Felieton

Wywrotowy patriota czy kosmopolita chory na Polskę? 2024 rokiem Witolda Gombrowicza

okładka książki Ferdydurke i Witold Gombrowicz fot. Bohdan Paczowski
okładka powieści „Ferdydurke” i Witold Gombrowicz fot. Bohdan Paczowski

Weronika Kursa

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 217 / (9) 2024

Jak wiele swoich tekstów, także i ten otwieram nieco prowokacyjnym tytułem. Po pierwsze, Senat ustanowił 2024 nie tylko rokiem niedoszłego noblisty, Witolda Gombrowicza, ale również naszego „prawowitego” noblisty, Czesława Miłosza, a także Władysława Zamoyskiego i Wincentego Witosa. Czyli rozpoczynam skrajnie subiektywnie, „biorąc na tapet” tylko jednego z panów.

Po drugie, rzuca się w oczy czysta prowokacja w spójniku „czy”, narzucającym od razu wybór między dwiema skrajnościami: patriota vs kosmopolita. Nie jest jednak moim zamiarem dzielenie Polaków, tak sprawnie uskuteczniane już przez polityków i mass media, stąd przymiotnik „wywrotowy” i dookreślenie „chory na Polskę”. Nie omieszkam wyjaśnić tego wyboru w dalszej części tekstu. I obiecuję mniej prowokacji. A przynajmniej obiecuję się postarać.

Gombrowicz to jeden z naszych pisarzy „eksportowych”, którego twórczość została przetłumaczona na wiele języków obcych, pomimo licznych zawiłości kontekstualnych, często zrozumiałych jedynie dla Polaków.

Jego „eksportowość” siłą rzeczy związana była z emigracją: pisarz na wiele lat osiadł w Argentynie, dokąd udał się przed wybuchem II wojny światowej transatlantykiem MS Chrobry. Tym samym stał się częścią „drugiej emigracji” i, parafrazując jego własne słowa dotyczące Henryka Sienkiewicza, w moich oczach był pierwszorzędnym pisarzem owej drugiej emigracji.

Walcząc z formą – przeciw konwenansom, przeciw stawianiu kropki nad i

Przez młodzież kojarzony najczęściej ze szkolną lekturą „Ferdydurke”, będącą swego rodzaju manifestem przeciwko „formie” i „gębie”, czyli licznym konwenansom, uwikłaniem jednostki w spuściznę kultury czy w spuściznę innych ludzi w ogóle. Tak widziana przez twórcę jednostka skazana jest na wpływy zewnętrzne i nie jest to bynajmniej coś, czym należałoby się chwalić. Pytanie, jakie wybrzmiewa z treści tej popularnej lektury brzmi: czy można w istocie być sobą? A przecież: „Poniedziałek Ja Wtorek Ja Środa Ja Czwartek Ja”…

Z kolei przez krytyków kojarzony najpewniej z „obrazoburczym” „Trans-Atlantykiem”, uderzającym w „heroizację” narodu polskiego. Antynacjonalista? Krytyk romantyzmu? A może pozytywista? Takie stwierdzenia byłyby niczym innym niż próbą włożenia w kolejną formę. A przecież pisarz tak bardzo był jej przeciwny, podobnie jak stawianiu kropki nad i. W końcu nawet wygodne i z pozoru pewne poglądy należy przecież nieustannie weryfikować. Cięty język, ironia, cyniczny humor to nieodłączne cechy stylu Gombrowicza, który zawsze zdawał się płynąć pod prąd.

Równie odosobniony był w pojmowaniu polskości i patriotyzmu, czemu dał szczególnie wyraz w swych dziennikach. I to ten aspekt jego twórczości, aktualny po dziś dzień, będzie interesować mnie najbardziej.

Patriotyzm emigracyjny

Ilu Polaków, tyle patriotyzmów, można powiedzieć, uciekając w tzw. relatywizm moralny. A w teorii patriotyzm to nic innego jak postawa szacunku, umiłowania czy oddania własnej ojczyźnie. Dużo jednak zależy od okoliczności dziejowych – w czasach wojny patriotyzm może być rozumiany jako gotowość ponoszenia za nią ofiar, jej obronę.

W czasach pokoju może to być już „po prostu” pielęgnowanie tradycji, kultury, języka poczucie więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem. Bohaterem dnia codziennego może być Człowiek niosący pomoc bliźniemu. Nadal jednak wydaje się, że wśród podzielonych Polaków pojęcie patriotyzmu jest kością niezgody. Nie inaczej musiało być na emigracji w trudnych dla kraju czasach.

Jak pisał Mickiewicz o dziewiętnastowiecznej („pierwszej”) emigracji: „Biada nam zbiegi, żeśmy w czas morowy/ Lękliwie nieśli za granicę głowy!”. A przecież nie każdy stworzony był do walki zbrojnej i wielkich poświęceń. Rekompensatą mogło być właśnie tworzenie kultury i dbałość o zachowanie pamięci narodowej nawet poza granicami Polski.

Dla wielu pisarzy drugiej emigracji pobyt poza krajem przybierał często formę pewnego rodzaju misji:

„Przekonanie o tym, że Polska i polskość poddawana jest przez komunistyczną władzę zabiegom niszczącym jej istotę, stanowiło składnik postawy skłaniającej do przyjmowania roli depozytariusza tego, co wystawione zostało na niebezpieczeństwo.”

I tu znów Gombrowicz odmiennie rozumiał rolę depozytariusza, krytykując staroświecką metodę polegającą na kultywowaniu „krzepiącego stylu”, przypominanie, że „Lautremont powoływał się na Mickiewicza”, „wydaliśmy Szopena” lub „mamy Curie-Skłodowską”, a nade wszystko „byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa”.

„Cóż mnie obchodzi Mickiewicz? Wy jesteście dla mnie ważniejsi od Mickiewicza. I ani ja, ani nikt inny, nie będzie sądził narodu polskiego według Mickiewicza” – zapisał w dzienniku, próbując w ten sposób przekonać, że nie jesteśmy bezpośrednimi spadkobiercami jakiejś wielkiej przeszłości, że każdy jest tylko odpowiedzialny za samego siebie.

Miał poczucie, że funkcja emigracyjnego reprezentanta została mu narzucona: „nie palę się bynajmniej do reprezentowania czegokolwiek poza własną osobą, jednakże te funkcje reprezentanta narzuca nam świat wbrew naszej woli”.

A jednak Polska i jej problemy były w centrum zainteresowań pisarza. Cóż z tego, że najwyraźniej polskość pojmował na swój oryginalny sposób? 

Stwarzać Polskę na nowo

Warto zauważyć, iż pewnego rodzaju kompleks Polski względem zachodniego „lepszego” świata, pokutuje po dziś dzień. Na ten moment zostawiam na bok refleksję nad tym, na ile zachodni świat jest istotnie taki wspaniały.

Postkomunistyczne pogłosy niekiedy ciągle dają się we znaki, gdy mówi się o pewnego rodzaju zacofaniu czy delikatniej, opóźnieniu wynikającemu z długotrwałego, przymusowego pobytu za żelazną kurtyną. I to mimo upływu już ponad 30 lat od jej zerwania.

Bardziej „liberalną” część społeczeństwa i polityków kusi, by ciągle doganiać Zachód, nadrabiać zaległości. Z kolei inna część, rzekomo bardziej „konserwatywna”, bardzo się (niby) tego doganiania obawia i obstawałaby (niby) przy trzymaniu się, moim zdaniem dosyć samozwańczo rozumianej, „polskości”.

Dlatego tym ciekawiej byłoby przypomnieć refleksje Gombrowicza na temat owej polskości w czasach panowania komunizmu w Polsce. Choć skupiał się głównie na literaturze, można wnioskować, że jego wizją było wypracowanie pewnego zdrowego dystansu między Polakami a ojczyzną: „Musimy oderwać się uczuciowo i intelektualnie od Polski po to, aby uzyskać w stosunku do niej większą swobodę działania, aby móc ją stwarzać”.

A nade wszystko, powinniśmy „przestać bać się własnych obrazów”, potraktować sztukę (a może pójdźmy dziś dalej: także politykę?) „po polsku”, a więc poddać ją sobie, a wówczas, według pisarza, wyzwoli się w nas oryginalność, otworzą się przed nami nowe drogi i wreszcie pozyskamy to, co najcenniejsze: „własną rzeczywistość”.

W czasach pisania swego dziennika, wielokrotnie zarzucał swoim kolegom po fachu uderzanie w cierpiętnicze tony i bazowanie na poczuciu krzywdy, będąc jednocześnie świadomym faktu, że Polska (wówczas pod wpływem ZSRR), w tym więc szczególnie polscy pisarze – są przedstawicielami „kultury zbrutalizowanej”.

Mimo wszystko podkreślał, iż jedyną różnicą pomiędzy intelektualistami zachodnimi a wschodnimi jest to, że ci drudzy dostali w kość od losu. Jednak nie uważał, by prestiż kultury polskiej miał zasadzać się wyłącznie na tej części jej historii, tej przygnębiającej, obolałej od ciosów.

Dążył do tego, by zbrutalizowana polska kultura zamiast być jedynie pełnym pretensji cierpiętniczym głosem, stała się nową postacią, przemyślanym wkładem Polaków w uniwersalnego ducha literatury.

Demonizowanie wyjątkowości niebezpieczeństwa świata zza żelaznej kurtyny było dla Gombrowicza przejawem niedojrzałości. Wskazywał na mnogość innych problemów, z jakimi borykają się ludzie w różnych zakątkach świata, próbując pokazać, że o piekło ocieramy się na każdym kroku, zatem piekło narzuconego Polsce komunizmu z pewnością nie powinno być wykorzystywane przez polskich literatów jako atut.

Żałował, że Polacy nie szukali wówczas innych atutów pośród polskości i że balansowali pomiędzy ukazaniem swego cierpienia Zachodowi, a jego natarczywym naśladowaniem bez minimalnej choćby próby wykorzystania swojego pochodzenia.

Powyższe refleksje nawiązują, rzecz jasna, do swego rodzaju leitmotivu Gombrowicza, tak silnie uwypuklonego w „Ferdydurke” – wyjścia poza formy, w które jesteśmy wtłaczani, tu chociażby przez historyczne uwarunkowania.

W ten sposób mówiąc nawet (a w zasadzie nawet bardzo często) o patriotyzmie, proponuje niezmiennie poszukiwanie siebie, swojego wyrazu tak, by nie poddać się żadnym trendom czy innym narzucanym postawom, czyli by w taki właśnie sposób – indywidualny – godnie reprezentować samych siebie, w tym jako Polaków.

Przyjmując formę – Gombrowicz: wywrotowy patriota? Kosmopolita chory na Polskę?

Jak bardzo poglądy Gombrowicza „kosmopolity” (uwaga, to pułapka – w końcu jest to kolejna forma) musiały być wówczas kontrowersyjne, tłumaczyć chyba nie trzeba.

W końcu uważał on, że: „utrata ojczyzny nie wtrąci w anarchię tylko tego, kto umie sięgnąć głębiej, poza ojczyznę, dla kogo ojczyzna jest tylko jednym z objawień wiecznego i uniwersalnego życia.”

By zrozumieć lepiej podejście tego kosmopolity, dla którego Polska była jednak bardzo ważnym, by nie powiedzieć palącym tematem (choćby z uwagi na częstotliwość jego poruszania), warto dookreślić, że dla Gombrowicza przede wszystkim liczyło się bycie człowiekiem, może dopiero potem – Polakiem.

Jaki z tego płynie morał? Czyżby taki, że Gombrowicz wielkim pisarzem był? Znowu prowokacja, proszę wybaczyć. Może zatem, jakże obrzydliwie „upupiającym” morałem tego artykułu powinno być propagowanie dystansu wobec obecnie promowanych form? Główną formą zdaje się być wspomniane już na początku tego felietoniku sprawne dzielenie Polaków.

Dzielnie na „patriotów” i „antypatriotów”. Na tych świątobliwie broniących „przedmurza chrześcijaństwa”, w moim odczuciu kłamliwie zasłaniających się tradycją, rzekomo w obronie polskich interesów (czyżby?) oraz na tych drugich, pseudopostępowców, epatujących otwartością na cały wszechświat i przesadną niekiedy „poprawnością polityczną”, równie przecież oddanych polskim interesom…

I nie, nie chcę wszystkiego sprowadzać do polityki, tego „polskiego piekiełka”. Nie będzie tu prostej puenty w stylu sloganu „PIS-PO jedno zło” (choć w dużym uproszczeniu uważam, że to prawdziwe stwierdzenie, a ocierając się wręcz o defetyzm dodałabym do tego wszystkie inne, obecnie i niedawno „panujące” partie).

Natomiast ciekawym tropem byłoby wyobrażenie sobie indywidualisty – buntownika? – przeciwnika formy – Gombrowicza w obecnych czasach. Czy opowiedziałby się po którejkolwiek ze stron? Wątpię. Przecież nie chciał nigdy stawiać kropki nad i.

Z pewnością nie zabrakłoby zdroworozsądkowej krytyki, niewolnej od ironii i cynizmu, nadal jednak – w obronie (nawet jeśli kosmpolitycznie rozumianej) – polskości. Jestem tego pewna, nieuchronnie wrzucając przy tym Gombrowicza w kolejną formę.

Przypisy:
[1] Cytat pochodzi z artykułu Rafała Habielskiego pt.: „Patriotyzm na emigracji powojennej”, który ukazał się w pracy zbiorowej „Patriotyzm Polaków” (Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2006, red. Jacek Kloczkowski).

Źródła:
Witold Gombrowicz, „Dziennik 1953-1956”, Wydawnictwo Literackie 1986, red. Jan Błoński

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 217 / (9) 2024

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również: