Książka

Wykład na temat rozwoju potrzeb (u obywatela siedzącego w wannie z ciepłą wodą)

człowiek w wannie
fot. Pixabay

Marek Głogoczowski

Wprowadzenie

Tę „naukową satyrę” napisałem w roku 1980, wkrótce po zakończeniu stypendium z dziedziny Teorii Ewolucji w Paryżu na Uniwersytecie Paris VII u sławnego zoologa, 84-letniego wtedy „ostatniego we Francji” lamarckisty, profesora Pierre-Paula Grasse. Opublikowałem ją m.in. w mojej książce „Etos bezmyślności. Wybór esejów naukowych i satyrycznych z paryskiej Kultury, „Aneksu”, Twórczości, Polityki, oraz innych, szkodliwych dla „dobrze myślących” obywateli…”. Po 40 latach od jej napisania nasuwa mi się refleksja, że ta „wanna z ciepłą wodą”, w której się przyjemnie siedzi, w ciągu tych czterech dekad rozszerzyła się do całych, gigantycznych aquaparków w każdym większym mieście na świecie, w których to „stawach z ciepłą wodą” wysiadują codziennie wielotysięczne rzesze ludzi! Byłem zatem prawdziwym prorokiem pojawienia się tego przyzwyczajenia „rozwiniętej” ludzkości.

Marek Głogoczowski, Zakopane, styczeń 2020


Zawsze chciał czynić zło i zawsze
stwarzał dobro…
– Goethe o Szatanie

Na X konferencji na popularny temat „Człowiek i jego potrzeba zniszczenia środowiska” jeden z członków Klubu Rzymskiego (ekonomista) wygłosił taką oto metaforę konieczności naszego rozwoju:

 sprawna ekonomia to jak wanna z ciepłą wodą, w której przyjemnie się siedzi. Niestety ta wanna przecieka i aby się przyjemnie siedziało, trzeba do niej dolewać coraz więcej wody.

Zaproponowana przez członka Klubu Rzymskiego „Wanna z ciepłą wodą” symbolizować może całokształt otoczki technologicznej, jaką sobie człowiek zbudował w ciągu ostatnich kilkuset lat: począwszy od kolejek linowych wożących klientów siedzących w realnych wannach z ciepłą wodą (widziałem takie na zdjęciach z niezwykle rozwiniętej Japonii), poprzez wyposażone w klimatyzację domy, komfortowe samochody, aż do telewizji i gór papieru, które służą delikatnemu „masażowi intelektualnemu” (massage is massage mawiał znany teoretyk informacji McLuhan – bardziej szczegółowe omówienie stanu potrzeb fizjologicznych społeczeństwa rozwiniętego podane jest w mej młodzieńczej pracy pt. „The Not Too Divine Comedy”).

Mojego prelegenta zaskoczył fakt, że „wanny” nasze coraz bardziej przeciekają, choć wraz z postępem technologii winny one być przecież szczelniejsze: utrata ciepła przez dom zbudowany przed stu laty jest wielokrotnie mniejsza niż przez dom budowany współcześnie, samochód sprzed 30 lat wytrzymywał statystycznie ponad 10 lat używania, podczas gdy trwałość samochodu produkowanego obecnie oceniana jest na zaledwie 5 lat, pracując kiedyś przy przeprowadzkach, mogłem zauważyć, że meble sprzed 200 lat o wiele lepiej wytrzymują wstrząsy niż meble wprost z fabryki itd.

Drugą zagadką, na którą przedstawiciel Klubu Rzymskiego nie mógł znaleźć żadnej odpowiedzi, była konieczność stałego podnoszenia temperatury w naszej „wannie” z nowoczesnym społeczeństwem: według statystyk szwajcarskich, przed I wojną światową, uznana za normalną, średnia temperatura ogrzewania mieszkań wynosiła 14°C, przed II wojną 18°C, a obecnie 21°C. Naszym dziadkom (i rodzicom) do szczęścia wystarczyło skrzeczące radio i patefon na korbkę, podczas gdy naszym dzieciom niezbędna jest Hi-Fi i kwadrofonia (nb. ta zmiana środowiska bardzo wyraźnie wpłynęła na zmianę naszych potrzeb fizjologicznych: dziadkowie zachwycali się Brahmsem i Ravelem, a nasze dzieci do szczęścia potrzebują skrzeku zespołu AC/DC puszczonego na całą moc – co dodatkowo obciążą sieć elektryczną).

Takich przykładów „rozwoju” można dostarczać do woli. Bez żadnej przesady możemy stwierdzić, że postęp to wielka przygoda ludzkości w wannie z coraz cieplejszą wodą: bezwzględna walka o gładsze i prostsze drogi, większe, cieplejsze i lepiej wyposażone mieszkania, większą ilość koni mechanicznych oraz decybeli na głowę każdego mieszkańca. To, co Toffler w „Szoku przyszłości” nazwał „przyspieszeniem ewolucji”, jest po prostu, wymiernym w kilowatach i tonach ropy naftowej, rozgrzewaniem się otoczki technologicznej ludzkości.

Skąd się bierze potrzeba bezustannego podnoszenia temperatury w wannie z ludzkością?

Na seminarium ekskluzywnej Grupy Bellerive w Genewie (ekologia spod znaku księcia Agi Khana, Klubu Rzymskiego i mych kolegów fizyków zużywających niewiarygodne ilości energii w czasie swych zabaw naukowych w CERN-ie) przedstawiciel firm budujących elektrownie atomowe oświadczył: „większość chce mieć więcej energii, no to im tę energię dostarczamy”. Kropka. Demokracja – realizacja woli większości – od budowy wanny z coraz cieplejszą wodą nie ma odwołania.

Głos większości jest skumulowanym głosem jednostek i rzeczywiście, życie przeciętnego „normalnego” obywatela w każdym nowoczesnym kraju to bezustanna pogoń za lepszą i większą wanną. Nawet zasadniczą różnicę życia między krajami demokratycznymi i totalitarnymi można sprowadzić do faktu, że te ostatnie produkowały wanny w niewystarczającej ilości, złej jakości albo po prostu grzały wodę „na niby”, udając tylko, że podnoszą stopę życiową.

Jaki mechanizm powoduje, że człowiek po przyzwyczajeniu się do ciepłej wody, dla osiągnięcia szczęścia domaga się wody jeszcze cieplejszej? Otóż, by znaleźć odpowiedź na to podstawowe dla zrozumienia naszej cywilizacji pytanie, na próżno będziecie wertować uczone księgi współczesnych fizjologów, lekarzy i biologów. Trochę światła na temat powstawania nowych potrzeb dostarcza „Filozofia Zoologiczna” Lamarcka z 1809 roku, ale współcześnie ten drażliwy temat zniknął prawie zupełnie z kręgu zainteresowań nauki: nieodpowiedzialne zajmowanie się tym zagadnieniem mogłoby bardzo szybko doprowadzić do kontestacji racjonalności nowoczesnych systemów społecznych.

Mimo prawie oficjalnego tabu na ten temat w krajach rozwiniętych, mechanizm powstawania nowych potrzeb może być zrozumiałym dla każdego, kto posiada jako takie wykształcenie w naukach ścisłych. Jeśli popatrzymy od strony „podszewki molekularnej” na zachowanie się naszych organizmów, to literackie pojęcia takie jak „potrzeba”, „chęć”, a nawet „wola” możemy zdefiniować jako stan niezrównoważenia chemicznego substancji wyprodukowanych przez organizm.

Najprościej zilustrować ten koncept na przykładzie „potrzeby jedzenia”: gdy soki trawienne wyprodukowane przez żołądek nie mają nic do trawienia, to zaczynają „trawić” (wiązać chemicznie, rozkładać) membrany komórek czuciowych żołądka. Komórki te reagują na ich „trawienie” nadaniem do mózgu sygnałów domagających się od człowieka wykonania czynności, które zapewniłyby przysłanie do żołądka pokarmu zezwalającego na „odwrócenie uwagi” soków żołądkowych od „trawienia” komórek czuciowych.

Dokładne zilustrowanie, w jaki sposób zaspokajane są tak zwane „potrzeby duchowe”, jest oczywiście trudniejsze, ale gdy tłum kibiców skanduje „Nasza wola Polska gola” to oznacza, że niezrównoważona struktura chemiczna jaka powstała w danej sytuacji w mózgach kibiców, może być chemicznie zneutralizowana tylko przez produkty, jakie powstaną w ich mózgach na widok strzelonego gola. Te fakty są dobrze znane specjalistom od fizjologii. Natomiast starają się oni nie poruszać niebezpiecznego tematu – co powinno się stać, jeśli:

  1. zaspokoimy naszą chemiczną potrzebę,
  2. nie zaspokoimy jej.

Otóż w pierwszym przypadku,

poprzez zaspokojenie naszej potrzeby stwarzamy warunki do odtworzenia się tej potrzeby po pewnym czasie: zaspokojenie głodu gwarantuje nam powtórzenie się tego uczucia za kilka lub kilkanaście godzin, po pewnym czasie od wypicia pierwszego kieliszka w gardle zasycha nam znowu i to nawet intensywniej, tłum pod wpływem pierwszego gola domaga się po chwili drugiego gola itd. To „ciągłe odtwarzanie się potrzeb” przypomina bardzo zachowanie się wody w zbiorniku W.C.: spuszczanie wody powoduje automatycznie ponownie napełnienie się zbiornika.

Od strony „inżynierii molekularnej” ta zasada działania tłumaczy się w sposób dość prosty: nie tylko białka, ale także tkanki, organy a czasem całe populacje organizmów są zazwyczaj produkowane aż do momentu, gdy osiągną pewną genetycznie zaprogramowaną ilość: nasze organy najwyraźniej rosną do zaplanowanych wewnętrznie wymiarów, ilość krwi jest w sam raz wystarczająca dla sprawnego funkcjonowania wszystkich części ciała. Tylko niektóre białka i tkanki są stosunkowo niezależne od tej kontroli: u nutrii zęby rosną w sposób ciągły, a u człowieka w sposób ciągły rosną włosy na głowie, bez jakiejkolwiek kontroli rozmnaża się także tkanka rakowa.

W związku z taką strukturą wewnętrzną upust krwi jest automatycznie sygnałem do jej regeneracji i podobnie dzieje się w przypadku innych, często „zużywanych” tkanek takich jak: naskórek, kości, wątroba, wnętrze jelit itd. (U dorosłych zwierząt wyższych, zbytnie zróżnicowanie wielu organów uniemożliwia ich redyferencjację konieczną do regeneracji – stąd możliwość trwających aż do śmierci śladów okaleczeń). W przypadku białek syntezowanych przez komórki regeneracja jest kompletna: wszystkie białka organizmu żywego ulegają powolnej wymianie (tzw. turnover) i każde dodatkowe zniszczenie bądź zdeformowanie białka przez substancję obcą jest sygnałem inicjującym syntezę wyrównawczą – stąd też wszystkie medykamenty mają ograniczony czas działania – chyba że zabijają one komórki (co z kolei jest bodźcem do ich regeneracji).

Taka wewnętrzna konstrukcja naszych organizmów gwarantuje nam, że nie mamy żadnych szans na zrealizowanie „wiecznego szczęścia” w ciągu życia (pełnego i trwałego zaspokojenia naszych potrzeb): życie polega na ciągłej syntezie białek i „gotowe do połączenia się” z innymi substancjami wiązania chemiczne tych białek gwarantują nam, że ciągle czegoś potrzebujemy i ciągle jesteśmy zmuszani do wykonywania czynności mających na celu zneutralizowanie rozmaitych wyprodukowanych przez nasz organizm peptydów, enzymów i hormonów. Trwałe zaspokojenie potrzeb jest możliwe tylko przez zatrzymanie procesów metabolicznych. Oznacza to po prostu: śmierć.

System cybernetyczny ukryty wewnątrz naszych komórek gwarantuje nam nie tylko, że zaspokojone potrzeby będą się odtwarzać. Zaspokajane w pełni potrzeby muszą z czasem wzrastać. Najbardziej drastyczną i najlepiej znaną ilustracją tego faktu jest potrzeba stworzona przez używanie środka chemicznego zwanego morfiną. Morfiny używa się, by uśmierzyć silny ból (czasem „ból istnienia”) i przed pierwszym jej spożyciem organizm nie odczuwa żadnego zapotrzebowania na ten narkotyk. Po kilku dawkach, w organizmie pojawia się zapotrzebowanie na morfinę nawet bez bodźca, który był pierwotną przyczyną jej użycia. Zaspokajanie tej potrzeby po pewnym czasie wzmacnia zapotrzebowanie na narkotyk i cała działalność życiowa narkomana zamienia się w krąg bez wyjścia zdobywania i zażywania coraz większych dawek morfiny.

Działanie morfiny jest bardzo proste: jej skład chemiczny jest analogiczny do specyficznego białka (neuropeptydu) zwanego enkefaliną. Neuropeptyd ten wydzielany jest przez centra nerwowe wyspecjalizowane w uśmierzaniu zbyt silnego bólu. Z tego powodu wprowadzona do organizmu morfina przyczepia się (neutralizuje chemicznie) receptory enkefaliny, blokując w ten sposób przekazywanie między neuronami sygnałów niezaspokojonych potrzeb (bólu) dochodzących do rozmaitych organów. To pozorne „zaspokojenie potrzeb” wywołuje uczucie euforii i szczęścia, a jednocześnie chwilowy brak potrzeb jest sygnałem do zatrzymania aktywności motorycznej u będącej pod wpływem narkotyku osoby (tzw. katatonia), w najcięższych przypadkach zostaje nawet zatrzymane oddychanie (śmierć przez overdozę [przedawkowanie – przyp. red.]). Bardziej szczegółowy opis działania morfiny podany jest w artykułach L. Iversena w Scientific American z września 1979 i T. Hokfelta w La Recherche z maja 1981.

Po pewnym czasie, receptory zneutralizowane przez morfinę zostają zregenerowane. Po wielokrotnym użyciu morfiny nie regenerują się one w tej samej co poprzednio ilości: jest ich dużo więcej. Nadmiar niezaspokojonych wiązań chemicznych tych receptorów drażni inne komórki nerwowe, które sygnalizują do mózgu zapotrzebowanie na morfinę w celu ich neutralizacji. Realizacja tego zapotrzebowania przez narkomana prowadzi go do coraz większej zależności od morfiny.

Otóż twierdzę, że to znane zjawisko jest kluczem do zrozumienia całokształtu przemian społeczno-politycznych zachodzących we współczesnym świecie.

A oto dowód. Jak powiedzieliśmy, morfina jest chemicznym substytutem jednego z neuropeptydów wytwarzanych przez komórki nerwowe. Neutralizacja receptorów przez te peptydy nie tylko powoduje przesłanie sygnału przez neuron, lecz w wewnątrzkomórkowym sprzężeniu zwrotnym jest sygnałem stymulującym regenerację receptora. W wypadku intensywnego powtarzania się sygnału, receptory te winny zacząć się regenerować z nadmiarem – tak jak to było w wypadku, gdy środkiem neutralizującym receptor była morfina. Nadmiar receptorów stwarza zapotrzebowanie na zwiększone i częstsze dawki peptydów. By je wyprodukować, organizm musi szukać zewnętrznego bądź wewnętrznego bodźca, który poprzednio pobudzał system nerwowy do akcji.

Na podstawie tego mechanizmu, jakakolwiek dająca zadowolenie czynność powtórzona wielokrotnie po pewnym czasie musi stać się przyzwyczajeniem, a nawet koniecznością: u robotników wykonujących zrutynizowane zajęcia pojawia się z czasami przywiązanie do pracy, u pisarzy potrzeba pisania na maszynie, u programistów zależność od komputera, a u sportowców rodzaj upajania się wielokroć powtórzonym wysiłkiem. (Znane jest już medyczne potwierdzenie tego faktu.)

Wyrównanie z nadmiarem nie ogranicza się do receptorów komórek neuronalnych, ale jest charakterystyczne dla wszystkich tkanek zdolnych do regeneracji oraz dla wszystkich białek: komórki mięśniowe po kilkukrotnym wysiłku przechodzą prawdziwą metamorfozę, zwiększając w sposób prawie skokowy ilość włókien kurczliwych; krew u zawodowych dawców krwi regeneruje się z takim nadmiarem, iż są zmuszeni do jej upustu: każdy może zobaczyć, jak przebiega regeneracja z nadmiarem (hiperplazja) obcieranej skóry: wystarczy zdjąć buty i oglądnąć swe odciski na stopach. (W pewnych wypadkach, a szczególnie wtedy, gdy jądra komórek zostały uprzednio stosunkowo trwale okaleczone przez środki mutagenne, pewne komórki hiperplazji nie są w stanie „odzwyczaić” się od rozmnażania. Gdy system immunologiczny jest za słaby i nie potrafi „oduczyć”, względnie wyeliminować takich komórek, hiperplazja może przerodzić się w raka.)

Regenerację z nadmiarem i uniezależnianie się syntezy białek od bodźców pierwotnych potwierdza mało znana publiczności obserwacja lekarzy, że wszystkie leki używane przez dłuższy okres mają podobny do narkotyków wpływ na organizm: by zachować ich efekt, trzeba coraz bardziej zwiększać dawki, u niektórych pacjentów występuje nawet silne uzależnienie: moja 20-letnia girlfriend w Stanach Zjednoczonych musiała zażywać solidne dawki penicyliny przy byle katarze bądź migrenie.

Automatyczne szukanie medykamentu w momencie odczucia bólu jest przykładem odruchu warunkowego – odruch ten nie jest zakodowany w naszych komórkach rozrodczych. Uniezależnianie się odruchu warunkowego od bodźców pierwotnych powoduje powstanie całkiem nowych potrzeb, a szukanie sposobów ich zaspokojenia prowadzi do wzbogacenia się możliwości zachowania się, do jakiego jest zdolny organizm. Taki jest w ogólnych zarysach schemat naszego rozwoju, zarówno fizycznego, jak i umysłowego. Jean Piaget nazwał go „wyrównaniem z nadmiarem (rééquilibration majorante) struktur poznawczych” i bardzo dokładnie przeanalizował to zjawisko u dzieci. Jak każdy miał możność zauważyć, że dzieci mają wrodzoną potrzebę ruchu i ciekawią je wszystkie otaczające przedmioty. Zaspokajanie tych potrzeb prowadzi do coraz lepszej koordynacji ich ruchów, do powstawania w ich mózgach struktury neuronalnej pozwalającej na widzenie coraz bardziej subtelnych związków przyczynowych między zjawiskami zachodzącymi w ich otoczeniu. Tylko dzięki praktycznym ćwiczeniom dzieci stają się zdolne zrozumieć, dlaczego 1+1=2 dopiero w pewnym wieku i po wykonaniu odpowiednich ćwiczeń potrafią pojąć, dlaczego nie można się unieść w powietrze, ciągnąc się z odpowiednią siłą za kolana. Bardzo małe dzieci nie są w stanie odróżnić przedmiotów żywych od mechanicznych zabawek i tylko na podstawie wielokroć powtórzonych doświadczeń osobistych można je przekonać, że wszystkie przedmioty zużywają się po pewnym czasie.

W wieku dorosłym część ludzi kontynuuje w sposób coraz bardziej wysublimowany swe pasje poznawcze zainicjowane w młodości: jedni próbują zdobywać najbardziej niemożliwe szczyty, inni opływają świat dookoła, jeszcze inni nie mogą się powstrzymać od dociekań, jak to się dzieje, że ciągle czegoś nam się chce. Pewne systemy społeczne były nawet całkowicie podporządkowane realizacji potrzeby poznania: nie tak dawno w Tybecie 20% ludności to byli mnisi-improduktywy, medytujący nad sposobami unikania potrzeb, platońska arystokracja miała za swój cel samodoskonalenie się zarówno fizyczne, jak i duchowe. 

Od Renesansu jednak, w cywilizacji europejskiej pojawił się coraz wyraźniejszy odwrót od tej rozwojowej koncepcji wychowania człowieka. Rozwój środków technicznych i masowe wprowadzenie do obiegu pieniądza spowodowało u niektórych osób, a nawet u całych społeczeństw, powstanie potrzeby obrotu i akumulacji pieniądza dla obrotu i akumulacji pieniądza (patrz Max Weber Etyka protestancka a duch kapitalizmu). Koncept doskonalenia indywidualnego został zastąpiony „postępowym” konceptem doskonalenia otoczki technologicznej zbiorowości ludzkiej. Współcześnie zapotrzebowanie „normalnych” dorosłych ludzi skupione jest na zbijaniu forsy, pogoni za komfortem i nowinkami technologicznymi, a swą potrzebę poznania zaspokajają oni poprzez czytanie gazety, oglądanie telewizji i jazdę samochodem.

Jak wpływa na człowieka używanie ułatwień poznawczych takich jak samochód czy telewizja? Gdy jedziemy samochodem, zmysły wzroku dostarczają nam doznań euforycznych, związanych z przemieszczaniem się: zmienia się krajobraz, „czujemy” pęd. Z drugiej strony, mózg nie odczuwa nieprzyjemnych sygnałów, które związane są z wykonaniem jakiegokolwiek wysiłku: nasze ciało jest całkowicie znieruchomiałe (jest to rodzaj częściowej katatonii). Podobne stany euforyczne odczuwamy w czasie oglądania obrazu filmowego, czytając gazetę bądź książkę.Od strony fizjologicznej, akcja tych ułatwień poznawczych jest identyczna z akcją morfiny, zostaje zagłuszony przekaz do mózgu sygnałów od reszty ciała, ogarnia nas czysta euforia wywołana zaspokojeniem potrzeby poznania (która to potrzeba jest, jak twierdzi J. Piaget, celem (teologią) naszego życia). Poprzez mechanizm regeneracji z nadmiarem systemu nerwowego, z czasem musi u nas powstać potrzeba używania tych ułatwień dla ich używania, winno wystąpić totalne uzależnienie człowieka od artefaktów (wytworów) ułatwiających jego życie: cała aktywność społeczeństwa „rozwiniętego” obraca się wokół zaspokajania potrzeby używania ułatwień życiowych, które to środki muszą wywoływać jeszcze większą zależność od nich: potrzebujemy coraz zrywniejszych samochodów, coraz bardziej wyszukanych aparatów pomiarowych i komputerów, precyzyjniejszej stereofonii i budzików kwarcowych.

Czy zachowanie się ludności w krajach rozwiniętych nie jest zachowaniem się osobników odurzonych narkotykiem? Każdy, kogo percepcja nie ogranicza się do gazety i programu telewizyjnego, miał możność widzenia ziemi zrytej przez maszyny do budowy autostrad, poznał ponury krajobraz kopalń, czuł smród hut aluminium i rafinerii, kąpał się w niewiarygodnie zanieczyszczonych morzach, podziwiał brzydotę nowoczesnych osiedli we wszystkich miastach na świecie. B. F. Skinner zatytułował swą książkę o kontroli zachowania ludzkiego „Poza wolnością i godnością” – to jest dokładny opis zachowania się narkomanów i taka właśnie jest realność życia ludności w krajach najbardziej rozwiniętych.

To, że zazdrościmy tym krajom i chcemy być do nich podobni, oznacza tylko, że sami jesteśmy pod wpływem mechaniczno-elektronicznych środków odurzających i marzymy o lepszym dostępie do tych urządzeń. Jak mogłem sprawdzić to naocznie, ludność Nepalu nie przepracowuje się, żyje sobie całkiem zdrowo i wesoło i nie wykazuje żadnego zapotrzebowania na technologię i dobrobyt.

Niektórzy dziennikarze zaobserwowali, że najbardziej zaawansowane ekonomicznie kraje wytworzyły ustrój społeczny, który należałoby określić mianem „grzeczny faszyzm”: absolutny konformizm i partycypację wszystkich warstw społecznych w jednej jedynej czynności — rozwoju ekonomii. Robotnicy są po to, by produkować przedmioty, biznesmeni, by je wpychać ludności, inżynierowie, by konstruować nowe przedmioty. Nauczyciele i lekarze mają za zadanie tak zreformować swe dyscypliny (matematyka nowoczesna!), aby hodować niedouków, niedojdów i ludzi chorowitych, którzy są najlepszym materiałem na obywateli całkowicie uzależnionych od wytworzonych przedmiotów. Wszystkie inne, pozaekonomiczne cele działalności ludzkiej w krajach rozwiniętych są zepchnięte na zupełny margines: w Niemczech Zachodnich rząd znalazł w 1980 roku pieniądze na zaledwie 2 (dwa) stypendia dla młodych malarzy (w „ubogiej” Polsce takich stypendiów było w tym czasie kilkaset); w Stanach Zjednoczonych zniesiono w szkołach obowiązek uczenia się obcych języków, bo mogło to rozbudzić u młodzieży potrzeby poza konsumpcyjne; Uniwersytet w Berkeley, po krótkim okresie „stu kwiatów” na przełomie lat 60/70, stał się znowu miejscem, gdzie elita świata uczy się szukać pieniędzy, a nie szukać prawdy. Sam wiem doskonale, że wykształcony jako fizyk, aby żyć normalnie na Zachodzie, winienem zająć się liczeniem czegoś na maszynie, a nie próbować przekonywać biologów do respektowania praw fizyki.

Czyli w zasadzie przed kimś, kto chce się zaadaptować dynamicznie do życia w krajach rozwiniętych, otwarta jest tylko jedna możliwość: świadomy bądź nieświadomy udział w zwiększaniu polucji [zatrucia środowiska – przyp. red.], w podgrzewaniu zupki, w której się z czasem ugotujemy.

Pisałem w poprzednim artykule o wpływowej kaście „specjalistów” w dziedzinie nauk o życiu, tak zwanych „nowych uczonych” opłacanych za swe umiejętności odwracania uwagi społeczeństwa od zagrożenia, jakie stanowi rozwój technologiczno-ekonomiczny. Specjaliści ci uzasadniają w sposób bardzo prosty przesłanki moralne będące motorem ich działalności: realizują oni zapotrzebowanie i wolę większości. Gdyby większość ludzi miała zapotrzebowanie na poznanie prawdy, to takie zachowanie uczonych byłoby zgodne z celami nauki. W wypadku gdy większość ma zapotrzebowanie tylko na „wannę z ciepłą wodą” (pieniądze i dobrobyt), to udział w realizacji jej woli jest przykładem korupcji i zniewolenia środowiska uczonych: nie dość, że wynajdują coraz bardziej wyszukane środki odurzające, to jeszcze starają się ukryć prawdę o tym, co się dzieje z ludźmi pod wpływem tych środków (nie znam statystyk, które wskazywałyby, że większość osób znajdujących się pod wpływem narkotyku chce – bądź nie chce – znać prawdę o swym zachowaniu).

Pierre Thuillier (patrz Addendum) pisał, że „nowi uczeni” domagają się coraz głośniej prawa do kierowania światem – bo tylko oni dzięki dziesiątkom lat wytężonej pracy poznali prawdę o życiu i posiadają kwalifikacje do robienia tego. Poniżej przytoczę krótki przegląd odkrytych praw i „aktów wiary”, którymi uzasadniają swe żądania:

1. Niezachwianie wierzą oni, że przy odpowiednim wkładzie sił i środków można zbudować świat, w którym większość będzie wiecznie szczęśliwa – natomiast według proponowanych przez nich schematów zachowania się organizmów, taka wiara jest równoważna przekonaniu, że szarpiąc wystarczająco wytrwale za łańcuszek w klozecie, będzie można trwale osuszyć zbiornik wody.

Robią oni pieniądze i karierę na genach i w związku z tym ich najważniejszym zadaniem naukowym jest niedopuszczenie do poznania, skąd się bierze regeneracja z nadmiarem struktur ożywionych. W tym celu wierzą że:

2. Zachowanie się człowieka, a w ogólności procesy życiowe są mało ważne, gdyż nie mogą mieć żadnego wpływu na kontrolujące to zachowanie geny. Geny te pozostają poza zasięgiem praw fizyki, gdyż: a) nie zużywają się pod wpływem ich użycia (choć dobrze znane są wyniki doświadczeń – tzw. eksperyment Spiegelmana – dokumentujące, że kwasy nukleinowe po kilkudziesięciu replikacjach pękają z tego samego powodu co zużyty wał w samochodzie); b) ogniwa i segmenty solidnego łańcucha kwasów nukleinowych mogą zmieniać swe pozycje, rozmnażać się bądź znikać tylko „same z siebie”, albo poprzez ich zewnętrzne uszkodzenie. Mimo tej podstawowej tezy „Nowej Biologii” enzymatycznie kontrolowana regeneracja (turnover), jak i „regeneracja z nadmiarem” (powtórzenie sekwencji) jednostronnie uszkodzonej spirali DNA, jest doskonale potwierdzona doświadczalnie. Aktualnie biolodzy molekularni są przysypani lawiną prac dokumentujących rozwój struktury genetycznej w czasie rozwoju organizmu.

3. Za dowód, że żywe komórki są zdolne do przystosowania się do środowiska tylko przez przypadek, uznane zostało doświadczenie, za interpretację którego należałoby przyznać nagrodę najlepszego „Polack Joke” wykonanego w amerykańskim laboratorium: doświadczenie to potwierdziło, że komórki, które przetrwały kilkanaście godzin w otoczeniu atakujących je wirusów, potrafią zregenerować z nadmiarem słabe punkty swych membran, do których przyczepiają się te wirusy – i w ten trywialny sposób uodpornić na ich obecność.

4. Uczeni ci twierdzą, że poprzez wyeliminowanie z nauki subiektywnych poglądów osobistych będą mogli (osobiście) stworzyć „naukę obiektywną”: przekraczającą możliwości ludzkich zmysłów i niezależną od nich samych (patrz opinie Einsteina wygłoszone w książce „Jak JA widzę świat”). Dzięki takiej praktyce zmysł obserwacji tak się u nich wyostrzył, iż nie potrafią (bądź nie chcą) zauważyć, że (osobista) próba oderwania się od własnych zmysłów jest równoważna próbie podniesienia się w powietrze poprzez podciąganie się z wystarczającą siłą za własne kolana…

Aby uczynić nauki ścisłe jeszcze ściślej zgodne z wolą „nowych uczonych”, proponuję usunąć z programów szkolnych nauczanie III prawa Newtona (akcji i reakcji) – bo to niepoważne prawo jest odpowiedzialne za to, że wszystkie rzeczy używane muszą się zużywać. Mało wydajną „matematykę nowoczesną” należałoby zastąpić „nową matematyką” opartą na aksjomacie, że 1 + 1 nie może być równe dwa. W ten sposób kandydaci na uczonych już od dziecka wyrabialiby w sobie przekonanie, że sprzeczność teorii z doświadczeniem nie przeszkadza, by ta teoria była „naukowa” – ważne jest, żeby odzwierciedlała opinię większości i przynosiła dochód. (W końcu podstawą „etyki kupieckiej” jest robienie interesu, na czym się da, z przymknięciem oczu na jakiekolwiek inne aspekty wykonywanych czynności – czyż nie tak?)

Jaki mechanizm biochemiczny spowodował, że uczeni nie chcą widzieć tych sprzeczności? (To nie jest przesada, z wieloma z nich rozmawiałem osobiście na ten temat). Zostali oni wychowani od dziecka pod kloszem podgrzewanym dokładnie do temperatury utrzymującej ich w bezustannym szczęściu, wszystko w ich otoczeniu było zawsze sterylne, niezawodne i bezpieczne jak szyba telewizora, przed którą spędzali od drugiego roku życia po trzy godziny dziennie (dane amerykańskie). Nie mieli potrzeby ani możliwości sprawdzać jak odrasta urwany ogon u traszki, jaki mechanizm ukryty jest wewnątrz zbiornika wody w ustępie, czy jak regeneruje się skóra na obitych kolanach. Bez tych bodźców dostarczonych przez doświadczenie osobiste nie mogli rozwinąć receptorów neuronalnych i połączeń w korze mózgowej, które zezwoliłyby im na dostrzeżenie, że organizmy żywe są zdolne do samoregeneracji i to w dodatku do samoregeneracji z nadmiarem – co jest motorem ich rozwoju. [Jak już pisałem, bodźce – czyli sygnały i podrażnienia – dostarczane przez środowisko są absolutnie konieczne do pełnego wykształcenia tkanek na szczeblu ich rozwoju: komórki wczesnoembrionalne, które zostały izolowane od sygnałów pochodzących od innych komórek zarodka, nie przechodzą kolejnego etapu metamorfozy i zamieniają się w komórki tumoralne (doświadczenie F. Jacoba); zwierzęta pozbawione stymulacji świetlnej w ciągu pierwszych miesięcy po porodzie, zostają ślepe na resztę życia; system immunologiczny nie rozwija się, gdy jego komórki nie mają możliwości „treningu” na małych ilościach obcych bakterii i molekuł].

Na niedokształcone w młodości struktury poznawcze nałożyły się u tych uczonych lata zamknięcia w laboratoriach, gdzie kręcą się oni bez przerwy wokół tych samych liter (A, C, G, T) kodu genetycznego. Zaczadzili się oni własnymi pracami, ciągle wzbudzane neurony kodujące te cztery litery wypuściły odgałęzienia (aksony), których naładowane neuropeptydami końcówki (synapsy) znalazły sobie połączenie z niezaspokojonymi receptorami centrów nerwowych odpowiedzialnych za powstawanie potrzeb religijnych: pojawiła się u nich „zła wiara”, kwasy nukleinowe nabrały dla nich własności metafizycznych, ich odtwarzanie stało się misterium samym w sobie. [Patrz poważna dyskusja laureatów Nagrody Nobla w tygodniku Nature na temat selfish DNA – ten ostatni koncept jest manifestacją znanej teorii znienawidzonego Karola Marksa, według której produkty ludzkie (pieniądze, samochody, budziki, książka o DNA, etc.) używają człowieka dla celów swej egoistycznej reprodukcji i rozwoju].

Wobec utraty zdolności przewidywania jak rozwijają się organizmy żywe (znana „Teoria Przypadkowości Ogólnej”), nowi uczeni robią kariery na tworzeniu fikcji naukowej, która uspokajałaby „przypadkowo-naturalnie wybraną” ludność, że kierunek postępu przez nią obrany jest zgodny z prawami biologii. Do tego rodzaju science fiction należy zarówno „O powstawaniu gatunków” Darwina, jak i „Przypadek i konieczność” Monoda i nawet „Szok przyszłości” Tofflera. Ojcem chrzestnym tego typu literatury był niewątpliwie Cervantes w okresie Renesansu i podejrzewam, że to od niego zaczerpnęli późniejsi pisarze swe opinie na temat biologii.

Otóż według Cervantesa, Don Kichot co chwila beznadziejnie spadał z konia, próbując zatrzymać wiatrak. Gdy popatrzymy na tę historię poprzez pryzmat teorii Jeana Piageta, to zauważymy, że te upadki winny doskonale rozwinąć jego organizm (co dobrze zaobserwowali na sobie alpiniści). W dodatku, po kilku nieudanych próbach winien on się nauczyć, gdzie należy wsadzić swą dzidę, by zatrzymać tę machinę. Być może nawet by odkrył, że lepiej i praktyczniej jest zająć się zdrowiem młynarza, gdyż wiatrak po pewnym czasie sam musi stanąć z powodu zużycia jego części.

Uzupełnijmy nasze rozważania nad zdrowiem maszynisty (i pasażerów) „pociągu do postępu” poprzez analizę sytuacji, jaka powstaje, gdy nie spełnimy naszych potrzeb i aktywne białka wyprodukowane przez nasz organizm pozostaną bez substratu, który mógłby je zaspokoić. Z własnego doświadczenia (powrót z ekspedycji na Alaskę) mogłem zauważyć, że niezaspokojone soki trawienne w pierwszym dniu głodu powodują istne męczarnie. Już na drugi dzień układy sprzężone w żołądku albo zmniejszyły produkcję tych soków, albo wyprodukowały substancję je neutralizującą tak, że mogliśmy przekraczać łańcuchy górskie w pełni sił i bez uczucia głodu. Nawet gdy w końcu znaleźliśmy skład z żywnością, nie odczuliśmy potrzeby „rzucenia się na jedzenie” (zanik potrzeby jedzenia u ludzi, którzy przekroczyli pewne stadium głodówki, czy obojętność zdziesiątkowanej przez głód ludności Kambodży na dostarczoną pomoc żywnościową są znanymi faktami).

Podobny w zarysie jest przebieg znikania wszystkich innych potrzeb: odzwyczajenie się od palenia bądź picia jest z początku bardzo trudne i wymaga substytutów albo nawet środków zniechęcających, zaś u żyjących we wstrzemięźliwości mnichów występuje ponoć z czasem zanik popędów płciowych, mój kolega, fizyk pracujący czasowo w Dubnej pod Moskwą, był zdumiony, jak łatwo można się odzwyczaić od używania większości ułatwień życiowych i tak dalej. Przy okazji można zaobserwować, jak powstają potrzeby coraz bardziej zróżnicowane: używanie substytutów może spowodować powstanie nowych potrzeb, a samo szukanie nowych środków dla złagodzenia niezaspokojonych dążeń jest sednem ludzkiej twórczości. Ogólnie, poprzez niezaspokajanie tak zwanych „potrzeb materialnych” stymuluje się rozwój potrzeb „duchowych” i ”szlachetnych”:

brak możliwości zaspokojenia dążeń narodowych w Polsce stymulował rozkwit poezji i muzyki romantycznej; niemożność zrealizowania swego marzenia o nieśmiertelności Platon złagodził sobie stworzeniem mitu „nieśmiertelnych idei”; nawet tłum, który kilka lat temu skandował „nasza wola…” brak zaspokojenia tej woli zrekompensował sobie śpiewem „My chcemy Boga…” (Ma nadzieja w Boga, że w podtekście tego hymnu nie znajdzie się pieśń nabożna Murzynów amerykańskich Oh Lord, give me Porsche and color TV…)

Pomimo swej zwodnej nazwy, „potrzeby duchowe” też polegają na nienasyceniu chemicznym pewnych białek wytworzonych przez komórki nerwowe – więc ich realizacja może prowadzić do hipertrofii i nawet zależności od nich: sam przyznaję, że potrzeba dociekania skąd się biorą nasze dążenia, pojawiła się u mnie jako rezultat wielu lat szkolenia, kiedy to inne potrzeby (na przykład zarabiania pieniędzy, zapewniania sobie komfortu czy robienia kariery) były stosunkowo mało istotne i słabo zaspokojone.

Tradycyjne systemy wychowawcze dość umiejętnie manipulowały zachowaniem człowieka w celu rozbudzania potrzeb „szlachetnych” (choć bezproduktywnych): za grzech uważano obżarstwo i chciwość, za cnotę odwagę i honor. Możliwość „bezustannego szczęścia” odsuwano na okres życia pozagrobowego, co w związku z konstrukcją biochemiczną naszych organizmów było ideą jak najbardziej racjonalną.

Czyli ciągle jest otwarta alternatywa naszego rozwoju: próbować zastąpić nasz rozwój ekonomiczny rozwojem psychosomatycznym. W przeciwnym razie czekają nas interesujące zjawiska społeczne, które dobrze przewidział francuski przyrodnik J. B. Lamarck już dwieście lat temu: „Interesy i zwiększone potrzeby sprawią, iż będą oni pożądać jeszcze więcej, co spowoduje, że powoli większość z nich ucieknie z miejscowości izolowanych, opuszczą oni wsie i skumulują się w liczbie w pewnym sensie przeogromnej w wielkich miastach. […] Osobniki ze wszystkich klas społecznych, które składają się na te wielkie zespoły ludzkie, będą na pastwie ciągłych napięć i podniet coraz bardziej niezdrowych, ich zdrowie będzie się pogarszać, choć nie będą tego zauważać […] w ich organizacji będą powstawać rozmaite zaburzenia, będzie ich nękać ciągle rosnąca ilość rozmaitych chorób, które będą powiększać się z pokolenia na pokolenie…”.

Mogę dodać do tego opisu, jaka choroba staje się obecnie największym problemem dla człowieka: rak. Jest to choroba typowa dla ludności miast i dla zwierząt udomowionych. W dodatku, podobnie do chorób umysłowych, podatność na raka wzrasta z pokolenia na pokolenie: według statystyk, córki kobiet u których rak piersi pojawił się w 60. roku życia wykazują tendencję do jego pojawienia się już w 45. roku.

Nad rozwojem raka pracuje w tej chwili chyba z milion specjalistów i podejrzewam, że liczba ta jest najlepszą barierą zabezpieczającą przed większym postępem w tej dziedzinie. Nie dość tego, że jeżeli się zaakceptuje założenie, że 1 + 1 nie może być równe 2, to nawet przy największym wkładzie pracy nie odkryje się nigdy, ile wynosi 2 + 2. Chyba najważniejsze jest to, że ci uczeni stoją twardo nogami na ziemi i doskonale wiedzą, że gdyby któryś z nich w nieodpowiedzialny sposób odkrył, jak powstaje ta choroba, to tylu badaczy mogłoby zostać bez chleba…

Komórki neoplastyczne potrafią z niewiarygodną szybkością „uczyć się” neutralizowania wszelkich środków chemicznych bądź fizycznych, jakie wymyślają lekarze (oczywiście „uczą się” poprzez „regenerację z nadmiarem”). Jedynym ratunkiem przed grożącą nam epidemią tej choroby jest kształcenie od dziecka systemu immunologicznego: poprzez zmniejszenie sterylności naszego życia, narażanie dzieci na niegroźne dawki chorób (szczepienia) i nawet na niewielkie ilości środków rakotwórczych. Po prostu twierdzę, że

jedynym racjonalnym ratunkiem ludzkości przed epidemią zarówno ekonomii, jak i raka jest… obniżenie temperatury w wannie z ludzkością, wzięcie orzeźwiającego „zimnego prysznica”.

W krajach, które się dobrze zaadaptowały do swych „wanien” i podgrzewanych kloszy, gdzie ludność domaga się chórem wygód jeszcze bardziej wyszukanych, głoszenie takich poglądów jest w zasadzie niemożliwe: nie dość, że niezgodne są one z wolą większości, to jeszcze odpowiedni ,,specjaliści” bezbłędnie wykryją i zdemaskują zbrodnicze plany „wrogów ludu” – jakichś nieodpowiedzialnych pięknoduchów, którzy chcieliby storpedować program podgrzewania (schemat tej historii znany jest już od 2000 lat – naturalnie, tylko w krajach, w których uchowało się jeszcze chrześcijaństwo).

Nie we wszystkich krajach rozwój jest równomierny. Żaby, które już od dłuższego czasu grzeją się w ciepłej wodzie, rozleniwiają się i nie są w stanie się zmobilizować do ucieczki, gdy woda stanie się za ciepła – z czasem się ugotują. Natomiast żaba z zewnątrz, wrzucona do za gorącej wody wyskoczy z niej natychmiast (doświadczenie takie zostało wykonane). Kraje, których tradycyjna kultura oparta była na hamowaniu potrzeb materialnych i które zbyt gwałtownie „wskoczyły na drogę rozwoju”, mogą zachować się w sposób podobny do tych żab, które przerażą się warunkami panującymi w wannie.

Znany niemiecki filozof Martin Heidegger napisał w swym testamencie, że przed samobójstwem spowodowanym utratą kontroli nad technologią może nas uratować ewentualnie tylko Bóg.

Ja sam twierdzę, że bez pomocy materialistycznego Szatana, nawet Bóg nie da sobie rady z „rozwiniętym” człowiekiem, u którego system połączeń neuronalnych wykształcił się w ten sposób, że zaspokaja+ on potrzebę metafizyki przy pomocy bałwochwalenia ekonomii.

Jak dotąd postęp zakończył się w dwóch krajach i to za wyraźną inicjatywą reprezentantów Pana Boga na nasz Ziemski Padół. Jak zauważył to Daniel Passent w „Polityce”, zarówno w Polsce, jak i w Iranie, przewrót był poprzedzony niezwykłym rozwojem przemysłowym (o dobrodziejstwach polityki postępowego Szacha uczył mnie na lekcjach ekonomii jeszcze Ignacy Sachs). Manna pieniędzy, jaka spadła na te kraje Zachodu, spowodowała niewiarygodną korupcję ich klas rządzących (które skądinąd były bardzo zafascynowane perspektywami rozwoju technicznego). Za swój powrót do Boga kraje te płacą ciężką cenę. W obu krajach aktualnie wprowadzono racjonowanie żywności i w obu najbardziej dotkliwie brakuje wyrobów, które były poprzednio przedmiotem produkcji na skalę światową: w Iranie brakuje benzyny i ropy naftowej, w Polsce węgla i cukru. Moi znajomi irańscy twierdzą, że w Iranie rządzi Molarchia (Anarchia mollahów): jak skomentował ze złością rzeczoznawca amerykański z „U.S. News”, Chomeiniemu jest obojętne, czy dochód narodowy Iranu będzie wynosił 1000, czy 200 dolarów na głowę mieszkańca; zmniejszenie o połowę produkcji ropy naftowej jest oficjalnie uważane za największe zwycięstwo rewolucji islamskiej i tym podobne.

Co się stało w Iranie? Irańczycy chyba jeszcze niewystarczająco przesiadywali przed telewizją, by zrozumieć tajemnicę postępu, niedostatecznie współżyli z technologią, by przejąć się supernowoczesnym wyposażeniem gigantycznej armii szacha. Patrzyli na swój szybko zmieniający się kraj nie poprzez gazetę, ale bezpośrednio i co myśleli, zrozumiałem dopiero wtedy, gdy w książce o 13 największych metropoliach świata (wydanej w roku 1978) otworzyłem rozdział pod tytułem Teheran: zaczynał się on od opisu Sodomy i Gomory…

Polska należy do kulturowego kręgu cywilizacji zachodnioeuropejskiej szczycącej się swą racjonalnością i niewątpliwie nie zyskałaby tutaj popularności, najwyraźniej mobilizująca irańskie masy, argumentacja Chomeiniego, że Ameryka to Wielki Szatan, a Związek Radziecki to tylko mały Diabeł. Wątpię też, by ktoś w Polsce miał ochotę ryzykować swe doczesne życie za obietnice dostania się do raju z najpiękniejszymi hurysami – bo tak ponoć zostają „uodparniani” wysyłani na prawie pewną śmierć irańscy żołnierze.

W chwili gdy piszę „zaktualizowane” zakończenie obecnego artykułu (sierpień 1982), tendencje anarchistyczne i dezintegracyjne w gospodarce polskiej zostały zahamowane, węgla już nam nie brak, choć brak ciągle wina, butów itd., itd., itd. Wyjące nad moim uchem niezliczone ilości samochodów i innych „maszyn poznawczych” uparcie potwierdzają, że mimo „kryzysu” rozwój cywilizacyjny Polski zaczyna wracać do „normy”.

Po spędzeniu ponad połowy swego aktywnego życia w krajach najbardziej „normalnych” i ucywilizowanych zobowiązany jestem do ostrzeżenia, że ta „normalność” – o której osiągnięcie prawie oficjalnie modli się większość ludzi w Polsce – jest zjawiskiem najzupełniej patologicznym, powstałym w wyniku masowego upowszechniania się elektro-mechanicznych środków odurzających. Mechanizm fizjologiczny obecnego zatrucia się technologicznymi ułatwieniami życiowymi jest identyczny z mechanizmem intoksykacji i uzależnienia się od pewnych znanych narkotyków.

Ta moja teza nie jest oczywiście oryginalna. Według Encyklopedia Britannica, już w XVIII wieku chińscy mandaryni zauważyli, że angielscy kupcy przywożą do Chin jakieś urządzenia, które działają na ludzkość jak opium. Ostatnio czytałem „Narkotyki” S. I. Witkiewicza i bez zdziwienia zauważyłem, że zażywanie morfiny powoduje powstanie u człowieka iluzji fizjologiczno-poznawczych dokładnie takich samych, jakie powstają u ludności „rozwiniętej” pod wpływem dobrodziejstw cywilizacyjnych”:

„…Zła nie ma już… i to pod żadną postacią – cierpienia rozmaitego rozmiaru i gatunku, strapienia i obawy, złość ludzka i okrucieństwo świata, wrogość tysięcy elementów, jakie nas otaczają, wszystko to rozpłynęło się, stopniało jak cukier w ukropie w ciepłej, miłej, przyjaznej (solidarnej?) atmosferze… I piękna jest cała przyszłość nasza, począwszy od chwili obecnej…(itd.)”.

Według opinii prof. Aleksandrowicza (Dialectis and Humanism, I, 1978, Warszawa), w wypadku masowego zatrucia jakimś narkotykiem, nawet niewielka garstka ludzi, która zachowała „trzeźwą głowę”, ma moralny obowiązek do podejmowania działań wbrew „woli większości”. Oczywiście, wymuszanie siłą swych „racji” może mieć tylko sukces doraźny, na dalszą metę, zgodnie z faktem „regeneracji z nadmiarem”, daje ono zazwyczaj skutek wręcz odwrotny (patrz: tezy cytowanej tutaj książki Skinnera).

S. I. Witkiewicz wyobrażał sobie, że jedynym ratunkiem przed postępującym cywilizacyjnym samozdebilnieniem ludzkości, jest jakaś zorganizowana akcja, mająca na celu uświadomienie ludziom niebezpieczeństwa takiego samo-zatrucia.

Osobiście nie bardzo wierzę, aby inicjatywa przekonywania społeczeństwa, że szczęścia należy szukać gdzie indziej niż w domku jednorodzinnym, w samochodzie „Polonez”, czy w kolorowej telewizji mogła spotkać się z przychylnym nastawieniem mas pracujących. Mimo tego, jednak kiedyś w zamierzchłych czasach szczytowego rozkwitu poprzedniej cywilizacji europejskiej, wygłoszono już te „niepopularne” idee i nawet współcześni „nowi katolicy” niechętnie przyznają, że te niezrozumiałe ideały nadal nas obowiązują.

„A zatem nie pytajcie co będziecie jedli i w co będziecie się przyodziewać… O to wszystko bowiem poganie zabiegają… Ojciec wasz wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się wprzódy pozyskać jego królestwo, a te rzeczy przydane wam będą” (Ewangelia Św. Łukasza, XII, 5-31).

Ponoć jesteśmy krajem totalitarnym, w związku z tym stać nas na wiele instytucji nieodzwierciedlających przekonań ani potrzeb większości. Może należałoby się zastanowić nad programem działalności jakiejś organizacji „ochrony życia przed cywilizacją”, która przy pomocy racjonalnej argumentacji pomogłaby łagodzić (iluzoryczne?) nieszczęścia, jakie spadły ostatnio na nasz kraj?

Genewa, maj 1981; Zakopane, sierpień 1982.

ADDENDUM

W związku z poprzednim artykułem otrzymałem listy proszące o szerszy wykaz literatury na temat, który poruszam. Oto on. Po wielu perypetiach mój artykuł Open Letter to Biologists ukazał się w numerze 2(2)/1981 pisma poświęconego krytyce idei naukowych Fundamenta Scientiae (Pergamon Press, Headington Hill Hall, Oxford OX3OBW, U.K.). W języku francuskim pojawił się doskonały esej o socjobiologach „Contre le scientisme” w książce P. Thuilliera o biografiach uczonych Le petit savant illustre (Seuil, 1980). Temat choroby psychicznej społeczeństw rozwiniętych porusza także P. P. Grasse w swej najnowszej książce L’homme en accusation (Albin Michel, 1980).

O tym, co się dzieje wewnątrz zakładów naukowych, i w jaki sposób „dobierają się” nowoczesne idee w nauce, piszą dwaj nestorzy biologii: P. Weiss (L’archipel scientifique, Paris, Maloine, 1974, w języku angielskim Within the Gates of Science and Beyond, Hofner, New York, 1971) i G. Ungar (w Discovery Processes in Modern Biology, Huntington, New York, 1977). Ponoć bardzo ciekawa (jeszcze nie czytałem) jest książka mego profesora historii nauki z Berkeley P. Feyerabenda Against Method (New Left Books, London, 1975) – po francusku Contre la methode, Seuil, 1979).

Najbardziej zwięzłe opracowanie idei J. Piageta znajduje się chyba w książce M. Boden Piaget (Fontana Paperbocks, 1979). Na ogólny temat procesów ewolucyjnych Piaget napisał przed swoją śmiercią książeczkę pod wymownym tytułem Le comportement, moteur de l’evolution (Gallimard, 1976), a P .P. Grasse bardzo szczegółowe opracowanie L’evolution du vivant (Albin Michel, 1971, istnieje także wydanie amerykańskie u Freemana).

W języku polskim czytałem doskonały artykuł prof. Jana Szczepańskiego Paradoks czystej indywidualności i zła (Kultura, Warszawa, 11 stycznia 1981). Ten artykuł można traktować jako zewnętrzną „szatę fenomenologiczną” (phenomenologisches abermantel) do mych rozważań na temat podszewki molekularnej człowieka.

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.