fbpx

Rozmowa

Zakazać herbicydów w miastach

Warszawa, Ogród Krasińskich
Warszawa, Ogród Krasińskich, fot. Michał z Pixabay

Z dr. hab. Łukaszem Łuczajem, prof. Uniwersytetu Rzeszowskiego rozmawiamy o zakazie stosowania herbicydów na terenie miast.

Szymon Bujalski: Myśli pan, że zaczynamy dostrzegać i rozumieć potrzebę posiadania zieleni w mieście?

Dr hab. Łukasz Łuczaj: Tak, to się zmienia. Tzn. zieleń w miastach istniała już od bardzo dawna – drzewa sadzono w nich i w XX w., a parki miejskie istnieją od zawsze. Kiedyś wieś była jednak niedaleko miasta, a miasta były małe. Można było więc na piechotę pójść z prawie każdego miasta w jakieś podmiejskie miejsce, gdzie były łąki itp. Obecnie miasta rozrastają się coraz bardziej, a wieś stała się miejscem masowej produkcji żywności w sposób schemizowany. Tymczasem w mieście nie mamy tak naprawdę potrzeby używania „chemii”. Może ono więc stać się miejscem, w którym osiedlają się pewne rośliny.

Przez lata miasta były jednak wykaszane i nadal ma to miejsce kilka razy w roku, choć już rzadziej. W efekcie roślinność ma słabą możliwość pełnego rozwinięcia się. Tym bardziej że miasta są często wybudowane w miejscach, które były przerobione przez maszyny, są zabudowane i zadeptane, a przez to często odizolowane od źródeł diaspor, od źródeł nasion, które mogą się do miasta dostać.

Obecnie wchodzimy już jednak na trochę inny poziom rozumienia tego, co znaczy przyroda w mieście. Pomagając przyrodzie, w pewien sposób „infekując” miasto stanowiskami roślin, możemy także zwiększyć jego różnorodność.

Ludzie coraz częściej bronią drzew przed wycinkami, ale dla wielu nieskoszony trawnik to wciąż „obciach”. Czy dostrzega pan, że na tym polu również zachodzi zmiana? Zauważamy potrzebę posiadania bioróżnorodności w miastach?

Następują olbrzymie zmiany. Myślę, że potrzebujemy jeszcze około dziesięciu lat, żeby ogół społeczeństwa przyzwyczaił się do tego i zrozumiał. Pierwszą łąkę kwietną na miejskim rondzie w Polsce zakładałem w 2005 r. w Krośnie. To była łąka kwietna z jednorocznych chwastów, takich jak mak czy chaber bławatek. Niektórym bardzo się podobała, a inni dzwonili do urzędu i narzekali, że chwasty wyrosły. Od tego czasu minęło wiele lat. Powoli idea tworzenia bioróżnorodnych zbiorowisk wrasta w świadomość ludzi. To długi proces, który ostatnio jednak przyspieszył. Przybywa organizacji, które działają, promują tę ideę, a nawet mają w nazwach „łąka”. Są sklepy internetowe sprzedające nasiona, a projektanci ogrodów także zaczynają doceniać łąki kwietne. Ale oczywiście łąka kwietna to nie wszystko.

Możemy chronić przyrodę czy zwiększać bioróżnorodność przez zwyczajną zmianę użytkowania, np. przechodząc od systemu częstego koszenia kilka razy w roku do systemu koszenia dwa razy w roku, a nawet raz.

Do tego potrzebna jest jednak akceptacja trochę wyższej roślinności. Celem nie jest przecież zamiana miasta w zarośla krzewów, przez które biegną ścieżki. Chodzi o to, aby mieć dużą różnorodność roślin i zbiorowisk roślinnych. A miasta są w tym kontekście o tyle ciekawe, że są cieplejsze, a gleby powstałe na gruzach mogą np. przyjąć florę ciepłolubną i wapieniolubną. Oznacza to, że mogą stać się potencjalnymi miejscami ekspansji dla roślin, które występują głównie na wyżynach południowej Polski.

Dlaczego łąki kwietne są tak potrzebne?

Po pierwsze – bo w ogóle można je w mieście umiejscowić. Nie wszędzie możemy przecież zrobić las. Gdybyśmy posadzili bardzo dużo drzew przy blokach, niektórzy ludzie narzekaliby, że rosną one za gęsto, że mają za ciemno. Dużo łatwiej jest więc zamienić otoczenie bloku w łąki kwietne, które nawiązują do łąk kośnych albo pastwisk, do roślinności półnaturalnej.

Ich zaletą jest też to, że mają dużą produkcję kwiatów, które karmią swoim nektarem czy pyłkiem owady. Są też siedliskiem dla gąsienic żerujących na tych roślinach i innych małych stworzeń.

Ale w mieście potrzebne są nie tylko łąki. Istotne są też parki i zmiana myślenia o nich w tym sensie, byśmy zaczęli traktować je jako obszary zbliżone do naturalnych zbiorowisk leśnych. Czyli trawniki zamieniamy na łąki kwietne, a parki zamieniamy na mini rezerwat przyrody leśnej i wprowadzamy do nich na przykład rodzime runo leśne.

Kolejny ważny element to roślinność wodna i inne spojrzenie na wodę w mieście. Sadzawki często są opróżniane, czyszczone, na siłę pozbawiane roślinności szuwarowej. To błąd, bo różnego rodzaju oczek wodnych powinno być jak najwięcej. To także sposób na to, by zwiększyć bioróżnorodność w mieście.

Dlaczego bioróżnorodność w mieście jest tak ważna?

Bo jesteśmy układem naczyń połączonych. Dawniej owady się rozmnażały nawet w zbożu, bo mogły żerować na niektórych chwastach. Dziś miejsc żerowania jest znacznie mniej. Jeśli nie będzie owadów, zmniejszy się liczba ptaków. A jeśli mamy mniej ptaków, to nie będzie komu walczyć ze szkodnikami zagrażającymi roślinom czy drzewom. To wszystko się spaja. Poza tym dla mnie bioróżnorodność jest wartością samą w sobie. Trzeba ją chronić, nawet jeśli nie ma to bezpośredniego przełożenia na utylitarne korzyści.

A do tego natura w mieście jest też niezwykle istotna w kontekście naszego zdrowia nie tylko fizycznego, ale i psychicznego.

Oczywiście, można wymienić wiele  korzyści, jakie przynosi. Przy czym w pewien sposób musimy się znów do niej przyzwyczaić, nauczyć obcowania z nią od nowa. Jeśli ludzi będzie drażniła wysoka trawa, to oni się przecież nie zrelaksują, bo będą myśleli, że tu jest niebezpiecznie, strasznie.

Ale potencjalnie potrzebujemy przyrody. Mówi się o tzw. biofilii, która polega na tym, że jako gatunek mamy wbudowane w siebie zainteresowanie przyrodą, że fascynują nas inne organizmy, że lubimy zasiedlać swoje otoczenie nowymi gatunkami i z nimi obcować.

Podsumowując ten wątek: miasta-ogrody to jest ten kierunek, w którym trzeba zmierzać?

Wiele miast jest już ogrodami. Widziałem na przykład piękne fragmenty Berlina czy Londynu, które można nazwać ogrodami. I takich miejsc powinno być w miastach jak najwięcej.

Zna pan też jakieś dobre przykłady w Polsce?

Mamy bardzo dużo dzielnic posiadających wiele zieleni. To są często dzielnice willowe, w których stare wille są już zasiedlone przez różne okazy ciekawe przyrodniczo, tak jest we Wrocławiu, Cieszynie, Kazimierzu Dolnym i wielu innych miastach. Innym przykładem są ogródki działkowe. Ostatnio byłem w Warszawie na ogródkach działkowych w dzielnicy Praga-Południe. Są fascynujące. Istnieje tam ogromna różnorodność przyrodnicza, bardzo wiele gatunków. Podobne ogródki działkowe można też znaleźć w innych miastach.

Wróćmy do trawników i środków chemicznych, o których pan wspominał. Miasta korzystają z dużej ilości pestycydów.

Nie znam danych liczbowych. Widzę natomiast, że rośnie świadomość tego, że używanie mało zbadanych albo często nawet fałszywie testowanych środków chemicznych może być niebezpieczne i wiele osób ich unika. Jednocześnie można dostrzec swego rodzaju fascynację nowoczesnością w kręgach podmiejsko-wiejskich, która objawia się tym, że ludzie chcą, by otoczenie domu było proste, wygodne, łatwe, czyste. Ludzie chcą mieć tuje, postawiony płot, wyłożoną kostkę brukową. A jak wyrośnie coś innego, to trzeba to zabić. Dużym zainteresowaniem cieszą się więc preparaty na mrówki, herbicydy itp. Po prostu walczymy z tą przyrodą. Dostrzegam też inny niepokojący trend polegający na tym, że dla ludzi trawniki są nudne czy małowartościowe.

W tej chwili ludzie na Podkarpaciu robią okropną rzecz. Rowy przydrożne, między asfaltem a posesją, wykładają plastikową włókniną, aby nic tam w ogóle nie rosło. Ludzie kontrolują swoje ogródki i chcą też kontrolować to, co obok, chcą kontrolować cały krajobraz. Przy czym te rowy często nawet nie są ich, bo leżą na działce drogowej.

Takie praktyki zaczęły się jakieś dwa lata temu i narastają. Boję się, że będą narastać dalej.

Jakie jeszcze złe praktyki pan dostrzega?

Stosowanie glifosatu w miastach. Nie mam danych, do jakiego stopnia jest on stosowany w miastach w Polsce, ale wiadomo, że często jest też stosowany pośrednio. Tzn. miasto zleca utrzymanie zieleni komuś, a ten ktoś nie zawsze działa w sposób w pełni kontrolowany. Dlatego uważam, że powinien być zakaz stosowania herbicydów na terenie miast.

A dlaczego?

Dlatego, że jedynym usprawiedliwieniem stosowania herbicydów jest produkcja żywności. To jedyny przypadek, w którym można dyskutować, czy ma to sens. Osobne i kontrowersyjne pytanie brzmi, na ile można wyżywić ludzkość, nie używając żadnych środków chemicznych. To nawet może być trudno wykonalne. Natomiast używanie ich tak po prostu, dla zabawy czy dla piękna, jest zupełnie nieetyczne.

Dlaczego herbicydy są tak szkodliwe?

Choćby dlatego, że mogą zaburzać nasz metabolizm i zmieniać florę mikroorganizmów glebowych. Mogą być też niebezpieczne dla organizmów wodnych, dla owadów.

Oczywiście są różne środki o różnym poziomie toksyczności. Wiemy, jakie wybuchają skandale z ukrywaniem pewnych faktów na temat glifosatu czy neonikotynoidów. Po co takie świństwo stosować w mieście? Chyba tylko po to, żeby zaoszczędzić na robociźnie. Kiedyś więźniowie motyczkami wyskubywali jakieś babki czy rdesty spomiędzy płyt chodnikowych. Więc tych herbicydów używa się po to, by było po taniości.

Co zamiast? Jak pielęgnować, żeby to było skuteczne, a nieszkodliwe?

Można tolerować pewien poziom zachwaszczenia. Tam, gdzie będą ludzie chodzić, i tak będą te chwasty deptać. Jak chodzą non stop po chodniku, nie wyrosną tam żadne wysokie rośliny. Inną możliwością jest stosowanie odpowiedniej włókniny pod płytkami chodnikowymi. Lub po prostu zwykłe koszenie.

Skoro jesteśmy przy koszeniu… Wspomniał pan, że raz w roku wystarczy. W jakich sytuacjach? A kiedy można kosić dwa razy w roku?

Jednokrotne koszenie wystarczy do usunięcia ścieżek drzew.

A więc już kosząc teren tylko raz w roku, możemy kontrolować pojawy roślinności drzewiastych. Takie praktyki można stosować w miejscach, które nie są bardzo uczęszczane, jak skarpy czy dalsze plany w parkach. Więcej niż dwa razy nie ma potrzeby kosić w ogóle, a koszenie powyżej dwóch razy będzie zawsze prowadziło do spadku bioróżnorodności. Gatunków, które tolerują koszenie więcej niż dwa razy w roku, jest bardzo mało.

Koszenie w odpowiednim momencie też jest bardzo ważne?

To robi gigantyczną różnicę. Pewne gatunki są dostosowane do koszenia w czerwcu, inne w lipcu. Jeśli skosimy gatunek zaraz przed kwitnieniem, to on bardzo ucierpi. Jak skosimy pod koniec maja firletkę, która zabiera się wtedy za kwitnienie, to uszkodzimy ją. Jak skosimy ją pod koniec czerwca, kiedy wydała nasiona, a część górna rośliny zaczyna już zasychać, to uszkodzimy ją mało, a nawet pootwieramy miejsce do kiełkowania w otoczeniu.

Czyli dobór odpowiednich gatunków w danym obszarze też jest bardzo istotny?

Tak. Przy czym gatunki będą się same dobierać. Jeśli będziemy kosić jakiś teren w lipcu, inny w czerwcu, a inny w maju, to pojawią się tam odpowiednie gatunki, które przetrwają koszenie w takim okresie. Dlatego przy projektowaniu terenów zielonych i zarządzaniu nimi potrzebna jest świadomość.

Ludzie się boją, że jak w mieście będzie wysoka trawa, to będą mieli większe problemy z alergią.

Po pierwsze, alergii nie da się całkiem wyeliminować. Wiele alergii to alergie na drzewa, pyłek drzew, trawy. Ale jeśli ludzie żyją na wsi i są otoczeni łąkami, to dlaczego ludzie w mieście mieliby być tych łąk pozbawieni? Bez przesady. A jeśli ktoś jest uczulony na trawy, to te pyłki tak czy inaczej gdzieś będą się unosić. Nie możemy się od tego odciąć zupełnie.

A co z kleszczami?

Ktoś, kto boi się kleszczy, nie musi wchodzić na roślinność, może chodzić po szerokim chodniku. Poza tym ludzie i tak rzadko wchodzą na trawniki.

Wiele osób boi się kleszczy ze względu na psy, które mogą je złapać.

Dla mnie psy są jakimś elementem obcym w mieście. Przepraszam, że to powiem, ale ja bym jednak ludziom uświadomił, żeby się zastanowili nad posiadaniem psa w mieście. Na pewno bym tego nie zakazał, natomiast to jest jakaś dziwna, chora moda.

Co pana zdaniem jest najtrudniejsze w zmianach, które należałoby wprowadzić?

Mentalność ludzka. Drugi problem to deweloperstwo, tzn. chęć zabudowania każdego kawałka miasta i zajmowanie na ten cel coraz to nowych miejsc. Problemem jest też wciskanie wszędzie miejsc parkingowych, betonowanie miast itp.

Co zrobić, by to zmienić?

Mentalność ludzi sama będzie się zmieniać. Trzeba tylko uczyć ludzi znaczenia roślin i zwierząt w mieście.

I w ogóle rozpoznawania roślin i zwierząt. Jak ludzie nie będą wiedzieć, jak nazywa się dana roślina, jak wiele gatunków znajduje się w jakimś miejscu itp., to tego nie docenią. Jeśli chodzi o betonowanie i zabudowywanie miast, trzeba spróbować zabezpieczyć pewną powierzchnię na potrzeby zieleni.

Na koniec spytam o książkę, którą ostatnio pan napisał…

To książka „Dziki ogród”, która miała premierę w połowie lipca. Znajduje się w niej trochę informacji na temat filozofii projektowania dzikiego ogrodu, trochę historii moich doświadczeń i badań, trochę zasad bioróżnorodności, sukcesji i konkurencji. Jest też przegląd drzew krajowych, krzewów oraz roślin łąkowych i bagiennych, które można stosować w dzikich ogrodach. Ukazanie się tej książki dało mi dużo radości, ponieważ jest ona owocem wielu lat przemyśleń. Oprócz pewnych porad czy opisów umieściłem w niej też coś, co nazwałem przykazaniami bioróżnorodności. Nie jest to coś przepisanego, powtórzonego. „Przykazania” te są moje, są podsumowaniem moich wieloletnich doświadczeń.

Ankieta: Czy po lekturze naszych materiałów zwiększyłeś/zwiększyłaś swoją wiedzę na temat glifosatu?. (kliknij, przewiń stronę do dołu, odpowiedz na pytanie. Dziękujemy)

Narodowy Instytut Wolności – logo Fundusz Inicjatyw Obywatelskich – logo

Przygotowano w ramach projektu „Glifosat. Dialog obywatelski” realizowanego przez Fundację Ecorower. Projekt dofinansowany ze środków Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021–2030.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 139 / (35) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekologia # Społeczeństwo i kultura # Zdrowie Chcę wiedzieć

Być może zainteresują Cię również: