fbpx

Rozmowa

Wyspa Wielkanocna i pułapka postępu. Jak ją przeżyć?

Wyspa Wielkanocna
fot. Sofia Cristina Córdova Valladares z Pixabay

Z Łukaszem Wierzbickim rozmawiamy o tym, czym jest pułapka postępu, jak i dlaczego cywilizacje upadały oraz czy jesteśmy w stanie przeżyć postęp.

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. Krótka historia postępu)

Rafał Górski: Panie Łukaszu, czym jest „pułapka postępu”, o której pisze Ronald Wright autor książki „Krótka historia postępu”?

Łukasz Wierzbicki: Po raz pierwszy usłyszałem to pojęcie w Berlinie na koncercie Loreeny McKennitt – kanadyjskiej piosenkarki, która między utworami zamęczała publiczność opowieściami o książce „A Short history of progres” kanadyjskiego profesora Ronalda Wrighta. Opowiadała, że w tej książce są opisane pułapki postępu i że być może my jesteśmy w pułapce postępu w tej chwili.

Zacząłem się zastanawiać, czy ta kobieta oszalała do reszty, że na koncercie zrobiła dyskusyjny klub książki, czy to jest cholernie dobra książka, którą ona przeczytała i nie może się powstrzymać, żeby o niej nie mówić. Więc kupiłem, przeczytałem i okazało się, że książka jest faktycznie bardzo dobra. Sprawdziłem, że ukazała się w kilkunastu językach na całym świecie, nie znalazłem jednak tłumaczenia polskiego.

Kiedy to było?

Na koncercie byłem w 2019 roku. Czytałem książkę dwa razy, miałem więcej wolnego czasu, przyszła pandemia i pewnego wieczoru postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić, dać polskiemu czytelnikowi szansę na poczytanie o pułapkach postępu. Napisałem do Ronalda Wrighta, który potraktował mnie bardzo serdecznie. Zgodził się, żebym przetłumaczył książkę. Wcześniej nie tłumaczyłem tekstów z języka angielskiego.

Kiedy po paru dniach podzieliłem się tym pomysłem z żoną, zasugerowała, by poszukać dobrego tłumacza. Odparłem, że sam już wieczorami przetłumaczyłem dwa rozdziały z pomocą nativów i słownika, tak bardzo nie mogłem się powstrzymać. Postanowiłem, że zrobię to sam, wiedziałem, jakim językiem chcę, żeby to było powiedziane. Czułem, że dobrze rozumiem nie tylko treść, myśl książki, ale również jej język, jej ironiczne poczucie humoru.

Trafiłem na tę książkę w kultowej księgarni PWN w Łodzi przy ulicy Więckowskiego. Leżała sobie na wystawie i bardzo zaintrygował mnie jej tytuł. Z nieukrywaną radością po przekartkowaniu kilku stron odkryłem, że warto ją przeczytać. Bardzo dobrze wywiązał się Pan z roli tłumacza.

Jestem autorem książek i na tym polu mam tu większe doświadczenie niż w tłumaczeniu, ale poczułem, jakim językiem zwrócić się do polskiego czytelnika, a to jest istotniejsze niż płynna znajomość języka.

„Pułapka postępu” jest chyba najbardziej intrygującą i podstawową rzeczą, która się tu pojawia, bo to jest pojęcie, które Ronald sam zdefiniował.

Należymy do pokolenia, które zachłysnęło się wręcz pojęciem postępu. Pamiętam czasy, kiedy postęp kojarzył się wyłącznie z czymś, czego zazdrościliśmy Zachodowi. Za postępem gonimy całe życie: by mieć lepsze samochody i większe mieszkania, większą lodówkę itd. Okazuje się jednak, że ów postęp skrywa również mroczne tajemnice.

Ronald oddziela „postęp dobry” od „postępu złego”. Analizując historię ludzkości od zarania i przyglądając się ludzkim losom na tej planecie bardzo szeroko – historycznie i geograficznie – dochodzi do wniosku, że my, ludzie, społeczności, jako państwa, jako kultury mamy pewną skłonność do wpadania w „pułapki postępu”. Wydaje się nam, że podążamy drogą sukcesów, ale po osiągnięciu pewnej skali okazuje się, że ta droga prowadzi nas na manowce – do miejsca, w którym wolelibyśmy się nie znaleźć; wpadamy w pułapkę.

Orientujemy się, że coś jest nie tak, kiedy już jest za późno, albo jest za pięć dwunasta i już z tej pułapki nie możemy się wydobyć.

Takim najprostszym przykładem z prehistorii jest okres, kiedy myśliwi jeszcze polowali na mamuty. Ronald powiada, że owszem, kiedy nauczyli się zabijać dwa mamuty zamiast jednego, to był pewnego rodzaju postęp. Udoskonalili technikę myśliwską, ale nie zatrzymali się w tym miejscu, a wykombinowali, że można zabić podczas jednego polowania na przykład dwadzieścia mamutów. I to jest moment, w którym ten postęp zaszedł zbyt daleko, bo gdy zabili wszystkie mamuty w okolicy, nastał głód i w pewnym momencie mamutów zabrakło, a ludzie znaleźli się w kłopotliwym położeniu, bo nie mieli już na co polować. To tylko jeden z wielu przykładów. Gdy prześledzimy historię świata zwierzęcego, to wszędzie tam, gdzie człowiek docierał, dziwnym zbiegiem okoliczności na każdym kontynencie wszystkie duże ssaki przestawały istnieć, o tym świadczą badania naukowe.

Kolejnym znamiennym przykładem jest udoskonalenie technik wojennych, które doprowadziły do tego, że wynaleźliśmy broń, mogącą zgładzić całą ludzkość na Ziemi – broń nuklearną. To też jest moment, kiedy znaleźliśmy się w pułapce, zaszliśmy zbyt daleko w rozwoju broni, która wcześniej służyła nam jako obrona przed innymi ludźmi, bądź do prowadzenia wojen.

Pamiętam, że tłumacząc tę książkę, zacząłem te „pułapki postępu” obsesyjnie dostrzegać wszędzie wokół. Na przykład rozwój samochodów: jest coraz więcej samochodów, coraz większych, a potem stoimy w korku, zastanawiamy się, jak zrównoważyć komunikację miejską, kombinujemy, gdzie zaparkować ten samochód i jak się dostać w konkretne miejsce itd. W takie „pułapki postępu” wpadamy również jako jednostki, wystarczy spojrzeć na osoby, które gonią za pieniędzmi czy za sławą, a na końcu tej drogi kończą nieszczęśliwi jak niektóre gwiazdy muzyki pop.

Wright wspomina też przykład Wyspy Wielkanocnej, gdzie „pułapka postępu” jest szczególnie widoczna.

Wyspa Wielkanocna to izolowana wyspa na Pacyfiku, gdzie stało się coś bardzo dziwnego: dotarli tam osadnicy, rozwinęli cywilizację, żyjąc całkiem nieźle, bo mieli ryby, uprawiali owoce, budowali piękne posągi, mieli swoją społeczność. Ale na tej wyspie, która ma rozmiar 15 na 10 kilometrów w pewnym momencie żyło około 10 tysięcy ludzi, a to sporo. I tak zakombinowali, że skończyło się to wojnami domowymi, zaczęło brakować drzew, które były ścinane, żeby budować coraz większe posągi. Wreszcie przyszedł ten symboliczny moment, kiedy zostało jedno ostatnie drzewo i je również ścięli, nie zdając sobie sprawy, że to początek końca, że jeżeli nie będą mieli drzew na wyspie, to nie tylko nie będą mieli z czego budować chat, ale nie będą mieli czym palić i z czego budować łodzi, w których wypływali na ocean na połów ryb.

Ten przykład pokazuje w małej skali, że jeżeli zdajemy sobie sprawę, co się stanie, gdy zetniemy wszystkie drzewa, powinniśmy zaprzestać tej wycinki i poczynić jakieś kroki, by zadbać o przyszłość. Wyspiarze nie byli w stanie tego zrobić i gdy żeglarze z Europy dotarli do Rapa Nui, położenie tej cywilizacji było dramatyczne: panował głód, ludność wspominała niedawne wojny domowe.

To jest przykład, pokazujący w soczewce naturę ludzką i jest alegorią całej planety: czy my, przypadkiem, nie zachowujemy się jak mieszkańcy Rapa Nui? Nie ma żadnych oskarżeń, żadnych złych intencji i żadnej oceny tego, jak oni się zachowywali, jest głębokie zastanowienie, czy przypadkiem nie należałoby przemyśleć miejsca, w którym w tej chwili się znajdujemy jako cywilizacja?

Dlaczego, Pana zdaniem, możemy uznawać autora książki za osobę wiarygodną?

Wright jest historykiem z bogatym dorobkiem. Mam przed sobą jego książkę „Skradzione kontynenty”, gdzie mowa o Amerykach. W tej książce przeanalizował w sposób bardzo dogłębny proces, w którym Europa skradła obie Ameryki. Postrzegamy być może odkrycie Ameryki Północnej (ale jakie to odkrycie, skoro tam żyli wówczas ludzie?) i jej podbój przez pryzmat kina hollywoodzkiego, natomiast patrząc z perspektywy amerykańskiej, to Europejczycy po prostu przepłynęli i skradli ten kontynent w sensie dosłownym.

Ronald Wright jest podróżnikiem, historykiem, autorem książek beletrystycznych i nazwałbym go też filozofem. Nie chodzi o to, by mu wierzyć, chodzi o to, by poznać jego punkt widzenia i spróbować spojrzeć w podobny sposób.

Mamy tendencje do postrzegania problemów wycinkowo: pojawia się dziura ozonowa i trzeba się zastanowić, co z tym zrobić. Natomiast Ronald patrzy na naszą sytuację z szerszej perspektywy i być może okazuje się, że nasze wszystkie problemy wynikają z natury ludzkiej, z którą nie możemy walczyć.

Możemy jedynie uczyć się na własnych błędach i mając świadomość tego, co stało się w przeszłości, jak skończyły pewne cywilizacje, możemy spróbować nie popełniać tych samych błędów i uchronić się przed podobnym losem. To nie kwestia wiary, tylko przyjęcia pewnych faktów i wiedzy. Ronald całą swoją książkę poparł konkretnymi argumentami, faktami potwierdzonymi przez naukę.

Książka ma 178 stron treści zasadniczej i 100 stron przypisów. Dla mnie to była uczta. Lubię w książkach dobrze przygotowane przypisy, które zawierają ciekawe tropy do wiedzy związanej z treścią książki.

Niektórzy mówią, że to słabe opracowanie, bo jest krótkie. A mnie się wydaje, że to jest wielkim atutem książki, bo to jest pięć felietonów do przeczytania w dwa lub trzy wieczory. I właśnie o to chodzi, żeby przedstawić niełatwą tematykę w formie lekkiej i przystępnej.

„Raj głupców” to tytuł jednego z rozdziałów książki. O jaki raj chodzi?

Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale pojęcie „raju głupców” według Ronalda to opis świata, w którym dobrze się bawimy, udając, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, co nas czeka – z nadchodzącej katastrofy. Mam cytat, w którym Ronald opisuje upadek imperium Majów w Ameryce Środkowej i kryzys, który się pojawił, kiedy zaczęło brakować żywności dla rosnącej populacji: „Kryzys narastał, a tymczasem rządzący nie podejmowali decyzji po korekcie kursu, nie ograniczali królewskich czy wojskowych wydatków, nie próbowali zrekultywować gruntów poprzez tarasowanie, ani nie zachęcali do kontroli urodzeń. Nie, oni okopali się na swoich stanowiskach i robili dalej to, co zawsze robili, tylko bardziej. Ich receptą były wyższe piramidy, większa władza dla królów, cięższa praca dla mas, więcej wojen z obcymi”.

Czyli problemy narastały, natomiast elity rządzące udawały, że ich nie ma i korzystały z tego, co mają tu i teraz.

Poza tym Ronald doszedł do dosyć gorzkiej konkluzji, że gdy pojawia się kryzys, najbardziej cierpią najubożsi, ci na samym dole piramidy społecznej. Kryzysy tę piramidę zżerają od dołu i ci, którzy są na jej szczycie, mogą żyć i cieszyć się tym, że kryzys ich jeszcze nie dotknął. I to właśnie są ci głupcy, którzy żyją w takim raju swojej iluzji.

„To nadzieja skłania nas do wymyślania coraz to nowych rozwiązań starych problemów, które z kolei wywołują jeszcze groźniejsze problemy” – proszę o wyjaśnienie tych słów z książki.

 „Nadzieja” to kolejne pojęcie, które kojarzy się nam raczej pozytywnie: zawsze chcemy mieć nadzieję jako pocieszycielkę, i tak też postęp wydaje nam się tylko i wyłącznie pozytywny. Natomiast „nadzieja” w tym kontekście może być i źródłem nowych problemów. Taki pogląd też popiera cytatem z powieści „Oryks i Derkacz” Margaret Atwood: „Jako gatunek jesteśmy skazani na zagładę przez nadzieję”.

Czytałem „Oryks i Derkacz”, tam chodzi o to, że ludzie mają nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży i nie robią nic, żeby poprawić swoją sytuację, bo nadzieja usypia czujność.

Nadzieja zamazuje realną ocenę sytuacji, widzieliśmy to na przykładzie pandemii w Polsce, a może nawet bardziej w Wielkiej Brytanii. Podobnie było, kiedy wybuchła choroba szalonych krów w Wielkiej Brytanii: nie robiono nic, mając nadzieję, że problem sam się rozwiąże, że okaże się, że to tylko przejściowy kryzys i za chwilę wszystko wróci do normy. Czyli zaniechano rzeczy, które można było zrobić i tutaj akurat o to chodzi, że nadzieja skłania nas do zadłużania się, mamy nadzieję, że spłacimy ten dług w przyszłym roku, za dwa, może za dziesięć, może nasze dzieci będą musiały go spłacać. Ludzie żyją nadzieją, że wszystko będzie dobrze, myśląc bardziej o sytuacji bieżącej niż perspektywicznie o przyszłości.

Wielu ludzi ma nadzieję, że technologia nas uratuje przed katastrofą. Autor pisze o „buncie narzędzi”. O jaki bunt chodzi?

To z kolei odwołanie do księgi Majów „Popol Vuh”, w której znajdujemy opis buntu narzędzi wobec głupoty ludzkiej, przy czym w kulturze Majów to jest bunt garnków – prostych narzędzi, które uznały, że nie chcą, by ludzie je traktowali w taki sposób, w jaki traktują i zbuntowały się przeciwko nim. To pierwszy tego rodzaju znany literacki opis.

Ronald często podpiera się nie tylko nauką, sięga również po literaturę, gdzie znajduje dużo inspiracji do swoich myśli i analiz. Ten opis buntu narzędzi to jest pierwszy opis zagłady ludzkości spowodowany przez narzędzia, czyli technologię.

Myślę, że to powinien być przyczynek dla nas do zastanowienia się, czy my również nie jesteśmy w jakimś sensie niewolnikami narzędzi, które nas otaczają i zamiast ułatwiać nam życie, czasem je utrudniają.

Przykład o samochodach już podawałem: chcemy mieć samochód, żeby szybciej dotrzeć na miejsce, tylko okazuje się, że dzieje się na odwrót. Chcemy mieć komputery, żeby szybciej wykonać obliczenia, mieć więcej czasu dla siebie, a okazuje się, że komputery nasz czas dosłownie zżerają. W mojej rodzinie jest wspomnienie, jak to prababcia zobaczyła telewizor po raz pierwszy i powiedziała: „Ooo, jak wszyscy będą mieli telewizor w domu, to będą mądrzy, bo wszystko będą wiedzieć!”. Wiemy dobrze, że jej przepowiednia nie do końca się sprawdziła.

Wniosek z tego rozdziału: pamiętać, że technologia to nie wszystko. Moim ulubionym cytatem z książki jest ten, w którym Ronald mówi o naszej cywilizacji: „Jeśli cywilizacja ma przetrwać, musi żyć w zgodzie z naturą, a nie na jej koszt”. I to bardzo mi się spodobało, bo rzeczywiście to jest jedno z przesłań książki, że zżeramy planetę w pogoni za postępem, w pogoni za technologicznymi nowinkami i jednocześnie ją unicestwiamy, żyjemy na jej koszt, kredyt i nasze tempo nabiera rozpędu. Musi przyjść moment, w którym zaczniemy zadawać sobie te same pytania, które zadawał sobie Ronald, pisząc książkę. Być może moment nastąpi za czasów życia przyszłego pokolenia, bo mam wrażenie, że pokolenie moich dzieci jest dużo bardziej świadome pewnych zjawisk i problemów niż moje.

Przypomina mi się fragment z książki, w którym ludzie z Wyspy Wielkanocnej wycięli wszystkie drzewa, wybili całą zwierzynę, wymordowali się nawzajem. Została ich garstka.

Jesteśmy w podobnej sytuacji, ale mamy jeszcze szansę ją uratować. Ronald napisał tę książkę w 2004 roku, ale polska edycja, dzięki uprzejmości autora, jest wzbogacona o słowo wstępne napisane w 2021 roku. Tych piętnaście lat, które minęły od napisania książki, niestety autora nie nastroiły zbyt optymistycznie, aczkolwiek sam mówi: „Cieszę się, że Stany Zjednoczone zmieniły kurs w ostatnim czasie, bo to jest dobry sygnał na przyszłość”. Sam też dostrzega nadzieję, bo jeszcze ją ma, mimo że kurs naszej cywilizacji ogólnoświatowej na razie nie zmienia się mocno. Ronald znajduje nadzieję w aktywności młodych i pisze w tym uaktualnionym wstępie, że tej nadziei ma po piętnastu latach trochę mniej niż wówczas, kiedy pisał książkę, ale wciąż ją ma. Więc ja też chciałbym powiedzieć, że wciąż ją mam. Nie zmierzamy ku upadkowi zgodnie ze scenariuszem społeczności Rapa Nui, odnajdziemy drogę, żeby z tej pułapki postępu wyjść.

Ronald Wright w przedmowie do wydania książki z 2021 roku napisał: „Mam dziś mniej nadziei niż miałem w 2004 [rok pierwszego wydania – przyp. red.], ale wciąż ją mam. Poddanie się rozpaczy to samospełniająca się przepowiednia. Jeśli my nie zaczniemy działać, to zacznie to robić natura z bezwzględną sprawiedliwością wymierzoną tym, których jest za dużo i którzy biorą zbyt wiele”. W filmie „Pułapki rozwoju”, który powstał na podstawie książki, Wright również porusza temat przeludnienia. W 2022 r. przekroczyliśmy 8 miliardów. Mimo to, temat przeludnienia jest dziś tematem tabu. A Pan na co zwrócił uwagę podczas lektury książki?

To, że Ziemia ma ograniczone zasoby i że w nieskończoność nie może nas na niej przybywać, wiedziałem wcześniej, to nie było dla mnie odkryciem, ale oczywiście zgadzam się, że to nie jest powszechny pogląd i musimy się nauczyć o tym otwarcie mówić.

Oczy szeroko mi się otwierały, kiedy czytałem wersję oryginalną tej książki, bo Ronald dał mi bardzo szeroką perspektywę. Przypominam: historyk, który analizuje pewne fakty, specjalizuje się w średniowieczu i zastanawia się, skąd to wszystko się wzięło i dlaczego tak było, jak było; geolog – bada skały, historie, skorupy ziemskie; przyrodnik – zastanawia się, skąd dany gatunek się wziął i dlaczego się przystosował. Ronald robi kilka kroków wstecz i spogląda na nasze ludzkie losy całościowo i okazuje się, że to, na przykład, że wieczorem idziemy do lodówki i podjadamy, jest rzeczą, która gdzieś jest w nas zakodowana, bo ci, którzy tak robili – przetrwali. Tak jesteśmy skonstruowani: żeby przetrwać i sobie poradzić, musimy być pierwsi w kolejce. Nawet gdy jadę gdzieś samochodem, to uśmiecham się na widok kierowców, którzy wyprzedzają wszystkich, bo muszą być pierwsi.

Mamy w sobie łaknienie sukcesu, żeby być pierwszymi, mieć więcej, żeby więcej zjeść, żeby pierwsi zjeść, żeby mieć więcej majątku. A potem nagle okazuje się, że na 178 stronach facet wyjaśnia to wszystko i opisuje, dokąd nasze zachowania jednostkowe i całej cywilizacji doprowadziły.

W finale książki pojawia się jedno z moich ulubionych zdań: „Naszą wielką przewagą, szansą, by uniknąć losu dawnych społeczeństw, jest fakt, że znamy ich historie, wiemy, co poszło źle i dlaczego. Homo sapiens posiadł wszelkie informacje, by zrozumieć, kim jest. Jest łowcą z epoki lodowej, jeśli chodzi o inteligencję, to tylko w połowie rozwiniętym. Sprytnym, ale rzadko mądrym”. To jest moje ulubione zdanie, że jesteśmy sprytni, ale rzadko mądrzy i widzę to na co dzień. Sprytni to my jesteśmy, ale bardzo rzadko wystarcza nam mądrości, żeby pomyśleć nie tylko o tym, co tu i teraz i żeby być pierwszymi w tej kolejce, ale pomyślmy czasem, co zostawimy po sobie naszym dzieciom, wnukom. To dobra puenta tej książki, tak myślę.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 158 / (2) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura # Świat

Być może zainteresują Cię również: