fbpx

Felieton

Zrobieni na „zielono”, czyli dlaczego recycling nie jest ekologiczny

koparka pracująca na wysypisku śmieci
Photo by Shardar Tarikul Islam on Unsplash

Paweł Wypychowski

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 144 / (40) 2022

Zacznę od zarysowania szerszego kontekstu, jednocześnie istotnego sprecyzowania. Oczywiście nie każdy recycling nie jest ekologiczny. W Naturze cykliczne i ponowne wykorzystanie materii, energii i informacji wydaje się zachwycająco wpisane w procesy samoregulacji, życia i umierania. Nie o tym jednak jest ten felieton.

Doprecyzuję więc, że tutaj odnoszę się do recyclingu, jaki obecnie promuje, a raczej narzuca, tzw. nowoczesna cywilizacja – do idei recyclingu w kontekście wiary w wieczny „rozwój” konsumpcji, czyli niepohamowany wzrost gospodarczy.

Za przykłady niech nam posłużą butelki PET, smartfony i samochody. Wszystkie je łączy to, że:
(1) są i mają być rosnąco masowo konsumowane,
(2) wymagają zużycia zasobów do produkcji i eksploatacji,
(3) po – coraz to szybszym – skonsumowaniu, nie rozkładają się naturalnie, są toksyczne, zaśmiecają i zatruwają środowisko. Po trzykroć więc „zielono” to nie wygląda.

Słyszymy jednak ze wszystkich stron, że recycling jest kluczowym składnikiem „zielonej” strategii ekologicznej. Że zwiększając odsetek toksycznych odpadów, które poddamy recyclingowi, działamy ekologicznie i „chronimy” planetę.

Przekaz ten jest medialnie powszechny i często powtarzany, spełnione są więc wszystkie warunki konieczne do tego, żeby tzw. demokratyczne (w sensie większościowym) konsumpcyjne społeczeństwo weń uwierzyło, przyjęło jako „kulturę” i „naukę” i broniło zaciekle jako „prawdę”.

Symptomy tego „trendu” są jasno widoczne – przykładem moda na ubiory z butelek PET, „wyróżnianie się” nowym elektrycznym dwutonowym SUV-em z zieloną tablicą rejestracyjną, czy też rosnący „apetyt” na coraz to nowszą, nastą wersję iPhona z 5Gie.

Żeby ocenić ze zrozumieniem recycling pod względem ekologii, spróbujmy się najpierw przyjrzeć temu, jak on działa i jakie warunki musiałby spełniać, by rzeczywiście mógł się ekologii przysłużyć.

Dla tzw. dóbr konsumpcyjnych produkowanych przez człowieka i wprowadzanych do środowiska podstawowa zależność ekologiczna, jaka musi być spełniona, to:

(1) Produkcja w czasie ≤ Rozkład naturalny w czasie

Przy czym naturalny rozkład wyprodukowanych „dóbr” oznacza taki, który jest co najmniej neutralny dla środowiska naturalnego. Pamiętajmy też, że lewa strona tej nierówności zawiera również produkcję „dóbr” pochodnych, to jest emisję do środowiska wszystkiego, co było i jest potrzebne do tych „dóbr” wyprodukowania, eksploatacji, jak również transportu „dóbr” do miejsca konsumpcji.

Jak łatwo zauważyć, choćby na bazie przykładów „dóbr”, jakimi się posługujemy, ta nierówność w konsumpcyjnej gospodarce rynkowej daleka jest od spełnienia. Efektem jest postępująca akumulacja w środowisku mniej lub bardziej toksycznych odpadów po „dobrach” konsumowanych:

(2) Akumulacja odpadów w czasie = Produkcja w czasie – Rozkład naturalny w czasie

Ponieważ mamy tu do czynienia z systemem dynamicznym (zmienne w czasie), równania możemy traktować jak równanie różniczkowe, a skumulowane wartości jako całki. Ponieważ jednak równania różniczkowe i całki odstraszają zdecydowaną większość społeczeństwa, zróbmy użyteczne uproszczenie i potraktujmy zmienne jako różnicowe w czasie, przyjmując okres jednego roku. Będziemy więc dalej mówić o rocznej akumulacji odpadów jako różnicy pomiędzy roczną produkcją (w tym „dóbr” pochodnych), a naturalnym rozkładem odpadów (w tym od „dóbr” pochodnych).

Zauważmy też, że rozważania nasze prowadzimy nie w punkcie startowym procesów, czyli zanim zaczęliśmy produkcję „dóbr”, ale w obecnej rzeczywistości, gdzie odpadów „dóbr” o czasie naturalnej biodegradacji liczonym w setkach lat, a nawet dążącym do nieskończoności, wyprodukowaliśmy, mówiąc politycznie poprawnie, kur***ko dużo za dużo.

Dla przykładu czas naturalnego rozkładu (biodegradacji) plastikowej butelki wynosi około 450 lat. Dla niektórych plastików jest to 1000 i więcej lat. Policzmy więc – zakładając wariant „optymistyczny” – czyli 450 lat – otrzymujemy roczną szybkość naturalnego rozkładu wynoszącą 0,22%.

Wróćmy teraz do naszego warunku eko-logiczności wyrażonego w nierówności (1) i zapiszmy go w formie przyrostowej dla okresów rocznych:

(3) Roczny Wzrost Produkcji ≤ Roczna Szybkość Naturalnego Rozkładu

Podstawiając dane dla plastików otrzymujemy, że (w wariancie optymistycznym) dopuszczalny ekologicznie roczny przyrost produkcji plastików wynosi 0,22%. Konsekwentnie, każda nadwyżka produkcji rocznej ponad 0,22% będzie skutkowała wzrostem akumulacji odpadów, czyli dalszym zwiększeniem ich ilości w środowisku.

Mamy więc łatwy do wyliczenia limit zachowania rzeczywistej ekologii. Przyjrzyjmy się jeszcze raz równaniu (2) opisującemu akumulację odpadów i przedstawmy je w wersji różnicowej odniesionej do okresów rocznych:

(4) Roczny Wzrost Akumulacji odpadów = Roczny Wzrost Produkcji – Roczny Rozkład naturalny

Jako że wzrost produkcji jest w gospodarce rynkowej nierozłącznie związany ze wzrostem konsumpcji, możemy tych terminów używać zamiennie, albo razem.

Jak widać, poszukując przestrzeni ekologicznych rozwiązań, należałoby dążyć do znalezienia i wdrożenia trwałych, długofalowych działań zmierzających do wyzerowania lewej strony równania (4), a więc zahamowania akumulacji odpadów.

Obecnie trudno jednak rozpatrywać takie rozwiązania jako wystarczające ekologiczne. Będziemy przecież musieli czekać kilkaset i więcej lat na rozłożenie się tych śmieci, które do momentu wyhamowania akumulacji wyprodukowaliśmy.

Są co prawda tacy, którzy proponują jako rozwiązanie „nowoczesne” technologie, jak np. pozbywanie się odpadów przez wystrzeliwanie ich w kosmos. Te „innowacje” wydają się być jednak nie tyle nowoczesne, ile nowociasne (umysłowo). Nie uwzględniają choćby odpadów pochodnych, których wyprodukowania będą wymagały dla swojego „rozwoju” i eksploatacji.

Patrząc na drugą stronę równania (4) widać również jasno, że moglibyśmy wyhamować akumulację odpadów, jeśli udałoby się zwiększyć tempo ich naturalnego rozkładu. Pod dwoma, jednakże koniecznymi warunkami. Pierwszym jest, by zastosowane technologie nie wymagały, dla ich rozwoju i eksploatacji, produkcji kolejnych odpadów pochodnych. Drugim, że przez cały czas utrzymywalibyśmy zerowy lub bliski zeru wzrost produkcji/konsumpcji.

Kolejnym oczywistym sposobem na wyhamowanie akumulacji odpadów jest zahamowanie wzrostu produkcji/konsumpcji „dóbr”, które te odpady generują. Hamująco na wzrost produkcji działa też wydłużenie okresu „życia” produktu, a więc jego trwałości i okresu przydatności.

Zwróćmy uwagę, że wszystkie powyższe sposoby na ograniczenie ilości odpadów wymagają ograniczenia produkcji/konsumpcji „dóbr”, które szybko stają się odpadami.

Przestrzeń rozwiązań jawi się więc jako dość oczywista. Jest z nią jednak poważny problem. Znajduje się poza systemem tzw. gospodarki rynkowej, rządzącym się jednowymiarową dogmą ciągłego wzrostu gospodarczego. Ten bowiem „wzrost” oznacza, że koniecznym dla „życia” gospodarki rynkowej jest ciągły i niemający granic wzrost produkcji. Ten jest „wymuszony” wzrostem konsumpcji, który z kolei jest kreowany przez „innowację” w tworzeniu i marketingu nowych „dóbr”. Te zaś, dla maksymalizacji wzrostu, muszą być postrzegane jako nieodzowne (by uzależniać), być szybko konsumowane, stawać się bezużyteczne, wymagać wyrzucenia i zakupu nowych.

W ten sposób realizuje się „nirwanę” konsumpcyjnej gospodarki rynkowej, podtrzymuje wzrost produktu krajowego brutto i „dobrobytu” materialnego, co za tym idzie, wszelkiej ludzkiej „szczęśliwości” z niego płynącej.

Można pielęgnować dziecinne złudzenia, ale nie da się nie zauważyć, że konsumpcyjnej gospodarce rynkowej z realną ekologią jest nie po drodze. Roczny wzrost produkcji czy PKB na poziomach względnie ekologicznych (np. 0,2% jak wyżej) nie tylko nie jest pożądany, ale zagraża wręcz systemowi. Określany jest jako „recesja” i może być tolerowany jedynie chwilowo. Tymczasem ekologicznie, tylko trwała, trwająca dziesiątki lat „recesja” daje szansę na realne wyhamowanie (nie mówiąc o odwróceniu) zatrucia i zaśmiecania środowiska naturalnego.

Skąd więc w tym wszystkim wzięła się promocja recyclingu i jaką pełni tu rolę?

Żeby to zrozumieć, przyjrzyjmy się, jak recycling zmienia równania, jakimi opisaliśmy zależności pomiędzy akumulacją odpadów, produkcją/konsumpcją i naturalnym rozkładem.

Szeroko ostatnio dyskutowanym celem ekologicznym w produkcji opakowań produktów spożywczych jest użycie 30% surowców pochodzących z recyclingu. Ten cel jest atakowany przez wielu „ekspertów” wzrostu gospodarczego jako postawiony zbyt wysoko – argumentują, że może to „zabić”, szczególnie wrażliwe, „rozwijające” się gospodarki.

Przyjmijmy więc ten „ambitny” cel do naszych ekologicznych rozważań i zastanówmy się, jak te 30% udziału surowców z recyclingu działa. W istocie polega to na tym, że część z „dóbr” (tutaj opakowań), które trafiają do śmieci, zostaje „odzyskana” i wraca jako surowiec do produkcji „dóbr”, które już niedługo ponownie do śmieci trafić mają.

Jeśli na chwilę pominiemy koszty ekologiczne tego „odzyskiwania”, to ta pętla sprzężenia zwrotnego, w sytuacji rosnącej produkcji, jest w stanie obniżyć względną szybkość akumulacji śmieci w środowisku.

Oznacza to, że ilość odpadów w środowisku będzie nadal rosła, tylko względnie wolniej niż rosłaby, gdybyśmy tak samo zwiększali produkcję i nie poddali części odpadów recyclingowi. O odwróceniu trendu i zmniejszeniu ilości śmieci w środowisku nie ma tu mowy. Gdzie tu więc ekologia?

Warto zauważyć, że te pół ciuta (bo nawet nie cały ciut) ekologicznej korzyści z recyclingu opakowań nie przekłada się na recycling „dóbr” złożonych (jak choćby samochód czy smartfon), czyli takich, które dla swej eksploatacji wymagają rozbudowanej infrastruktury. Tu konflikt gospodarki rynkowej z ekologią jest znacznie bardziej oczywisty. Żeby to zobrazować, spróbujmy ekologicznie zastosować tę samą regułę 30% surowców z odzysku do dóbr złożonych i ich infrastruktury.

W przypadku aut elektrycznych należałoby przyjąć, że 30% materiałów użytych do ich produkcji pochodzić musi z recyclingu samochodów spalinowych. Ponadto, 30% z materiałów użytych do wybudowania i uruchomienia stacji ładowania musi pochodzić z utylizowanych stacji benzynowych i majątku koncernów naftowych. Nie wspomnę już, że jeśli jest w tym ekologiczna konsekwencja, 30% prądu do ładowania aut elektrycznych powinno pochodzić z odzysku wydobytej, rafinowanej, spalonej i wyemitowanej do atmosfery w postaci ciepła i spalin ropy naftowej.

W przypadku smartfona z 5Gie reguła 30% materiałów z odzysku oznaczać by oczywiście musiała, że 30% smartfona z 5Gie, jak również stacji bazowych 5Gie, powstaje ze zutylizowanych smartfonów i stacji bazowych 2/3/4Gie. Do tego, stacje bazowe 5Gie mogłyby emitować do środowiska tylko do 2,33 raza (70% / 30%) tyle promieniowania elektromagnetycznego, ile udałoby się im odzyskać ze środowiska z energii wypromieniowanej przez stacje 2/3/4Gie.

Analizę tego, jak powinna być stosowana reguła 30% materiałów z recyclingu do apek na smartfony, działających w pochłaniającej olbrzymie ilości energii „chmurze” serwerowni, pozostawiam wnikliwemu czytelnikowi.

Zanim przejdziemy dalej, chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden, zupełnie pomijany aspekt recyclingu. Otóż poddając daną część odpadów recyclingowi, włączamy ją ponownie w obrót gospodarczy, ale jednocześnie usuwamy ze środowiska naturalnego. Na powierzchni wydaje się to ekologiczne, ale należy pamiętać, że to właśnie w środowisku naturalnym te odpady podlegają biodegradacji. Nie dopuszczamy przecież myśli, że nowiuteńkie wdzianko z butelek PET będzie się na nas robaczo biodegradowało.

Usunięcie odpadów ze środowiska i włączenie do recyclingu daje im dłuższe „życie”, jednocześnie nie dając im „umrzeć” i się rozłożyć. W efekcie uzyskujemy spowolnienie rozkładu naturalnego. A to, jak widzimy z równania (4), przyczynia się do wzrostu akumulacji śmieci.

Nie da się ukryć, że realna ekologia wymaga poświęceń, w tym wielowymiarowej, nieliniowej analizy i zrozumienia. Nawet jednak bez tych poświęceń widać, że w tym „zielonym” marketingu recyclingu nie tyle chodzi o ekologię, ile o dobrze znaną ekonomię wzrostu gospodarczego.

Otóż „odzyskiwanie” i przetworzenie śmieci do użytecznego w produkcji surowca to przecież biznes przetwórczy – proces wymagający inwestycji, logistyki, zużycia zasobów i generujący odpady. Gdyby priorytetem była rzeczywiście ekologia, koszty środowiskowe recyclingu byłyby wzięte pod uwagę, a potencjalne rozwiązania alternatywne właściwie ocenione. Właściwie, to jest z punktu widzenia środowiska naturalnego, nie zaś wzrostu gospodarczego.

Tymczasem biznes recyclingu odpadów w konsumpcyjnej gospodarce rynkowej musi generować zysk. Sprzedaż ma zapewnioną przez „zielony” marketing, w tym choćby wprowadzenie tej czy innej reguły odzysku surowców. Zysk oznacza zaś nadwyżkę sprzedaży nad kosztami (tyle że finansowymi, nie ekologicznymi). Ta nadwyżka zostanie przeznaczona na konsumpcję bieżącą i inwestycje – w „zielony” marketing recyclingu i przyszły wzrost „dóbr” produkcji/konsumpcji.

I tak „zielona” maska ekologii z twarzy recyclingu się zsuwa, obnażając atrakcyjną młodą branżę o ogromnym potencjale wzrostu.

Tak działa „innowacyjna” gospodarka rynkowa. Gdyby ludzka samoregulacja i naturalne mechanizmy samozachowawcze działały – gdybyśmy byli w stanie powiedzieć dość „rozwojowi” nadmiernej konsumpcji – nigdy byśmy nie zarobili tyle, ile można zarobić na recyclingu!

I nigdy tyle na konsumpcję nie wydali. I nigdy tyle Planety nie zaśmiecili.

I w tym miejscu zakończę, cytując raz jeszcze słowa Richarda Feynmana:

„Dla sukcesu technologii, rzeczywistość musi wziąć górę nad PR-em, ponieważ Natury oszukać się nie da”.

„For a successful technology, reality must take precedence over public relations, for Nature cannot be fooled”.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 144 / (40) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekologia # Wypychowski wielowymiarowo

Być może zainteresują Cię również: