fbpx

Rozmowa

Zapaść polskiej prowincji. Czy grozi nam katastrofa?

fot. andrewpanofficial z Pixabay

Z Markiem Szymaniakiem rozmawiamy o kondycji polskiej prowincji, problemach z jakimi muszą codziennie mierzyć się mieszkańcy mniejszych miejscowości, o recepcie na lepszą przyszłość i jego książce „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”.

Michał Jarosławski: Na początek naszej rozmowy zapytam o genezę tytułu książki „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast” (dalej „Zapaść”). Czy za wyborem tytułu stoi jakaś szczególna historia?

Marek Szymaniak: Geneza ma co najmniej dwa źródła. Pod koniec 2017 roku Polska Akademia Nauk opublikowała raport, w którym określono miasta mające poważne problemy społeczno-gospodarcze i tracące swoje funkcje. Media opisały ten raport używając słowa „zapaść”, co trzeba przyznać bardzo dobrze oddaje to, co dzieje się w tych miastach. Słowo to ma bowiem smutny, ale też alarmistyczny ton. Rzeczywistość w mniejszych miastach, które opisuję, właśnie taka jest.  

Nawet według definicji medycznej  „zapaść” to taki stan, gdy zaczyna ustawać krążenie. Dla każdego organizmu żywego to bardzo groźne. Tak się dzieje także w opisywanych przeze mnie miejscowościach. Życie tam przestaje „krążyć” i wraz z wyjazdem kolejnych mieszkańców zamiera. Miejscowości wyludniają się, powoli się „wykrwawiając”. Ten proces trwa od lat. Zarówno badania naukowe, jak i rozmowy z mieszkańcami, przeprowadzone na potrzeby książki, dają podstawy do tego, by coś z tym problemem zrobić.

Drugi powód, dla którego zająłem się tym tematem, to fakt, że sam pochodzę z małej miejscowości – z Krasnegostawu w województwie lubelskim. Przez lata obserwowałem wiele z procesów, które opisuję w książce. Zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego dla nas, ludzi młodych – a były to czasy liceum – jest naturalne, że musimy wyjechać z rodzinnej miejscowości? Nawet rodzice sugerowali, że jedyną opcją na szczęśliwe życie jest zdobycie wykształcenia i wyjazd.

Zastanawiałem się, dlaczego tak jest i czy tak musi być? Kiedy przeprowadziłem się do Warszawy widziałem, że to miasto, ale też inne metropolie, zasysają ludzi z całej Polski. Często przyjezdni mieli bardzo podobne życiorysy do mojego.

Wszystko bowiem toczy się według określonego schematu. Po skończeniu ogólniaka w małej miejscowości zdecydowana większość uczniów z danej klasy wyjeżdża. I co gorsza większość już nie wraca. Miałem poczucie, że to jest dobry temat i to poczucie towarzyszyło mi od lat. Koniec prac nad moją pierwszą książką – „Urobieni – reportaże o pracy” – zbiegł się z wydaniem pierwszej edycji wspomnianego raportu. To był dla mnie naturalny drugi temat. Najlepiej jest opisywać coś, co jest nam bliskie – wedle zasady koszula zawsze bliższa ciału.

Będąc dziennikarzem, już jako bardziej świadomy, dojrzalszy człowiek, zyskałem narzędzia, by przyjrzeć się tym procesom z bliska. Perspektywa mojego pochodzenia była pomocna. To nie był dla mnie obcy świat. Jadąc do mniejszych miejscowości, spotykając bohaterów książki przekonywałem się, że mamy ze sobą bardzo wiele wspólnego. Wyjazdy z rodzinnej miejscowości za lepszą pracą, czy bardziej, bądź mniej udane próby ułożenia sobie życia w mniejszym mieście po powrocie. Wszystkie te doświadczenia były pomocne, by zająć się tym tematem.

Gdyby Pan sam ze sobą robił jeden z reportaży do książki, czy do tych wszystkich problemów, które zostały  opisane, coś jeszcze by Pan dodał? Coś, co może nie zmieściło się w książce, a z Pana perspektywy – osoby wywodzącej się z małej miejscowości – jest istotnym problemem?

Różnice w szansach edukacyjnych między mieszkańcami dużych i  mniejszych miast. W mniejszych miejscowościach rodzice dzisiejszych 30-40 latków rzadko kiedy kończyli studia, więc nie mogą podzielić się własnym doświadczeniem ze swoimi dziećmi, podpowiedzieć w wyborze kierunku studiów. Dla nich często sama wizja posiadania dyplomu ma w magiczny sposób sprawić, że ich dzieci będą mogły zdobyć lepszą pracę i mówiąc ogólnie będzie im w życiu łatwiej.

Zresztą duże różnice istnieją w samym poziomie nauczania między małymi miejscowościami, a stolicami województw. Dla uczniów w mniejszych miastach, nawet jeżeli uczą się w najlepszym liceum w swojej miejscowości, często szczytem marzeń jest dostanie się na studia na Uniwersytecie Warszawskim czy Jagiellońskim. Dla uczniów dobrych liceów warszawskich czy krakowskich dostanie indeksu tych uczelni na pewno jest łatwiejsze. Wielu z nich myśli raczej o studiach za granicą, a nauka w Polsce, na najlepszych przecież uczelniach jest czymś pewnym. Mówiąc krótko: to, co dla jednych jest sufitem, dla drugich często bywa poziomem podłogi.

Kolejny wymiar tego problemu, tego swoistego rozdźwięku, pojawia się już po dostaniu się na wymarzony kierunek. Ktoś, kto pochodzi z Warszawy i podczas studiów na Uniwersytecie Warszawskim mieszka z rodzicami, może w pełni poświęcić się nauce. Może sobie dodatkowo uczęszczać na darmowy staż. Nie musi się martwić o dach nad głową, wyżywienie. Być może z punktu widzenia życia towarzyskiego nie jest to idealna sytuacja, jednak dla planowania jakiejś przyszłości na pewno najbezpieczniejsza.

Z kolei osoba, która przyjeżdża z małego miasta do Warszawy, musi sobie wynająć pokój. Ceny najmu w wielkich miastach od lat utrzymują się na wysokim poziomie i ciągle rosną. Rodzice takiego przyjezdnego studenta, którzy pewnie będą sponsorować ten pokój, zarabiają mniej niż rodzice mieszkający na stałe w Warszawie. Zatem często taki student musi pracować, żeby w ogóle móc studiować. A pracując trudno jest w pełni poświęcić się nauce.

Darmowy staż, który osobie pochodzącej z dużego miasta może zapewnić tak cenne na rynku pracy doświadczenie w zawodzie, dla osoby z małego miasta jest nierzadko poza zasięgiem. Bardzo często w ogłoszeniach o pracę od osób, które dopiero co ukończyły studia, wymaga się co najmniej dwuletniego doświadczenia. Osoba z mniejszego miasta będzie miała doświadczenie w branży gastronomicznej albo jakiejś innej sprekaryzowanej. To na pewno nie pomoże w znalezieniu pracy w stolicy. Taki student musi zdobyć pieniądze imając się prac dorywczych, by opłacić czynsz.

Jeżeli pojawia się potrzeba wynajęcia pokoju, to prawdopodobnie nie będzie to miejsce w centrum Warszawy, bo tam jest drogo. Wybiera się więc lokum gdzieś na obrzeżach miasta, w dalszej dzielnicy. Dojazd na uczelnię, czy do pracy pochłania kolejne godziny dnia. To tworzy różnice, powiększa dystans.

Jeden z rozmówców, gdy przygotowywałem materiał do książki, na spotkanie ze mną – nie zapomnę tego pewnie bardzo długo – przyniósł swoje świadectwa ze szkoły, z czerwonym paskiem. Jego sytuacja rodzinna nie pozwoliła mu wyjechać na studia, choć się na nie dostał. Zadał mi pytanie: „Dlaczego mam się czuć gorszy?”. To jest bardzo dobry przykład na to, że można się świetnie uczyć w mniejszej miejscowości, ale nie mieć szansy na awans społeczny, bo wpływają na to inne czynniki, na które nie mamy wpływu, czyli np. to, że naszych rodziców nie stać na utrzymywanie nas w czasie studiów w wielkim mieście.

Możemy być bardzo utalentowani, zaradni życiowo, a jednak miejsce, w którym mieszkamy od urodzenia może nam mocno podcinać skrzydła.

Miałem kolegę, który uczył się świetnie, był bardzo utalentowany. W pewnym momencie sytuacja rodzinna mu się skomplikowała. Pojawiła się konieczność zaopiekowania schorowaną mamą. Podejrzewam, że gdyby nie musiał wracać z tego powodu do swojego rodzinnego miasta, tylko od początku żył w dużej metropolii, to być może mógłby się dalej rozwijać w tym kierunku, w którym się kształcił, pielęgnować swój talent, bo mamę miałby „na miejscu” a nie 250 km od dużego miasta.

Czy miasta do książki były wybierane z jakiegoś klucza? Jak wyglądały kulisy zbierania materiału do „Zapaści”?

Jeśli chodzi o dobór miast to całą listę 255 miast zapaści znaleźć można we wspomnianym raporcie PAN. Z tych wymienionych w raporcie wstępnie wyselekcjonowałem około 50 miejscowości. W tych miastach szukałem rozmówców, tematów, ogłaszałem się. To był dla mnie klucz pozwalający dotrzeć do mieszkańców, moich rozmówców. Z jednej strony oczywiście wykorzystywałem własne kontakty, ale też sporo osób trafiło do mnie z ogłoszeń. Pracując nad książką dołączyłem do setek różnych grup w mediach społecznościowych. Udzielałem się na forach lokalnych gazet. Ogłaszałem się, że jestem dziennikarzem, przygotowuję reportaż, który będzie opowiadał o tym, że według naukowców dane miasto jest, mówiąc delikatnie, w kiepskiej sytuacji i że chętnie porozmawiam o tym, czy to prawda, jak wygląda to z lokalnej perspektywy. Chciałem, by miejscowi potwierdzili, bądź zaprzeczyli tezom zawartym w raporcie. Pytałem o problemy, ale też o radości, bo jednak część osób w tych mniejszych miejscowościach, które opisuję, świadomie pozostała lub do tych miast powróciła. Często pod publikowanymi przeze mnie postami pojawiała się ciekawa dyskusja. Ludzie zaczęli wymieniać poglądy czy jest u nich ta zapaść, czy jej nie ma.

To pozwalało mi zdobyć informacje, których nigdzie indziej bym nie wyszukał. Tak udało mi się znaleźć tematy do reportaży „Zapaści” oraz bohaterów książki. Jeśli wątek był interesujący, to po kilku wymianach maili  czy rozmowie telefonicznej umawialiśmy się na spotkanie w danym mieście. Bywało też tak, że młodszych rozmówców pytałem o kontakt do starszych mieszkańców miasta, którzy znają jego ciekawą historię. Z racji swojego wieku osoby te posiadały wiedzę np. na temat upadku zakładów w Bielawie czy Prudniku. W miastach tych praktycznie każdy zna kogoś kto pracował w Bielbawie czy Frotexie.
Zbieranie materiału do książki odbywało się zatem na kilku płaszczyznach. Docieranie do osób z polecenia, które posiadały interesującą wiedzę na opisywany przeze mnie temat było najbardziej owocne.

Czy według Pana inwestowanie pieniędzy unijnych jest zauważalne na terenie tych mniejszych miejscowości, w istotny sposób zmienia te obszary?

Na pewno tak. Dużo się zmieniło, chociażby pod względem infrastruktury. W miejscowości, gdzie np. nie było oczyszczalni ścieków, takowa się pojawiła. Tam, gdzie nie było kanalizacji, dróg takowe powstały. Niestety często wiele z tych inwestycji okazywało się nietrafionych. W „Zapaści” opisuję niezbyt udane rewitalizacje czy inwestycje.

Tak zwana betonoza…

Tak, Jan Mencwel popełnił książkę na ten temat („Betonoza” – przyp. red.). Problem jest znany nie od dziś.

Oczywiście pieniądze unijne można w lepszy albo gorszy sposób wydać. Jednak nawet jeżeli nie są to miliony, budowanie czegoś jedynie dlatego, że ktoś z władz miasta miał taki kaprys, wcale do rzadkości nie należy. Szczególnie można to zaobserwować, gdy zbliżają się wybory i trzeba pokazać, że coś się dla mieszkańców robi. Nierzadko podejmuje się decyzje bez konsultacji społecznych, bez pytania mieszkańców o zdanie.

Przykładem nietrafionej inwestycji niech będzie chociażby tzw. „strefa zapachu” w Kętrzynie. Trudno będzie Kętrzynianom pokochać to miejsce relaksu. Planowane jest między dwiema najbardziej ruchliwymi drogami w mieście i na dodatek w bezpośredniej bliskości stacji benzynowej. Takie inwestycje na pewno nie wpływają na  poprawę jakości życia mieszkańców.

Tak przeprowadzanych inwestycji pewnie są setki w Polsce. Pieniądze unijne nie zawsze trafiają tam, gdzie trzeba, albo są w zły sposób wykorzystywane. Nie wszędzie inwestycje realizowane przy pomocy funduszy europejskich realnie podniosły standard życia. Na pewno nie zahamowały exodusu mieszkańców do większych metropolii.
Środki unijne nigdy nie rozwiążą problemów natury strukturalnej. Chociażby kwestii mieszkaniowej. Są miasta, gdzie rynek komercyjny nie dostarcza zbyt wielu nowych inwestycji mieszkaniowych. Mieszkań przybywa bardzo niewiele – zresztą opisuję też ten problem w „Zapaści” – 20, 30, 40 mieszkań rocznie na spore miasto. Ten problem powinien być rozwiązany przez działania na szczeblu samorządowym czy rządowym.

Obraz, który mnie zmroził po lekturze „Zapaści” to lekkomyślność, z jaką podchodzi się do wycinki drzew na skwerkach, placach publicznych. Pod szumnym hasłem rewitalizacji z przyjaznych mieszkańcom placów, miejsc odpoczynku robi się betonowe pustynie, które nikomu i niczemu nie służą.

Tak, to wszystko prawda. Na przykład w Bartoszycach, mimo głosów sprzeciwu mieszkańców inwestycja usuwająca zieleń z rynku została przeprowadzona. Władze wraz konserwatorem zabytków uznały, że rynek najlepiej będzie służył mieszkańcom, jeśli zostanie przywrócony jego XIX wieczny kształt. Tymczasem mieszkańcy, lokalni eksperci mówili o tym, że to miejsce należy raczej dostosować do wymagań XXI wieku, choćby zbliżającej się katastrofy klimatycznej, fali upałów, rosnących temperatur. Jednak na nic to się zdało. Zresztą Bartoszyce nie są wyjątkiem. Ten schemat powtarza się w całej Polsce.

Uzasadnianie rewitalizacji przywróceniem funkcji placu z XIX w. czy wcześniejszego okresu jest nagminne wśród mniejszych miejscowości. Należy się zastanowić, komu ma to służyć? Ten plac w mieście ma służyć mieszkańcom. Przecież tam już nie wrócą bryczki z końmi. Nie wrócą tam dawne targowiska. Nie będzie tam już czegoś, co było tam w XIX w. Świat się zmienił, ale niektórzy zamiast patrzeć w przyszłość, na czekające na nas wyzwania, wolą spoglądać w przeszłość.  

A z badań naukowców przecież doskonale wiemy, że klimat się ociepla. Z każdym rokiem jest coraz więcej upalnych dni i ten problem będzie narastał.  Będzie to coraz bardziej niebezpieczne dla zdrowia i życia przede wszystkim starszych, schorowanych osób, a takich w mniejszych miastach jest coraz więcej. Kiedy więc wydaje się miliony złotych na remont rynku, który przeprowadza się raz na kilka dekad, to trzeba myśleć o tym, że on przez te kolejne dekady będzie w zaprojektowanym kształcie służyć mieszkańcom.

Opisuję w książce również pozytywny przykład z mojego rodzinnego miasta – Krasnegostawu. Lokalni aktywiści zawalczyli o drzewa i one dzisiaj stanowią wizytówkę miasta. Twierdzono, że szpecą miejski krajobraz i są zagrożeniem dla mieszkańców, wiec trzeba je usunąć. Dzisiaj miasto się nimi chwali. Jest to bardzo dobry przykład tego, że oddolnie można coś uratować, zmienić myślenie lokalnej władzy, unaocznić włodarzom, że zieleń może być atrakcją i wartością. Dziś świadomość władz w Krasnymstawie jest zupełnie inna dlatego nie tylko dba się o stare drzewa, ale i nasadza nowe.

Do wywalczenia założonych postulatów niezbędna jest wspólnota. W „Zapaści” opisuje Pan przykłady Bielbawu czy Frotexu – wielkich zakładów, które dawały pracę tysiącom osób. Mimo tego, że zarówno płaca jak i charakter pracy do lekkich nie należały, czuć było wspólnotę pracowniczą. W związku z tym chciałem zapytać o kulturę odnoszenia się do pracownika. W książce jeden z bohaterów stwierdza, że dopiero w tzw. kapitalizmie spotkał się z tym, że za wykonaną pracę niekoniecznie musi otrzymać obiecaną płacę. Nierzadko część wynagrodzenia była po prostu wypłacana „pod stołem” nie będąc nigdzie ewidencjonowana. Jaka jest Pana opinia  na temat wspólnoty pracowniczej kiedyś i dziś, odnośnie warunków na rynku pracy? Charakter pracy i wysokość płacy jest przecież kluczową przesłanką dla wyboru miejsca zamieszkania.

Praca jest jednym z głównych tematów w „Zapaści”, ponieważ jest  problemem oddziałującym na szereg innych zagadnień. Jest fundamentem tego, aby żyć w danym miejscu. Ludzie wyjeżdżają za pracą dlatego, że tej dobrej, godnej, pewnej i stabilnej pracy w mniejszych miejscowościach zazwyczaj nie ma. To, co dawały wielkie zakłady przemysłowe, to poza stabilną pracą, właśnie poczucie wspólnoty. Jest to bardzo ważny czynnik. Pracując w mniejszym mieście, w takim np. Prudniku, czy Bielawie można było się poczuć elementem czegoś większego, czegoś ważnego. Zakłady takie jak Frotex produkowały ręczniki, które sprzedawano w wielu krajach na całym świecie.  

Zakład pracy dawał więc coś więcej oprócz samej pracy i płacy. Nawet jeśli ta była marna, to była stabilna. Miało się poczucie zaopiekowania przez firmę. Był zakładowy lekarz, stołówka, przedszkole, można było pójść zrelaksować się  na zabawie, czy w przyzakładowym klubie sportowym. Zakład organizował pracownikom praktycznie całe życie.

Po transformacji okazało się, że wszystkie te działy są nierentowne. Trzeba było zamknąć przedszkole, przychodnię, naukę tańca przy zakładzie. Wszystko po kolei, plasterek po plasterku było odcinane. Została tylko praca. A o wszystkie te dodatki trzeba było zadbać na własną rękę. Często indywidualnie je wywalczyć. W takiej sytuacji ciężej o wspólnotę. Wiele z tych wymienionych rzeczy, jako tzw. benefity funkcjonują w większych miastach do dziś. Czasem występują także w mniejszych miejscowościach, jednak jest to zjawisko zdecydowanie rzadsze.

Płace to kolejny ważny temat. Benefity to jedna rzecz. Kolejna to stabilność i wyższe płace. To, jak pracodawca postrzega pracownika przejawia się w tym, jak w niego inwestuje, czy chce zapłacić mu za szkolenie, za studia podyplomowe, za jakiś kurs, za coś, co sprawi, że pracownik będzie się rozwijał i czuł się zaopiekowany.

Badania pokazują, że jeśli pracownicy czują, że pracodawca o nich dba, efektywność pracy wzrasta, pracownicy są bardziej lojalni. Inwestycja w człowieka świadczy o zaufaniu. Pracodawca przez to pokazuje, że pracownik jest ważny dla firmy. Dzięki temu rodzi się swoista więź.

W dużych miastach pracodawcy coraz częściej to rozumieją. Szczególnie jest to widoczne w branżach, gdzie brakuje specjalistów. W mniejszych miastach jest z tym gorzej. W „Zapaści” opisuję sytuację dziewczyny z Hajnówki, która szukała pracy na miejscu. Długo nie mogła jej znaleźć. Wysłała CV do firm w większych aglomeracjach. Okazało się nagle, że jest zapotrzebowanie na jej umiejętności i wiedzę. Była w szoku, że pracodawca nie dość, że chce ją zatrudnić, to jeszcze chce w nią inwestować, płacić jej za studia podyplomowe. Otrzymała nawet obietnicę podwyżki, jeśli te studia skończy. Dla niej to było coś, co nie mieści się w głowie. Z perspektywy mniejszych miast są to rzeczy rzadko spotykane. W większych miastach dbałość o pracownika, ze względu na niskie bezrobocie, jest dużo większa.

Praca jest bardzo ważnym elementem życia. W mniejszych miejscowościach bez godnej, dobrej pracy nikt nie będzie chciał kontynuować życia. Ciężko to życie prowadzić, planować założenie rodziny jeśli pracuje się „na czarno” albo kiedy część wypłaty otrzymuje się „pod stołem”.

Jak uzbierać pieniądze na mieszkanie, które wcale nie tak łatwo kupić? O zdolności kredytowej nie ma co marzyć. Kiedy praca nie jest stabilna, nie pozwala godnie żyć, wynikają z tego kolejne problemy. Łatwiej je rozwiązać uciekając, wyprowadzając się do większych ośrodków miejskich, czy za granicę. 

Działamy bez cenzury. Nie puszczamy reklam, nie pobieramy opłat za teksty. Potrzebujemy Twojego wsparcia. Dorzuć się do mediów obywatelskich.

Zacytuję teraz dwa fragmenty „Zapaści”, które bardzo dobrze oddają obraz malowany przez Pana na kartach tej książki. „[…] Uderzające jest to, w jak łatwy sposób pozwolono, by dorobek wielu pokoleń legł w gruzach nie oferując nic w zamian lub oferując, powiedzmy sobie szczerze, pracownicze ochłapy”. Oraz drugi cytat: „Zostawili ludzi samym sobie na tym zadupiu”. W przestrzeni publicznej pojawiają się głosy, że jest to naturalna kolej rzeczy, że wytwórstwo traci na znaczeniu, bo jesteśmy zalewani przez tańsze produkty z zagranicy. Pracownicy dawnych zakładów zostali pozostawieni samym sobie. Niektórzy wręcz zostali zmuszeni do tego, by wchodzić w nie do końca legalne biznesy – działalność przemytniczą. Przez niektórych zostali określeni mianem niezaradnych życiowo, nieprzystosowanych. Głoszono, że są sami sobie winni. Jak mawiał klasyk: „zmień pracę, weź kredyt”. Jaka jest Pana opinia odnośnie takich stwierdzeń? Co by Pan powiedział osobom, które formułują takie tezy?

Osoby, które formułują takie tezy, odesłałbym do lektury „Zapaści”. Zachęciłbym ich do  rozmowy z bohaterami książki. Łatwo się wygłasza poglądy, a życiowe sytuacje są bardzo różne. Nie każdy może sobie pozwolić na wyjazd z rodzinnego miasta, by się kształcić, czy by lepiej zarabiać.

W „Zapaści” opisuję historię pana Tomasza z Kętrzyna, który zwierzył mi się, że nie wyjedzie ze swojego rodzinnego miasta, bo nie chce zostawiać swojej matki samej. Uważał, że to byłoby nieludzkie. To, że zdecydował się zostać, nie znaczy, że ma być traktowany jako obywatel drugiej kategorii, że w stosunku do niego pewne usługi publiczne, opieka państwa ma być gorsza. Te same prawa powinni mieć mieszkańcy zarówno Warszawy, Poznania jak i Kętrzyna. Te osoby też przecież płacą podatki, przestrzegają prawa. Obowiązuje ich ta sama Konstytucja. Dlaczego władza centralna nie dba o wszystkich obywateli na równym poziomie?

By to zrealizować, tak naprawdę nie trzeba wiele. Wystarczy racjonalnie gospodarować inwestycjami. Jeżeli bardzo dużo inwestycji gromadzi się w strefach ekonomicznych pod Wrocławiem, można zapytać, jaki jest tego sens, skoro praktycznie nie ma tam bezrobocia? Jaki jest sens tego, że ludzie z Bielawy muszą godzinę tam dojeżdżać w jedną stronę? Czy to jest rozsądne i komu służy? Dla kogo tak naprawdę to jest dobre? Dla kapitału czy dla ludzi?

Wspomniany pan Tomasz opowiadał mi, jak po kolei zamykano kętrzyńskie zakłady przemysłowe. Proces ten postępował przez lata i zwracał uwagę, że kiedy tych wyrw niczym nie zastąpiono, to ludzie musieli radzić sobie na własną rękę, aby przetrwać. Jedni wyjeżdżali za chlebem, inni zajęli się nielegalnym przemytem narażając się na kary za łamanie prawa. A przy tym wszystkich oceniano jako niezaradnych, nieprzystosowanych do nowych warunków.

Jak takim osobom można powiedzieć, że one są niezaradne życiowo? One sobie radzą w takich okolicznościach, w jakich przyszło im żyć. Nie każdy może tak łatwo porzucić swoje rodzinne miejsce i wyjechać. Zresztą rozwiązaniem wcale nie jest spowodowanie, by nagle wszyscy przenieśli się do Warszawy, czy innego większego miasta.

Już teraz miejskie metropolie są przepełnione, zakorkowane. Kiedy Warszawa będzie miała 4-5 mln mieszkańców jakie będą koszty rozbudowy infrastruktury? O kwestiach środowiskowych, zwiększeniu zanieczyszczenia od spalin samochodowych nie wspominając. Ci, którzy żyją w dużych miastach tak naprawdę powinni dbać o to, by mieszkańcy mniejszych miejscowości nie musieli opuszczać swoich rodzinnych stron, by mogli prowadzić swoje życie na zadowalającym poziomie tam, skąd pochodzą. Mieszkańcy dużych miast powinni robić wszystko, by w tych mniejszych miejscowościach żyło się równie dobrze. Dla naszego wspólnego dobra.

Poruszmy teraz temat, który w mediach ogólnopolskich jest często pomijany, tzn. problem dostępu do świadczeń zdrowotnych w mniejszych miastach. Opisuje Pan w „Zapaści” trudności z dostępem do specjalistów, zamykanie oddziałów specjalistycznych w lokalnych szpitalach. Do tego dochodzi problem starzenia się kadry lekarskiej, braku kandydatów, którzy mogliby zastąpić lekarzy zbliżających się do osiągnięcia wieku emerytalnego. Jak mówi jeden z bohaterów Pana książki: „[…] nie ma ciśnienia na zmiany”.

Rzeczywiście, jest to niezwykle smutne. Problem będzie narastać i w kolejnych latach bardzo mocno dawać się we znaki. Może nawet doprowadzić do wielu tragedii. Już teraz słyszymy, że w jakiejś miejscowości zawiesza się, czy zamyka lokalne oddziały szpitalne. Właściwie nie ma dnia, żeby o tym nie usłyszeć. Dostęp do szpitali, czy do lekarzy specjalistów będzie coraz bardziej utrudniony. Wśród mieszkańców mniejszych miejscowości dostanie się do specjalisty i uzyskanie porady lekarskiej już teraz jest bardzo trudne. A będzie tylko gorzej.

Opisywałem sytuację w Nowej Rudzie. Tamtejszy oddział specjalistyczny przeniesiono do sąsiedniej miejscowości. Jeżeli ktoś będzie po zawale musiał jechać nie pięć minut do najbliższego szpitala w mieście, a pół godziny po górzystym terenie do placówki medycznej oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów, to będzie zdecydowanie bardziej narażony na powikłania, utratę zdrowia, a nawet życia.

Przedstawiciele władz centralnych mają tego świadomość od wielu lat. Statystyki mówiące o średnim wieku w zawodzie pielęgniarek są alarmujące i powszechnie znane. Co będzie za dziesięć lat, kiedy one odejdą na emeryturę? Jest to problem, który powinniśmy jako państwo realnie próbować rozwiązać, zlikwidować różnice także i na tym polu. Rządzący nie kwapią się jednak do wprowadzania zmian. Temat jest doskonale znany choćby ze względu na niedawny protest medyków. Wiemy o tym, słyszymy o tym, a jednak brakuje realnego wsparcia politycznego dla zmian. Brakuje chęci, by podjąć kompleksowe działania ponad podziałami.

Ludzie młodzi z braku perspektyw wyjeżdżają z mniejszych miast za lepiej płatną pracą. Zostają ludzie starsi, którym pozostały wspomnienia po czasach prosperity lokalnych zakładów pracy. Są oni nierzadko wykluczeni cyfrowo, co wcale nie pomaga w utrzymaniu więzi rodzinnych z bliskimi, żyjącymi na emigracji. Miasta się wyludniają, zostają jedynie emeryci. Nie ma żadnej oferty kulturalnej, rozrywkowej dla młodych. Do czego to wszystko według Pana zmierza? Obraz malowany w „Zapaści” wcale nie napawa optymizmem.

Zgadzam się, ale też taka jest moja rola jako dziennikarza, by przede wszystkim wskazywać problemy, ale też zwracać uwagę na pozytywy. Czytelnik znajdzie w „Zapaści” zarówno jedno jak i drugie. Po wydaniu książki docierało do mnie zresztą wiele pozytywnych przykładów tego, jak mieszkańcy miast zapaści na co dzień sobie radzą.

Czy opisywana przez Pana deglomeracja może być sposobem na zatrzymanie tego negatywnego trendu?

Na pewno w jakiś sposób zjawisko deglomeracji mogłoby pomóc. Jak twierdzą specjaliści, przeniesienie  do tych większych, średnich miast części państwowych urzędów pobudziłoby lokalną gospodarkę. Mielibyśmy do czynienia z napływem wykwalifikowanych specjalistów. Wokół przeniesionych urzędów utworzyłaby się otoczka biznesowa. Wraz ze specjalistami pojawiłyby się dodatkowe usługi. Być może przez to poprawiłyby się też lokalne warunki pracy i płacy. Życie na nowo zaczęłoby wracać do tych miejscowości.

Postulat deglomeracji popierają wszystkie lub prawie wszystkie ugrupowania polityczne w parlamencie, ale nie ma woli politycznej do przeprowadzenia zmian. Plany rządowe, co prawda sprawdzałem to już jakiś czas temu, też są rozczarowujące.

Inną metodą na rozwiązanie problemu mogą być mądre inwestycje, o których wcześniej wspominaliśmy. Dobrym tego przykładem niech będzie np. Dąbrowa Górnicza, w której przeprowadzono całkiem udany proces rewitalizacji poprzemysłowego centrum miasta. Efekt finalny pokazuje, jak mogą wyglądać funkcjonalne miejsca do relaksu mieszkańców w przestrzeni miejskiej. Jest to obszar bogaty w tereny zielone, z miejscem na aktywność fizyczną. Organizowane są cykliczne zajęcia sportowe, taneczne. Jest przestrzeń do spędzania czasu ze znajomymi. To miejsce tętni życiem.

Niech taka Dąbrowa będzie przykładem dla innych miast na to, jak zmieniać, unowocześniać centra, by służyły mieszkańcom. Niech będzie przykładem wspomniana Bielawa dla spółdzielni mieszkaniowych na to, jak rozwiązywać problem z mieszkaniami na lokalnym rynku. To wszystko pokazuje, że się da. Skoro zmian nie można przeprowadzić na szczeblu centralnym, można próbować oddolnie, lokalnie. Tak jak robią to spółdzielnie mieszkaniowe podejmując różne inicjatywy, by odbudowywać mieszkaniową tkankę miejską.

Nie mniej ważnym elementem w tej układance są ludzie. Mieszkańców, którzy wykazują inicjatywę, pomysły, w mniejszych miastach nie brakuje. Są chętni do działania, do tego by zmieniać lokalną rzeczywistość. Mają pomysły, wiedzą co zrobić, by w ich mieście żyło się lepiej.

Władza musi im zaufać, uwierzyć w ich dobre intencje. Lokalni politycy powinni wsłuchiwać się w te głosy. Tak jak ten jeden wspomniany przeze mnie aktywista potrafił się zaangażować w obronę drzew, które teraz są wizytówką miasta, inni mogą zaproponować własne ciekawe pomysły, np. jak zorganizować festiwal muzyczny, ulepszyć miejscowe kino itd. Trzeba czerpać z pozytywnych przykładów, nie bać się kopiowania, inspirowania, zacząć działać.

Pandemia przekonała nas, że można pracować zdalnie. Oczywiście jest to jedynie wycinek rynku pracy – raptem kilkanaście procent. Część z osób, które wyjechały ze swoich rodzinnych miejscowości do większych miast dzisiaj siedzi we własnym mieszkaniu z dziećmi na głowie. W dobie pracy zdalnej tak naprawdę miejsce wykonywania pracy przestało mieć aż takie znaczenie. Państwo powinno zawalczyć o te osoby, które mogą świadczyć pracę zdalnie nie opuszczając mniejszych miejscowości. Tych, którzy wyjechali trzeba przekonać, żeby chcieli wrócić, przenieść się do swoich rodzinnych miejscowości z większych miast. Coraz częściej mamy do czynienia ze zmęczeniem wielkomiejskim zgiełkiem, kilometrowymi korkami, smogiem itd. Pojawia się tęsknota za spokojem, za życiem w mniejszej miejscowości. To jest szansa. Trzeba zrobić wszystko, żeby ci ludzie chcieli wracać na prowincję, żeby widzieli pozytywną zmianę.  

W „Zapaści” pojawia się również wątek dziennikarstwa lokalnego. Czy przed publikacją książki władze lokalne próbowały wpłynąć na Pana obraz którejś z miejscowości opisanej w książce? Przedstawia Pan historię osoby, która zdecydowała się założyć prywatną gazetę dostarczającą informacji o lokalnych bolączkach. Miała stanowić alternatywę dla biuletynu władz lokalnych. Nie skończyło się to happy endem.

Pośrednie próby nacisku się zdarzały. Chociażby zwlekanie z udzieleniem informacji publicznej. Na szczęście prace nad książką trwały długo. Mogłem być cierpliwy. W skrajnych przypadkach czekałem około ośmiu, dziewięciu miesięcy na odpowiedzi. Na pewno trwało to dużo dłużej, niż wynika z przepisów prawa. Momentami miałem poczucie, że władze celowo nie chcą mi tych informacji udzielić. Miesiącami odsyłano mnie od jednego departamentu do drugiego. Nie było wiadomo, kto ma tej informacji udzielić. Klasyczna spychologia. Uświadamiałem wtedy włodarzy, że zwrócę się do sądu o udzielenie informacji publicznej. To stwierdzenie działało jak zimny prysznic. Władze lokalne dochodziły do wniosku, że z tego może się zrobić głośny temat i po długim oczekiwaniu udostępniały to, co chciałem. Zazwyczaj działo się to w kontekście pytań o tematy drażliwe np. niezbyt udane inwestycje.

Kiedy pytałem o coś pozytywnego, odpowiedzi były najczęściej udzielane bez zbędnej zwłoki. Gdy szukałem rozmówców do reportaży, również zgłaszali się do mnie politycy. Z kilkoma burmistrzami, czy wiceburmistrzami rozmawiałem. Bardzo szybko zdałem sobie jednak sprawę, że wolę opowiedzieć tę historię z perspektywy zwykłych mieszkańców.

Albo jest się w obozie władzy i żyje się dobrze, albo próbuje się coś robić przeciwko władzy lokalnej, której macki sięgają daleko. Często jest to ściana nie do przebicia. Jak się ktoś zderza ze ścianą na poziomie lokalnym, to choćby chciał wydawać najrzetelniejszą gazetę na świecie, głową muru nie przebije.

To prawda. Mimo problemów trzeba docenić, że ciągle tacy ludzie są. Zawsze to dobrze, jeśli ktoś patrzy władzy na ręce. Dobrze też, gdy na lokalną sytuację spojrzy ktoś z zewnątrz, bo ma większy dystans, może też nadać sprawom szerszego, ogólnopolskiego kontekstu.

Gdyby ktoś miał marzenia o sprowadzeniu się do domku, gdzieś na prowincji, w bezpośredniej bliskości przyrody to z jednej strony ma wszechogarniający smog, który go truje. Lokalna płaca do najwyższych nie należy. Lokalne gazety są na pasku władz samorządowych. Do tego dochodzą braki w ofercie kulturalno–rozrywkowej, czy ubogi wybór ofert pracy. Wydaje się zatem, że na prowincję jeździć owszem można, ale bardziej na weekendy. Raczej nie po to, by się osiedlać i zakładać rodzinę.

Na pewno pod wieloma względami jest trudniej, inaczej niż w dużych miastach. Chociażby biorąc pod uwagę kwestię życia rozrywkowego. Jeżeli np. chcemy w dużym mieście pójść do kina, to nie jest to zbyt skomplikowane. Sprawdzamy w smartfonie repertuar i za parę chwil możemy cieszyć się dowolnym seansem w jednym z multipleksów czy studyjnych kin. W mniejszej miejscowości często takiego kina nie ma,  a nawet jeśli jest, to jego repertuar najczęściej znacznie odbiega od tego, co prezentowane jest w dużych miastach. Jeżeli kina nie ma w danej miejscowości, to trzeba do niego dojechać. Robi się z tego duża wyprawa. Koszty się zwiększają. W Warszawie, czy innym dużym mieście, wyprawa z rodziną do multipleksu jest niemałym wydatkiem. Mieszkaniec mniejszej miejscowości zarabiający statystycznie mniej niż mieszkaniec Warszawy bardziej ten wydatek odczuje.

Nie opisuję kolorowej perspektywy, ale mimo to życie w mniejszych miejscowościach ma pewne atuty. Również i o to starałem się pytać mieszkańców. Ludzie zabierali mnie np. na wieżę widokową pod miastem, z której rozciągał się malowniczy krajobraz. Pokazywali miejskie jeziora, np. w Złotowie, z którego materiał ostatecznie do „Zapaści” nie trafił. W mieście jest pięć pięknych jezior.

Przy okazji materiału do książki powstała całkiem pokaźna galeria zdjęć z miast tytułowej „Zapaści”. Gdzie je można obejrzeć?

Na pewno na moim Instagramie. Pomocne będzie wpisanie #zapaść, albo #projektzapaść.

Jakie są plany Marka Szymaniaka po „Zapaści”? Powstają może już jakieś szkice koncepcyjne nowego przedsięwzięcia?

Oczywiście myślę o czymś na przyszłość. Chciałbym żeby to była książka opowiadająca o tym, jak nowe technologie zmieniają rzeczywistość na rynku pracy. Na razie jest to luźny koncept. Zbieram pomysły i potencjalne tematy. Zobaczymy, co z tego wyniknie.  

Dziękuję za rozmowę.

Marek Szymaniak, Zapaść. Reportaże z mniejszych miast, Wydawnictwo Czarne, 2021

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 103 / (51) 2021

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekonomia # Społeczeństwo i kultura Instytut Spraw Obywatelskich

Być może zainteresują Cię również:

Dom to praca

Rozmowa / Krystyna Kofta

Gdybym została premierem powiedziałabym kobietom, że wprowadzam obowiązkowy Domowy Staż Poselski. Posłowie wciąż podkreślający wartość rodziny, nie mają pojęcia na czym polega prowadzenie domu.

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.