za postać niegodną dobrej pamięci”.

Stepan Bandera patologicznie nienawidził Polaków. Był to człowiek głęboko zaburzony, psychopata. W całym okresie międzywojennym prowadził działalność przeciwko Polsce. Sądy za udział w zamachu na ministrze Pierackim i inne przestępstwa skazały go na karę śmierci. Jak można teraz Polaków oswajać z takim przestępcą?

Jeżeli utracimy pamięć, poddamy się bałamutnym i fałszywym narracjom, to staniemy się bezbronni. Tak się teraz dzieje. Wystarczy sięgnąć poza zakłamane media, które pokazują nam tylko jeden obraz wojny na Ukrainie. Ukraińcy jak dawniej torturują i palą żywcem jeńców, strzelają w kolana, wycinają genitalia.

Co to oznacza?

Oznacza że zło, które ujawniło się w czasie II wojny światowej, nadal tkwi w ludziach. To bardzo ważne – bezkarność tych ludzi zwalnia ze wszystkich nakazów moralności.

Przypominam, że u schyłku I wojny światowej doszło do hajdamackich okrucieństw przeciw Polakom, które w postaci mowy Jana Zamorskiego w roku 1919 zaprezentowano w polskim Sejmie. Przedstawiono tam przykłady masakrowania Polaków przez Ukraińców, znęcania się, gwałcenia sióstr zakonnych i dzieci, podpalania, mordowania.

Co się stało z oprawcami?

Mieli skazać tych ludzi, ale już w 1925 roku, kiedy Sowieci i Ukraińcy zaczęli się aktywizować i występować przeciw Polsce, wszystkie procesy zawieszono i winni nie zostali ukarani. Wśród nich był ojciec Stepana Bandery. I co? I wyszedł, włos mu z głowy nie spadł. Niewątpliwie ta bezkarność wykoleiła ostatecznie jego syna, uczyniła z niego bandytę…

O czym jeszcze powinniśmy pamiętać?

O strasznych antypolskich tekstach kolportowanych przez bandy UPA, które żyją. „Smert Lacham” krzyczały oddziały SS Galizien, maszerując ulicami Lwowa. „Smert Lacham” wypisują dzisiejsi szowiniści na polskich upamiętnieniach na Ukrainie. Przykładem jest sprofanowany przez ukraińskich szowinistów pomnik zamordowanych profesorów lwowskich na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie.

Jeszcze inne – znajdziemy jak zawsze antypolską „Czerwoną Kalinę” w „Śpiewnikach UPA”. Jeden z nich wydany latach 90. w Łucku, a później wielokrotnie wznawiany, zawiera tekst pt. „Marsz na Warszawę”:

„Ogniem płonie Ukraina,
ciecze Dnieprem niewinna krew
wzywa groźnie nas do boju.
Surma do boju woła nas!
Teraz nie zatrzymamy się w Zamościu,
nie umknie zemsty Lach.
Od Krakowa do bram Warszawy,
polskimi trupami zaścielimy szlak”.

i przyśpiewka: „Do broni kozaki, szaleje podły Lach.
Od Krakowa do bram Warszawy, Lachami zaścielimy szlak”.

Innym przykładem jest piosenka „Śmierć Lachom”:
„Za Wisłę wygonimy przeklętych Polaków,
staniemy na granicy,
żeby do nas nie wtargnął Lach.
Leje się wraża krew wszędzie,
gdzie stąpa oddział rezunów.
Uciekniecie na kraj świata,
bo nadchodzi zemsty czas.
Będziemy was zerżnąć i strzelać.
I dusić będziemy was”.

Takimi tekstami niestety karmieni byli, i są, młodzi Ukraińcy. Czy możemy jako Polacy spać spokojnie? Chyba nie…

Co dzisiaj powinniśmy robić w obliczu wojny na Ukrainie?

Rolą Polaków, którzy jak mało który naród wiedzą, do jakich strasznych nieszczęść prowadzi wojna, jest podjęcie wszelkich działań, by jak najszybciej doszło do jej zakończenia. Nie jest wykluczone, że po jakimś czasie, gdy oferta cywilizacyjna Ukrainy okaże się lepsza niż rosyjska, mieszkańcy ziem utraconych do niej powrócą. Na dzień dzisiejszy trzeba przestać eskalować ten konflikt. To nasze zadanie.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 131/(27) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również: